KONIEC SEZONU PIERWSZEGO-TEST DYSTANSU NA SEZON DRUGI 2020.

TEST POSZCZEGÓLNYCH KONKURENCJI ¼ IM- DYSTANSU PRZEWIDZIANEGO NA 2020r: 

I. PŁYWANIE 10 km .VIII. 19 r.

Podsumowaniu pływania poświęciłem cały poprzedni wpis. Mimo wielu wielu technicznych niedociągnięć i tak jest to najprzyjemniejsza i jedyna dyscyplina z ironmanowej trójki, którą mogę obecnie systematycznie ćwiczyć. Być może dlatego jestem w stanie już teraz pokonać pływacki dystans dla pełnego IM, choć pozostałe dwie dyscypliny są na etapie umieralności na dystansie 1/4. 🙂

II. ROWER 50km  13.X.19r.

PRZED: Skoro nie poszło spędzenie ani jednego dnia na poście suchym wracam do treningów.  ( Cały czas interesuje mnie zwiększanie długości pokonywanych dystansów ale przy coraz większym ograniczaniu odżywiania i picia jelitowego, tak by pełnego IM pokonać bez wspomagania jedzeniem i piciem. Cały czas pracuję więc nad pogodzeniem lżejszego, coraz rzadszego odżywiania z coraz większymi wysiłkami.). Jaki więc dzisiaj trening? Bieganie odpada przez ból podeszwy, na basen jestem umówiony wieczorem z synami więc idealna okazja by po raz pierwszy sprawdzić w jakim punkcie wyjścia jestem jeżeli chodzi o etap kolarski ¼, czyli 50km. Tym bardziej, że pogoda piękna- słoneczna złota polska jesień, także rower w końcu prawie sprawny stoi w domu więc z wielką ochotą ruszyłem wybierając trasę z domu do Trzcianki i z powrotem. Wystartowałem też stoper w komórce na aplikacji Endomondo ale w połowie okazało się, że wyłączył się telefon-staruszek, co mu się często zdarza. Na szczęście prawie połowa zdążyła się zapisać więc jest jakiś pogląd. Start godz 14:40, powrót godz 16:40, pokonany dystans wg mapy endomondo 45km. O 17:30 byłem już z synami na basenie.

JAZDA:  Wróciłem, I to jest najważniejsze, ale było kiepsko. Od połowy chwilami rozważałem by zadzwonić po kogoś z samochodem by mnie zebrał z trasy. To jednak nie był dobry pomysł, tak na pierwszy raz 50km, bez żadnego przygotowania i nawet rozgrzewki. A co tam, zacznę pomału i rozgrzeję się po drodze-myślałem w swojej bezmyślności. A więc po kolei.
Pierwsze objawy zaczęły się już ok. 5 kilometra i był to kłujący ból lewego kolana z przodu, od spodu i po zewnętrznej stronie.  Ale żeby już 5 kilometrze!? Co jest grane?- pomyślałem zwiększając kadencję żeby jak najmniej obciążać to kolano, Już wtedy pojawiały się pierwsze myśli by zawrócić, jednak  jechałem dalej- tylko delikatniej. Kolano puszczało ale po chwili ból wracał i tak już na zmianę do końca. Co ciekawe, chyba nie nasilał się wraz z kolejnymi kilometrami.

Do tego bólu, około 15 kilometra zacząłem bardzo mocno czuć kości spojenia łonowego na których opierał się ciężar ciała. Byłem jednak już tak blisko nawrotki, że stwierdziłem, że dam radę i pedałowałem dalej w stronę połowy dystansu. Niestety po paru kolejnych kilometrach ból wzrósł do takiego poziomu, że stwierdziłem, że jednak nie dam rady. W tym jednak momencie było już za późno gdyż byłem za połową drogi, więc i tak wracałem. Teraz zastanawiałem się tylko jak wrócić, by jak najmniej pogłębić urazy. Zacząłem od pierwszej i jedynej przerwy.

Zatrzymując się pojawił się kolejny “problem”- wyprostowanie się i zejście z roweru gdyż plecy odmówiły posłuszeństwa i nie chciały się wypionować, przynajmniej nie od razu. W końcu udało się. Pięć minut postoju i powrót z myślą tylko by dojechać z powrotem tak, by sobie nie zaszkodzić. Pod koniec doszło jeszcze cierpnięcie karku i to chyba był komplet dolegliwości.  Udało się wrócić i jeszcze tylko po zejściu z roweru na podwórku złożyłem się jak harmonijka z papieru. Kolana po prostu ugięły się pod ciężarem ciała, kręgosłup nie musiał, bo był cały czas zgięty, zabolała stopa z urazem i osunąłem się na kolana. Dziwne uczucie braku czucia tego, co robi twoje ciało. Na szczęście to był tylko pierwszy kontakt z ziemią i właściwie zaraz się podniosłem z pełną sprawnością, jakby nigdy nic poza bólem kolana. Gdyby nie ten ból mógłbym spokojnie dalej jechać ponieważ zmęczenia mięśni jakiegoś dużego nie czułem.

PO WYSIŁKU: Szklanka wody, szybki prysznic obiad w postaci 0,7l szejka owocowego I wypad na basen. Choć był czas fanu z dziećmi, to nie wytrzymałem i przepłynąłem sobie parę długości w szybkim tempie kraula. Większość jednak to był fajny czas wygłupów z chłopakami.

WNIOSKI: Ewidentnie na teraz nie jestem przygotowany do dystansu 1/4IM i cieszę się, że rok temu na swój pierwszy start nie zapisałem się, jak chciałem w pierwszej wersji, na ¼ bo bym poległ chyba jeszcze przed skończeniem etapu rowerowego albo skończył ale z trwałym uszczerbkiem dla zdrowia. Ufff. Po dzisiejszym wysiłku najbardziej niepokoi mnie ból kolana bo nie wiem co jest przyczyną I to, że pojawił się tak szybko. Pozostałe do wykorzystania zabiegi fizjo będą więc pod kątem eliminacji tego bólu, a kręgosłup niestety znów musi zejść na drugi plan. Pomimo, że jechałem w adidasach, nie sądzę, żeby miało to wpływ na zwiększenie nasilenia tego bólu, a co najwyżej na wydajność i komfort pedałowania. Wymiana pedałów na zatrzaskowe oraz buty rowerowe traktuję więc jako drugoplanową inwestycję. Pozostałe elementy wiem jak usprawnić więc mnie nie niepokoją. Tyłek- to wymiana siedzonka bo to ma ładnych parę lat, jak nie parenaście, oraz nie jest wyprofilowane pod męską anatomię. Kolarskie gacie z wkładką żelową też powinny pomóc w sprawie tego bólu. Ból karku- to kwestia przyzwyczajenia i wytrenowania. Kręgosłup lędźwiowy skoro dał radę tak bez przygotowania, to jak poćwiczę i jeszcze bardziej rozciągną tylny pas mięśniowy, myślę, że będzie ok. Tylko te kolana. Przydałby się trenażer by systematycznie i stopniowo, pomału się przystosowywać. Póki co mam jednak ważniejsze wydatki jak chociażby wspólne wakacje I ferie z dziećmi, więc nie wchodzi w rachubę. Mimo bólu cieszę się, że zrobiłem ten test, ponieważ po raz pierwszy wiem na czym stoję jeżeli chodzi o dystans 1/4.   Mając póki co dwie dyscypliny z trzech wycięte, okoliczności same wskazują na czym mam się skupić-pływanie, co też robię i w ramach czego w połowie listopada jadę na warsztaty z kraula. Tak więc póki bóle nie miną przynajmniej w codziennym funkcjonowaniu, cały czas basen, basen, basen… Działam więc dalej bezplanowo, albo nawet jeżeli w ramach jakiegoś planu to cały czas gotowy na zmianę tego planu dostosowując go do wskazówek I możliwości ciała, tego fizycznego ale także emocjonalno-duchowego. Cały czas staram się jednak świadomie oddziaływać, kształtować oba te obszary wyrażania siebie.

PO DWÓCH DNIACH chyba doszedł do mnie ogrom pracy jaki jeszcze mam przed sobą. Oszacowałem, też ile pieniędzy musiałbym jeszcze włożyć by zrealizować cel pełnego IM i pierwszy raz poczułem tak silne zniechęcenie, rezygnację. Myśli po co mi to? Czy dam radę? I uczucie, że nie dam. Oglądam filmiki na YT i widzę mistrzów a potem przepaść jaka dzieli mnie od nich. Nie chce mi się, oraz nie chcę wydawać kolejnych pieniędzy na realizację tego celu kosztem jakiś fajnych wakacji z dziećmi. Jeżeli taki miałby być koszt, to nie byłaby dobra i właściwa inwestycja więc czy to oznacza rezygnację?

Myśl „Nie chce mi się”
Na szczęście jak tylko pojawia się myśl „nie chce mi się”, to zapala się także lampka ostrzegawcza by przyjrzeć się tym myślom. Kiedyś usłyszałem, że to właśnie myśl “nie chce mi się” wskazuje (lub bardziej potwierdza)  kierunek, w którym właśnie powinniśmy pójść. Myśl “nie chce mi się” to myśl słabości ludzkiej lub czasami podszept złego ducha by odciągnąć nas, przykryć często poprzedzającą myśl Bożej inspiracji zrobienia czegoś (lub nie zrobienia), powiedzenia (lub zamilknięcia)… Bóg inspiruje nas, zachęca do zrobienia czegoś, co gdy wypełnimy to sprawi, że przybliżymy się do Niego, a Szatan jak tylko szybko może przykrywa tę inspirację przykrywa swoją myślą “nie chce mi się”, którą rozpoznajemy jako własną. Dlatego dzisiaj czując w sobie to zniechęcenie, wręcz całe stado myśli “nie chce mi się” docierających z różnych części mnie, zadałem pytanie nadrzędne, co na to Bóg?  Czy głos, by zrezygnować to wola Boga, czy moja słabość lub podszept Złego ducha? Tym razem rozpoznałem je jako moją słabość. Kolejne pytanie, czy dążenie do zrobienia IM to pragnienie realizacji własnego ego czy jednak była to inspiracja od Boga, a teraz przeżywam jedynie normalną ludzką słabość? W tym wypadku nie wiem, nadal nie wiem. Ja tego pragnienia sobie nie wymyśliłem więc musi być w tym coś z zewnątrz. Nie mam jednak pewności co nie ułatwia sprawy, podejmowania takich a nie innych wyborów. Jest ciężko, od września 2019 mam teraz trudny czas w którym równolegle obrane kierunki nie chcą się pogodzić. Lżejsze odżywianie staje się coraz cięższym, a systematyczne intensywne treningi słabną stając się coraz bardziej niesystematyczne. A powinno być odwrotnie… 🙁

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ 20X  RE-TEST 50KM NA ROWERZE

Dokładnie tydzień temu ledwo co ukończyłem dystans zaplanowanego na przyszły rok 1/4IM. Obolałości tyłka, ból kolana i nadwyrężenie kręgosłupa w krzyżu czułem jeszcze w czwartek co nie napełniało optymizmem. To były dni niepewności, rozważań czy nie jest to przypadkiem znakiem, by zrezygnować z dalszego pokonywania swoich słabości poprzez przygotowania, treningi do pełnego IM. Ponieważ pragnę podążać tylko w zgodzie z wolą Boga cały czas badam drogę, którą podążam, a w tym przypadku nie potrafię rozpoznać czy jest wolą Boga bym dalej pokonywał swoje słabości przez trening, pytam, proszę, modlę się by Bóg w imieniu Jezusa Chrystusa pokazał co powinienem zrobić. Sprawdzam jednocześnie swoje serce, czy rzeczywiście jestem otwarty na usłyszenie Bożej woli I czy w każdej chwili jestem gotowy by zrezygnować. Co teraz czuję myśląc o takiej opcji? Jest poczucie jakiegoś żalu, ale jednocześnie mam przekonanie, że mimo ludzkiego żalu, jestem gotów zostawić to jeżeli usłyszę, że tego chce Bóg. Potrzebuję tylko potwierdzenia i o nie prosiłem. W międzyczasie obolały nadal codziennie chodziłem na basen łącząc trening z wodnymi masażami w ramach fizjoterapii.
Nie wiem jak to się stało, że w niedzielę wsiadłem na rower. Chyba potrzebowałem ruchu a że górna część była zmęczona codziennym pływaniem, stopa nadal doskwierała, więc wykorzystując piękną pogodę stwierdziłem, że przejadę się, sprawdzę po ilu km tym razem zacznie mnie boleć kolano I jak będzie się jechało na żelowej nakładce na siodełko.
Tym razem, zanim ruszyłem, porządnie się rozgrzałem i porozciągałem. Założenie było by utrzymywać stałą kadencję-w okolicy 90 obr/min czyli znacznie wyższą niż ostatnio I utrzymywać ją przy niewielkim wysiłku ( generowanych watach) co miałem osiągnąć poprzez częstsze używanie przerzutek. Totalnie inne założenie niż ostatnio, kiedy nie chcąc używać przerzutek w obawie by się za bardzo nie zużyły, generowane waty były od samego początku dużo większe i nierównomierne, podobne jak zwalniająca kadencja na podjazdach, niemożliwa do utrzymania przy bólu kolana bez schodzenia z przełożeniami. Efekt był jaki był.
Teraz jadąc oczekiwałem bólu kolana, lub przynajmniej dyskomfortu tyłka około 10km I byłem gotowy by wtedy zawrócić ale o dziwo nie było. Nie przyspieszałem, robiłem swoje, czyli skupienie, by utrzymywać stałą kadencję (nie wiem jaką) przy małym nacisku na pedały. O wiele częściej zmieniałem przerzutki. Na początku pojawiło się poczucie żalu, że je eksploatuję ale gdy ból się nie pojawiał to chore nastawienie wyciszyło się i robiłem swoje. Planowałem w połowie przerwę, jednak tak fajnie się czułem, że jechałem dalej obserwując reakcje ciała, czy pojawia się jakiś ból, dyskomfort, gdzie, przy jakim ruchu itd. Pierwszy rzeczywiście był ból lewego kolana (zewnętrzna strona) jednak nie był na tyle wyraźny, bym musiał zmniejszyć nacisk na pedały, a robiąc swoje znikał. Pojawiał się I znikał. Swoboda w porównaniu z zeszył tygodniem była tak zaskakująca, że w okolicy Radolina jadąc pierwszy w życiu raz tamtą drogą zachwycałem się pięknem okolicy- ale tam jest ładnie! Potem w Trzciance, czyli koło 30 km zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Kolejne przyjemne zaskoczenie, że schodząc z siodełka i stając jest ok. Nie złożyłem się, a nawet bez większych problemów wyprostowałem. Było dobrze, nawet bardzo dobrze więc te ostanie 20km coraz mocniej naciskałem na pedały by sprawdzić, kiedy pojawi się ból I w którym miejscu ciała. Byłem pewien, że na prawdę dużo mocniej naciskam utrzymując dotychczasową kadencję, więc dużo szybciej jadę. Patrząc jednak na analizę poszczególnych odcinków nie widać przyspieszenia. Jestem ciekaw co się stało. Wróciłem cały happy i dostałem skrzydeł do dalszego trenowania. Ten przejazd był dla mnie odpowiedzą Boga, by nie rezygnować, że mam dalej iść tą drogą, znów wróciła inspiracja, natchnienie i entuzjazm do jeszcze większego zaangażowania w pokonywaniu swoich słabości, niechęci, lenistwa. Dziękuję CI Panie.


DZIEŃ PO- Nie pamiętam ale chyba było ok, bez jakiś dodatkowych niż te codzienne sygnałów ze strony stawów, kręgosłupa i stopy. Nawet mięśnie nóg nie dawały jakiś oznak zakwasów. Mimo, że mógłbym więc dzisiaj też zrobić jakiś trening, odpuściłem ciesząc się dniem dzisiejszym- tylko rozciąganie oraz przyjemna, gorąca kąpiel wieczorem. Ale fajnie.

III. BIEG 10 km 22X

Od ostatniego testu rowerowego minęły dwa dni, a za trzy dni kończy mi się zwolnienie lekarskie. W stopie jest dużo mniejsze odczuwanie bólu- to już nie jest ból tylko lekki, chwilowo pojawiający się dyskomfort. Stało się to zachętą do kolejnego testu dystansu zaplanowanego na przyszły rok. Tym razem części najbardziej newralgicznej pod względem obciążenia bolących stawów, czyli biegu na 10 km.

ZAŁOŻENIE: Wyjść z domu, zacząć biec możliwie luźno do czasu pojawienia się pierwszego bólu, a potem zadecydować czy wrócić czy szukać sposobu na jego eliminację. Wyciągając wnioski z testu rowerowego, tym razem przed biegiem porządnie się rozgrzałem oraz porozciągałem. Pogoda nadal piękna.

PO WYSIŁKU: Kolejne przemiłe zaskoczenie, że dyskomfortu w chorej stopie zupełnie nie czułem, a kolano dopiero około 7km dało znać, że jest, bez jednak wpływu na tempo czy sposób biegu. Śmieszne, bo gdy pierwszy raz się odezwało, akurat wybiegłem z lasu i przebiegałem koło parkingu szpitalnego, na którym to kątem oka dostrzegłem jakąś całkiem sympatyczną niewiastę. W takich okolicznościach przyrody nie wypadało zwolnić więc bieg jakoś tak sam stał się bardziej sprężysty a klata bardziej wypięta- ot taki jakiś męski atawizm. 🙂

Podsumowując: W trakcie tego biegu wyszło, że co około 2,5 km musiałem na chwilę przejść do marszu żeby uspokoić oddech i dać mięśniom odpocząć- Hurra! Pierwszy raz bardziej bardziej niż stawy i kości czułem zmęczenie mięśni, co mnie bardzo cieszy. Gdy po raz drugi poczułem potrzebę zatrzymania się, tym razem może z dwie minuty poświęciłem na rozciągania i rozluźnianie mięśni. Trzecie zatrzymanie było, gdy wbiegłem ponownie do lasu opuszaczając teren monitorowany przez niewieście spojrzenia. Jak się okazało, było to prawie dokładnie 7,5 km a więc ¾ dystansu. Zerknięcie  na stoper i gdy zobaczenie, że mogę dobiec do 10km przed upływem godziny uruchomiły się jakieś dodatkowy pokłady energii co z kolei zmotywowało do dalszego biegu, z jeszcze większym zaangażowaniem. A wydawało mi się, że nie mam już za dużo sił. Tymczasem z telefonem w ręku, patrząc jak kolejne metry przybliżają mnie do dychy nie poddawałem się choć zadyszka była największa jak dotychczas. Najważniejsze jednak, że nie czułem żadnego bólu w kolanie, stopie ani kręgosłupie, wszystko działo, więc mogłem pozwolić sobie na większy wysiłek- przydusiłem i dałem radę. Nie dość, że zmieściłem się w godzinę, to był to najlepszy czas na 10 km jaki osiągnąłem w życiu. Nie wiem jak to się stało, chciałem tylko „przebiec się” zachowując jak największy luz, zwracając uwagę na sugestie techniczne o których na YT wspomina Yacool, a zrobiłem życiówkę. Nie wiem jak to możliwe, tym bardziej, że od lipca nie biegałem i mam uraz stopy. Kolejne przemiłe zaskoczenie i jakby kolejne potwierdzenie z Góry, że mam nie biadolić, tylko dalej brać się do roboty i iść tą drogą.

Po przekroczeniu dychy oczywiście przeszedłem do marszu. Dopiero teraz, gdy po parudziesięciu metrach odpocząłem i znów totalnie na luzie chciałem pobiec okazało się, że jednak ból lewego kolana jest bardzo silny i  nie pozwolił biec. Niestety znów odezwał się ból prawej stopy i to bardzo silny. Nie popsuło mi to jednak dobrego nastroju i uczucia wdzięczności.

DWA TYGODNIE PO:  Ból stopy utrzymuje się niemal cały czas na stałym poziomie. Zakwasy miałem przez trzy dni- jeszcze w czwartek obawiałem się jak to będzie na piątkowej służbie ale choć służba była intensywna ( ćwiczenia wysokościowe do południa, a wieczorem na dźwigu) to było ok. Nie wiem nawet, czy ten przymus do ruchu nie zadziałał pozytywnie. Sam pewnie nie zmobilizowałbym się jeszcze do pójścia na siłownię. Jedynie co nie podobało mi się, to fakt, że sposób odżywiania rozwalił mi się od dnia biegu niemal całkowicie. Już nie ma okna czasowego, nie jem tylko surowizny tylko coraz większy procent to przetworzone wegańskie potrawy, jak dzisiejsze spaghetti i żurek po godzinie 19-tej. Niestety zacząłem też sięgać po produkty zawierające nabiał, jak chociażby bagietka z masłem czosnkowych. Nie podoba mi się to, ale nie mam obecnie siły i motywacji by skupiać się na utrzymaniu witariańskiego odżywiania. Cofnąłem się i obecnie jestem na odżywianiu w połowie przetworzonymi produktami, a tylko w połowie surowymi. Z tych przetworzonych z 10 procent zawiera nabiał, co mnie najbardziej uwiera (bagietka z masłem czosnkowym, sos czosnkowy do tortilli, niewegańskie drożdżówki). Nie chcę, ale nie mam siły by teraz z tym walczyć. Akceptuję więc ten stan mając nadzieję, że przyjdzie czas powrotu do pracy nad dalszym dążeniem do witarianizmu i dalej. Taki jest sens przygotowań do IM, by połączyć pokonanie dystansu IM bez jedzenia i picia. Chcę naśladować Jezusa więc wiedząc, że On pościł, apostołowie pościli, prorocy pościli, a Mojżesz 80 dni, to i ja czuję takie pragnienie. Chcę przynajmniej raz w życiu, tak jak mój Zbawiciel, przez 40 dni pozostać bez jedzenia i  picia. Chcę tak jak Eliasz , który podczas swojego 40dniowego postu wędrował po pustyni, również w tym czasie być aktywnym, a czego wyrazem ma być ukończenie w okolicfy 30tgo dnia dystansu pełnego IM. Czuję, że poszczenie to droga niesamowitego kształtowania charakteru i panowania nad ciałem do której zachęca nas Bóg, droga pokonywania swoich słabości i wzmacniania chrześcijańskiego ducha w ciele. Patrząc jak silną wiarę mieli pierwsi Apostołowie, prześladowani, uśmiercani, patrząc jak silna jest wiara wśród współcześnie uciskanych chrześcijan, stwierdzam, że ucisk ma ogromny wpływ na wzrost naszej wiary i postawy chrześcijańskiej. Mamy ten przywilej, że obecnie, w Polsce jest dobrobyt, nie ma prześladowań i widzę jak odbija się to na europejskich chrześcijanach, w tym na mnie. Rozleniwienie, brak charakteru, nie widać kierunku  w którym chrześcijanie zmierzają  w tym życiu. Brak wyróżniania się od otaczającego świata. Patrząc na życie większości osób uważających się za chrześcijan, w tym także nowonarodzonych, nie widać żeby wyróżniali się ze świata, a przecież mamy być światłem tego świata. Dlatego nie chcę ulegać temu uśpieniu w  fotelu tego świata i sam uciskam swoją duszewność oraz ciało fizyczne postami. Na razie jednak, jeżeli chodzi o odżywianie, to cofnąłem się i  od jakiegoś czasu bardziej ulegam ludzkim słabościom niż wystawiam na kształtujący ucisk… Nie jest łatwo na ludzki sposób pogodzić zwiększanie wysiłku z ograniczaniem jedzenia. Wiem jednak, że w świecie dobrobytu i braku umiaru we wszelakiej konsumpcji,  idąc nawet wg ludzkich pragnień, a nie Bożego wyraźnego prowadzenia, jest to Boża droga. Bóg dał nam rozum i wolny wybór. Zbyt wielu chrześciajan nie korzysta z nich zasłaniając się oczekiwaniem na Boże prowadzenie. A może Bóg czeka na nasze działanie gotowy, by w razie złego wyboru skorygować nas?

PODSUMOWANIE SEZONU

Pierwszy sezon zamknięty w poczuciu, że jest ok. Może nie posuwam się tak gładko, nie tak szybko jak chciałbym ale postęp następuje we właściwym kierunku i to jest najważniejsze. Zauważam większy postęp w obszarze przygotowania fizycznego, dużo mniejszy w obszarze odżywiania. Jednak i tu był to rok najbliższy jak do tej pory odżywianiu witariańskiemu. Szukając największych hamulców by pójść szybciej i dalej, w minionym roku znajduję: Jeżeli chodzi o treningi to bóle kręgosłupa,  kolana i stopy, skutecznie zniechęcające do systematyczności, zmuszające do wykrzesania samozaparcia by mimo bólu jednej części ciała nie odpuszczać ćwiczeń zdrowych części. Ponieważ oprócz zniechęcania, ból był  jednocześnie czynnikiem odbierającym najwięcej radości i frajdy, dlatego chciałbym, by zima była przede wszystkim pracą nad likwidacją tych dolegliwości. Jeżeli natomiast chodzi o odżywianie to w minionym roku chyba najskuteczniej przyblokował mnie nieregularny sen związany z pracą zmianową dwudziestocztero- godzinną oraz  okres trzech miesięcy, w którym pełniłem inne niż  zwykle i większe obowiązki w pracy  Nieregularny sen to zmniejszenie zdolności bycia uważnym by nie ulegać odmiennym, a wręcz przeciwstawnym do moich celów, tendencjom otoczenia, to osłabienie koncentracji na obranym kierunku. Natomiast konieczność większego zaangażowania się pracę zawodową to dodatkowo przesunięcie koncentracji w kierunku, który nie jest mi po drodze. Dlatego, cieszyłem się, że gdy tylko sytuacja na zmianie stała się kadrowo stabilna, pojawiła się osoba, która mogła przejąć te obowiązki i mogłem wrócić do znacznie mniej wymagającej zaangażowana  funkcji sprzed. Niestety, te trzy miesiące wybiły mnie z utrzymywania uwagi na drodze uszczuplania odżywiania tak skutecznie, że jeszcze teraz, trzy kolejne miesiące później nie potrafię wrócić do witarianizmu, lub przynajmniej stuprocentowego weganizmu. Walczę i co chwilę kick-startuję się mając nadzieję, że w końcu mechanizm znów zaskoczy ale póki co nie nie wróciłem do stanu z pierwszej połowy roku. Jeżeli chodzi o regularny sen, to pracując, gdzie pracuję nie wiem co mogę zrobić by ten obszar był bardziej sprzyjający. Pozostaje mi więc na tyle, na ile to możliwe dbać o sen w obecnym położeniu, a wiem, że mam takie możliwości chociażby jeszcze bardziej ograniczając bezproduktywne czynności. Kwestia  wyraźnego określenia priorytetów (które gdzieś się zamazały) i organizacja dnia pod ich realizację ( co też się rozprężyło). Od jakiegoś czasu pozwalam, by minuty, a czasami nawet godziny z codziennego skarbca czasu, gdzieś przeleciały między palcami…