2018.XI Schemat „2-1-0”

LISTOPAD 2018 „2-1-0”

Wraz ze zbliżaniem się listopada coraz częściej miałem pytanie, czy w tym roku również chciałbym zrobić jakiś test. Myślałem, by dla porównania z listopadem zeszłego roku, znów zrobić cały miesiąc tylko na sokach, tym bardziej, że po ugruntowaniu się już odżywiania wegańskiego byłem przekonany, że dalsza droga  prowadzić mnie będzie ponownie w kierunku całkowicie surowego jedzenia, potem picia i dalej, tak więc miesiąc sokowania byłby fajnym krokiem zrobionym w tym kierunku. Ponieważ jednak już nie ja wytyczam drogę, tylko powierzam to zadanie Bogu, podczas gdy ja „tylko” skupiam się by dobrze ją rozpoznać i iść tak, jak prowadzi, wszystko może się zdarzyć a więc planowanie i kurczowe trzymanie się własnych planów traci na ważności. 

No i tuż przed początkiem listopada niespodziewanie pojawiła się myśl, by wejść w schemat odżywiania, w którym również już kiedyś przez miesiąc funkcjonowałem (http://www.inedianin.pl/?p=879) Tak więc znów nie zadział się plan głowy, tylko to, co najlepsza chwila sama podsunęła. Rok temu miesiąc na podobnym schemacie zakończył się pogorszeniem kondycji, samopoczucia oraz wzrostem obtłuszczenia trzewi. A jak w tym roku przeszedłem miesiąc jedzenia co trzeci dzień  z dniem bez jedzenia i bez picia pomiędzy? Zapraszam.

Oznaczenie i założenia systemu 2-1-0

„1”-DZIEŃ SAMEGO PICIA (1a-woda; 1b-soki klarowane; 1c-szejki) Od rana do wieczora mijał mi dzień na czerpaniu frajdy z picia samych soków, co było takim pośrednim stanem dającym radość smakowania ale już nie obciążającym tak mocno układu trawiennego przygotowując na dzień bj&bp. Zaplanowałem, że w tym dniu będę biegał, ale nadal kręgosłup się odzywa, więc zamiast tego, niestety dopiero od połowy miesiąca udało mi się wejść w rytm systematycznego chodzenia na basen i szlifowania techniki kraula pod triathlon. W ramach tych treningów cieszyłem się jak Reksio na kawałek szynki, gdy udawało się pokonać 1km, co przychodziło mi jednak dużym wysiłkiem.

„0”– DZIEŃ BEZ JEDZENIA I BEZ PICIA. (bj&bp) Zaczynając liczenie od wieczora, przez ok 34 godziny nic nie jadłem ani nie piłem. Tak to zorganizowałem, że czas ten wypadał kiedy miałem 24godzinną służbę w straży. Wybór taki, ponieważ dzień służby jest najbardziej nieprzewidywalnym dniem, w którym muszę być gotowy, by wykonywać intensywną pracę fizyczną, a także w którym może wystąpić silna presja emocjonalno-psychiczna podczas prowadzenia działań ratowniczo-gaśniczych. A więc dwa najbardziej niesprzyjające czynniki, które dla bardzo wielu osób są wymówką przed podjęciem w swoim życiu jakiejkolwiek formy postu.

Stały pomiar kondycji. Ponieważ w pracy strażaka nie mogę pozwolić sobie na zbyt duże osłabienie, a także żeby mieć jakiś ludzki punkt odniesienia co do swojego stanu, założyłem, że moja kondycja nie może być najgorszą w porównaniu do będących osób na zmianie. Jeżeli miałbym takie poczucie, że jestem najsłabszy, najwolniejszy, miał być to znak, by przerwać ten schemat. Oprócz tego, żeby nie ograniczać się tylko do porównywania z innymi, tylko zauważać zmiany w sobie, postanowiłem, że na każdej służbie w dniu postu suchego będę robił test podciągnięć na drążku oraz trening siłowy.

„2”-DZIEŃ JEDZENIA. (2a-rawfood; 2b-vegańskie; 2c-wegetariańskie. Po tych 34 godz, ok. 8 rano, jednorazowo piłem maks. 0,5l wody z jakimś wyciśniętym klarownym sokiem owocowym lub octem jabłkowym I po odczekaniu ok. 2 godzin przez kolejne 10 godz pozwalałem sobie na czerpanie radości z jedzenia także stałych produktów. Były to przeważnie jeden, lub dwa posiłki wegańskie, a pozostałe tzw raw-food, czyli surowe owoce i warzywa. Mięso, nabiał i produkty mleczne już nie wchodziły w rachubę. Jeżeli chodzi o trening, to ten dzień odpuszczałem i poza spacerami, jakąś aktywnością z dziećmi (np. raz pojechaliśmy park trampolinowy, innym razem pograłem z synem w kosza, byliśmy też na basenie ale nie pod kątem treningu, tylko wygłupów), poza takimi aktywnościami, to był dzień wolny od treningu. Po tym dniu, od następnego rana schemat powtarzałem i tak przez cały listopad.

PRZEBIEG:

Pierwsze 2b-1c-0-2b (31-03.11.18) „Osłabienie”

Pierwsze dwa dni ok, ale w dniu bj&bp, gdzieś od południa wyraźne spowolnienie. Wyjazd późnym wieczorem na pożar poddasza i choć czułem osłabienie w postaci mniejszej energii, nieco wolniejszego poruszania się, to nie odstawałem. Dzień poprzedzający był na gęstych szejkach. Zastanawiam się, czy nie na zbyt gęstych co może powodować zbyt duże obciążenie jelit w dniu suchym, a przez to osłabienie.

Drugie 1b-0-2b (04-06.11.18) „Utrata przytomności”

Druga trójka, ranek dnia bj&bp, po przyjeździe do pracy i wyjściu z samochodu przeciągnąłem się i. poczułem tylko jak robi się ciemno, zaczynam się chwiać i „światło zgasło”. Ocknąłem się leżąc na ziemi, czując dziwne, pojedyncze drgawki całego ciała. Masakra! Pierwsza myśl, że dostałem ataku jakiejś epilepsji, a druga to pytanie, czy to przez fakt, że dzisiaj był dzień bj&bp. Jednak ponieważ był dopiero ranek, godzina, o której nawet jedząc „normalnie” często byłem jeszcze przed pierwszym posiłkiem, więc zupełnie nie połączyłem obecnego sposobu odżywiania z omdleniem. Prędzej to zbyt szybkie wstanie i zbyt mocne przeciągnięcie kręgosłupa, którego zwyrodnienie systematycznie daje o sobie znać, uruchomiło jakiś wyłącznik światła. Gdy upadałem, akurat podjeżdżał na parking kumpel i widząc to, nawet nie zdążył podejść gdyż od razu wstałem i zabierałem z auta swoje rzeczy jakby nic się nie stało. Czułem się normalnie, wypoczęty i z fajną energią. Żadnego osłabienia, tylko w głowie pełno pytań co się stało, włącznie z niepokojem czy nie dzieje się coś neurologicznego. Dopiero, gdy kumpel powiedział, że mam rozwaloną głowę zdziwiłem się, że zupełnie tego nie czułem. Pomimo, że czułem się dobrze, ze względu na wykonywany zawód i bezpieczeństwo pracujących ze mną innych strażaków, z którymi mamy ratować, a nie sami być ratowanymi, podjąłem decyzję, że od razu jadę do szpitala, żeby to zdiagnozować.

Badanie krwi, Ekg nic nie wykazały, Lekarka stwierdziła, że to może zdarzyć się każdemu, więc wróciłem do jednostki i do następnego rana pełniłem normalną służbę dalej bj&bp. W sumie będąc niskociśnieniowcem nie powinienem się dziwić, że coś takiego od czasu do czasu mi się przytrafia, tym bardziej, że moja mama umarła najprawdopodobniej właśnie za sprawą coraz bardziej słabnącego ciśnienia, którego lekarze nie potrafili podnieść. Póki co, mimo dobrego samopoczucia, w głowie jednak do końca dnia jakaś taka ostrożność, niepewność pozostała. Nie przeszkodziło mi  to jednak zrobić po południu normalnego treningu na siłę całego ciała, tak na 60% mocy. Poza bólem w miejscu uderzenie wszystko było git. Test 4*8 podciągnięć wyszedł bez problemów. Samopoczucie rewelacyjne. Jedynie standardowo wieczorem pojawiło się niewielkie osłabienie, nic jednak, co nie pozwalałoby mi wypełniać obowiązków na akcji.

Będąc w szpitalu na badaniach czułem się dobrze, nie biorąc pod uwagę zdołowania koniecznością przebywania w tym chorym miejscu i dlatego, gdy już chcieli mi robić wlewy dożylne z glukozy i elektrolitów, i to bez konsultowania tego ze mną, wyraziłem sprzeciw, co oczywiście spotkało się z dużym zdziwieniem i naleganiem ze strony  personelu, bym jednak zmienił zdanie. Nie chcąc przerywać schematu i nie czując żadnych dolegliwości pozostałem przy swoim. Niestety (a może stety) nie wykazałem już tyle determinacji, by się sprzeciwić podaniu szczepionki przeciw tężcowi, co także zrobili bez zapytania się mnie o pozwolenie. Nie wiem, czy to była bardziej chęć uniknięcia ponownego wejścia w konfrontację z lekarzem, czy bardziej to, że w tym przypadku miałem mieszane uczucia co do odmowy.

Trzecie 1b-0-2b (07-09.11.18)

W dniu „0” do wieczora wszystko ok, bez żadnego poczucia słabości, ok 15 trening siłowy i test, który ze względu na dobre samopoczucie zwiększyłem z 4×8 do 4 serii po 10 podciągnięć. Wyszedł bez większych problemów. Stanie na rękach też trochę lepiej niż ostatnio. Wieczorem jednak słabość odczuwana bardziej niż ostatnio. Myśli nie za fajne, jeżeli wieczorna słabość będzie się powtarzać, to ze względu, że dzień suchy robię na służbie, będę musiał albo przestać, albo zmienić na inny dzień. Na razie jeszcze poczekam i jeszcze jedną służbę spędzę na sucho. Jeżeli coś się będzie działo-wyeliminuję dzień suchy.

Czwarte 1c-0-2b (10-12.11.18)

1c” Kiepsko. Byłem blisko, by przerwać ten schemat i wrócić do jedzenia. Zastanawiam się tylko dlaczego? Czy to, że wczoraj podczas dnia jedzącego jadłem tak ciężkie produkty? (Wegański śniadanio-obiad: dwa rogale Marcińskie, kawałek szarlotki i omlet, czyli choć wszystko wege, to jednak bardzo dużo mąki i przetworzonych warzyw) Czy to mogło spowodować, że w następnym dniu sokowania (czyli dzisiaj) tak często pojawiał się głód, który znika po napiciu się soku ale tylko na chwilę? Do popołudnia było jeszcze ok, ale po grze z synem w kosza, tak od godziny 17tej, czułem naprawdę niesamowity głód powodujący charakterystyczne wewnętrzne rozdrażnienie. Aż wieczorem musiałem przessać w ustach dwie kostki czekolady i wypić ponad dwa litry filtrowanych soków. Dopiero po takiej dawce picia, w końcu znów było znośnie. Jutro służba i dzień suchy- póki co kontynuuję.

0” Wstając o piątej rano i wyjeżdżając przed 6 na służbę, byłem pewien, że przerwę ten schemat i od dzisiaj będę jadł. Przez półtora godziny jazdy, czułem, jak i słabość, i apatyczność i głód są bardzo wyraźne. Myślałem, że może nie jestem wyspany, ale przed chwilą wstałem wiec tę przyczynę odrzuciłem. Dlatego, przede wszystkim ze względu na zbyt odczuwalne osłabienie, które w razie poważniejszej akcji mogłoby mi nie pozwolić efektywnie działać, wracam do jedzenia. Szkoda. Myśli tej towarzyszył jakiś smutek, że jednak to jeszcze nie jest dla mnie nawet co trzeci dzień na sucho. Smutek z niepowodzenia ale jednocześnie ciekawość, czy mimo tego coś się zmieni po tych dwóch tygodniach.

W straży, od razu wkręciłem się w sprawy służbowe co spowodowało, że na chwilę zapomniałem o głodzie i osłabieniu…  W sumie nic nie zrobiłem, więc chyba to konieczność działania wokół codzienności  sprawiła, że czułem jak mam więcej energii i witalności. Nawet jakby więcej niż wczoraj w dniu sokowania. Oczywiście, wobec tak pozytywnej zmiany pozostałem na sucho. Po południu trening siłowy całkiem nieźle, choć podciągnięcia przy czwartej serii musiałem rozbić na 7+ 3. Nie dałem rady 10 w jednej serii. Pozostałe ćwiczenia jednak bez zmian. Od wieczora do 4 rano interwencje i naprawdę nie wiem dlaczego, ale było fajnie- energicznie, żywo, tak jak powinno być. Myślałem tylko, że przez te nocne wyjazdy chyba znów przełożę obiecany synom na jutro wypad na trampoliny. Mogę nie dać rady wrócić 100km do domu, zabrać ich, przyjechać z powrotem do Poznania, a potem jeszcze znów wrócić do domu.

2b” Wracając do domu, rzeczywiści oczy mi się zamykały, ale jak godzinkę odespałem, stwierdziłem, że jest całkiem nieźle, więc dotrzymałem słowa i spędziliśmy bardzo fajny dzień. Poszaleliśmy na parku trampolinowym, zjedliśmy pizze wegańskie i co najważniejsze, podczas podróży miałem możliwość włączyć chłopakom młodzieżowe chrześcijańskie świadectwa relacji z Bogiem- takiej żywej, codziennej, a nie rytualno-religijnej. Smutno mi tylko, że córka znów nie chciała pojechać z nami. Brakuje mi takiej zwykłej, codziennej relacji z nią, bycia częścią jej życia, a  co było bardzo silne między nami,  gdy była dzieckiem. 

Od piątego do dziewiątego 1-0-2

Do końca miesiąca, ostatniego dnia schematu, ani razu nie pojawiło się osłabienie ani wątpliwość.Oprócz treningu siłowego i testu 4×10 podciągnięć w dniu suchym, w końcu wszedłem także w rytm systematycznego chodzenia na basen w dniu sokowania. I żeby nie było- za każdym razem nie chciało mi się i musiałem siebie zmuszać by wyjść z domu, a potem jeszcze wejść do tej zimnej 28-o stopniowej wody, lub by się przebrać i zacząć rozgrzewkę na siłowni. Za każdym razem gdy jednak pokonywałem początkowego lenia „nie chce mi się”, po treningu czułem ogromną satysfakcję i zadowolenie i spełnienie. Kiedyś wyczytałem, że właściwy kierunek, w którym powinniśmy iść w życiu jest dokładnie tam gdzie słyszymy w naszym wewnętrznym głosie „nie chce mi się”. Jeżeli coś takiego rozpoznajemy, to oznacza, że spotkały się właśnie najlepszy czas, miejsce oraz osoba by pokonać to „nie chce mi się” a które próbuje odciągnąć nas od czegoś, co może mieć dla naszego życia dużą wartość. Dasz radę, tylko zrób ten pierwszy krok- tylko jeden z pozwoleniem, że jeżeli nadal będzie opór, to bez żalu wrócisz do dalszego trwania w „nie chce mi się”- przynajmniej do kolejnego razu. Tak sobie mówię.  😉

Dziesiąte 1-0-2

W dziesiątym „1-0-2” pomyślałem, by zrobić test składu masy ciała i porównać z tym sprzed roku, który robiłem po miesiącu bycia w podobnym schemacie żywieniowym. Przy obecnych wydatkach nie chcę jednak wydawać 30 zł na coś, co do czego jestem przekonany że da lepszy wynik niż ostatnio, tym bardziej, że akurat w tym ostatnim tygodniu listopada wypada mi w straży roczny test sprawności fizycznej. Niech jego wynik będzie miarą kondycji ciała. Cieszę się, że test wypadł w najmniej korzystnym dla mnie dniu, bo przed południem, po 34 godzinach bycia na sucho, po wypiciu od rana ok 1l rozcieńczonych soków owocowych, ale jeszcze przed pierwszym stałym posiłkiem. Konkurencje:

1 Podciąganie na drążku. Zatrzymałem się na 27 podciągnięciach ponieważ było to najwyżej punktowane maksimum więc dalszy wysiłek poza satysfakcją nic nie dawał. Przypuszczam, że 35 razy było do zrobienia. Komentarz: Ostatni raz z taką swobodą podciągałem się z 20 lat temu. Ponieważ przed testem nie ćwiczyłem ilościowego maksa, nie ukrywam, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten wynik. Były to jednak dynamiczne podciągnięcia więc myślę, żeby za rok zrobić czysto siłowo.

2 Bieg po kopercie. Wynik 24,7 sek Jest to nowa konkurencja wprowadzona zamiast biegu na 50m. Przyznaję się, że tutaj wykazałem najmniej zaangażowania, bo tak na 70%. Jest to bardzo obciążające kolana i kręgosłup, więc odpuściłem. Wynik w dużym stopniu zależy od dobrania odpowiedniej długości kroków, a że biegłem to po raz pierwszy w życiu, więc było zupełnie bez techniki. Parę sekund jest do urwania.

3 Bip-test. Także nowy sprawdzian zastępujący bieg na 1000m. Wytrzymałem do 8.1 i zszedłem. Tym razem nie mogłem złapać równych oddechów i czułem jak zaczyna mi walić serducho. Wolałem odpuścić pomimo że jeszcze ze trzy długości (tak do 8.4) pewnie dałbym radę przebiec. Musiałbym dać jednak z siebie wszystko i potem znosić zakwasy i być może ból kręgosłupa, a nie widziałem takiej potrzeby.

Myślę, że powyższe wyniki świadczą, że jedzenie co trzeci dzień dodatkowo przedzielane jednodniowymi postami na sucho, jest jak najbardziej wystarczające i wspierające życie na fajnym flow. Dla Boga nie ma żadnych granic, więc chodząc w relacji z Bogiem i w Jego mocy, dla nas również nie powinno być żadnych ograniczeń wobec inspiracji, które zasiewa w naszych sercach jego Święty Duch.  Jeżeli będąc zainspirowanym do pójścia w jakimś budującym, a dla chrześcijan także nie będącym w sprzeczności z Biblią, kierunku czujemy, że nie potrafimy przemóc jakiś ograniczeń, to największą pracą którą trzeba wówczas zrobić jest ogarnięcie siebie tak, by nie hamować nieustającego przepływu pragnącego działać przez nas Bożego Ducha. Wpatrzenie i częste zwracanie się do Boga, świadome pragnienie bycia blisko, słuchania Jego głosu i podążania za nim jest kluczowe.  Ale także nie bez znaczenia jest ochocze podejmowanie wysiłku przez nas. Boża moc najobficiej może działać chyba właśnie wtedy, gdy świadomie współpracujemy z Nim i zachowujemy się nie jak uczniowie ze szkolnej ławki, tylko jak praktykanci szkoleni przez mistrza, by nauczyć się samodzielnego realizowania konkretnych praktycznych zleceń Szefa.

Wiedząc już, że przetestowany system odżywiania się sprawdził  (1. Wzrastała kondycja, wytrzymałość i siła. 2. Waga po zrzuceniu w pierwszym tygodniu 3 kg ustabilizowała się na stałym poziomie: 71 kg na koniec dnia jedzenia, 70 kg na koniec dnia picia i 69 kg na koniec dnia bj&bp), i czując zbliżający się koniec stosowania schematu, ciężko było wytrzymać tę ostatnią dziesiątą trójkę. Mimo plusów, taka powtarzalność jednak na dłuższy czas jest nużąca i nudna więc miałem silne zakusy, żeby zakończyć na dziewiątej zmianie. Wiedziałem jednak, że gdybym przerwał, mimo świadomości, że fizycznie nie jest to problemem, to mentalnie poczułbym jakiś niedosyt, poczucie braku konsekwencji i wytrwałości. Tak więc dotarłem do ostatniej planowanej 10-tej zmiany.

PODSUMOWANIE CAŁOŚCI

-Początek wymagał dużego zaparcia, bo w pierwszej połowie było sporo momentów, w których byłem gotowy zrezygnować, właściwie już podejmowałem decyzję, że przerywam i tylko dlatego że wydarzały się jakieś okoliczności sprawiające, że kiepski stan mijał, ja również rezygnowałem z rezygnacji mówiąc, że poczekam do następnego dnia i wtedy zadecyduję. I tak przetrwałem przez najgorsze pierwsze dwa tygodnie…

+ Za to mam wrażenie, że dużo łatwiej i swobodniej niż rok temu mijały mi dni, szczególnie w drugiej połowie. 

+ Zakończyłem z dużo lepszą kondycją niż za pierwszym razem, co wykazał test roczny sprawności fizycznej w straży.

-Za to bardzo zdziwił mnie brak poprawy w składzie masy ciała. Miałem nie robić tego badania, ale ponieważ nie przewiduję, że jeszcze kiedyś zastosuję taki trzydniowy system, więc jednak zrobiłem. A subiektywnie byłem pewien, że mam mniejsze niż ostatnio obtłuszczenie trzewi i więcej mięśni. W ogóle, ciekawe, że mimo nie jedzenia tłustego nabiału, lodów, śmietan, mimo nie objadania się, skład masy ciała jest prawie identyczny jak ten sprzed roku, kiedy takie zachowania były bardzo częste. Nie potrafię tego wyjaśnić. Czy może to być naturalną, zdrową reakcją organizmu, który w ten sposób gromadzi tłuszcz by chronić narządy wewnętrzne? Musiałbym zobaczyć takie badanie któregoś z braterian. Na jakim poziomie oni mają obtłuszczenie narządów wewnętrznych nie jedząc i nie pijąc w ogóle.

+ Nie objadałem się w dniu jedzenia, a jeżeli nawet jadłem więcej niż potrzebowałem, to bez zachłanności. Myślę, że duży wpływ na tak fajną zmianę miał fakt, że już nie jem nabiału (lody, ciasta, śmietany). Im bliższy surowego jedzenia jest dzień stałych posiłków, tym mniejsze wahania potem (jo-jo) i potrzeba objadania się. Jeżeli nawet zjada się więcej, to i tak surowe jedzenie dużo łatwiej i szybciej wylatuje w dniu picia, co sprawia, że lepiej się czujemy w dniu bj&bp. Ja pozwoliłem sobie na przyjemność jedzenia przetworzonego wegańskiego, co nie było optymalne dla ciała, ale za to najlepsze dla psychiki i emocji. Myślę, że komfort mentalny jest ważniejszy niż optimum fizyczne.

-Gdybym miał wskazać najbardziej negatywnie wpływający element na utrzymanie takiego stylu odżywiania, to z całą pewnością byłby to nieregularny sen. Przed służbą wstawanie przed 5 rano, potem następnego dnia po służbie odsypianie, które szczególnie gdy było po południu powodowało, że szedłem późno w nocy spać. Gdy nie odsypiałem i kładłem się powiedzmy ok 21 to budziłem się przeważnie po 3 w nocy na tyle wyspany, że do rana leżałem i potem znów w dzień od popołudnia czułem już senność… Mimo jednak tych niedogodności związanej ze zmianową pracą dałem radę, rekompensując być może właśnie tym, że w dniu jedzenia jadłem więcej niż potrzebowałem. Mimo tego praca zmianowa i fizyczna, nie okazała się przeszkodą, podobnie jak zajmowanie się domem i dziećmi.

-W świadku duchowości brateriańskiej niechrześcijańskiej jest tendencja do izolowania się od osób zanurzonych całkowicie tylko w egzystencji fizycznej (dobrze zjeść, wypić, zabawić się i zarobić dużo kasy). W czasie tego miesiąca miałem remont dachu więc pojawiały się sytuacje konfliktowe, przez co rzeczywiście czułem pogorszenie samopoczucia w wyniku konieczności konfrontacji z często wulgarnymi osobami, zupełnie nie związanymi z duchowym życiem. Ponadto w listopadzie odbył się w straży strajk, do którego nie dołączyłem, co też spotkało się z nieprzychylnym nastawieniem paru osób, z tych, co strajkowali. Było więc trochę takich (nie)zwykłych, ludzkich nieprzyjemnych sytuacji, które jednak również nie przeszkodziły kontynuować jedzenia i niejedzenia co trzeci dzień.

Myślę, że tak się stało, ponieważ te sytuacje nie wzbudzały we mnie wewnętrznego niepokoju. Mimo doświadczania ich, świadomie kierowałem swoje myśli w stronę Jezusa wyrażając wolę trwania w relacji z Nim i prosząc, by był wyrozumiały wobec moich niepokojów, wątpliwości, samowolnego uciekania myśli w stronę tych przyziemnych, chwilowych komplikacji, które odciągały mnie od skupienia na Bogu i by mimo tych słabości, Bóg był cierpliwy i cały czas prowadził mnie. Chyba tak właśnie działał, gdyż wszystko rozwiązywało się „samo” w chwilach, gdy ja nie potrafiąc zapanować nad uciekającymi intensywnymi myślami i tak nie znajdowałem rozwiązania. Chrześcijaństwo i taka żywa relacja z naszym Tatą-Bogiem, przez pośrednictwo Jezusa jest mega uwalniająca, zupełnie inna niż doświadczanie siebie jako boga lub bogini, co jest charakterystyczne dla niechrześcijańskich: miłości uniwersalnej, przestrzeni serca i innych energii. Tak- powtarzałem to i będę powtarzał za każdym razem, kiedy w moim życiu będą pojawiać się sytuacje pozwalające przekonać się, jak wielkim przywilejem jest być chrześcijaninem mającym relację z Jezusem, który jest źródłem tej miłości, którą czują w swoich sercach energetycy i kwantowcy.

-Największym „niepowodzeniem” jest brak poprawy w wyglądzie skóry. Byłem przekonany, że regularnie poszcząc na sucho co trzeci dzień, jedząc zdrowo wegańsko, po miesiącu będzie widoczne zmniejszenie się plam łupieżu pstrego. A tu żadnej poprawy, tak jakby poszczenie i zmiana odżywiania na bliższe naturalnemu, nie miała wpływu na zdrowie.

06.09.2018
03.08.2018
07.11.2018
01.12.2018

 

 

 

 

 

 

 

 

A tyle się mówi, że wystarczy zdrowo, surowo się odżywiać, uprawiać systematyczną aktywność fizyczną, a organizm sam sobie poradzi z chorobami szybko osiągając homeostazę. W przypadku moich plam na plecach oraz chronicznego bólu kręgosłupa tak się nie stało. Łupież i ból kręgosłupa jak były tak są. Z drugiej strony nie odżywiałem się surowo tylko przetworzonymi potrawami wegańskimi, a więc znacznie bardziej niekorzystnymi dla organizmu niż raw-food więc może nie pozwoliłem na samonaprawę. Teledysk surowe zdrowie 🙂

-Od samego początku stosowania schematu 1-0-2- bardzo nieprzyjemnie odczuwałem przejście po dniu „0” znów na posiłek stały (z 0 od razu na 2 przeskakiwałem zaledwie po wypiciu najczęściej jednego  klarowanego soku lub wody z octem jabłkowym i później  jednego szejka.  Był to zbyt krótki czas na przystosowanie się ciała z niejedzenia na jedzenie stałe, więc jeżeli jeszcze kiedyś najdzie mnie ochota na podobny eksperyment, to nie będzie to -1-0-2-.. tylko czterodniowy schemat -1-0-1-2-… Jestem przekonany, że wstawienie jeszcze jednego dnia sokowania pomiędzy 0 a 2 będzie korzystne, tak jak to, że w schemacie czterodniowym dwa najbardziej skrajne i nadal negatywnie odczuwane dni (w „0”- osłabienie i w „2”- uczucie przepełnienia wieczorem) będą występować rzadziej. Dni samego sokowania i szejkowania były najkorzystniejszym czasem w tym schemacie.

Myślę, że to tyle.

Chciałbym pisać jak najwięcej nie używając pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko wyrażać się jakby wnioski, do których dochodzę były ogólne, ale zdaję sobie sprawę, że to są tylko moje doświadczenia i nikt więcej nie musi doświadczać podobnych zależności. Każda kolejna osoba wchodząca w post, czy decydująca się na bliższe naturalnego odżywianie, sprawia, że świadomość globalna dotycząca odżywiania, zdolności przystosowania do życia bez jedzenia, wzrasta i każdej kolejnej osobie jest łatwiej i szybciej będzie osiągała to, z czym ja się zmagałem, co teraz jeszcze może wymagać zwiększonej uważności i determinacji. Nie chcę więc nikogo spowalniać używając ogólników, tak jak mnie spowolniły swego czasu słyszane teorie, że niejedzenie związane jest z jakimiś „czarami”, medytacjami czy duchowymi procesami i koniecznością odizolowania się od ziemskiego życia społecznego. Używam więc trochę egoistycznej formy „ja” zachęcając każdego do gromadzenia własnych doświadczeń, jednak z zachowywaniem dużo większej rozwagi, niż moja na początku tej drogi uszczuplania odżywiania, kiedy idąc właśnie za takimi ogólnymi teoriami skrajnie wycieńczyłem swój organizm. Przede wszystkim rozwaga i bardziej odkrycie, że większą frajdę daje samo bycie na tej drodze, niż zafiksowanie na jakiś konkretnych celach. Będąc na właściwej drodze, można z przyjemnością obserwować, jak kolejne levele, check-pointy niejako same się „zaliczają”.

Podrzucam jeszcze jedną myśl pod rozwagę:

CZY PYTANIA KTÓRE SOBIE ZADAJEMY MOGĄ OGRANICZAĆ NASZ POTENCJAŁ?

Piszę to w ostatni dzień listopada i w dzień kończący planowany okres stosowania „2-1-0”. Od jutra mógłbym wrócić do „normalnego, codziennego odżywiania, jednak… stało się coś, czego do tej pory, kończąc jakikolwiek z wcześniejszych postów procesów, treningów, jeszcze tak wyraźnie nie czułem. Mimo nadal czucia jakiegoś osłabienia w dniu suchym oraz zbyt gwałtownego przechodzenia z niejedzenia do posiłku stałego mam ochotę kontynuować ten schemat, a sama myśl, że zacząłbym znów jeść codziennie budzi we mnie niechęć i silny sprzeciw. Ciało już na poziomie wyobrażania nie zgadza się na to, nie chce wracać do codziennego wypełniania jelit i myślę, że doświadczenie tej chęci pozostania w schemacie na stałe, może tylko nieco zoptymalizowanym, jest największym owocem miesięcznego „treningu”.  Chyba nie ma jeszcze pragnienia i gotowości do systematycznego powtarzania co trzy dni, dnia bj&bp, ale przeplatanie dni z przewagą jedzenia surowego z dniami picia wydaje się na tę chwilę już najbardziej optymalne.

Konfrontuję to, co czuję, z pytaniem jakie zadają sobie dietetycy, sportowcy i większość „uczonych” zajmujących się odżywianiem- czy powinno się odżywiać trzy, czy pięć razy dziennie?”… Czujecie, jak ograniczające jest stawianie takiego pytania? Już samo tak postawione pytanie zmusza do codziennego odżywiania i nie pozostawia miejsca na wyjście poza codzienne odżywianie. A dlaczego nie zapytać:  Należy jeść co trzeci, czy co piąty dzień, a może raz na tydzień lub raz w miesiącu?… każde pytanie zamknięte ogranicza i jeżeli nawet na obecnym etapie naszego doświadczania jest właściwe, to cały czas należy pamiętać, by nie zamykać się w jego ramach. Dlatego korzystniejsze jest formułowanie pytań jak najbardziej otwartych, jak najdalej wychodzących poza naszą aktualną zdolność funkcjonowania, poznania oraz rozumowania. Lepszym pytaniem od jeść trzy, czy pięć razy dziennie jest pytanie: Co jaki czas powinienem jeść?, Ale jeszcze bardziej otwartym pytaniem będzie: Czy w ogóle muszę jeść? Czy są osoby, które nie jedzą? Jeżeli tak, to co mówią i czy informacje o nich pochodzą z wiarygodnych źródeł?… Co jakiś czas warto robić przegląd wszystkich zadawanych sobie w głowie pytań dotyczących każdego, ważnego dla nas obszaru życia i sprawdzać, czy przypadkiem któreś nie uwięziło nas w jakimś ograniczeniu naszego potencjału i możliwości.

Około pół roku temu pojawiło się pragnienie zrobienia Iron man’a bez jedzenia i picia. Niemożliwe? Szalone? Dopóki sam nie sprawdzę, nie wiem co jest możliwe a co nie. Po prostu pojawił się temat i co jakiś czas zwraca na siebie uwagę.  Jednak jeżeli miałoby to nastąpić, to na pewno nie samą moją siłą, determinacją i poświęceniem, tylko ze wsparciem Bożą mocą.  Na razie, w ramach mojego ludzkiego zaangażowania,  zapisałem się na pierwszy w życiu start w 1/8 IM w lipcu, a pod koniec wakacji  na dystansie 1/4.  Co prawda nie mam jeszcze nawet roweru i na dzisiaj nie widzę możliwości kupna gdyż wolę pojechać z dziećmi na ferie i wakacje, jednak wiem,  że jeżeli podążając za rozbudzoną przez Boga pasją w sercu coś rzeczywiście mamy zrobić, to w odpowiednim czasie środki lub możliwości ich zdobycia znajdują się. Do lipca mam czas, a póki co i tak  najbardziej muszę poprawić kraula oraz technikę biegu tak, by ominąć ból kręgosłupa, no i dalej pracować nad przejściem z odżywiania jelitowego na przysadkowo-szyszynkowe.  Mam więc co robić. 🙂