DRUGI PROCES: 6 woda/6 nic/6 soki

LUTY 2016

To był czas dalszego , szybkiego zagęszczania pożywienia. Najpierw z pretekstem by wrócić do formy na ferie ale potem nie wyhamowałem więc …Tak, mogę to nazwać efektem Jo-Jo. Zacząłem od tłustych, potem dużo nabiału i produktów mlecznych oraz słodkiego aż w końcu także mięso. Walczyłem, broniłem przed mięsem ale w końcu zaakceptowałem, że widocznie jeszcze nie czas. Ilości jakie wchłaniałem były jednak rekordowe.

MARZEC 2016

Marzec to czas, kiedy ćwicząc systematycznie po trzy razy w tygodniu kalistenikę i dwa razy aikido odzyskałem kondycję i siłę a nawet odczuwam wyraźny wzrost. Moje ciało także wygląda lepiej jak kiedyś. Jest więc fajnie. Jem jednak dużo każdy rodzaj produktów i więcej niż potrzebuję fizycznie. Zwracam jednak uwagę na jakość.

KWIECIEŃ 2016

Tak, w kwietniu już bardzo zaczęło mi uwierać, że nie potrafię zapanować nad tym co jem i ile, tym bardziej, że czułem jak to co wpycham w siebie zaczyna mi się odkładać i waga przekroczyła 75kg (przy 176cm wzrostu)- najwięcej w życiu! Zacząłem to odczuwać mimo systematycznych treningów, mimo których mój organizm nie był w stanie spalić tych ilości.  Być może dlatego pojawiła się też kontuzja okolicy łopatki, kręgosłupa i barku.

Myślałem co mam zrobić by zapanować nad sobą w tej nierównej walce i  gdzieś w połowie miesiąca doznałem olśnienia. Przypomniałem sobie spostrzeżenia, do których sam doszedłem niedawno na drodze łagodzenia tego co jadłem:

„ Nie poprzez walkę dokonują się istotne zmiany naszych niewspierających nawyków ale przez zmianę  ŚWIADOMOŚCI ! „

To było to! Walczyłem sam ze sobą i im więcej wysiłku wkładałem, tym opór był większy dlatego od połowy miesiąca zacząłem znów kształtować swoją świadomość.  Pamiętałem też o  drugim moim spostrzeżeniu, by

 „Chcąc wprowadzić jakąś zmianę podczas kształtowania świadomości wykraczać jak najdalej poza oczekiwany rezultat”

A co może najdalej wyjść  jeżeli chodzi o odżywianie? INEDIA i tak oto znów wróciłem na drogę poszerzania świadomości pranicznej. I pewnie jak to najczęściej w życiu bywa, zupełnie przez „przypadek” trafiłem na fajne materiały, do których wcześniej jakoś nie dotarłem a które wyjaśniły wiele z moich zachowań:

  1. Olga Podorowska. http://breatharian-association.com/?page_id=150 oraz https://www.youtube.com/watch?v=jxjxG_LChg4 inn. Dzięki znajomości j. rosyjskiego na tyle by wyłapać sens tego o czym mówi (jeżeli nie było tłumaczenia na angielski) dopiero teraz usłyszałem wyjaśnienie dlaczego po pierwszym suchym poście pierwsze na co miałem ochotę to fastfoody! Spodobało mi się jej podejście pokazujące, że przejście na braterianizm to nie żadne czary-mary czy medytacyjne hocki-klocki tylko oczyszczone ciało i właściwy oddech. Wciągnęło mnie i od tamtej pory znów zaangażowałem się całym sobą w pogłębianie tej wiedzy.
  2. NULINA https://bretharian-inspiration.org/ lub http://nulina.org/   Ta dziewczyna poprzez swoje wpisy i filmiki dała mi wsparcie, motywację i pozytywną energię. Dziękuję.

Tak więc temat niejedzenia jak bumerang powrócił zaledwie po trzech miesiącach od zakończenia ostatniego procesu. Tym razem jednak tylko w celu zrównoważenia swojej diety na wspierającą bez nieustannej walki jaką prowadziłem sam ze sobą od dłuższego czasu.

Wchodząc jednak na jakąś drogę nie wiemy do końca co znajduje się na jej końcu oraz co nas spotka podczas podróży. Je też nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że pasjonuje mnie ten temat.

„Gdy idziesz w życiu swoją własną drogą zawsze otrzymujesz dokładnie to co masz otrzymać by móc wykonać kolejny krok”

Ja taki dostałem pod koniec miesiąca kiedy natrafiłem na informację, że Mariusz Alin http://mariuszalin.pl/blog/ organizuje 10dniowe seminarium w czasie którego pije się tylko soki lub wodę, są trzy dni suche i co najbardziej mnie interesowało to są trzy dni i trzy noce ciemności- dark roomu. Co więcej- termin pokrywa się dokładnie z czasem mojego zaplanowanego w straży urlopu podczas którego myślałem by wyjechać gdzieś w jakieś miejsce, warsztaty czy coś podobnego, gdzie mógłbym spotkać się z osobami, które podobnie jak ja swoim postrzeganiem wykraczają poza tym co fizyczne i ogólnie akceptowalne. Parę dni wcześniej trafiłem na info, że do tego samego miejsca przyjeżdża Akai i Kamilla poprowadzić również 10dniowe seminarium przejścia. Cena jednak 3000zł była poza moim zasięgiem i od razu zrezygnowałem nie czując tego. Tym razem za cenę 2000zł  Mariusz oferuje także dark room- nie  mogłem się nie zdecydować, były wątpliwości czy i to nie jest za dużo jak na moje możliwości, czy nie odbije się to na wakacjach z dziećmi ale przypomniałem sobie ile już razy Bóg mnie wspierał jeżeli chodzi o finanse w sytuacjach które tego wymagały.  Żeby pokryć koszt zaliczki 400zł musiałem tylko wypłacić pieniądze z mojego rachunku brokerskiego na którym przez ostatnie miesiące znów zaliczyłem stratę, wręcz bankructwo i tak zrobiłem-wpłaciłem od razu, zanim rozum zacząłby wynajdywać jakieś głębsze „ale”.

MAJ 2016   PRZYGOTOWYWANIE CIAŁA DO  WARSZTATÓW „PROCESU WGLĄDU W SIEBIE”

Słowo się rzekło, zaliczkę wpłaciło więc automatycznie pojawiły się chęci jak najlepszego przygotowania do tego procesu mając jednak nową wiedzę zdobytą w ostatnim miesiącu. Oczywiście cały czas dalej oglądałem, słuchałem i czytałem jednak już wiedziałem, że  tym razem chcę lepiej przygotować przede wszystkim ciało fizyczne. Już samo takie pragnienie spowodowało, że walka się skończyła a zaczęła droga pasji. Nie wiem do końca o co chodzi z tym, że zmiana podejścia wewnątrz siebie w jednej chwili powoduje, że to co do tej pory było niemal niemożliwe teraz osiąga się z łatwością ale tak było.

Nie pamiętam dokładnie kolejności eliminowania najcięższych produktów ale chyba zacząłem delikatnie od wszystkiego co zawiera mąkę, której i tak mało jadłem a właściwie to zboża w ogóle.

Tydzień 1 maja (cztery tygodnie przed procesem) to wyeliminowanie zjadanych zwierząt. Pamiętam, że przez ostatnie 3 dni jadłem głównie właśnie mięso. Po pierwsze, żeby pozjadać to co jeszcze zostało ze świnki jaką miałem w zamrażalce a po drugie, żeby się nasycić. Przez trzy dni z rzędu chodziłem na hamburgery- nie jednak do fast fooda,  jakoś nie ciągnęło mnie tam, tylko do fajnej knajpki, jaka powstała niedawno w moim mieście, gdzie podawana jest wołowina dobra jakościowo, od prywatnego rzeźnika. Ostatni jaki zamówiłem był z whiskey. Pyszny. Ponieważ jednak to był już trzeci dzień bardzo mięsny delektowałem się tylko pierwszymi kęsami, resztę jedząc nieco na siłę i od następnego dnia poczułem nawet ulgę, że już nie jem mięsa. Od tamtej pory nie ciągnęło mnie więcej. Fajne uczucie gdy takie produkty odpadają bez zmuszania się, wręcz z ulgą.

Tydzień 2 maja (trzy tygodnie przed procesem) to wyeliminowanie ostatniej z najmocniej trującej grupy- słodyczy które zostawiłem do rozprawienia na deser.  Przypuszczałem, że ze słodyczami będzie gorzej ponieważ uważa się, że są najbardziej uzależniające. Przyjąłem zasadę jak przy mięsie i przez cały tydzień pozwalałem sobie ile wlezie, a trzy ostatnie dni to właściwie jedzenie samych lodów.  Zjadłem przez te trzy dni może z 7litrów przeróżnych lodów, przeważnie najdroższych, na które wcześniej sobie nie pozwalałem. Byłem tak opchany, że nie czułem potrzeby na cokolwiek innego. Powiem szczerze, że jest niesamowita różnica w tych marketowych a takich prawdziwych na śmietanie i bardziej naturalnych składnikach. Opychałem się do bólu nie żałując czerpania z tego przyjemności. Mieszając różne smaki, dodając kakao albo cynamonu czy kawy. Popijając co kęs kawą żeby odświeżać ciągle na nowo poczucie smaku. Trzeciego dnia jednak już czułem przesyt i te ostatnie nie sprawiały mi przyjemności. Jadłem mimo to, żeby zapamiętać te smaki których od następnego dnia miałem przez jakiś nieznany mi czas nie doświadczać.

Tydzień 3 maja (dwa tygodnie przed procesem) na samych owocach, surowych warzywach i jeszcze jajkach. Poza tym zwykły, codzienny rytm dnia. Ani razu nie pojawił się jakiś narkotyczny objaw odstawienia cukru czy chęć jego spożywania.

Tydzień 4 maja- ostatni tydzień przed warsztatami. Tydzień oczyszczania i rozpoczęcie urlopu do 11.06. Zaplanowałem, że od razu wyjadę z zamiarem pojechania w okolice gdzie będzie warsztat- Pieniny z planem bycia samemu, bez zegarka i internetu, bez telefonu. Chciałem zagłębić się maksymalnie w siebie, dać to czego nie dałem podczas pierwszego procesu jaki robiłem. Planowałem przejść na azymut z Piwnicznej przez Pieniny w których jeszcze nie byłem do Tatr-Zakopanego i  stamtąd autobusem lub pociągiem do Bochni na warsztat. Życie jednak pokazało, że coś innego będzie dla mnie lepsze i teraz cieszę się z tego, że bardziej niż kiedyś wsłuchuję się w to co przychodzi i poddaję się temu z akceptacją wyznając, że plany to wynik postrzegającego fragmentarycznie rozumu co jest przydatne w pewnych sytuacjach, a poddanie się temu co przychodzi to odpowiedź na głos Boga który ma wgląd na Wszystko.

Ten tydzień opisywałem już w krótkich notatkach więc przytoczę je z tamtego okresu:

WEEK PN 23.05- ND 29.05.

Tydzień znacznego odosobnienia w tym od dzieci i codziennych obowiązków. Funkcjonowanie bez telefonu i zegarka wsłuchując się w naturalny rytm swojego ciała zgodny z przyrodą, dniem i nocą oraz stanem wewnętrznym.

PN- czas spokoju, tylko owoce. Na warzywa nie mam ochoty więc nie zmuszam się.  Dzisiaj miałem już jechać w góry ale cały czas boli łopatka ( od miesiąca) i nie jestem w stanie założyć plecaka. Czekam gotowy aż ból minie Od dzisiaj olejek oregano, probiotyk w płynie i poranne lewatywy. Wieczorem basen z  Szymonkiem.

WT- Pozwoliłem sobie na obżarstwo truskawkami które właśnie się pojawiły. Cieszę się, że udało mi się jeszcze załapać na polskie truskawki.  Koktajl owocowy na kokosowym mleku z bananami, mango i jabłkiem. Od jutra chcę zawęzić pokarm do jabłek, pomarańczy i grejpfrutów. Rano lewatywa dwa razy z soli i sody wg przepisu Joachima W.  oraz codzienne ćwiczenia oddechowe wg Strelnikowej.

ŚR -Ostatni dzień widzenia dzieci. Tylko jabłka pomarańcze, grejpfrut i trochę oleju kokosowego. Rano lewatywa dwa razy plus wypita szklanka sody z cytryną.

CZ- Nadal ból łopatki uniemożliwia wyjazd więc wyjazd do Smolarni i spacer po tamtejszym parku ok. 10km. Od dzisiaj czas bez zegarka i internetu, czas wejścia w siebie.

PT- Od dzisiaj tylko soki. Szybki marszobieg na boso po lesie ok. 8km. Wieczorem trening brzucha. Rano dwie lewatywy wieczorem olejek oregano 4krople, trochę na siłę.

SB –Sprzątanie domu i pakowanie plecaka. Ramię trochę lepiej ale nadal dużo niepewności co zrobić, jechać czy nie? Samochodem czy pociągiem? Wysiłek umysłowy w szukaniu najlepszego rozwiązania. Łapię się na tym ale nie słyszę intuicji. Akceptacja tego stanu. Decyzja pozostania dopóki nie poczuję kierunku dalszego działania. Plecak spakowany, dom posprzątany. Wieczorem trening brzuch+nogi. Medytacja czakry serca której już dawno nie robiłem i wzruszenie, płacz gdy podczas modlitwy ho’oponopono wewnętrznym widzeniem zobaczyłem  białego gołębia jak siada mi na głowie.

ND –Rano już bez lewatywy. Ostatni dzień soków- od jutra już tylko woda. Dzień na medytacji,  trochę czytania, film Moojiego- wzruszenie, znów łzy. Dwupunkt.  Podczas medytacji w lotosie uczucie silnego mrowienia i pulsacji między oczami oraz w okolicy chorej łopatki. Opalanie, bieganie na boso po lesie podczas burzy. Myśli wybiegają do przodu podniecone  przyszłością w związku z niejedzeniem jakbym już nie jadł. Zauważam to i hamuję je. Wracam do uważności w tu i teraz. Zadanie dla mnie to zachować stan pokory i wdzięczności. W ciągu dnia częste uczucie głodu zaspokojone łyżeczką oleju kokosowego+ trochę ksylitolu.  Mały niepokój pozostał. Decyzja wyjazdu jutro rano i samochodem- tym razem czuję to.

CZAS w PIENINACH

PN 30.05.16  PODRÓŻ I CZAS W SANKTUARIUM  LICHEŃSKIM.

Rano piąta w tym tygodniu lewatywa i mimo, ze nie jem od pięciu dni nadal wylatują jakieś kulki  „czegoś”. Cały dzień silne osłabienie, apatyczność. Jadąc w Pieniny nadłożyłem trasy by zobaczyć Sanktuarium Licheńskie.  Zbliżając się do tego ogromnego budynku nie czułem świętości tego miejsca, podobnie chodząc po jego komnatach. Były jednak pewne perełki które bardzo mocno wpłynęły na mnie.

Pierwsza to boczna kapliczka świętych męczenników z relikwiami Św Kostki. Poczułem wzruszenie i modliłem się bym i ja potrafił usłyszeć wolę Boga i miał odwagę za nią podążać wbrew swoim ludzkim słabościom. Zapadłem w modlitwę.

Potem inspirujące były zdjęcia i obrazy na hallu głównym w podziemiach. Nie wszystkie ale pokazały mi na jak wiele sposobów można służyć innym ludziom a więc i Bogu i Ziemi. Sztuka, nauka, wynalazki, działalność społeczna i humanitarna… Ten przekaz pobudził rozmyślanie jak ja mogę przysłużyć się innym.

Największym doświadczeniem była jednak obecność w małej, stojącej nieco z boku drewnianej, na wzór góralskiej chacie z obrazem Matki Bożej. Już chciałem jechać dalej ale zmęczony usiadłem tam  by odpocząć, ochłodzić od prażącego słońca i poczułem coś wyjątkowego w tym miejscu. Głębokie, przenikliwe wzruszenie obejmujące ciało rozum i całego mnie. Pojawił się obraz Lenki i Adasia, całej jej rodziny. Ukląkłem i modliłem się w ich intencji. Przecież kto bardziej zrozumie cierpiącą z powodu choroby dziecka Matkę jak inna matka która przeżyła śmierć swojego syna?  Płakałem, nie potrafiłem i nawet nie próbowałem powstrzymywać ani łez ani szlochania. Modliłem się za wszystkie Matki w tym za Beatę- moją byłą żonę, prosząc o to co najlepsze dla niej. Dziękowałem i prosiłem pełen wzruszenia jakiego dawno już nie czułem. To było wyjątkowe, tak jakbym został wysłuchany, poczułem coś co wykracza poza umysł i zmysły.  Chciałem być w tym miejscu jak najdłużej więc gdy się trochę uspokoiłem trwałem tak jeszcze w ciszy.

Dzisiaj nie dojechałem oczywiście do celu ale to było bez znaczenia,  to ma być czas bycia tu i teraz gotowym na wszystko co się pojawi.  Pierwszą noc w bagażniku spędziłem na wzgórzu z panoramą na Olkusz-klimatyczne podkrakowskie miasteczko z jednej strony a rozświetlonym obszarem przemysłowego Śląska z drugiej.

Dzisiejszy dzień to słabość narastająca z każdą godziną i myśli jak ja dam radę chodzić po górach? Raczej niepokój. Wypite ok. 1litr wody.

WT 31.05.16  :   ”TRZY KORONY”

Noc w bagażniku mojej xsary nie była za wygodna, wybudzałem się nie mogąc znaleźć sobie miejsca i dopiero rano był najbardziej regenerujący sen. Dzień przy dalszej słabości zaczęty od Strelnikowej ( jak co dzień) i męcząca podróż przez centrum Krakowa. Obserwuję mnóstwo wątpliwości na każdy temat, przed każdym, nawet najmniejszym wyborem typu którędy jechać? Czy zatrzymać się na Jasnej Górze? Zwiedzić Kraków czy nie? Zadzwonić do znajomych z Krakowa czy nie? Proste tematy a ja je w swojej głowie wałkuję myślami godzinami. Męczące to jest.  Gdy łapię się na tym powtarzam, że jeżeli nie wiem co zrobić to znaczy by nic nie robić- czekać na wyraźny sygnał, chęć robienia czegokolwiek. Dopiero wtedy myśli odchodzą do czasu pojawienia się kolejnych wątpliwości o kolejne  głupoty. Jadę w ciszy więc pewnie umysł się nudzi i sam wynajduje sobie takie małe gierki.

W planach dzisiaj miałem wejście na Trzy Korony dłuższą trasą by jak najwięcej być w przyrodzie. Jednak osłabienie było za bardzo odczuwalne i wybrałem trasę najkrótszą ze  Sromowców Niżnych. Dojechałem po południu i właściwie od razu ruszyłem na szlak mimo osłabienia. Duże wątpliwości czy dam radę, jednak szykując się do wyjścia powiedziałem, że zawsze mogę zawrócić i poczułem jakby wzrost energii. Jak się okazało nie musiałem bo po rzeczywiście wielkich problemach na pierwszej połowie drogi, potem jakby coś pękło tak w jednej chwili a mięśnie jakby się przyzwyczajały, dostosowały i do samego końca było tylko lepiej.  Znów mogłem przekonać się ile niepotrzebnego niepokoju ciągnąłem za sobą od samego domu. Po co? Doświadczam i uczę się siebie. Wiem, że takie niepokoje o przyszłość zupełnie nie są potrzebne a mi jedynie pokazują ile obszarów umysłu można jeszcze ulepszyć. Uczenie i doskonalenie siebie nie ma końca.

Widok jaki na mnie czekał po wejściu wynagrodził trud podejścia i był wisienką na rozwojowym torcie początkującego breatherianina.

new

Zejście przyjemne w poczuciu bycia w sobie. Niewspierający głos umysłu wyparował.

Wypite w ciągu całego dnia ok. 2l wody w tym 0,5l gazowanej a cały dzień uważam za bardzo fajny włącznie miejscem na nocleg jakie znalazłem nad samym brzegiem Dunajca. Czuję kłucie z lewej strony brzucha. Dokładnie w momencie gdy wchodziłem po powrocie ze szlaku do auta rozpadało się całkiem solidnie.  Ktoś bardzo mi sprzyja w moje podróży nie tylko po Pieninach ale i tej życiowej. Szukając noclegu odsłuchiwanie kolejnych fragmentów audiobooka Robbinsa „Obudź w sobie olbrzyma” cz IV. Zastanawiam się jednak na ile powinienem stosować poznane techniki (np NLP) by nie zagłuszyły delikatnego głosu w sercu wskazującego kierunek w jakim mamy się udać by wypełnić misję jaką mamy do doświadczenia na Ziemi.

ŚR 01.06.16 SOKOLICA

Dzisiaj przede wszystkim włączyłem na chwilę telefon by zadzwonić do dzieci i złożyć im życzenia na dzień dziecka.

Noc bezsenna, dużo myśli. Po obudzeniu brak chęci wstania więc parę godzin leżenie na polanie i opalanie się.  Nikt mnie nie goni. Opłukanie się w zimnym Dunajcu trochę przywróciło chęci do życia.

Jeżeli chodzi o plan to przemieściłem się do Krościenka nad Dunajcem by stamtąd znów najkrótszą trasą ruszyć na Sokolicę. Nie planowałem tej góry, nawet nie wiedziałem, że taka jest ale wczoraj przewodniczka która wpuszczała na trzy korony polecała ten szczyt i poszedłem za głosem który był na Tak.

Na miejscu jednak znów dobry kwadrans zbierania sił i zastanawiania się czy w ogóle iść. Dużo niepewności przy takiej słabości. Zawsze mogę zawrócić- ta myśl zmobilizowała mnie.  Jedyne co musiałem robić to być uważnym na sygnały swojego ciała i rozróżnić czy wołanie o zawrócenie to rzeczywiście sygnał ciała który należy uszanować czy może jest to tylko strach umysłu który należy zrozumieć a zniknie jak w dniu wczorajszym. Ponieważ nie słyszę głosu intuicji i nie potrafię rozróżnić który sygnał to jej głos a który to strach więc dla bezpieczeństwa ustaliłem przed wejściem, że jeżeli przewrócę się w którymkolwiek momencie będzie to znak do natychmiastowego powrotu.

Sytuacja podobna do wczorajszej. Najpierw strach przed, ciężkość i wątpliwości na początku drogi pod górę ale z kolejnymi krokami słabnące aż w pewnej odległości do celu pewność, że tam dotrę. Myślę, że jest to schemat w wielu aspektach życia.

Oczywiście nie było łatwo, ale częste odpoczynki i konsekwencja tuptania małymi kroczkami w jednosekundowym rytmie z miarowym oddychaniem doprowadziły mnie do celu. Z drugiej strony chyba brak parcia że muszę go osiągnąć z gotowością zawrócenia w każdej chwili też pomagało. Podczas odpoczynków w drodze powrotnej czerpałem radość z odczuwania otoczenia- wiatru, pierwszych wieczornych kropel deszczu, odgłosów burzy gdzieś w oddali.  Rozmyślałem nad stylem życia jaki prowadzę. Teraz płynę z tym co się pojawia gotowy na wszystko. Wcześniej  uparcie dążyłem do celu. Odpowiedź na pytanie jak ja chcę żyć pojawiła się natychmiast. Ani tak ani tak lub zarówno tak jak i tak. Jestem spokojny, szczęśliwy ale mając cele i konsekwentnie do nich dążąc też byłem szczęśliwy nawet jeżeli ich nie osiągałem. Osiągnięcie celu to jakby wisienka na torcie, coś co nie wpływa na sam smak tortu a jedynie go zdobi. Ważne jest by rozpoznać w uważności płynącej z serca kiedy jest etap odpuszczenia i poddaniu się temu co przychodzi z dnia na dzień, ba z chwili na chwilę jak teraz,  a kiedy kierunek jest wyraźny i zaprasza do podjęcia wysiłku w jego stronę. Fajne mam życie.

Dzisiejsza noc, ostatnia przed szkoleniem spędzona w samochodzie na szczycie wyciągu w miejscowości gdzie  będę przez najbliższe dni.  Pragnę jednak już się wykąpać pod prysznicem i położyć w łóżku z pościelą. Od jutra właściwy proces z Mariuszem- odpocznę.

CZ02-ND11 CZERWIEC  PROCES WGLĄDU  „TĘCZOWA DOLINA”

czw 02- dzień organizacyjny. Fajnie było w końcu się wykąpać a mając czas do rozpoczęcia spotkania i będąc pierwszym, dyskretnie wykonałem ostatnie oczyszczanie. Po raz kolejny sporo wyleciało pomimo, że już od od tygodnia nic nie jem.

Na wieczornym spotkaniu organizacyjnym Mariusz od jutra do dni ciemności rekomenduje ciszę, co bardzo mi odpowiada. W ciszy czuję się jak ryba w wodzie jakby było to moje naturalne środowisko. Fajnie.

Pt 03.06. SZÓSTY-OSTATNI DZIEŃ NA WODZIE.  DZIEŃ 1 WARSZTATÓW.

Noc fatalna. W trzyosobowym pokoju mamy chrapacza i budziłem się parę razy gdy zaczynał koncert aż przed 5 rano poszedłem ze śpiworem spać do ogrodu. Obserwuję  emocje i traktuję to jako kolejną możliwość do wglądu w siebie, dlatego jeszcze nie przyjąłem propozycji organizatorki zmiany pokoju.

 Poza spotkaniami w grupie na których dzielimy się tym czego doświadczamy milczymy. Ponieważ dla mnie jest to 6 dzień na samej wodzie od jutra zaczynam 6 dni suchych. Porównując z poprzednim procesem, mimo bycia samemu, mimo sprzyjającego otoczenia i warunków zewnętrznych osłabienie, apatyczność także są odczuwalne. Nie zauważam więc istotnej różnicy z poprzednim okresem tym bardziej, że wtedy pierwszy tydzień był od razu suchy a teraz piłem wodę.

Samopoczucie bardzo słabe, ledwo co się trzymałem, brak sił, wejście na pierwsze piętro z ledwością dlatego po przedobiednim spotkaniu od razu poszedłem spać. Sen natychmiast  zdrowy, regenerujący. Po obudzeniu i rozruszaniu naprzemienny prysznic.  Jakby lepiej, wejście na pobliskie wzniesienie. Do końca dnia fajny poziom energii.

SB04 DRUGI DZIEŃ MILCZENIA I ZAJĘĆ Z MARIUSZEM. PIERWSZY DZIEŃ SUCHY.

 Noc spokojniejsza. Pierwsze wybudzenie szybko bo jeszcze nie zapadł mrok. Potem godziny leżenia z intensywnymi pozytywnymi myślami wybiegającymi w przyszłość praniczną, jak to będzie i w jaki sposób będę mógł się tym dzielić z innymi. Łapanie się że to gra umysłu i wracanie do tu i teraz i tak parę razy. Potem do świtu fajny sen, po przebudzeniu ćwiczenia strelnikowej w ogrodzie i znów sen do 8 rano na Sali do jogi. Przerywana ta noc ale fajna. Rano przeniosłem się jednak do pokoju jednoosobowego. Potrzebuję odosobnienia w tym czasie.

Na przedpołudniowym spotkaniu znów jak mucha w smole wiec potem drzemka. Po południowe spotkanie to wyjście na górę na polanę. Medytacja, i wejście w przestrzeń serca. Nie wszedłem. Ból barku a trochę nie czuję tych technik. Wolę swoje.  Najcenniejsze dla mnie są spotkania w grupie gdzie dzielimy się swoimi doświadczeniami nie tylko z tego procesu ale zebranymi w ciągu całego życia. Tego potrzebowałem chyba najbardziej- wyczuwalnego zrozumienia przepływającego w obie strony. Mimo milczenia poza tymi spotkaniami wyczuwa się fajną energię jaką tworzy cała grupa.

Po powrocie odczuwam wysiłek. Sen. Potem wybudzenie, chwila lektury „Jesteś cudem” z przemyśleniami oraz znów sen. Mimo ładnej pogody jest mi zimno, szczególnie pod wieczór. Brak picia i jedzenia nie przeszkadzają, tylko ten brak siły i ból barko-łopatki.

Fajne są te wspólne spotkania choć gra na bębnie  to nie mój środek wyrazu. Już chciałbym wejść do darkroomu. Ciekawość, choć im bliżej tym czuję jakiś niepokój. Już jutro wieczorem.

ND 05.06 TRZECI DZIEŃ CISZY. DRUGI MÓJ SUCHY.

Dwa spotkania w kręgu z Mariuszem i w końcu z zachodem słońca zanurzenie się na trzy dni w dark roomie.

PN 06.06 PIERWSZY DZIEŃ CIEMNOŚCI. TRZECI MÓJ SUCHY.

O poranku przywitało prześwitujące przez okienne szczeliny słońce. Rozczarowanie, że nie ma całkowitej ciemności, że upływ czasu będzie tak widoczny. Nie pomogły nawet przygotowane opaski na oczy. Ponieważ na Sali było głośno, ktoś się kręcił, wydawał odgłosy, pewne osoby nawet już opuściły dark room inna przyszła to czułem irytację nad którą tym razem nie do końca zapanowałem w obliczu powtarzanych specyficznych dźwięków które działały na mnie jak kapanie kropel wody z kranu gdy próbuje się zasnąć. Odczuwałem irytację do czasu gdy nie uświadomiłem sobie, że te odgłosy są przejawem tego, że komuś jest niewygodnie, ktoś  może nawet cierpi i wtedy poczułem współczucie. Umysł jednak tak intensywnie cały czas pracował, że przestrzeń serca była niedostępna. Będąc w  większość czasu w przestrzeni umysłu zrodziła się myśl by każdy z tych trzech dni przeżyć w intencji moich dzieci poświęcając im uwagę w myślach i sercu.  Dzisiaj był dzień z myślą o mojej córce. Powtarzałem modlitwę ho’oponopono w intencji tego co najlepsze dla niej.

WT 07.06 DRUGI DZIEŃ DARK ROOMU. CZWARTY MÓJ SUCHY.

 Drugi dzień ciemności- to przede wszystkim nauka cierpliwości wobec nudy i dalsza nauka akceptacji odgłosów jak kichania, kaszlania, siorbania wody pitej z kranu i sikania w przyległej toalecie. W takich warunkach przestrzeń serca to jedynie krótkie przebłyski i pod koniec tego dnia chyba pogodziłem się, ze ten mój proces ma na tym polegać- na nauce cierpliwości i akceptacji niewygód fizycznych. Byłem zdominowany przez myśli, planowanie, kalkulowanie itp. Gdy łapałem się na wybieganiu w przyszłość wracałem do tu i teraz, tego co czuję, gdzie jestem ale na chwilę po czym myśli znów pędziły w przyszłość w której np. zrobiłem remont swojego mieszkania i szopki na podwórku.  Dzień poświęcony na modlitwę w intencji syna.

ŚR 08.06 TRZECI DZIEŃ CIEMNOŚCI. PIĄTY MÓJ SUCHY.

…to odlicznie, czekanie na koniec w zmaganiu się z coraz bardziej dokuczającą niewygodą fizyczną. Nie wiem ile osób zostało ale z czternastu może 4. Odgłosy obecności osób na zewnątrz które wyszły wcześniej, coraz częstrze korzystanie z picia i toalety przez pozostałych wzmagały się z każdą chwilą. Dopiero dzisiaj pogodziłem się, że czas tego darkroomu to dla mnie czas kolejnego głębszego oczyszczenia fizycznego. Zrozumiałem, że nasłuchałem się przed wejściem tutaj od innych i miałem oczekiwania nie wiadomo jakich lotów przy aktywacji szyszynki itp. Żadnych takich doświadczeń-po  prostu praca z ciałem i nauka cierpliwości, akceptacji.  Noc to czekanie na pierwsze oznaki świtu- pierwsze odgłosy ptaków, czas się dłużył. Niecierpliwość. Nie mogłem doczekać się końca. Dość często wykonywałem ćwiczenia fizyczne, pompki, jogę, rozruszanie stawów. Niewiele spałem tej ostatniej nocy. Myśli kierowałem ku drugiemu synowi. Obok moich dzieci, codziennie także myśli i modlitwa w stronę pewnego chorego chłopca.

Czw 09.06 PIERWSZY DZIEŃ PICIA.

 Ok. piątej rano odsłonięcie i otworzenie okien, wyjście na zewnątrz po trzech dniach i czterech nocach. W końcu.

Chciałbym powiedzieć, że czegoś doświadczyłem, jakiś wyjątkowych stanów ale nic z tego, to było czysto fizyczne bardzo cieliste i umysłowe bycie w ciemności.  Nie potrafiłem zachować obojętności wobec odgłosów innych uczestników pozostających w Sali które nasilały się z każdą godziną. W trzecim dniu już chyba większość chodziła do łazienki pić wodę czemu towarzyszyły odgłosy siorbania. Potem odgłosy sikania, bekania i inne. To nie była muzyka sprzyjająca zagłębieniu się w przestrzeń serca. Brakowało mi ciszy i ciemności. Było to jednak jakieś inne doświadczenie i niech takie pozostanie. Dziękuję za nie i przepraszam jeżeli nie zrozumiałem swojej nauki jaką miałem w tym czasie odebrać.

Mimo tej fizyczności doświadczeń jakie przeżyłem, po wyjściu potrzebowałem nadal ciszy, odosobnienia i nie rezonowałem z ożywionymi rozmowami, śmiechami w grupie. Cieszyło za to mnie słońce. Co do pierwszego łyku wody po 5ciu i pół dniach nie zrobił na mnie większego ważenia był to bardziej akt symboliczny asymilacji z grupą niż potrzeba ciała.  Zanim dołączyłem do pozostałych zrobiłem test wytrzymałościowy, ćwiczenia jogowe rozciągająco- oddechowe i krótką medytację-bez większych problemów a nawet z  wyraźnie odczuwalną przyjemnością. Czas ciszy się skończył.

Miało teraz być 6 dni tylko na wodzie ale już po paru godzinach gdy po odświeżeniu spotkaliśmy się w grupie, organizatorzy zrobili zmiksowane gęste soki owocowo- warzywne którym się nie oparłem. Myślę, że ze względu chyba bardziej chęci bycia częścią grupy niż z potrzeby pragnienia ciała, żebym nawet w tym środowisku nie był „inny”. Pijąc je nie czułem bym postępował zgodnie ze sobą… konformizm- ale przyjemny.   Po tym sokowym obżarstwie znów drzemka i bardzo długi naprzemienny prysznic. Cały dzień osłabiony bardziej niż dotychczas co wzbudziło niepokojące myśli o sobotniej, za dwa dni służbie w straży- jak to znów będzie, jak tym razem chłopacy odbiorą moje osłabienie.

PT 10-  OSTANI DZIEŃ, ATMOSFERA WYJAZDU, OGNISKO. DRUGI DZIEŃ PICIA.

Słabość, wyciszenie, zmuszanie się do aktywności fizycznej. Długi sen w nocy. Dla asymilacji ze światem zewnętrznym, miastem pojechałem do Bochni  pomóc zrobić zakupy owoców na soki. Przy okazji samemu kupiłem pyszny wyciskany sok z dodatkiem imbiru którego smak kosztowałem po raz pierwszy w życiu, ale ostry, musiałem rozcieńczyć mlekiem kokosowym. Pyszne i już wiedziałem, że nie zrezygnuję z doznań smakowych. Chcę cieszyć się smakami. Wieczór to ognisko i wspólne oglądanie filmu „Bab’Aziz” Piękny- stanowczo mój klimat.

SB11.06 –PORANNE  ZAKOŃCZENIE I CAŁY DZIEŃ POWROTU DO POZNANIA.

Pożegnalne spotkanie w kręgu, nie obyło się bez łez, oraz głęboki pożegnalny koncert Mariusza i Ani. Gong, dzwon, będny… tym razem odleciałem gdzieś w inne wymiary.

Miałem ochotę wracać samemu ale przyjaciółka  właścicieli ośrodka  poprosiła o podwiezienie do Poznania więc wracaliśmy razem. Połowę drogi milczałem ogarniając myśli i będąc jeszcze tam. Nie chciałem jeszcze wracać i to od razu rzucony na głęboką wodę do służby w straży. Dopiero po przystanku nad Baryczą k Ostrowa i drzemce na trawniku oraz obejściu zalewu z ćwiczeniami jakbym trochę oderwał się od tego co było przez ostatnie dni w stronę tego co się działo tu i teraz. Otworzyłem się na Michalinę, mojego pasażera i okazało się, że do samego Poznania była nieustanna fajna wymiana myśli. Z ciekawszych sytuacji jakie mieliśmy to najechanie na bardzo silny pożar samochodu osobowego widząc który zatrzymałem się chcąc udzielić ewentualnej pomocy. Na szczęście wszyscy wyszli, pożar był tak intensywny, ze gaśnic nie było sensu używać więc po opatrzeniu jednego chłopaka pojechaliśmy dalej w chwili gdy przyjechała straż.

Po zostawieniu Michaliny na dworcu poszedłem na sok z wyciskarki- pyszny a potem po dojechaniu na nocleg w straży spacer po pobliskich sklepach sam nie wiedząc dlaczego. Odwiedziłem Biedronkę, lidla, Chatę Polską, patrzyłem na te produkty ale nie miałem ochoty na nic więc wychodziłem z kolejnych bez zakupów by w końcu pójść spać do siebie na jednostkę.

ND 12.06.16 SŁUŻBA W STRAŻY

 Znów parę razy podchodzili do mnie kumple ze zmiany  z wyraźnym zaniepokojeniem na mój wygląd czy ze mną  wszystko ok. A ja czułem się trochę lepiej niż wczoraj choć oczywiście osłabiony w stopniu który nie pozwoliłby mi na wyjazdy do akcji. Dlatego jestem na PA. W ciągu dnia trochę ćwiczeń na wymuszeniu i cały dzień na samej wodzie. Dałem radę.

PN 13.06.16 PIERWSZY DZIEŃ OD TRZECH TYGODNI Z DZIEĆMI

Osłabienie cały dzień. Drzemka w ciągu dnia.  Będąc z dziećmi nie potrafiłem dopasować się jeszcze do ich silnych energii. Nie miałem pojęcia jak podnieść swoją by zająć się Szymonkiem, który wrócił ze szkoły więc niestety musiał się ponudzić do przyjścia Przemcia i Madzi. Potem gry z dziećmi. Uczucie głodu zapite sokiem, pragnienia nie potrafiłem zaspokoić wodą.  Pół litra napoju kokosowego i rozwolnienie. Nie mogąc wykrzesać z siebie szybkości, witalności relacja z dziećmi się osłabia. Nie chcę tego kierunku. Odwożąc dzieci doświadczenie bardzo  agresywnego podejścia do mnie, ze względu na to, co robię. Cały wolny czas przeznaczony na szukanie do kupienia wyciskarki. Wieczorem szybkie spanie ok. 21:30.

Noc- wyraźne sny z przebudzeniami.  Emocje najpierw strachu- ktoś chciał mnie zabić a nad ranem radość, ekscytacja- lewitowałem we śnie ciesząc się.

WT 14.06.16 DZIEŃ 6/6/6 KONIEC PROCESU

PIĘKNY ZRÓWNOWAŻONY DZIEŃ.

Ponieważ dzieci po szkole miały wrócić od razu do siebie, to wykorzystałem dzień by jak najwięcej wsłuchać się w swoje potrzeby co mam nadzieję jest najszybszym sposobem przywracania energii. I tak , przede wszystkim przyzwolenie na sen bez pobudki- spałem do 9tej. Ćwiczenia Strelnikowej i medytacja. Zmuszenie się do 4km spaceru w lesie co mnie rozruszało. Potem trochę internetu gdzie była już relacja z procesu z Mariuszem, natrafiłem też na fajne materiały Nuliny co dodało mi znów energii i zachęciło do popołudniowego treningu ( rytuały tybetańskie, taniec spontaniczny, elementy kalisteniczne na mięśni brzucha i rozciąganie). Dzień na rozcieńczonych sokach pomarańczowym i grejprutowym. Wieczorem znów krótki spacer do lasu, kąpiel przed 23 i książka na dobranoc.

W dzień chwile słabości ale przeplatane największą od dark roomu energią. Myśli chcą biec w przyszłość i pilnuję je by pozostać w chwili obecnej. Wdzięczny za radość „dzisiaj” staram się zachować pokorę.

ŚR 15.06. DZIEŃ Z DZIEĆMI

Proces zakończony. Spędziłem 6 dni na wodzie, potem 6 suchych i znów 6 na sokach. Ponieważ jednak osłabłem do tego stopnia, że siła i energia nie pozwalają mi na bycie w codzienności będę zagęszczał to co zjadam. Nie znajduję innego sposobu na powrót do kondycji pozwalającej wypełniać swoje codzienne obowiązki przede  wszystkim związane z byciem z dziećmi na fajnej energii oraz pełnieniem służb w straży pożarnej, co jest moim głównym i stabilnym źródłem dochodów. Tym razem jednak bez niespełnionych oczekiwań bycia bretherianinem. Po prostu wykonałem jakiś kolejny krok czując, że to moja droga i jestem za te kolejne  doświadczenia wdzięczny.

Wstanie wcześnie, poczułem „głód” który zapiłem szklanką soku. Później miło zaskoczyła mnie córka przychodząc do mnie przed szkołą. Wspólne zakupy truskawek które potem mroziłem na zimę z myślą o robieniu dla dzieci zdrowych lodów.   Z ok. 6 sztuk, które nie nadawały się do zamrożenia wypiłem przefiltrowany sok na mleku kokosowym z ksylitolem i probiotykiem. Pyszny. Drzemka przedobiednia w ogrodzie na słoneczku, potem ćwiczenia (rytuały tybetańskie) po których przyszło pogłębiające się do końca dnia uczucie osłabienia. Silny niepokój.

Spontanicznie decyzja, że dzieci dzisiaj u mnie śpią. Nie wiem ale chyba, żeby podbić energię pojechałem kupić sobie sok na bazie buraka z imbirem i innymi owocami. Był za ostry i gęsty więc w domu rozcieńczałem go i jeszcze filtrowałem przez chusteczkę.  Zasmakował mi, miał być na dwa dni ale wypiłem cały.  To nie było ani pragnienie ani głód. Widzę w tym pragnienie zwiększenia energii by spędzić fajnie czas z dziećmi oraz zaspokojenie mega przyjemności ze smaku. Tak, niesamowita radość z doznań smakowych.  Opiłem się i po chwili słabość, źle się czułem. Do końca dnia tylko woda w tym ok. 0,5l gazowanej żeby beknąć.

Fajna, dojrzała rozmowa z moją 14toletnią córką która jednak chciała na noc wrócić do mamy, a wieczorem dylemat co dać jeść chłopcom na kolację. Czy powinienem dawać im to co mają z domu czyli mięso, biały chleb wiedząc, że to nie ma żadnych wartości? Mam coraz większe „ale” w tej kwestii i źle się czuję. Ponieważ jednak tak odżywiają się będąc „u siebie” i są w wieku kiedy mogą same wybierać co chcą, muszę dostosować się. Umówiliśmy się jednak, że jutro wszystkie będą u mnie spały, zrobimy sobie wieczór meczowy bo gra Polska- Niemcy. Powinna dojechać wyciskarka więc zrobię zdrowe lody owocowe z przeróżnych owoców- głównie ulubionych truskawek.  Żadnych zjadanych zwierząt!

Do snu, jak zawsze gdy są u mnie czytałem chłopcom opowiadanie. Przemko szybko zasnął. Wieczorne bycie razem, pogaduchy i czytanie im do zaśnięcia pomimo, że mają już naście lat to  najpiękniejszy czas…

CZ 16.06.16 FAJNY CZAS Z DZIEĆMI

Dzień rozpoczęty bardzo wcześnie od ćwiczeń Strelnikowej w ogrodzie. Gdy dzieci były w szkole zakupy owoców i potem ich przygotowanie: płukanie w wodzie z octem ( żeby pozbyć się grzybów i pasożytów) a potem w sodzie ( żeby zneutralizować choć w jakimś stopniu pestycydy).  Poczułem trochę zmęczenie więc drzemka w ogrodzie do przyjścia syna. Namówił mnie na pokopanie piłki. Ruchy anemiczne jednak dałem radę. A więc kolejny krok w dobrą stronę. Dzięki Szymonek.  Kolejne godziny to rozwożenie dzieci na ich zajęcia dodatkowe i umówienie się że przyjadę po nie przed meczem. Ponieważ mój dom to obraz którego czasami się wstydzę, pokazujący, że finanse stanowczo nie są moją silną stroną,  dbam by dzieci przynajmniej przychodziły do czystego domu.  A, że po całym dniu w kuchni nie wyglądało za fajnie to wykorzystałem czas bycia samemu na porządki przed przyjazdem dzieci. Ponadto dopadło mnie jednak zmęczenie i chciałem się znów trochę zdrzemnąć. Wystarczyło 15 min resetu by poczuć jak energia wraca.

Lody wyszły pyszne. Najlepsze to zmieszane przeciśnięty banan, truskawka i czarna porzeczka. Pyszne. Dzieci się objadły a ja „wylizywałem” resztki czym też się przepełniłem.  Dzięki dzieciom zmusiłem się do aktywności ogarnięcia wszystkiego. Dziękuję za tę mobilizację bo samemu nie zrobiłbym tego a tak czuję znaczny przyrost energii. Fajnie.

PT 17.06.16 URODZINY KOLEGI.

Kolejny piękny, zrównoważony dzień.

Przebudzenie znów po 4 nad ranem gdy śpiewały już ptaki. Fajna energia i chęć do działania. Nawet padający deszcz pozytywnie nastrajał. Ćwiczenia Strelnikowej i medytacja. Zanim obudziłem rano dzieci sam jeszcze na 30 min się zdrzemnąłem. Potem zdrowe śniadanie ( soczek) i trochę wspólnych gier.

Po odwiezieniu po południu poczułem jednak zmęczenie i… głód. Jednak zamiast go zapić przyjrzałem się temu i zrobiłem godzinny sen bo coś tak mi chodziło po głowie, ze to jednak bardziej zmęczenie. Dobry wybór. Po obudzeniu głód zniknął a  powróciła energia i chęć działania. Rytuały tybetańskie i dużo rozciągania- czułem też, że coś niefajnego siedzi w ciele, jakieś napięcie i chciałem to rozluźnić.

Przygotowując soki na jutro do pracy popijałem bawiąc się smakami by potem zlać wszystko do jednaj butelki. Nie smakowało mi a i tak wypiłem. Za dużo pomieszanych smaków, przesadziłem, a tylko dlatego, że wybierałem owoce które do jutra by się zmarnowały a nie wg potrzeby ciała lub chociażby zachcianki smakowej. Mam naukę, by dużo mniej kupować.

Wieczorem bardzo fajna inpreza urodzinowa nad jeziorem. Pozytywni ludzie, wesoło. Ja zaszalałem i wypiłem ok. 0,5l wody z ogórków kiszonych własnej roboty. Ale miałem ochotę na więcej jednak żeby „głupio” nie wyglądało powstrzymałem się. Smak rewelacyjny. Po dwóch godzinach przebywania głośnym otoczeniu jednak zmęczenie i wróciłem do domu, tym bardziej, że jutro o 5 rano wyjazd na służbę. Po gorącej kąpieli znów powrót energii- Radość.  Ale huśtawka.  Z ciekawości zważyłem się ale bez patrzenia żeby nie sugerować się cyferkami. Zrobiłem zdjęcie i sprawdzę z tygodniowym opóźnieniem. Super dzień. Dziękuję.

SB 18.06 PIERWSZA PO PROCESIE SŁUŻBA W STAŻY

Jadąc do pracy strach, strach, strach jak to będzie, jak znów zareagują inni na mój wychudzony wygląd i anemiczne ruchy. Bałem się i co prawda gdy łapałem na tych myślach upominałem sam siebie by mieć więcej zaufania do Boga.

Jak zwykle wszystko się fajnie ułożyło. Do południa miałem tyle energii by pomóc klarować sprzęt po nocnym pożarze wczorajszej zmiany. Specjalnie wybierałem te cięższe prace, żeby zmusić się do wysiłku i z problemami ale dałem radę. Nie było d-ców więc to kolejna przychylność bo nie musiałem się tłumaczyć ze swojego  wyglądu. Po ćwiczeniach poobiednich na których dwa razy się podciągnąłem odezwała się kontuzja i pojechałem na pogotowie.  Okazało się, że mam naderwany mięsień czworoboczny co oznacza, że znów będę miał wolne od służb dzięki czemu dostałem więcej czasu by dojść do siebie. Wszystko jest takie, jakie ma być a ja do końca służby  jestem poza wyjazdami znów na PA. Jest o.k.

PODSUMOWANIE

Myślę, że na tym należy zakończyć opis tego drugiego procesu. Dalsze dni do 14 lipca (miesiąc) to pozostanie na samych sokach, zwiększanie wysiłku przy wahaniach samopoczucia ale  ze stopniowym odczuwalnym wzrostem swobody ruchów. Niestety, ponieważ ten przyrost energii szedł wolno a we wrześniu zbliżały się coroczne testy sprawnościowe w straży (bieg na 1000m, 50m i podciągnięcia na drążku) oraz w sierpniu wakacje z dziećmi (wyjazd w Alpy) Dodatkowo waga cały czas spadała osiągając ustalony minimalny poziom jaki ustaliłem na 53kg, to ok połowy lipca oprócz soków zacząłem dodatkowo jeść orzechy. Ciało odpowiedziało niemal natychmiast wyraźnym wzrostem wagi oraz energii. Nie czułem głodu ale nie znalazłem innego sposobu na przyspieszenie wzrostu siły i wytrzymałości. Przez dwa kolejne miesiące picia soków i jedzenia jedynie orzechów czułem, że „wracam”. Były to jednak miesiące coraz większego opijania się i objadania. Dopiero w wrześniu, trochę w nagrodę za zaliczenie testów a trochę z ciekawości doświadczenia innego smaku skusiłem się na lody i od tego czasu zaczęło się „przeciąganie liny” od dni opijania się sokami, do parodniowych wybić w stronę czegoś stałego (przeważnie pyszne i już bezmięsne wegeburgery) po czym trzydniowe oczyszczanie i znów jakiś czas na sokach i tak się zapętliłem… Tym razem jednak nie wróciłem  już do jedzenia mięsa ale za to z przejadałem się lodami.

Jest koniec października, a więc mija rok od pierwszego pełnego procesu. Jestem objedzony, przejedzony i czuję potrzebę kolejnego (trzeciego) wejścia w „proces”. Ostatnie miesiące to myśli, czas i uwaga poświęcone jedzeniu. Czasami parenaście godzin na dobę spędzane w kuchni i jestem tym bardzo już zmęczony.  Dodatkowo na co dzień przebywam sam wśród osób zupełnie nie czujących możliwości życia bez jedzenia stałego a więc niewspierających mnie. Spotykam się z niezrozumieniem a czasami z wyśmiewaniem. Jednak w tych najważniejszych miejscach jak praca i rodzina coraz częściej czuję złagodnianie takich reakcji na rzecz neutralności. Dla akceptacji za strony innych mojego odmiennego podejścia do odżywiania potrzeba było trochę więcej czasu, a z mojej strony więcej wytrwałości i mniej parcia na „muszę”, na „już”. Pewnie ma to wpływ na to, że wybija mnie ale  może dzięki temu też, z przyjemnością chodzę do pracy a w rodzinie czuję miłość, szczególnie w relacjach z moimi dziećmi z którymi ponownie mogę aktywnie i energicznie spędzać czas, oraz którym pozostawiam decyzję jak chcą się odżywiać akceptując każdy ich wybór.

Dodaj komentarz