GRUZJA 2015

GRUZJA, KAZBEK -otwartość na to co przychodzi…

P1050122 (2)
Foto Paweł.

Wstęp  „Odkrywanie  powodów swoich wyborów”

Siedzimy w jednej z pilskich kafejek na urodzinowym spotkaniu Leszka gdy pada pytanie czy nie chciałbym wybrać się do Gruzji na Kazbek 5033m.n.p.m.  Ostatnio, od różnych osób słyszę by odważniej zacząć słuchać i podążać za pierwszym uczuciem ponieważ jest to ten drogowskaz, który nadaje naszym wyborom właściwy kierunek.  Posłuchałem  tego co poczułem i zadeklarowałem  uczestnictwo w wyprawie. Oczywiście  w następnej minucie zaczęły pojawiać się głosy  racjonalizmu by zrezygnować- przecież nie mam pieniędzy, ani sprzętu, przecież to będzie początek roku szkolnego- muszę zająć się dziećmi.  Wiedziałem, że jeżeli mam dotrwać w swoim postanowieniu to muszę  podjąć już teraz jakieś działanie, zaangażować się, w przeciwnym razie znajdę jeszcze dziesięć innych jak najbardziej dla mnie istotnych  uzasadnień by nie pojechać i nie pojadę. Następnego dnia kupiłem więc bilet na samolot co wyniosło połowę wartości całej wyprawy. Nie znałem jeszcze wtedy technik taniego kupowania biletów dlatego wydałem niestety dużo więcej niż wydałbym teraz.  To było pół roku przed terminem wyprawy planowanej na 27 sierpnia.  Przez  ten czas, parokrotnie myślałem by wycofać się nie znajdując wystarczajacego powodu na wydanie tak dużej jak na moje możliwośći kwoty pieniędzy ale z drugiej strony cały czas czułem, że mam wziąć udział w tym wyjeździe nie wiedząc jednak jeszcze dlaczego. Opłacona rezerwacja skutecznie pomogła wytrwać mi w postanowieniu.

Ostatnie czternaście lat to wspaniały czas  spędzony na wychowywaniu moich dzieci a ostanich parę to także podróże innego rodzaju, bardziej w głąb siebie które pozwalają doświadczać jak niewiele potrzeba by poczuć  Jedność- chwila ciszy w samotności, oddech… Skoro Źródło jest wewnątrz, to po co mi ta wyprawa ?  Za nastolatka dużo nosiło mnie po Polsce, wyprawy rowerowe, trekkingi po lasach i górach i poznawanie jurajskich i tatrzańskich jaskiń ale odkąd zostałem ojcem priorytety się zmieniły i w sposób naturalny to dzieci stały się moją wspaniałą życiową podróżą którą kontynuuję do tej pory. To one  stały się moim nauczycielem nadając kierunek wielu wyborom. Miałem i mam szczęście oraz przywilej  przeżywania wspólnie dzieciństwa dzieci, a teraz  dni kiedy udaje mi się przeżyć w równowadze z chwilami samotności w wyciszeniu, w medytacyjnej Noble Silent powodują, że mam uczucie jakbym płynął z nurtem Życia . Po co mi więc ta wyprawa?

Padały różne powody racjonalne- niech będzie to prezent na moje  urodziny- od tylu lat nie byłem na takim wyjeździe,  przypomnę sobie jak to jest, może coś odkryję czego nie wiem, co zapmniałem? Świadome czytanie książek oraz podróże to  znaczące źródła dające możliwość rozwoju. Czułem jednak także, że pierwsze powody wyjazdu wypływały również z Ego- żeby móc pochwalić się kolejnym dokonianiem, zamieścić parę fajnych fotek na facebooku… Nie o to chodzi mi w żuciu, nie Ego ma mną kierować. „Po co” zostało więc niewyjaśnione a ja  czułem jakiś wewnętrzny dyskomfort związany z tym stanem.  Przyszła jednak chwila, że  odpuściłem pragnienie zrozumienia i obserwowałem z ciekawością co się wydarzy zachowując otwartość na wszystko co przyniesie czas.

Nie wierzę w przypadek. Nie ma przypadku w naszym życiu a ja uwielbiam obserwować,  poznawać i uczyć się. Na miesiąc przed wylotem trafiłem na fajną stronę o Hunie,  gdzie autorka dzieli się spostrzeżeniem: Szczyty wysokogórkie  są wyjątkowym miejscem pomagającym w otwarciu najwyższej z czakr -korony oraz regulują przepływ energii.   To był impuls gdy pojawiło się silne pragnienie by odbyć tam medytację. Skoro szczyty mają taką moc to pojawiło się jeszcze jedno bardzo ważne dla mnie przesłanie -chęć wysłania z tego miejsca dużo dużo Energii i Miłości pewnej bliskiej mi rodzinie, która obecnie przeżywa chwile próby… Od tego momentu mój wyjazd nie podlegał żadnej wątpliwości, przy takim nastawiniu nawet rosnące ponad plan koszty wyprawy nie powodowały zwątpienia.  Po raz kolejny w praktyce doświadczyłem jakie znaczenie ma wizja nie tyle celu ale tego co on wniesie i odczucie jego wyniku całym sobą.  Poczuć czy to co robimy lub mamy robić jest rzeczywiście tym co chcemy robić,  zaufać mimo często  pojawiającego się na tym etapie niezrozumienia i wykonać pierwsze działanie a przyczyny  Wszechświat sam nam objawi w odpowiednim momencie.  Zaufałem, poszedłem za pierwszym uczuciem nie rozumiejąc a potem odpuściłem zrozuminie i w odpowiedniej chwili z mdłego rozmazanego kształtu wyrósł wyraźny obraz i czyste pragnienie w poczuciu, że to jest właśnie To.

Warto tu uświadomić sobie jakimi mechanizmami posługuje się większość ludzi podejmując takie a nie inne wybory. Kierujemy się wgranymi przeważnie nieświadomi programami. Są to silne lub wielokrotnie powtarzane bodźce- słowa, sytuacje które nasza podświadomość przyjęła za własne i od tej pory działamy na ich bazie nawykowo i bezrefleksyjnie no bo przecież nie mamy czasu by się zastanowić… (uwielbiam to stwierdzenie „nie mam czasu lub pieniędzy” ).  Religia, społeczeństwo, kultura oraz najwcześniejszy i najsilniejszy z naszych programatorów- rodzina w jakiej się wychowywaliśmy. Jako dzieci nie mamy wyboru w jakich warunkach kształtuje się nasza osobowość, czy jest to obserwowana agresja, kłótnie czy może okazywana miłość, zaufanie i spokój. Nie mamy wpływu na to co jako dzieci słyszymy -często wielokrotnie, a własnie te wzorce w największym stopniu wpływają na przekonania wg których potem wartościujemy i przez pryzmat których podejmujemy działania w dorosłym życiu.  Właściwie powinienem napisać że to raczej nasza podświadomność podejmuje te działania a my je tylko bezmyślnie wykonujemy. Warto więc, szczególnie gdy mimo zaangażowania coś nam nie wychodzi zrobić taką analizę i odkryć wg jakich programów żyjemy i czy je chcemy.  Może okazać się, że powiemy o k… przecież swoim myśleniem, zachowaniem powielam wzorce innych lub przyjąłem za swoje to co często słyszałem w dzieciństwie. Sam  odkryłem sporo takich wzorców, a co ciekawe rozpoznałem także niekorzystne programy które sam sobie zainstalowałem w wieku nastu lat czytając takie a nie inne ksiązki. Moja podświadomość przyjęła te treści jako swoje i na ich podstawie funkconowałem.  Co ciekawe czasami wystarczy samo uświadomienie sobie skąd pochodzi jakiś wzorzec by odszedł ale nie zawsze. Czasami są one tak silnie zakorzenione w naszej podświadomości, że potrzeba pewnych narzędzi do ich zmiany. Jest wiele metod do pracy z podświadomością i osoby gotowe na pewno znajdą odpowiednią dla siebie. Ja miałem i mam do czynienia z medytacją, hipnoterapią i NLP więc  o nich mogę wyrazić opinię. Ponadto ruch spontaniczny który pokazał jak wiele zablokowanych emocji może być w ciele fizycznym i jakie to uczucie gdy te blokady puszczają dając uczucie wolności. Jest jeszcze przestrzeń serca, piękna modlitwa ho’oponopono…. Każda z tych metod dotyka nieco innego aspektu lub może być tylko innym sposobem na dotarcie do tego samego miejsca…  Praca nad swoimi przekonaniami i emocjami jest niesamowita ponieważ pomagaj zrozumieć wiele przyczyn swoich zachowań co wprowadza uczucie akceptacji i takiej wewnętrznej spójności. Samemu od paru lat staram się by moja pasja stała się źródłem strumienia fajnego dochodu. Póki co jednak  w sytuacji  kiedy zachodzi taka potrzeba to pieniądze spływają zupełnie z nieoczekiwanych źródeł a nie z mojej pasji. Nie wiem jak mam to interpretować, myślę, że to własnie za sprawą jakiś niewspierających przekonań nad którymi cały czas pracuję-szukam.  Akceptacja jednak i nieprzerwana wdzięczność wspierana przez codzienną modlitwę pozwala odczuwać szczęście. Tak, myślę, że uczucie wdzięczności bez względu na okoliczności zewnętrzne jakie nas spotykają to najcenieniesze uczucie jakie możemy w sobie wyrobic jako istoty posiadające wolną wolę. Są sytuacje na które nie zawsze mamy wpływ, ale zawsze mamy wpływ jak pod ich wpływem będziemy się czuć.

WYPRAWA

DZIEŃ I  28.VIII.2015   ( Lotnisko w Tibilisi do kościół Gergeti. )

Przystosowanie się do nowego otoczenia,  innych zachowań.

P1050032
Foto Paweł:  Nocleg po przylocie

Przylecieliśmy do Tibilisi o 2 w nocy i pierwsze co zrobiliśmy to żeby doczekać do rana rozłożyliśmy karimaty na podłodze obok lotniskowej windy zasypiając przy odgłosach funkcjonującego  małego lotniska w stolicy Gruzji.

Patrząc na nasze zachowanie po dotarciu do Tibilisi od razu było widać, że jesteśmy na początku pobytu w nowym miejscu ucząc się nowych zwyczajów, zasad i otoczenia. Byliśmy tego świadomi więc z zasady rezygnowaliśmy z ofert często nachalnych miejscowych.  Zanim podejmowaliśmy decyzję staraliśmy się poznać temat z kilku różnych źródeł, co jak się później okazywało owocowało oszczędnościami. Pozwoliliśmy jednak by wszystko działo się w swoim tempie, bez pośpiechu, ale w nadanym  przez nas kierunku. W przeciwieństwie do kierowców poruszających się po gruzińskich drogach, nie spieszyliśmy się ciesząc się z nowości i innych niż te do których przywykliśmy widoków, jakie co chwila wyrastały przed nami. Przyroda robiła na nas wrażenie jednak jeżeli chodzi o męskie spostrzeżenia jednomyślnie stwierdziliśmy, że nasze kobiety- słowianki a wszczególności Polki podobają nam się najbardziej. Chłopaki  oczywiście mieli na myśli swoje partnerki a jedynie ja  wyraziłem tę opnię generalizując  🙂

Pierwszy dzień to dojazd marszrutką do miejscowości Kazbegi i podejście do polany przy kościele Gergeti. Podejście z Kazbegi pod kościół zajęło nam po obfitym obiedzie z 20kilogramowymi plecakami plus plecaki piersiowe ok 3godzin. Tu stwierdziliśmy, że warto byłoby trochę odchudzić nasze garby więc po rozbiciu namiotów przepakowaliśmy się tak by mieć ze sobą rzeczy na 6dni. Na tyle mieliśmy jedzenia oraz tyle daliśmy sobie czasu na Kazbek chcąc w drugim tygodniu  pozwiedzać inne części Gruzji.  Pozostałe rzeczy  zostawiliśmy dzięki uprzejmości księży w klasztorze Gergeti.

Poniżej miejsce pierwszego noclegu- polana przy kościele- wysokość 2170m.n.p.m. Pomimo niewielkiej jeszcze wysokości część zaczęła już odczuwać pierwsze objawy w postaci osłabienia i uprzedzali mnie, żebym też się na to przygotował. W razie czego mieliśmy aspirynę która rozrzedza krew oraz inne medykamenty. Przyznam się, że poza wypadkiem jaki miałem zeszłego roku w pracy, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem u lekarza -myślę, że ładnych parę lat temu tak więc chemicznych medykamentów także nie stosuję, a tym bardziej profilaktycznie. Jak dbam o swoje zdrowie? Wg mnie większość przypadłości i chorób somatycznych ma podłoże psychiczne więc z tą płaszczyzną pracuję. Tym razem w autohipnozie dałem sobie odpowiednie sugestie, poczułem to i mogłem dzień zakończyć w moim nowym śpiworze, z moją ulubioną Hawajską modlitwą w sercu wyrażającą wdzięczność za to co otrzymuję.  I tak jak w domu, kładąc się na podłodze nie wiem kiedy zasypiam, tak i teraz po prostu odpłynąłem w krainę Morfeusza…

„O zdrowie, ile Cię  trzeba cenić…”  krótka rozmyśl

P1050053 (2)
Foto Paweł: Kościół Gergeti-tu kończy się droga dla samochodów.
leon (3)
Foto Leon: Nasz pies-przewodnik który towarzyszł nam od kościoła do stacji Meteo.  Na polanie przy klasztorze było pełno takich psiaków ganiających się z krowami. Wybierały sobie grupę ludzi, dołączały się do niej i odprowadzały w wyższe partie gór. Nasz kulał biegając na trzech łapach a i tak szedł z nami aż do meteostacji. Wchodząc na szczyt spotkaliśmy grupę z niemiec z którą  „ich”  psi przewodnik  wszedł na sam szczyt… Wysnułem teorę, że w tych psach  inkarnowały się dusze osób które za swojego ludzkiego życia kochały góry a teraz  bezpiecznie przeprowadzają takie grupy jak nasza chociażby przez lodowiec. 😉
P1050052 (2)
Foto Paweł: Marcin na tle wszechobecnych krów.  Krowy- to odrębny temat jeżeli chodzi o Gruzję. Były częstym elementem krajobrazu. Sytuacje gdy leżały odpoczywając na jezdni nikomu nie przeszkadzały. Gruzińscy kierowcy, bardzo wykraczający poza europejskie poczucie bezpiecznej jazdy przy tych krowach stawali się nad wyraz ostrożni, bez klaksonów, bez oznak zdenerwowania ostrożnie wymijali je lub czekali tyle ile potrzeba aż same się usuną.  Na zdjęciu akurat spokojne ale chwilę później ganiały się pomiędzy namiotami tratując co bardziej wyeksponowane. Noc minęła jednak spokojnie.
2015-09-02-1638 (2)
foto Marcin- typowy gruziński obrazek sytuacyjny
DSC_0276 (2)
foto Sylwek:  Grużińska krowa w swoim naturalnym środowisku

 

DZIEŃ II  29.VIII.2015  (Kościół Gargeti do stacji meteo.)

Dzień rozpoczęty jak zwykle ruchem spontanicznym, choć dyskretniejszym ze względu na pojawiające się pierwsze osoby i medytacją na szczycie pagórka polany. Akurat słońce wyłaniało się zza gór i czułem jak pierwsze promienie zaczynają ogrzewać moją twarz. To nie była jednak głęboka medytacja, dużo myśli się pojawiało a ja pozwalałem im płynąć swoim tempem.  Nie każda medytacja to głęboki stan, czasami to kojące wyciszenie, relaksacja jak teraz i to jest także ok. Wystarczy jednak by miło rozpocząć nowy dzień, a w sytuacji gdy pojawiają się emocje nabrać dystansu.

Spokój i rozluźnienie- ćwiczenie.

Dzień drugi to przede wszystkim wysiłek. Odchudzone plecaki nie były dużo lżejsze, szczególnie nie wydawały się takie pod koniec całodniowego podchodzenia w górę.

P1050057 (2)
Widok na kościół i miejsce wcześniejszego noclegu
P1050069 (2)
Czoło lodowca. Wielkość natury można odczuć dostrzegając trzy postacie idące szlakiem po lewej stronie zdjęcia. W chmurach, ponad wystajacym jęzorem lodowca ukryty  Kazbek oraz nasz cel na dzisiaj- dawna stacja meteo.

Po dojściu do lodowca, widząc jak akurat zchodzi z niego parę osób bez raków i jakiegokolwiek zabezpieczenia padła decyzja, że idziemy  środkiem, śladem gdzie szły te osoby. W rzeczywistości naszym śladem już po parudziesięciu metrach na lodowcu były końskie odchody zostawiane  w miarę regularnych odstępach. Miejscowi na koniach dostarczają produkty do meteo więc ta trasa musi być najbezpieczniejsza. Na środku lodowca systematyczność końskiego znakownia jednak malała no bo ile te biedna zwierzęta mogą wydalać, więc nieco się pogubilśmy klucząc pomiędzy widocznymi szczelinami.  Wsłuchując się w dobiegające  spod lodu odgłosy płynącej wody staraliśmy się zlokalizować miejsca które lepiej omijać.  W końcu jednak po ok godzinie, szczęśliwie przeszliśmy ten płaski odcinek dochodząc do moreny bocznej u podnóża stacji meteo. Ostatni etap na dziś to dosyć  strome podejście o przewyższeniu może ze 100m ale pokonanie którego zajęło nam prawie  kolejną godzinę. Zmęczenie dawało o sobie znać.

DSC_0145
foto Sylwek: Przed dojściem do czoła lodowca, w oddali Kazbek- nasz cel.
leon06404
foto Leon: Początek lodowca.
P1050083
foto Paweł: na lodowcu

W końcu doszliśmy, jedynie nasz kulejący psi przewodnik  w połowie lodowca zniknął ale jak się okazało czekał na nas już przy stacji- pewnie na lodzie marzły mu te trzy pozostałe sprawne łapy więc przyspieszył i poszedł sam.  Wieczorem natomiast my poszliśmy posiedzieć w pomieszczeniu stołówki schroniska gdzie spotykały się osoby które obrały sobie Meteostację za bazę wypadową na szczyt i w jej okolicy nocowały. Siedząc w tak klimatycznych mieżdunarodnych okolicznościach przyrody, widząc, że inne ekipy raczą się napojem  chmielowym i w naszej ekipie nastąpiło poruszenie. Ja oczywiście w pierwszym odruchu powiedziałem, ze nie piję- to z przyzwyczajenia pewnie bo rzeczywiście alkohol nie jest moim częstym napojem. Nie to, że nie lubię bo i owszem piwo lub wino czasami ze samkiem skosztuję. Ponieważ jednak wieczorami lubię popracować podczas czego chcę mieć trzeźwy umysł oraz wieczorami lubię pomedytować to alkohol niemal znika z mojego życia w sposób naturalny. Tym razem jednak nie pracowałem więc zaraz złapałem się, że włączył mi się bezalkoholowy program codzienności podczas gdy ewidentnie poczułem ochotę na zimne piwo.  Zadałem sobie pytania czy mogę? -tak, bo jesteśmy tak zmęczeni, że atak na szczyt dzisiejszej nocy odpada więc jutro będziemy odpoczywać. Czy kogoś tym skrzywdzę włącznie ze sobą, swoim zdrowiem?-nie zauważam by szklanka piwa mi zaszkodziła, wręcz przeciwnie. Pomyślałem jedynie że stracę wieczorną medytację ponieważ po wypiciu nawet małej ilości alkoholu zmniejszają się wibracje do tego stopnia, że medytacja czy przestrzeń serca pozostają „zamknięte” Tym jednak co staram się utrzymać w życiu to bycie w równowadze pomiędzy  byciem „om” oraz „am” jakie to wymyślił trafne i z poczuciem humoru  Sylwek określenia dla duchowości oraz fizyczności. 🙂 Dzisiejszego wieczoru poczułem, że mogę być „am”.  Dwulitrowa butelka zimnego gruzińskiego piwa  na cztery osoby wystarczyła by zaspokoić pragnienie zarówno fizyczne jak i metafizyczne. Najważniejszy był jednak pierwszy łyk i to uczucie jakie mu towarzyszyło- wspaniały smak i doznania i zapewne nie z racji marki czy jakości plastikowej butelki z jakiej piliśmy tylko z racji okoliczności oraz towarzystwa w jakim go kosztowałem. Jak często tak na prawdę chodzi tylko to pierwsze doznanie na którym przy zwiększonej świadomości moglibyśmy poprzestać… Przypomniała mi się historia raczej nie pijącego znajomego-terapeuty, który chcąc dotrzeć do bliskiej mu osoby lubiącej z kolei aklohol  umówił się na wódkę. Co jednak zrobił, to przed spotkaniem naenergetyzował ją z pozytywną intencją dla tej osoby – to dopiero proces!  Aczkolwiek nie wiem jaki był finisz tego spotkania i wynik końcowy. 🙂 Mój rezultat natomiast był taki, że miło spędziliśmy wieczorny czas na filozoficznych rozmowach o wszystkim. O historii i Polskości,  o związkach i relacjach damsko-męskich a potem  przyszedł szybki sen, któremu pomogłem przyjść techniką opisaną powyżej, z uśmiechem na ustach dziękując za ten kolejny dzień…

DSC_0161
foto Sylwek: Koniec wyczerpującego dnia ale humory dopisują 🙂

DZIEŃ III  30.VIII.2015 (Parogodzinna aklimatyzacja na 3900mnpm )

Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek. Pierwsza mozliwość ataku na szczyt była rozważana najwcześniej na jutrzejszą noc.

DSC_0168 (2)
Foto Sylwek:  Poranna medytacja zakończona kontemplacją otaczającej mnie Natury…
P1050101
Foto Paweł: 3600m.n.p.m Dawna stacja meteo przerobiona na klimatyczne schronisko o poranku. Dla nas miejsce noclegu i aklimatyzaji.
DSC_0176
Foto Sylwek:  Nasz pies-przewodnik- oboje lubimy wygrzewać się na słońcu.
P1050120
Foto paweł: 3900m.n.p.m Aklimatyzacja do wyższej wysokości połączona z nauką i  przypominaniem sobie technik ratowniczych w razie wpadnięcia do szczeliny.

P1050119

Foto paweł: Aklimatyzja na 3900 m.n.p.m

Wieczorem, po powrocie z ćwiczeń odbyła się narada czy atakujemy dzisiejszej nocy i skąd. Z meteo czy przenosimy się jeszcze wyżej do czarnego krzyża lub na plateau. Zdania były podzielone. Kondycyjnie dzień odpoczynku wystarczył ale jak wiadomo to pogoda na takich wysokościach jest często kluczowa jeżeli chodzi o powodzenie wejścia szczytowego oraz ma największy wpływ na bezpieczeństwo. Wg prognoz, które sprawdzamy na bieżąco, jutro od 10 rano ma przyjść załamanie ze śniegiem. więc nawet wychodząc dzisiaj o 24 w nocy czyli za 4 godziny nie zdążylibyśmy wrócić co oznacza, że załamanie mogłoby nas chwycić na lodowcu a to przy świeżym śniegu nie byłoby bezpieczne ze względu na przysypane szczeliny. Ostateczna decyzja należała do Leona jako najbardziej doświadczonego i obytego z górami który zadecydował, że jutro spędzimy jeszcze jeden dzień przy stacji, tym bardziej, że  później prognoza zapowiada trzy dni ładnej pogody. Tak więc jutro jeszcze jeden dzień na tej samej wysokości.

DZIEŃ IV 31.VIII.2015  (Przeniesienie obozu wyżej)

Prognoza się nie sprawdziła i do popołudnia pogoda była piękna więc te grupy które w nocy wychodziły na szczyt wracały ok południa w fajnych humorach.  My, atakujemy jutro w nocy o ile pogoda pozwoli gdyż  pod koniec dnia pojawiły się  gęste chmury.

P1050124
Foto Paweł: Wieczorkiem przenosimy obóz wyżej przed atakiem szczytowym. Zmiana pogody- stacja nad chmurami.
2015-08-31_09-11-50 (2)
Foto Marcin: Po godzinie drogi bylismy na miejscu obozu przy czarnych krzyżach. W tle cel na jutro w słońcu pomimo, że niżej chmury. Już jesteśmy nad chmurami 🙂

 

P1050148
Foto Paweł: Miejsce obozu przed atakiem szczytowym. Pięknie. Słychać, jak góry żyją- odgłosy lawin i obsypujących się kamieni co jakiś czas przetaczają się przez powietrze. Szczególnie w nocy te odgłosy robiły wrażenie dając do zrozumienia jaka potężna jest natura gór w szczególności.
P1050137
Ostatnie chwile dnia przed  odpoczynkiem by o 02 w nocy ruszyć na szczyt. Pogoda zmienną jest jak kobieta. Nie mamy pojęcia co przyniesie  noc i poranek. Do ataku szczytowego dołączył do nas poznany Bartek który odbywa samotną podróż po tej części świata.

 

DZIEŃ IV 01.IX.2015  (Atak szczytowy)

W nocy chyba nikt z nas nie spał, to było jedynie leżakowanie. Tym razem, słysząc jak spadają na namiot płatki śniegu i ja nie mogłem spać. Otworzyłem namiot i wszystko było w mgle zmieszanej z pruszącym śniegiem. Poczułem niepokój czy będziemy mogli ruszyć za parę godzin ale gdy drugi raz wyjrzałem słysząc  tym razem deszcz to księżyc pięknie oświetlał okolicę. Odliczałem godziny- jeszcze trzy, dwie i wsłuchiwałem się czy przestało padać. Śnieg przekreślał nasze wyjście w wyższe partie. I tak mijały się minuty. W końcu stwierdziłem, że co ma być to będzie i zamiast skupiać się na odgłosach z zewnątrz skupiłem się na oddechu relaksując aż w końcu zasnąłem  na parę, parenaście minut. Gdy o pierwszej budził nas budzik od razu wyjrzałem z namiotu. Na zewnątrz było jasno, zimno, lekki mróz ale widząc gwieżdziste niebo z okrągłą tarczą książyca aż chciało się wyjść i iść wyżej więcłyk gorącej herbaty i w drogę.

2015-09-01_01-46-01 (3)
foto Marcin: gdzieś w drodze,morena- jeszcze przed wejściem na lodowiec
P1050157 (2)
Ostatnie przeorganizowanie sprzętu przed wejściem na lodowiec,

Po ok dwóch godzinach podchodzenia, przed wejściem na lodowiec spotkała mnie niemiła niespodzianka. Kammelbak który miałem w plecaku rozszczelnił się i półtora litra wody rozlało się na ciuchy i sprzęty jakie miałem użyć na wyższych partiach. Pozbyłem się tak ważnej na tych wysokościach wody. Na szczęście przy minusowej temperaturze pozamarzało mi wszystko i podczas zakładania poza sztywnością nie było tak źle. Najbardziej odczułem zamarznięte rękawiczki tym bardziej, że dłonie to moja najbardziej wrażliwa na niskie temperatury część ciała.  (Kiedyś miałem odmrożenie i teraz bardzo szybko marzną włącznie z sinieniem i piekącym bólem.) Na szczęście było tak zimno, że woda zanim przedostała się do wnętrza rękawic chyba zamarzła bo w środku były suche- uff, mogłem iść dalej.  Spodnie i kurtka goreteksowa były sztywne ale po połamaniu zlodowacenia dało się je ubrać. Oblodziałe paski od raków łamały się przy zapinaniu ale też po paru ruchach dały się zapiąć. Ogarnianie tej sytuacji zabrało mi parę minut więcej niż potrzebowały pozostałe osoby więc wstrzymałem trochę grupę co wprowadziło nieco nerowości… jednak w końcu mogliśmy ruszyć.

2015-09-01_03-50-07
Foto Marcin.  W okolicy plateau, pierwsze promienie słońca
2015-09-01_05-51-03
foto Marcin.  Coraz wyżej, droga jest fajna, pogoda sprzyja. Im bliżej tym coraz większa ekscytacja, już nie mogę się doczekać, wyobrażam sobie jak to będzie tam na szczycie który widać w oddali.
P1050166
Foto Paweł: Zaczyna świtać
P1050175a
Foto Paweł: Leszek, Sylwek, Marcin
P1050181
Foto Paweł: Kolejne wysokości, pogoda sprzyja- jest pięknie
P1050179
Foto Paweł: Kolory świtu zmieniają się z minuty na minutę Jestem zachwycony. To najpiękniejszy wschód słońca.
P1050185
My zwalniamy, ekipa z którą się połączyliśmy ruszyła szybciej do przodu. Mają dłuższą linę, więc zabierają Bartka.
P1050187
Foto Paweł:  Poezja światła i formy.
P1050195
Foto Paweł: Ta sama forma ale chwilę później…

W międzyczasie gdy zachwycałem się robiąc zdjęcia nasze podejście stawało się coraz wolniejsze, wolniejsze, aż w końcu wchodziliśmy w tempie 20kroków i minuta odpoczynku, 20kroków… aż…  stanęliśmy. Kondycja grupy nie była przygotowana na taki wysiłek i musiała zapaść decyzja- co dalej? To była prawdziwa próba dla Nas.  Zapadło milczenie, jesteśmy grupą, dzielimy się i część wchodzi a część wraca czy jesteśmy razem do końca. Tylko  jedno było oczywiste, że nikt nie zostanie sam. Tak, patrzyłem na ten szczyt do którego brakowało może z 2 godziny drogi i naszła mnie fala złości, żalu- tyle przygotowań i nakładów finansowych, moja medytacja na szczycie której tak pragnąłem i wysyłanie miłości… byłem wręcz obrażony i myślałem co mogę zrobić by wejść na ten  szczyt…. !…    Ten potok myśli trwał  dobrą minutę  dopóki nie uświadomiłem sobie co czuję, jakie mam emocje… Usiadłem na zboczu, spojrzałem wokół siebie. Przez ostatnią minutę zafiksowania na niezrealizowanym  celu, na tym co tracę, straciłem z oczu i serca piękno jakie mnie otacza,  zapomniałem o tym ile piękna otrzymałem do tej pory na tej drodze,  i co najgorsze-zapomniałem o człowieku kierując się Ego…. Co za paradoks, poczułem złość bo nie mogłem przekazać Miłości.  Rozśmieszyło mnie to  i odkryłem, że chyba w tym pragnieniu zdobycia szczytu za dużo było Ego zamiast  pasji i Miłości.  Samoświadomość, obserwaca siebie, swoich reakcji, emocji, szczególnie w takich właśnie sytuacjach jest piękna i pomimo, że na zewnątrz nic się nie zmieniło to wewnątrz dokonała się kolejna wielka przemiana…    Spojrzałem znów na to co mnie otacza a otaczający świat nabrał jeszcze piękniejszych kolorów i kształtów niż minutę temu. I padła w końcu decyzja Leona, że odwrót…,  wracamy wszyscy. Jeszcze raz zwróciłem wzrok na szczyt Kazbeka uśmiechając się i mówiąc w myślach dziękuję, bardzo Ci dziękuję Boże za to czego doświadczam. Dopiero teraz zrozumiałem cel tej wyprawy… Jak często  dzieje się tak, że szukamy czegoś, wydaje nam się, że tego właśnie pragniemy ale na  drodze ku temu otrzymujemy coś innego co może okazać się znacznie dla Nas cenniejsze. Zauważmy to, przyjmijmy z wdzięcznością i doceńmy…  Aloha.

P1050198
Foto Paweł: ostatnie zdjęcie na podejściu
2015-09-01_06-20-40 (2)
Foto Marcin: Syklwek i Leon parenaście minut po odwrocie, wysokość ok 4800mnpm

 

P1050209
Foto Paweł: widok z góry na rozległe plateau- miejsce gdzie można spędzić noc przed atakiem na szczyt. Na środku widać punkty- to miejsce przygotowane do rozbicia namiotów.
P1050213 (2)
Foto Paweł: Piękna pogoda.
P1050214 (2)
Foto Paweł: Szczeliny- to co stwarza największe zagrożenie na lodowcu
P1050216
Foto Paweł: Lodowiec i morena, schodzimy po  płatach lodu pod  którymi widać szczeliny… Ponieważ lodowiec porusza się, zmienia i jedne szczeliny zawalają się a inne powstają to oznaczenia z kopczyków kamieni w pewnych odcinkach są nieaktualne. Można pobłądzić. dobrze, że dzień wcześniej weszliśmy na wyższe partie na aklimatyzację bo my też za pierwszym razem pobłądziliśmy. Dzięki temu jednak w dniu ataku szczytowego było łatwiej.
P1050227
Foto Paweł: kopczyki- tak oznaczone są szlaki
P1050236
Foto Paweł: Po krótkiej regeneracyjnej drzemce przy czarnym krzyżu znów widać stację meteo
P1050238
Foto Paweł: Meteo znów w słońcu.
P1050242
Foto Paweł: morena lodowcowa- fatalne miejsce na trekking ale najszybsza droga na i ze szczytu.
P1050252
Foto Paweł: Ostatni etap powrotu tego dnia- lodowiec niższy
P1050255
Leszek, Sylwek, Marcin i Ja
P1050258
Po zejściu z lodowca z Kazbekiem w tle… Kazbek nie zdobyty ale cel osiągnięty
2015-09-01_16-46-29
foto Marcin: Kolacja przed ostatnim noclegiem w okolicy Kazbegu- pod lodowcem.

 

2015-09-02_05-10-44
foto Marcin: ostatni obóz o poranku
2015-09-02_05-15-17
Foto Marcin: …i ostatnia  medytacja o wschodzie słońca- ta, którą miałem odbyć na szczycie. Szukam słów by opisać  doświadczenie  podczas takich medytacji  ale póki co nie znajduję.  Uczucie pochodzi z serca a słowa z umysłu..  Czy jest  w stanie Mniejsze pomieścić Większe?…  nie wiem jak za pomocą uboższego  można oddać istotę bogatszego… może kiedyś podejmę tę próbę ponieważ prognienie dzielenia jest  ogromne…

 

NASZA EKIPA:

DSC_0439

Leon  http://alpinex.net.pl/

DSC_0423 (2)
Marcin :    http://www.janiaczyk.ugu.pl/
2015-09-01_06-55-55 (2)
Sylwek
DSC_0435 (3)
Paweł  inedianin.pl  🙂

Dziękuję  Sylwkowi, Marcinowi oraz Leszkowi za mozliwość odbycia tej wspólnej podróży oraz pozwolenie na zamieszczenie wykonanych przez nich zdjęć.

Z wdzięcznością Paweł

pawelsliwiak@inedianin.pl

 

Dodaj komentarz