2017.III. INEDIAŃSKI EKSPERYMENT 36/1-10-24

INEDIAŃSKI EKSPERYMENT 36/1-10-24

ZAŁOŻENIA.

Poznałem tę lekkość jaką odczuwa się mając puste jelita i zwolnioną pracę układu pokarmowego do minimum. Nadal jednak spędzając więcej dni bez jedzenia i picia zaczynam słabnąć. Nie czuję już głodu tylko po prostu spadek energii fizycznej i witalności. Z drugiej strony gdzieś w głębi siebie, znając radość i przyjemność jaką czerpie się ze smaków nie chcę z tego rezygnować.  Obydwa stany są wspaniałe i cały czas kombinuję jak je pogodzić. Pokarmy jednak traktuję już nie jako coś co nas odżywia tylko coś co ma dawać przyjemność, lecz co nas obciąża w różnym stopniu, zależnym od tego co wybieramy.  Wiedząc, że nic mnie nie odżywia i jedząc co parę dni, głównym kryterium w doborze produktów stały się walory smakowe na jakie mam akurat ochotę.

Zmęczony już objadaniem się lub opijaniem ostatnich tygodni od powrotu z Portugalii, chcąc połączyć czerpanie radości ze smaków ale i doświadczać lekkości wymyśliłem, że przez miesiąc znów będę na samych płynach, lecz po paru dniach jedząc orzechy po raz kolejny nie wytrzymałem w swoich założeniach. Ponieważ jednak do tego momentu niejako samoistnie wykształtował się inny schemat w którym zaczęły pojawiać się pojedyncze dni bez jedzenia i picia (samapranaday) postanowiłem do końca miesiąca go kontynuować i stąc oznaczenie 36/1-10-24:

  • 36– zaczynając liczenie od godz. 20 spędzałem 36 godzin bez jedzenia i picia. Tak to zorganizowałem, że czas ten wypadał kiedy miałem 24godzinną służbę w straży.
  • /1-Po tych 36 godz ok. 8 rano, jednorazowo piłem maks. 0,5l wody lub wody z jakimś wyciśniętym klarownym sokiem owocowym.
  • 10-Następnie po odczekaniu ok. 2 godzin przez kolejne 10 godz pozwalałem sobie na czerpanie radości ze smakowania także stałych produktów, przy czym nie ograniczałem się co do jakości i ilości.
  • 24-Od godziny ok. 20 tego samego dnia, przez kolejne 24 godz mijał mi dzień na czerpaniu frajdy z picia samych klarowanych soków, co było takim pośrednim stanem dającym radość smakowania ale już nie obciążającym tak mocno układu trawiennego, po czym od godz 20tej znów rozpoczynałem 36 godzin na samapranie i tak przez miesiąc.

Przed wejściem w ten schemat zrobiłem badanie składu ciała by sprawdzić czy i jakie zmiany zajdą po miesiącu. Oba wyniki przedstawiam na końcu.

PRZEBIEG.

SB/ND 11/12.03

Wpływ na świadomość: Veni: https://www.youtube.com/watch?v=o_zv89rTHR4 oraz B. Pawlikowska: https://www.youtube.com/watch?v=-RtnJwIjrYI

WT.14.03.17 W DOMU- DZIEŃ OPIJANIA SIĘ.

Uwielbiam maślanki, zsiadłe mleka i kefiry, jednocześnie zdaję sobie sprawę jak zaklejający jest nabiał oraz co najbardziej sprawia, że czuję się nie do końca komfortowo pijąc je, to świadomość cierpienia krów wykorzystywanych do ich produkcji- sztuczne zapładnianie a potem odbieranie cielaczków zaraz po porodzie by zabić i przerobić na podpuszczkę potrzebną do produkcji serów…okrutne. Szukam więc sposobu by stworzyć własną maślankę pochodzącą z roślin. W tym  celu eksperymentuję z robionym w domu mlekiem kokosowym zaszczepionym grzybkami tybetańskimi. Na razie bez sukcesu więc nadal  do zrobienia kefiru korzystam dzięki znajomemu z dostępu do mleka swojskiego od krowy, która jak dawniej pasie się na polach i wcina to co znajdzie.

Wpływ na świadomość: O wzmacnianiu silnej woli: https://youtu.be/3ITSo3QR7jk

DZIEŃ 1 SAMAPRANADAY

ŚR 15.03.17  SŁUŻBA W STRAŻY-FIZYCZNE OSŁABIENIE i ROZDRAŻNIENIE.

Po 5godz snu  jazda 100km na służbę. W połowie drogi zasypiałem pomimo słuchania motywujących słów A. Robbinsa z końca rozdziału 18. Dojechałem. Półgodzinna drzemkę podczas gdy reszta chłopaków jadła śniadanie wystarczyła by odczuć wzrost chęci do życia. Poobiedni czas wolny to godziny na oglądaniu filmów znów o szkodliwym wpływie cukru i nabiału. Niestety odczułem te negatywne treści w swojej głowie w postaci zmęczenia i pogłębienia braku energii. Warto wiedzieć pewne rzeczy ale nie warto za dużo uwagi poświęcać takiej negatywnej stronie czegokolwiek. Dla złamania swojego stanu zebrałem siły by pójść na siłownię. Ponieważ czułem jeszcze zakwasy po poniedziałkowym treningu dzisiaj spokojne 30min rozruszania. Wystarczyło by poczuć się lepiej i pójść do chłopaków obejrzeć pierwszy raz od paru lat wiadomości.  Patrzę oglądając te negatywne porcje informacji na swoje reakcje ale nie wzbudza to we mnie żadnych emocji i podniecenia co jest tak wyczuwalne w komentarzach tych, co tym żyją tym światem na codzień.

Myślę, że tak naprawdę gdy czujemy jakieś takie strachy  i niewygody to, jak ze wszystkim co na zewnątrz- są to jedynie lustra nas samych. Wziąłem za swoje, usłyszane gdzieś słowa, że jeżeli przepełnimy siebie w całości miłością, to nie będzie po prostu już miejsca na żadne inne energie o których się mówi, że są szkodliwe.  Zauważyłem też, że jeżeli już cokolwiek mógłbym uznać za mające negatywny wpływ na mnie pojawia się to tylko w tedy gdy zaangażuję się emocjonalnie w tę osobę czy sytuację. Wiem, ze łatwo powiedzieć by nie angażować się emocjonalnie, jednak jest to możliwe. Skoro mi się udało nauczyć współpracować w większości sytuacji ze swoimi emocjami, to każdy może się tego nauczyć. Zachęcam do przejścia przez etap,  często trudny, często bolesny poznawania siebie poprzez emocje- bo warto. Chciałbym by ludzie do każdej bolącej emocji jaką wyczuwają w sobie- złość, agresja, smutek, żal… podchodzili z wdzięcznością bo to najlepsi nasi nauczyciele dzięki którym możemy wzrastać…

To co jednych ciągnie w dół, osłabia, 

dla innych może być środkiem do wzrostu,wzmocnienia siebie.

Jeżeli coś jest nazwane niskowibracyjnym, oznacza tylko tyle, że ma niższe wibracje w porównaniu do czegoś innego- przeważnie mamy na myśli siebie. „Guru” i nauczyciele duchowi przestrzegający przed takimi miejscami, sytuacjami i osobami jako mającymi na nasz niekorzystny wpływ chyba kierują się strachem i muszą zaakceptować, że w pewnych okolicznościach sami mogą być potraktowani jako niskowibracyjni gdy spotkają się z kimś o wyższych wibracjach dlatego:

Pięknym celem każdego człowieka byłoby tak wypełnić się miłością,

by nie było już miejsca na nic innego.

Wówczas żadna sytuacja, żadne okoliczności  ani osoby

nie byłyby postrzegane jako zagrożenie.

DZIEŃ 2  JEDZENIE

CZW 16.03.17 ROZDRAŻNIENIE, CHĘĆ NA SŁODKIE I NABIAŁ. WIZYTA W ZARZĄDZIE ŁOWIECTWA.

Noc bez wyjazdu, dziewięć godzin snu- dużo. Rano suchość w ustach więc parę łyków wody po zmianie służby. Po tych paru łykach zwiększenie osłabienie i wyczucie dość silnego rozdrażnienia wewnętrznego. Dziwię się temu uczuciu ponieważ czuję się ze sobą fajnie, więc nie mam pojęcia skąd to się pojawia. W domu podczas przygotowywania soków nie wytrzymałem do kolejnej planowanej godziny picia i od 11 zacząłem pić opijając się. Nie zmuszałem siebie do niczego ani nie pohamowywałem. W tym samym czasie rozdrażnienie zniknęło. Duża ochota słodkiego- czekolady, lodów oraz nabiału-maślanki, sery. Nie uległem, zamiast tych produktów wybrałem garść orzechów nerkowca i 1 banana przez cały dzień. Pozwoliłem sobie za to do końca dnia na opijanie rozcieńczonymi sokami. W ciągu dnia zauważyłem też spłycenie  oddechu i jego zatrzymywanie podczas normalnego funkcjonowania, szczególnie gdy intensywnie nad czymś myślałem co ostatnio często mi się zdarza, a co nie za bardzo mi się podoba. Coraz bardziej tęsknię za ponownym poczuciem przestrzeni serca a nie byciem w wirze intensywnych myśli które wirują tak jak chcą gdzieś poza moją wolą i dopiero gdy łapię się na tym, jakby przytomnieję. Cały czas utrzymujące się uczucie rozdęcia brzucha co zmobilizowała mnie wieczorem do pójścia do lasu i pobiegania z robieniem ćwiczeń aerobicznych ogólnorozwojowych. (To też po tym co wysłuchałem dzisiaj w rozdziale 20 audiobooka A Robbinsa  „Obudź w sobie olbrzyma”)  Fajnie, lepiej się poczułem po tym wysiłku, był znaczący wzrost witalności, ogólnie energii i zadowolenia.

Przystępując do tego eksperymentu zapragnąłem by stawiać siebie w jak największej ilości sytuacji bardzo związanych ze światem w jakim żyje większość ludzi i już dzisiaj dostałem taką możliwość. Poproszono mnie bym przewiózł poroże z czaszką ustrzelonego młodego jelonka. Nie podoba mi się, gdy ktoś zabija zwierzęta dla zabawy i w pierwszej chwili zauważyłem jakiś wewnętrzny sprzeciw. Zgodziłem się jednak chcąc przyjrzeć się tym emocjom. Przyznaję, że szczególnie będąc w siedzibie łowiectwa, widząc inne poroża i powypychane zwierzęta oraz  myśliwych, którzy przychodzili ze swoimi „krwawymi trofeami”  było mi smutno i wstyd, że my jako ludzie w taki nieludzki sposób umilamy sobie czas- zabijając inne czujące Boże stworzenia. Poczułem ból jaki musiały czuć te zwierzęta w chwili gdy zostawały śmiertelnie ranione i tę całą otoczkę egoistycznego zadowolenia i dumy katów…  Nie wiem, nie rozumiem jak czując to wszystko, czasami mam ochotę i sięgam jeszcze po zwierzęta by je zjeść. Jest jeszcze tyle mechanizmów wg których podejmuję takie a nie inne decyzje nie rozumiejąc ich…

DZIEŃ 3 JEDZENIE

PT 17.03.17 ROZPIERAJĄCA ENERGIA

Obudzenie rano (7godz snu) i od razu uczucie lekkości i wręcz rozpierającej pozytywnej energii- coś podobnego do stanu upojenia się cukrem tylko w uczuciu lekkości ciała i duszy. Fruwałem, nosiło mnie, znów to uczucie wszechogarniającej wdzięczności i Miłości. Nie wiedziałem co z tym zrobić, było za silne. Poszedłem poćwiczyć o poranku do pobliskiego lasu ale ruch jeszcze bardziej wzmocnił te uczucia. To było zbyt silne, jedyny sposób jaki znałem na obniżenie tego stanu to jedzenie. Najpierw się opiłem, ale nie pomogło, zjadłem banana a potem drugiego i też nie za dużo dało więc zdecydowałem się na orzechy.

Wizyta w markecie ukazała mi jak bardzo może się zmienić samopoczucie i  reaktywność na jedzenie gdy tylko przebrnie się przez pewien kryzys pierwszych dni zmiany. Obszedłem wszystkie alejki dając sobie pozwolenie na wszystko na co poczuję ochotę i…  zdziwiłem się gdy idąc wśród czekolad zupełnie mnie nie pociągały- neutralność.  Pomyślałem o nabiale- sery, jogurty, może mleko ukwaszone którym jeszcze parę dni się upijałem ale znów teraz coś mnie wręcz odpychało. Pieczywo również nie i dopiero rzeczywiście przy orzechach i suszonych  bakaliach zauważyłem  wielką ochotę na te plony ziemi.  Zauważyłem jednak, że to znów nie jest potrzeba płynąca z żołądka bo ten jest cały czas pełny tylko z innych obszarów mojego ciała lub pozaciała. Myślę, że to potrzeba zmniejszenia tej rozpierającej energii lekkości z którą na tę chwilę jeszcze nie potrafię sobie poradzić. Nie rozumiem dlaczego to piękne uczucie i mega pozytywne emocje towarzyszące mi za każdym razem gdy ograniczam jedzenie, są wręcz nie do wytrzymania. Czyżby do przyjmowania tej uniwersalnej  Miłości też trzeba było dorosnąć? Od czego zależy dawka jaką możemy jej przyjąć by czuć się nią wypełnieni ale nie przepełnieni? Tak- miałem jej tyle, że nie wiedziałem co zrobić z „nadmiarem”. Niesamowite…

Jedząc, wraz ze wzrostem uczucia wypełnienia i potem przepełnienia żołądka ( w sumie ok. 0,3kg orzechów nerkowca i pistacji)  rzeczywiście ten tryskający stan stopniowo malał. Znów nie wyhamowałem i za dużo wciągnąłem. Mimo jednak sytości fajna energia utrzymywała się do końca dnia.

Dzisiaj ze szkoły pierwszy wrócił Szymonek i jak tylko wszedł zacząłem zamykać wykresy z forexu by jemu poświęcić całą uwagę ale, że zaczął pytać co robię, to zacząłem odpowiadać i tak od słowa do słowa, żeby pokazać w praktyce jak to działa zawarłem transakcję. Cena na kablu doszła akurat do miejsca które mogło ją choć na chwilę zatrzymać i zawrócić. Otworzyłem pozycję i tłumaczyłem co robię i dlaczego i… to była zyskowna pozycja zamknięta po paru minutach. Ale fajnie. Gdy po chwili doszedł Przemko  poszliśmy pograć w piłkę. Po raz pierwszy zwykłe kopanie było za mało więc zagraliśmy dynamiczny mecz. Przemek z Szymonem na mnie. Świetnie się bawiłem a po meczu zrobiliśmy razem lody z zamrożonych owoców. Piękny, najpiękniejszy czas  to czas z dziećmi…

DZIEŃ 4 SAMAPRANA

SB 18.03.17 SŁUŻBA STRAŻ

Dzień interwencyjnie spokojny, sporo przed laptopem. Wieczorkiem trochę ruchu na siłowni ale tylko żeby rozruszać mięśnie, które czuję po intensywnym wczorajszym treningu. Jest niewielkie spowolnienie, nie podoba mi się, to nie ta witalność  którą chcę mieć. Żołądek też jakby domagał się by coś tam włożyć ale to nie głód tylko rozpoznaję w tym dyskomfort związany ze zmniejszeniem rozepchanych trzewi.  Dzień bardzo fajny wśród chłopaków. Fajne pogaduchy, żarty i takie tam „normalne” okoliczności . Bardzo przyjemnie, szkoda, że  tak wiele osób ze świata rozwoju duchowego krytykuje ludzi tak żyjących chowając się pod kloszem własnych przekonań i aspiracji . Często czuję więcej radości w ludziach żyjących prostym, ludzkim życiem, niż tych aspirujących do jakiegoś „5D”, którzy by utrzymać swój stan żyją  z wciąż zaciśniętymi pośladkami by nie wypaść ze swej drogi. Więcej luzu by się im przydało. O przepraszam- więcej luzu by się NAM przydało bo czasami też łapię się na takim spięciu.

DZIEŃ 5 JEDZENIE ZAMIAST PICIA

PN 20.03.17 ZNACZENIE „DLACZEGO”

Poranna mega energia wdzięczności,  Kompulsywne sprzątanie jako sposób na rozładowanie tej pozytywnej ale zbyt silnej energii.  Godzinna drzemka. Naleśniki ze szpinakiem i lody zjedzone z przyjemnością. Trening. Fajne samopoczucie do końca dnia.

DZIEŃ 6 SAMAPRANADAY

WT 21.03  SŁUŻBA W STRAŻY

Po wczorajszym zjedzeniu przetworzonego dania obawiałem się dzisiejszego dnia. Czy ten naleśnik nie będzie zbyt ciążył by obyć się cały dzień w szczególności bez picia.  Właśnie „dzisiaj” się kończy a ja mile zaskoczony w obserwacji siebie stwierdzam, że mam fajną energię. Po paru godzinach przed laptopem energia trochę spadła ale po wieczornym treningu siłowym do którego musiałem trochę się zmusić znów wskoczyła na fajny poziom.

Obserwuję wzmożone wydzilanie śliny, tak jakby organizm sam produkował tyle płynu ile potrzeba do strawienia i usunięcia tego co jest w jelitach, a że jest tam trochę to i trochę więcej śliny zapewne musi wyprodukować.  Pomimo wczorajszego naleśnika pragnienia ani głodu nie czułem. Fajnie.

DZIEŃ 7. SOKOWANIE

ŚR 22.03

Brak wpisu, nie pamiętam co się działo i jak się czułem.

DZIEŃ 8. JEDZENIE

CZ 23.03

Poranny posiłek- woda z cytryną i wyjście do sklepu. Ochota na maślankę więc korzystając z przecen wypity kefir, jogurt i kawa ze śmietaną po czym jeszcze dwa lody na patyku. Pyszne i byłem przekonany, że po tym znów mnie wessie kompulsywne objadanie się. Od popołudnia masakryczna ochota na „Coś” tylko nie wiedziałem na co. Szukałem w myślach- może to a może tamto- wegeburger? Spaghetti? Surówka, jakaś zupa, może serek grani? Nie wiedziałem czego chcę choć czegoś bardzo mocno chciałem. Dopiero wyobrażenie smaku ogórków małosolnych przyjemnie mnie połechtało i stwieredziłem, że to jest to.  W ostatecznym wyborze miło się zaskoczyłem, że pomimo pozwolenia sobie na wszystko, ze wszystkich dostępnych produktów wybrałem świeżo wyciskane soki warzywno-owocowe.  Ponieważ jednak rano napiłem się nabiałowych płynów i zjadłem orzechy kolejne podejście do eksperymentu nie powiodło się. Tęsknię za medytacją jednak jeszcze nie wracam. Nadal uważam, że do bycia bretarianinem nie jest potrzebna a moje sięganie po nabiał czy orzechy to po prostu słabość do tych smaków. Widocznie nadal moje wyjaśnienie przed samą sobą dlaczego powinienem wytrwać w sokowaniu jest mniej atrakcyjna niż doznania smakowe.  Obserwując swoją dzisiejszą niechęć do czegokolwiek stałego, myślę, że to przechodzenie na ponowne same sokowanie już się dzieje tylko może wolniej niż chciałaby tego moja umysłowa część. Jest jednak pięknie, szacunek, akceptacja samego siebie w uczuciu radość i fajnej witalnej energii pozwalającej jak co czwartek pograć z Przemkiem w pingponga.

Wieczorem, pomimo domsów na nogach, a może właśnie przez nie, zmobilizowałem się do pobiegania przed pójściem spać . Kurcze,  wytrzymałość w stosunku do tego co było  rok temu wymaga podkręcenia jednak w stosunku do zeszłego tygodnia jest lepiej. A może sięganie jeszcze po orzechy i probiotyczne napoje mleczne wynika z tego, że tak intensywnie ćwiczę i na obecnym etapie mój organizm nie potrafi jeszcze zrównoważyć tak wysiłkowych treningów ucząc się dopiero jak zaopatrzyć się w praniczną energię? Tak czuję. Gdybym zmniejszył obciążenie, może i chęć doznań smakowych zmniejszyłaby się. Ponieważ jednak uwielbiam treningi i ten stan kiedy wręcz czuję zmęczenie z dumsami włącznie, godzę się na wszystko jeżeli chodzi o odżywianie. Jestem szczęśliwy.

DZIEŃ 9 SAMAPRANADAY

PT 24.03 STRAŻ

Zaczyna mi się podobać to bycie co trzeci dzień na samapranie w straży. Świadomość, że rzeczywiście staje się to pomału nawykiem i to wspierającym podoba mi się. Widzę jak ważne jest określenie czego się chce i wykształcenie jak najwięcej nawykowego działania, które ten cel będą wspierać. Niestety złamanie starych, niekorzystnych nawyków przeważnie wymaga przejścia przez pewien okres bólu, niewygody.  W pewnym momencie jednak ten dyskomfort puszcza i z czasem to co wymagało uważności, wysiłku staje się niezauważalną normalnością. Ciekawe, że po wykształceniu i utrwaleniu nowego nawyku, gdy tym razem go zabraknie, ponownie przez jakiś czas mamy uczucie dyskomfortu i sytuacja się powtarza kusząc do strefy komfortu w obszarze tego, co znane. Czy jednak zawsze to co znane i komfortowe jest tym czego tak naprawdę chcemy?

Myślę, że jeżeli chcemy się rozwijać to jedynym sposobem jest ciągłe wychodzenie poza każdą nową strefę komfortu.

Od popołudnia wyraźne osłabienie. Gdy się pojawia przestaje mi się chcieć  cokolwiek wiec i tym razem do końca dnia po prostu trwałem.  Wybiegałem myślami do jutra  zastanawiając się co będę pił i jadł. Tęskniłem za maślanką. A może nie za samym zsiadłym mlekiem tylko za powrotem takiej fajnej energii która pozwala mi się cieszyć, radować ćwiczyć, działać… a ponieważ czuję ten powrót energii gdy wracam przynajmniej do picia to stąd tęsknota za zsiadłym mlekiem, w którym ukryłem energię. Jeszcze nie wiem, co zrobić, żeby odłączyć się od tego powiązania i generować energię z innej opcji niż wkładanie czegokolwiek do żołądka.

DZIEŃ 10 JEDZENIE

SB 25.03.17 OSIEMĆDZIESIĄTE URODZINY TATY

No tak, wystarczyło parę łyków soku by poczuć znów taką witalność jaką lubię. Pierwsze picie poranne  po dniu samaprany to zawsze 0,3-0,5l wody. Jednak pijąc wodę nie czuję jeszcze wzrostu energii a wręcz zwiększenie senności. Dopiero drugie picie to wyraźne i wręcz natychmiastowe doenergetyzowanie. Oczywiście mimo fajnej energii już po paru łyczkach nie przestałem pić i jeść orzechy akceptując, że po dniu samaprany jest dzień kiedy pozwalam sobie na wszystko ciesząc się tym by następnego dnia móc bez poczucia żalu czy ograniczenia przejść na sokowanie. Dzięki temu samoistnie wszedłem w  nieplanowany trzydniowy schemat: 36 godzin Samaprany, potem dzień jedzenia i trzeci dzień sokowania. Podoba mi się to bo pozwala cieszyć się każdym możliwym stanem i formą doenergetyzowywania.

Co ciekawe planowałem i pragnąłem osiągnąć coś innego-miały być tylko płyny. Czy powinienem walczyć o swoje? Moje? To znaczy kogo? I znów idąc w jakimś świadomie określonym kierunku pokazało się coś, co bardzo podoba mi się, z czym fajnie się czuję a o czym w ogóle nie myślałem. Teraz chcę przy tym zostać. Czy to oznacza słabość czy może życiową mądrość odpuszczania kiedy powinno się odpuścić i bycia szczęśliwym w ramach tego co przynosi życie po obraniu jakiegoś świadomego kursu?

Dzisiaj miałem telefon od Sylwka, który zaproponował ponowne wejście na Kazbek i zapragnąłem wziąć udział w tej wyprawie by zrobić coś, czego chyba nie zrobił jeszcze żaden człowiek- wejść na 5000m.n.p bez jedzenia i picia. Nie mam pojęcia skąd się to wzięło, szukałem racjonalnych powodów „dlaczego” ale nie znajduję. Podobnie jak w tym gdy poczułem potrzebę wejścia na drogę bretarianizmu lub zajęcia się inwestycjami na rynku kapitałowym. Jest jakieś niewytłumaczalne uczucie pragnienia zrobienia czegoś, które w porównaniu z racjonalnym określeniem celu jest jak wielkie ognisko na tle ognia z kuchenki gazowej.  Ewidentnie chcę to zarobić oddając jednak szczegóły jak to zrobić opatrzności Bożej i prosząc by mnie prowadziła, bym dostrzegał to co mam dostrzec. Oczywiście teraz, po poczuciu nowego kierunku techniki NLP czy hipnoterapeutyczne, związane z osiąganiem celu mogą być przydatne by zachować wytrwałość w chwilach słabości jakie pojawiają się w większości długoplanowych celów.

Urodziny taty to bardzo przyjemny czas. Po raz pierwszy od bardzo dawna jadłem to co było, na co miałem ochotę. Nie patrząc na to czy zdrowe czy nie. Cieszy mnie to, że mimo przyzwolenia zupełnie nie miałem ochoty na martwe zwierzęta. Za to sernik i śmietana ze śledzi powaliły. Ponieważ były to cztery godziny rozmów o polityce a właściwie komentowania z tendencją narzekania, z uważnością obserwowałem swoje emocje  i niestety, po takim czasie stawałem się trochę przytłoczony gęstniejącymi coraz bardziej emocjami jakie okazywali dyskutujący. Nie byłem w temacie więc mogłem tylko przysłuchiwać się, a czując narastającą w sobie jakąś ciężkość, wrócić do siebie. Przyznaję, że będąc w konkretnym środowisku mimo braku angażowania się emocjonalnego, otoczenie jednak ma na mnie wpływ. Cieszę się jedynie, że przy takiej intensywności, jest on tak niewielki. A więc jednak to w jakim środowisku przebywam mimo miłości jaką czuję, w większym lub mniejszym stopniu nadal oddziaływuje na mnie.

DZIEŃ 11 PŁYNY

ND 26.03 SAM U SIEBIE W DOMU- POTRZEBA PRZEDEFINIOWANIA SIEBIE

To nie była fajna niedziela. Dlaczego? Bo mimo wolnego nie widziałem się z dziećmi. Dzień tylko na płynach, był trening, wzruszający film ale zabrakło spotkania z dziećmi. Ponadto na koniec dnia odczułem,  że nie wykorzystałem go, że nie posunąłem się w niczym, w żadnym kierunku do przodu.

Przypomniałem sobie rozdział z Robbinsa o tożsamościach jakie nadajemy sami sobie. Czy przypadkiem nie nadszedł czas przedefiniowania swojej tożsamości bycia tatą? Odkąd pojawiły się dzieci tak siebie określam- przede wszystkim tata. Teraz jednak coraz częściej dzieci nie wymagają takiej uwagi jak dawniej. Mam coraz więcej czasu nie związanego z opiekowaniem się dziećmi a zauważam, że moja tożsamość nadal trzyma się bycia tatą-opiekunem przez co mam wrażenie, że nie wykorzystuję czasu bez dzieci jakiego mam coraz więcej, tylko jakbym był w trybie wyczekiwania na ich powrót. Tylko one dorastają i nie wrócą już w dawnej zależności więc czy nie powinienem zacząć na nowo się definiować?  Szukam w którym kierunku mam iść. Cały czas sukces finansowy prosi się o moją uwagę. Czy to ten czas? Proszę Boga o pomoc w wyborze nowej drogi.  Bycie pełnoetatowym tatą to najpiękniejszy okres mojego życia i po tym jak uświadomiłem sobie, że być może to się kończy poczułem smutek, żal…. Lata uwagi poświęcanej dzieciom, dokonywanie ważnych wyborów częściej przez ich potrzeby a nie swoje, chyba to mnie przywiązały do nich bardziej niż ich do mnie. Smutno mi. Tęsknię.  Taki niewygodny czas przemiany kiedy kończy się jakiś etap a nie ma w jego miejsce czegoś innego.

Następne dni założonego procesu nie opisuję codziennie tylko tygodniami.

TYDZIEŃ  27.03-02.04 W USTALNOMY SYSTEMIE-PODSUMOWANIE

Był to drugi tydzień cały wg ustalonego podziału. W dniu jedzenia pozwalałem sobie na wszystko a i tak nie miałem ochoty ani razu na mięso. Przeważnie były to duże ilości lodów, maślanki, kefiry i zsiadłe mleko oraz kawa z kawiarki trzy razy dziennie i wszystko w dużych ilościach do uczucia objedzenia.

W dniu samego picia piłem przede wszystkim soki owocowe rozcieńczane i klarowane ale także czasami jedną kawę czy sheaka owocowego ze zmiksowanym bananem a wszystko także w dużych ilościach powodujących opicie odczuwane podobnie jak przejedzenie, z tendencją jednak do zmniejszania ilości i rozrzedzania płynów w drugiej części dnia.

W dni samaprany  bez względu czy byłem w pracy czy nie, od popołudnia odczuwałem osłabienie a myśli wybiegały do następnego dnia szukając już co też zjem. Zauważyłem, że gdy w dzień poprzedzający samapranę, pod wieczór nie opiję się oraz gdy jeszcze zrobię lewatywę, osłabienie następnego dnia jest mniejsze Zmuszanie się do ruchu było kolejnym elementem poprawiającym samopoczucie, witalność. W sobotę organizowałem ognisko dla dzieci i koleżanki która przyjechała do mnie.  Rano kupując produkty na ognisko zjadłem dwie kromki chleba, jogurt, serek grani, a na wspólnym ognisku 1 ziemniaka z ogniska, 1 buraka, cebulę i wypiłem 1 piwo . Spodziewałem się, że dzień picia nie wystarczy by oczyścić jelita co wpłynie na zwiększenie osłabienia w dniu samaprany ale wręcz przeciwnie, dzień następny minął super pomimo, że nie robiłem nawet lewatywy. Jedyne co zastosowałem by usunąć zawartość jelit to zmieszałem sok śliwkowy z maślanką dzięki czemu zapewne pod koniec dnia parę razy witałem się z toaletą. Bardzo fajny tydzień. Nie planowałem takiego schematu ale czuję, że dzięki temu mam możliwość doświadczenia każdego z pożądanych stanów związanych z odżywianiem. Jest dzień samaprany czyli oczyszczenia, jest czerpanie radości ze smaków, z jedzenia w towarzystwie ważnych dla mnie osób oraz jest dzień pośredni-czerpanie radości ze świadomości picia lekkich i smacznych płynów i sheaków. Chciałbym tak się ugruntować. Zobaczymy.

Jestem przekonany i chciałbym udowodnić, że bez technik medytacyjnych też można zostać bretarianinem ale jednak ta potrzeba jest silna, nie ze względu na braterianizm ale ze względu na dbanie o samego siebie, o pielęgnację szczęścia, równowagi i harmonii ze samym sobą. Czuję, że od zaniechania medytacji coraz bardziej się chwieję emocjonalnie i nie podoba mi się to. Widocznie nie moją drogą jest by udowadniać cokolwiek komuś na zewnątrz jeżeli za bardzo odchodzę od tego co jest dla mnie wspierające. Trochę szkoda bo naprawdę uważam, że do osiągnięcia stanu życia na samej pranie nie potrzeba nic oprócz oczyszczenia fizycznego  ciała i wykształceniu nowego przekonania, że niejedzenie to nasz naturalny stan.

WEEK 03-09.04 PODSUMOWANIE „CAŁY CZAS WSZYSTKO WOKÓŁ JEDZENIA”

Trzeci tydzień w systemie 36samaparana/12stałe/24płyny. Jedzenie b.o jeżeli chodzi o ilość- do objedzenia oraz jakość- nadal kierowałem się tym na co miałem ochotę i w dniu jedzenia były to nadal przede wszystkim lody(ok. 1l), maślanki, kefiry lub zsiadłe mleka (ok0,5l), najczęściej trzy kawy z kawiarki ze śmietanką, orzechy i co nowe- dwa razy jadłem smażone- raz batata z czosnkiem a drugi raz dwa jajka sadzone. Od początku stosowania tego systemu objadam się. Następnego dnia tylko piłem ale również do przesady i mimo braku ochoty. Wynikało to z nieznajomości funkcjonowania organizmu. Piłem bo chciałem by te płyny jak najszybciej wypłukały z jelit zawartość z poprzedniego dnia. Przestało jednak działać i poza zwiększoną ilością moczu najczęściej nie dochodziło do wypróżnienia. Czuję się zmęczony takim wchodzeniem ze skrajności w skrajność. Brzuch mi nabrzmiał i wyraźnie obtłuścił. Ważę już 71kg. Nawróciły też bóle kręgosłupa. Zmniejszyła się sprawność i czuję jak mięśnie już nie potrafią tak sprawnie sterować ciałem jak kiedyś. Objadanie się wynikało albo z kompulsywnych zakupów, kiedy po dniu suchym miałem ochotę kosztować wszystkiego i kupowałem za dużo a potem na siłę i bez przyjemności zjadałem- żeby się nie zmarnowało. Objadanie się mogło też być spowodowane tym, że  każdy taki dzień miał być ostatnim i chciałem „po raz ostatni” się objeść-opić by od jutra przestać.  Wcześniej takie przejadanie działo i bez żalu odchodziłem od pewnych produktów ale tym razem „od jutra” nie zadziałało.

Tydzień bardzo fajny jeżeli chodzi o czas z dziećmi- chłopcami.

Nadal poza medytacjami i innymi technikami duchowymi. Nadal też w dniu samaprany od godzin popołudniowych przeważnie osłabienie które poprawiało się gdy zmuszałem się do umiarkowanego wysiłku fizycznego a powracało niemal natychmiast po pierwszych łykach wody z cytryną w dniu zaczynającym dzień jedzący.

Niestety odżywianie tak absorbuje mój czas, uwagę i energię, że znów nie znalazłem siły by systematycznie zająć się innymi sprawami- grą na foreksie. Wykonałem parę zagrań ale bez zaangażowania- po prostu wchodziłem gdzieś z ustawionym SL i zostawiałem pozycję  bez kontroli, które kończyły się w 99% na ustawionym SL.

W dalszej części opis tylko dni, które jakoś  były inne niż pozostałe i istotne.

DZIEŃ 29 JEDZENIE

ŚR 12.04.17 PRZEŁOMOWY TRENING- PUNKT KRYTYCZNY

Dzisiaj dzień jedzenia- No tak, podczas normalnych codziennych czynności niby wszystko ok. Pierwsze picie, natychmiastowy powrót energii, potem znów nabiał, lody. Dzisiaj ochota na wegeburgera z camembertem ale nie chciałem kupować wiec zrobiłem w domu. Nie wyszedł za fajnie- większość powypluwałem. Podobnie rano wracając do domu kupiłem ciastko z jabłkiem co już było nietypowe ale również w większości wyplute. Od rana coś było nie tak.

Na treningu były plecy- sporo podciągnięć i tu coś we mnie pękło gdy nie potrafiłem wejść na drążek i zrobić zwykłego wymyku a potem nawet jednego muscleupa i to z pomocą zielonej gumy!. Porażka. Jeszcze nigdy nie czułem się tak niedołężnie, tak flejowato. Chyba w tym momencie padła decyzja, że starczy, nie ciągnę do końca tygodnia tego systemu i już w sobotę pójdę na ponowne badanie składu masy ciała by od poniedziałku wejść znów w delikatniejsze traktowanie swojego układu trawiennego. Ciało na samą myśl o tym zareagowało jakąś taką wewnętrzną radością, tak jakby powiedziało do mnie ” Na reszcie Paweł”. Nie miałem wątpliwości i poczułem się tak, jakby to już się stało. Nie wiem jeszcze co wymyślę ale chciałbym by co trzeci dzień nadal był czasem 36h samaprany. Tymczasem po treningu po raz ostatni pozwoliłem sobie na cassata, kawę i podpiwek. Od jutra…

DZIEŃ 30 PŁYNY

CZW  13.04.17  DZIEŃ OCZYSZCZANIA i SOKOWANIA.

Rano i wieczorem lewatywa. Przez cały dzień picie klarowanych soków które miały pobudzić pracę jelit ( gruszka ze śliwką i woda z kiszonych ogórków, olej kokosowy i ksylitol) Nawet po opiciu się takimi sokami rewolucji nie było.   Po miesiącu objadania się przede wszystkim nabiałem to co teraz wychodziło z takim trudem to kleista maź. Ale załatwiłem sobie jelita i mam się dziwić, że w dni samaprany tak szybko traciłem energię i tak długo spałem? Ostatni dzień samaprany to osiem godzin snu w nocy i jeszcze dwie drzemki w dzień.

Dzisiaj przerwałem to i wróciłem do mniejszej ilości sokowania i po raz pierwszy  nie opiłem się, choć i tak przez cały dzień poszło ok 5l.  Po raz pierwszy od ponad miesiąca wróciłem do medytacji.  I tu również okazało się, że „zapomniałem”. Umysł robił co chciał. Chciałbym zmienić kierunek i wrócić do dawnych, wspierających codziennych nawyków, w tym medytacji, tańca spontanicznego i inwestowania. Proszę o wsparcie Boga.

DZIEŃ 31 SAMAPRANADAY

PT- STRAŻ. Standardowo, od popołudnia osłabienie i standardowo, gdy zmusiłem się do ruszenia tyłka, zrobiłem fajny trening siłowy, który znów podbił moją witalność do końca dnia.

DZIEŃ 32 JEDZENIE

SB15.04- BADANIE KONTROLNE SKŁADU CIAŁA (po wypiciu rano 0,5 litra wody)- a więc zakończyłem miesięczny okres życia wg ustalonego schematu i tak jak czułem badania pokazały przyrost masy ciała ale w postaci obtłuszczenia tkanek wewnętrznych a kosztem masy mięśniowej, która nieznacznie zmalała. Nie o to mi chodzi. Dzisiaj, pomimo, że miałem dzień żywieniowo b.o. zachowałem umiar.

DZIEŃ 33 SOKOWANIE

ND 16.04- WIELKANOC

Świąteczne śniadanie to bardzo przyjemny czas u brata. Piłem co prawda swoje soki ale najwyraźniej już wszyscy się do tego przyzwyczaili.  Zjadłem też ze wszystkimi święconkę, choć bez zwierząt lecz poza tym do końca dnia nadal na sokach.

Po południu spacer do lasu podczas którego znów zaczęło mnie nosić silną, pozytywną energią. Znów nie wiedziałem jak ją wykorzystać i znów wielka chęć na  lody, kawę ze śmietaną lub chociaż coś kefirowatego. Intensywne rozmyślania na ten temat, zadawanie sobie pytania o co chodzi? Jak wykorzystać tę energię zamiast spłycać przez jedzenie przyniosły metaforę. Energia jest jak samochodowy silnik a ciało jak nadwozie. Jak tylko zmniejszam jedzenie wzrasta niesamowicie pojemność i moc silnika do rozmiarów, których nie jest w stanie pomieścić nadwozie co powoduje, że  aby znów poczuć się komfortowo odbierałem tej mocy przez powrót do jedzenia . Teraz jednak zadałem pytanie dlaczego idę w tę stronę? Ograniczam dany lub wypracowany potencjał? Czy nie mogę spojrzeć z drugiej strony?  Poszukać sposobu by przebudować nadwozie i zwiększyć komorę silnika tak, by pomieściła ten nowy, mocniejszy silnik? Jak to zrobić? Myśl Paweł Myśl! Te nowe pytania i zmiana punktu patrzenia wprowadziły silne pozytywne emocje. Radość i kolejne fale entuzjazmu doprowadziły do konieczności spożytkowania tej energii przez trening. A miał to być tylko spokojny, medytacyjny spacer po lesie. Póki co nie znalazłem sposobu by stworzyć przestrzeń dla tej silnej energii więc znów wróciłem do strefy komfortu przez napicie się kakaa, ale tym raze na wodzie, z imbirem, cynamonem i ksylitolem- pyszne i chyba trochę się najadłem tym piciem. To było jednak przyjemne i lekkie opicie, takie akurat by znów poczuć równowagę.

PODSUMOWANIE EKSPERYMENTU:

A więc tym razem nie poszło. Miesiąc w ustalonym schemacie pokazał, że nie jest to wspierające dla mnie. Przede wszystkim wzrost obtłuszczenia narządów wewnętrznych i pogorszenie ogólnej sprawności fizycznej,  nie jest tym kierunkiem w jakim chciałbym iść. Czy potrzebne były do tego badania składu ciała? Absolutnie nie ponieważ moje coraz gorsze samopoczucie i kondycja wyraźnie dawały znać, że to nie jest dla mnie budujące. Badanie jednak pomaga zrozumieć, że patrzenie na wagę ciała nie zawsze stanowi wyznacznik właściwego kierunku. Jeżeli wzrost wagi odbywa się poprzez wzrost tłuszczu trzewnego, a nie mięśni to lepiej by nie wzrastała bo tak jak w moim przypadku zapewne pogorszy to tylko kondycję ciała. Analizując dalej szukam przyczyn dlaczego jedząc tylko co trzeci dzień tak się zapuściłem. Oczywiste stało się dla mnie, że jednak ważne jest to co wciągamy. „Jednak”, ponieważ podchodząc do tego eksperymentu byłem przekonany, że mogę jeść wszystko co mi się tylko podoba- Skoro nic mnie nie odżywia? Skoro są ludzie, których ciała po podaniu trucizny nie wykazują reakcji? To  ja też mogę jeść to na co mama ochotę bez negatywnych konsekwencji, tym bardziej co trzeci dzień. Jak się okazuje moje ciało fizyczne potrafi dużo, ale ma również swoje granice i przy zbyt dużym obciążeniu toksynami nie dało rady ich zneutralizować i usunąć nawet jeżeli męczyłem je nimi tylko co trzeci dzień i stąd wzięło się to obtłuszczenie trzewi.  Ponieważ kiedyś opychałem się dużo i codziennie ale przy zróżnicowanej diecie a mimo to nie tyłem i wypracowałem do tego świetną formę, to wszystko wskazuje na to, że większy wpływ na stan zdrowia ma jakość jedzenia  a nie jego sama ilość. W tym przypadku przypuszczam, że cukry w postaci lodów zjadanych w ilości ok 1l w dniu jedzenia, oraz  dwie lub trzy kawy na tłustych 30% lub 18% śmietanach zrobiły swoje.

Szukając najlepszego dla siebie nawyku żywieniowego mogę po tym miesiącu stwierdzić co musi się stać, żeby określony schemat był dla mnie ok:

  1. W schemacie chcę doświadczać zarówno lekkości samaprany jak i mieć przestrzeń na jedzenie bez patrzenia na jakość produktów. ( W powyższym schemacie było objadanie się, jednak co trzeci dzień samaprany nie wystarczył by poczuć lekkość)

2.Przy systematycznych treningach powinienem czuć wzrost masy mięśniowej, siły i wytrzymałości co potwierdzi badanie pokazujące spadek obecnego obtłuszczenia i        utrzymanie go na poziomie 1 lub 2 przy wzroście masy mięśniowej. Fajnie, że                    trafiłem na  takie badanie. 🙂

(Innym wykładnikiem spełnienia tego warunku jeżeli nie będę miał dostępu do badania będzie co miesiąc wykonywana kontrolna seria ćwiczeń:                                     Siła i wytrzymałość- coraz większa maksymalna ilość powtarzanych ćwiczeń jak pompki, podciągnięcia na drążku,  przysiady, brzuszki itp.                                                            Kondycja-przebiegnięcie w danym czasie coraz dłuższych dystansów lub stałego dystansu w coraz krótszym czasie.                                                                                                         Tak więc zawsze jest jakiś sposób weryfikacji kierunku w jakim się chce iść.)

       3. Nocna  ilość snu dająca regenerację i witalność będzie wynosił maksymalnie  6                       godzin (lub mniej). Skrócony sen to kolejny bardzo znamienny efekt  uboczny i                           informacja, że mamy w miarę oczyszczony organizm.

       4. Muszę subiektywnie czuć się na tyle fajnie by mi się chciało żyć. Chodzić na treningi                 i na fajnej energii spędzać czas z dziećmi, planować i realizować także  cele nie                           związane z jedzeniem-niejedzeniem.

Ktoś zapyta dlaczego zależy mi na wykształceniu wspierającego nawyku żywieniowego?  Wiem, że najlepsze byłoby podążanie w uważności, zgodnie z tym co przynosi każda następna chwila, dlatego rzeczywiście od czasu do czasu chciałbym wchodzić w takie okresy bycia poza opracowanym schematem i  słuchanie swojego ciała przez cały czas. Testowałem to jednak również i nie wyszło. Przy moim intensywnym trybie  życia które lubię, zmienności, nie potrafiłem zachować uważności i traciłem wyczucie czego i ile potrzebuje moje ciało, przez co pojawiało się nieświadome sięganie do jedzenia. Jeżeli już utrzymywałem uwagę na byciu w tu i teraz, to miałem wrażenie, że chodzę z zaciśniętymi pośladkami zupełnie nie czerpiąc takiej zwykłej radości z życia.  Nieustająca uważność na swoje reakcje w odniesieniu do jedzenia powodowała ponadto, że nie mogłem skupić się na niczym innym przez co odszedłem od  podążania drogą pasji realizacji celów z innych obszarów- a jest  tyle innych radości życia. Staram się więc wypracować świadomy, wspierający nawyk i zająć się czymś innym. Jestem nawykową istotą i podoba mi się to. Staram się więc w tym podejściu wypracowywać jak najwięcej świadomych nawyków które są moje, a nie bezmyślnie powielać to co sugeruje mi otoczenie… Zobaczymy natomiast co przyniosą dalsze dni, tygodnie, miesiące i lata…

W tym całym planowaniu przyszłości nauczyłem się jednak zostawiać spory zapas na to, by podążyć za tym, czego nie dostrzegam z poziomu „dzisiaj”, a co może objawić się dopiero „jutro”.  Mam przy tym świadomość o konieczności równowagi ponieważ mimo bycia nawykowcem, najwłaściwsze kierunki można najlepiej dostrzec dzięki byciu „W tu i teraz”….

Badanie składu ciała przed:

Badanie składu masy ciała po:

 

 

Dodaj komentarz