2018.X. VEGEstan

WRZESIEŃ 2018

Photo by Wayne Bishop on Unsplash

Łańcuch do zmiany nawyku.

Zaledwie dwa dni od napisania poprzedniego wpisu wiedziałem, że przestałem jeść także nabiał. Czyżby weganizm stał się moją rzeczywistością, której od tak dawna chciałem doświadczyć? Dwa dni temu jeszcze jadłem ale teraz wiedziałem, że to już koniec. Nie wiem dlaczego i skąd taka pewność-po prostu. Ponieważ jednak nie zawsze wewnętrzne poczucie stałości okazuje się nawykową stałością na zewnątrz, chciałem poczekać 40dni (tyle w Biblii wynosi okres wielu prób) na zweryfikowanie czy rzeczywiście zacząłem doświadczać swojej nowej codzienności. 40 dni bez kontroli, bez wymuszania tylko w obserwacji.

Ta pewność zmiany pojawiała się tak nieoczekiwanie, że zrodziło się pytanie: Co spowodowało, że tyle razy próbowałem coraz dłużej pościć, próbowałem świadomie odmawiać sobie różnych produktów, ale w dłuższym czasie jedyne co osiągałem, to poczucie niepowodzeń?

Foto: demotywatory.pl

Czasami staramy się sprostać jakiemuś wyzwaniu, znaleźć odpowiedź na ważne pytanie, wyjaśnić coś, więc myślimy, kombinujemy, angażujemy się i wkładamy wysiłek, jednak nic z tego nie wychodzi. W końcu zniechęceni rezygnujemy nie widząc możliwości rozwiązania, a po jakimś czasie nawet zapominamy o naszym wysiłku i dawnym wyzwaniu wracając do starej rzeczywistości. Aż tu, przy okazji robienia czegoś zupełnie w oderwaniu od tego problemu, otrzymujemy rozwiązanie.

Banalne

Wymieniając i regulując przerzutki w rowerze, pomimo, że na kierownicy naciągałem manetkę zmiany biegu i linka wyraźnie się napinała, łańcuch na kole nie chciał przeskakiwać na wyższą zębatkę…. Jak to działa?

Jak dochodzi do zmiany biegu? Wiem, że chcę zmienić bieg, przestawiam manetkę na kierownicy, linka napina się i naciąga wózek przy kole, w którym jest łańcuch, po czym łańcuch zostaje przesunięty w nową pozycję. „Klik”

W tym łańcuchu współdziałania zwróciłem uwagę, że łańcuch wpada w nową pozycję z opóźnieniem- są więc dwa „klik” na manetce, oraz „klik” łańcucha w nowej pozycji, a pomiędzy nimi sporo naprężeń oraz tarcia.

Banalnie poważnie.

Podobnie jest w życiu z przechodzeniem do nowych poziomów, przełamywaniem ograniczających wzorców, wychodzeniem ze stref komfortu i wyrabianiem nowych, pożądanych nawyków. „Klik”- Wiem czego chcę, zaczynam napinać, napinam ale zanim łańcuch przeskoczy, najpierw zaczyna nawet bardziej trzeć. Czując tarcia i opór może wydawać mi się, że to bez sensu, nie uda się, nie dam rady, ale tarcie świadczy tylko o tym, że zmiana następuje, tylko wolniej niż oczekiwalibyśmy. Zanim nowe pozwoli równo jechać w nowym położeniu, najpierw musi dobrze ułożyć się na nowym miejscu. „Klik”

Najważniejsze ogniwo łańcucha.

Który element jest najważniejszy w tym by możliwie szybko nastąpiła zmiana biegu? Zmiana w życiu, zgodna z pragnieniem jakie zapłonęło w głowie lub sercu?

Wystarczająco silne pragnienie? Decyzja, postanowienie, że chcę zrealizować pragnienie? Czy późniejsze, często wypełnione wieloma niepowodzeniami, to moje siłowanie?

Wszystkie elementy są ważne, żadnego nie można pominąć, ale każdy z nich można ulepszać wyciągając wnioski, analizując swoje myśli, aktywności, weryfikując postrzeganie i wprowadzając zmiany udoskonalające- eliminować to co hamuje i wzmacniać to co dodaje mocy. Technik i narzędzi praktycznych jest mnóstwo, więc każdy powinien wyszukać odpowiedni zestaw dla siebie, jednak dla chrześcijanina najważniejszym kierunkiem ulepszania zmiany zawsze powinien być Bóg. Pragnienie i dbanie o bliską z Nim relację przez posłuszeństwo Duchowi Św.

Jeżeli pragniemy jakiejkolwiek zmiany ale czujemy, że kosztuje nas wiele wyrzeczeń i cierpimy dążąc do niej, to najprawdopodobniej gdzieś po drodze zgubiliśmy Boga. Przestaliśmy słuchać Jego głosu i nawet jeżeli na początku określiliśmy cel razem z Bogiem czując Jego błogosławieństwo, to teraz możemy postępować wręcz wbrew Jego woli.

Im mamy lepszą relację z Panem,
tym w naszym działaniu jest mniej poczucia wyrzeczeń. Z Bogiem nieprzyjemny wysiłek zaczyna być 
nawet jeżeli wyczerpującym, to zawsze przyjemnym treningiem. Jeżeli więc zaczynamy przyjmować postawę cierpiętnika,  to w pierwszej kolejności należy zweryfikować,  czy utrzymujemy stały przepływ komunikacji z  Bogiem
i zapytać, czy to co robię, jest również lub nadal Jego wolą.

Nawróciłem się do Boga żywego poprzez szukanie i dbanie o codzienną z Nim relację, zaledwie dwa lata temu, więc osoby z nastoletnim stażem powiedzą, że jestem jeszcze chrześcijańskim niemowlakiem. Ja jednak odpowiadając Jezusowi na Jego wezwanie „Tak”, poczułem jakby mnie adoptował jako dojrzałego człowieka. Pod tym względem najbliżej mi chyba do prześladowcy Szawła-apostoła Pawła. Tak więc, mając już wcześniej swoje doświadczenia duchowości świeckiej, przez które wierzę, że cały czas prowadził mnie Bóg, choć nie pokazując jeszcze Miłości Jezusa, teraz jestem wśród zbawionych chrześcijan i słucham ich modlitw: Panie daj zdrowie… W imieniu Jezusa Chrystusa gładzę demona ubóstwa i biedy! Gromię złego ducha nałogu.. alkohol, słodycze, nikotyna, pornografia, banany… …na początku, myślałem, że tak to działa, że za sprawą takich wezwań i próśb objawia się Boża Moc, ale muszę przyznać z żalem, że po dwóch latach obserwacji takich modlitw, nie dostrzegam, żeby w życiu wierzących osób coś się diametralnie zmieniło: Uzależnieni dalej są w nałogu, a biedni nie stali się bogatymi, nie wspominając o nieuzdrowionych chorych. Bóg może wszystko w czasie krótszym niż mgnienie oka, więc dlaczego Boża moc nie objawia się w życiu chrześcijan? Coś chyba musi być nie tak i to na pewno nie po stronie Boga, tylko jak zawsze, gdy coś jest nie tak, po stronie naszej-ludzkiej.

W tym czasie zdążyłem dwa razy przeprowadzić studium całościowe Pisma Świętego i zastanowić się nad tą sytuacją. W Biblii czytam, że to ludzie pod natchnieniem Boga podejmują aktywność przez którą Bóg działa i może objawiać swoją chwałę, podczas gdy patrząc na modlących się chrześcijan, widzę gorliwość ale ograniczoną tylko do wypowiadanych próśb bez podejmowania wysiłku praktycznego działania. Parę razy zauważyłem, że Bóg komuś ewidentnie odpowiedział na modlitwy sytuacją w jakiej ta osoba się znalazła, ale ponieważ żeby spełnić prośbę musiał być podjęty zwykły ludzki wysiłek, te osoby nie zareagowały i Boże okazje przemijały.

Myślimy, że Bóg zrobi za nas wszystko, będzie popychał naszą łódź w wymarzonym kierunku a my będziemy tylko w niej siedzieć. Myślę, że to tak nie działa. Współpraca z Bogiem polega bardziej na tym, że Bóg częściej odpowiada na modlitwy  posługując się codziennymi sytuacjami, do większości których, jako jedna, ponadpokoleniowa ludzkość jednak sami doprowadziliśmy. On umieszcza w naszym otoczeniu wodowskazy i daje wiosła, a poruszając serce, duszę, umysł wskazuje kierunek  i zachęca do podjęcia ludzkiego wysiłku wiosłowania w Jego stronę. Jednak zawsze ostateczną decyzję czy wybierzemy Jego drogę, oraz czy podejmiemy wysiłek, pozostawia nam… Jak napisałem kiedyś: Bóg odpowiada nam na zasadzie nawigacji- pokazuje na ekranie sumienia właściwy kierunek- na teraz, ale dając rozum do oceny sytuacji naokoło i wolną wolę dla wyboru, nie zmusza. Zachęca do wnikliwości  i czeka na nasz ruch. Czeka, a jeżeli tylko jako świadomy cel, wśród wielu innych do wyboru, wybieramy Dom Ojca, to On cały czas, będzie zmieniał i wskazywał najlepszy, na daną chwilę dla nas, plan trasy, dostosowując go do naszych niedoskonałych wyborów, tak byśmy mogli w dniu ostatecznie spotkać się z Nim. Ponieważ ten etap podróży kończy się wraz ze śmiercią ciała i nie mamy pojęcia kiedy to może nastąpić, najważniejsze jest więc, by dzień naszego odejścia zastał nas na właściwej drodze, na której mamy wiele dzieł do wykonania dla Ojca. Owszem, Boża Moc również potrafi unosić jak na wietrze, ale to już na wyższym levelu współpracy i bliskiej relacji z Bogiem. 

„Tylko tyle” czy „Aż tyle”   Wybór zawsze należy do nas.

Na naszą osobistą wieź z Bogiem chyba w największym stopniu ma wpływ nasze posłuszeństwo wobec działającego w nas Ducha Chrystusowego. Gdybym matematycznie chciał określić swoje posłuszeństwo Bogu, musiałbym przyjąć, że jest to wypełnianie ok 20-30% wszystkich usłyszanych wezwań. Tak. „Tylko” i „Aż” tyle.  A ile, oprócz tych usłyszanych, nadal jeszcze nie dostrzegam?! 

Dzięki temu, że jest to „aż tyle”, to mogę w codziennym życiu doświadczać nieustającej wdzięczności, spokoju, akceptacji tego co się wydarza. Wypełnianie zaledwie 2 Bożych wskazówek na 10, ale przy szczerym pragnieniu więcej, pozwala czuć Jego bliskość, Miłość z pewnością życia. Jednak dla doświadczających Miłości Jezusa Chrystusa, jest to bardzo egoistyczne podejście. Zadowolenie się tylko „Aż”, jest myśleniem tylko o sobie i nie różni się niczym od tego, co są w stanie osiągnąć osoby nie wierzące w zbawienie przez Jezusa. A tam, gdzie kończy się droga poznania Buddy i doświadczanie uniwersum miłości bezosobowej przestrzeń serca, w chrześcijaństwie dopiero powinna zaczynać się objawiać prawdziwa moc Miłości Jezusa Chrystusa. Osobowa, żywa Piękna czysta świetlista…

Dlatego prawdziwy uczeń Chrystusa, znając nieprzeniknioną głębię Mocy Boga, wie, że to, czego może doświadczyć w tym życiu zawsze będzie „Tylko” i nigdy nie zadowala się uczuciem „Aż”. Dlatego też spotykając, po jakimś czasie niewidzenia, prawdziwego praktykanta Bożego,  niemal zawsze dostrzega się wyraźne przemienienie tej osoby. Za każdym razem niemal nową osobę, coraz bardziej przepełnioną Bożą Miłością, która nie ma końca swej głębi. (2 kor. 3.16 Skoro tylko ich serce zwróciłoby się do Pana, zasłona jest usuwana. 17A Pan jest Duchem; a gdzie Duch Pana, tam wolność. 18My wszyscy natomiast, których oblicze jest odkryte, odzwierciedlając sobą chwałę Pana, na ten sam obraz jesteśmy przemieniani z chwały w chwałę, tak, jak to sprawia Duch Pana.)

Chrześcijanin zauważając, jak silne są w ziemskim świecie działania Złego, i tak czuje się bezpiecznie, ponieważ wie że jest chroniony Bożą zbroją.  Jednak  przy tak małym posłuszeństwie Ojcu (jak moje) ta zbroja przede wszystkim chroni. Jeżeli chodzi o narzędzia do walki z siłami fałszywego światła, to osobie, która Jezusowi powiedziała Tak, Bóg otwiera i pozostawia otwarte wrota do swojej całej zbrojowni mówiąc: „Cała Moja Moc jest dla ciebie, używaj jej”  Rozpalony Bożą Miłością nowicjusz oczywiście próbuje chwycić od razu za największy i najostrzejszy miecz, ale nie jest w stanie go udźwignąć. Dlatego często okazuje się, że  niedoświadczony jeszcze uczeń swoją służbę musi zacząć od ćwiczenia drewnianym mieczykiem. Jeżeli będzie ćwiczył i nabierał wprawy udźwignie znacznie większą i skuteczną broń, więc z  czasem  wymienia drewno na stal. Otrzymując zadania, jeszcze gdzieś na tyłach pola bitwy, walczy zbierając ciosy wroga, nabiera coraz większego zaufania do zbroi, a w zależności od zaangażowania i zdobywania dalszych praktycznych umiejętności posługiwania się bronią, posyłany jest coraz dalej, w  głąb pola bitwy, tam gdzie jest najbardziej potrzebna jego pomoc odwaga i umiejętności. Chwyta, za coraz większe miecze, ostrzejsze od samurajskiego. A w czasie, gdy nie odbywa się otwarta bitwa, wytrawny już wojownik, pragnąc cały czas służyć swojemu Ojcu, poszukuje i ratuje z wilczego pyska  zagubione owce. Chroni stado Pasterza przed złodziejami.

Ojciec dostępu do swojej wszechwładnej Mocy udziela wszystkim, ale nie wszyscy potrafią posługiwać się nią, dlatego coraz większe misje zleca tylko tym, które wyćwiczyły się w walce i są sprawdzone w posłuszeństwie, które przez wiarę i doświadczenie będą potrafiły wykorzystywać tę Moc, wiedząc, że poradzą sobie. Otrzymujemy więc całą Bożą Moc od razu (np. Ef.1:19), ale przyjmujemy ją i potrafimy wykorzystywać stopniowo, wraz ze zwiększaniem przez nas umiejętności słuchania, rozróżniania, co jest Bożą wolą i postępowania zgodnie z nią.

Myślę, że takie znaki Bożej chwały jak natychmiastowe uzdrawianie nieuleczalnych chorób, wszelakich niepełnosprawności a nawet wskrzeszenia z martwych to wynik nieustannego wysłuchiwania się w wolę Ojca i bycia posłusznym na większość Bożych wezwań. Nie widać tego w Kościele Chrystusowym, ponieważ nadal zbyt niewielu uczniów ma tyle gorliwości, a potem wytrwałości w ćwiczeniu swojego ciała, umysłu i duszy by  wpatrując się w Jezusa, poddawać woli Ducha i całkowicie przylgnąć do Ojca. Dlatego nie wiem, czy przypadkiem większość z chrześcijan, w tym i ja, nie powinniśmy nieco inaczej się modlić.

Modlitwa.

Częściej zwracać się do Boga modlitwą o wyraźną inspirację, natchnienie, wyrażając gotowość do ćwiczenia siebie, zauważania Bożych znaków w swoim życiu, oraz  podążania wg nich.

Panie, pragnę widzieć i słyszeć czego ode mnie oczekujesz, tak by Twój Święty Duch mógł swobodnie zstępować i działać na Ziemi. Otwieram szeroko serce i rozum, oczy i uszy na Twoją wolę. Przemawiaj do mnie w tak wyraźnych znakach, bym zauważał ludzi, okoliczności, sytuacje przez które zwracasz się do mnie, wyznaczając kierunek i działania jakie mam wykonywać za pomocą swoich rąk, ust i zdolności. Bądź wymagający, stosownie do talentów jakimi obdarzasz każde ze swoich dzieci. Niech w najbliższym otoczeniu dostrzegam Twoją prowadzącą dłoń i  uchwyciwszy się, będę miał odwagę by podążać za nią w całkowitym zaufaniu. Proszę Ciebie, jeżeli będziesz widział, że  kieruję swoje wysiłki w niewłaściwą stronę i oddalam się od Ciebie, powstrzymuj mnie. Ucz wrażliwości na Twój głos, podążania tylko Twoimi ścieżkami z odwagą, ale cały czas w pokorze serca. A jeżeli moimi słabościami sprawiam CI smutek, krusz i zmieniaj serce kamienne na żywe nie przestając być Bogiem wyrozumiałym i miłosiernym. Traktuj mnie, jak ambitnego praktykanta, w którym rozpaliłeś pragnienie wypełniania przede wszystkim Twojej woli.  Amen.

Prosimy, by Bóg rozpalił w nas pewność pragnienia, potrzebę zmiany biegu. Ale dopiero to my, przełączając manetkę na kierownicy odpowiadamy Bogu Tak i uruchamiamy pierwszy „Klik”. Od teraz powinna zacząć się nasza systematyczna, ciężka, świadoma, konsekwentna, ale i w świadomości dla kogo pracujemy oraz jaka jest jej wartość: słodka, lekka, ochocza, satysfakcjonująca, pełna pasji praca… Jest to praca dająca uczucie szczęśliwego zmęczenia. Praca i angażowanie swojego, ludzkiego wysiłku, które skierowane są przede wszystkim do naszego wnętrza, do brania w niewolę swoich zmysłowych popędów, doczesnych zachcianek, ludzkich słabości i ograniczeń, tak byśmy już nie ulegali im, tylko je czynili sobie uległymi.  Przez taki wysiłek robimy coraz więcej przestrzeni dla Bożego Ducha, który zaczyna coraz swobodniej i pewniej oddziaływać na nas. Boża kuźnia talentów i złota w ogniu, często niepowodzeń i doświadczeń, wypalanego. Podejmując jednak taki wysiłek, więzy zależności cały czas kruszeją, cały czas następuje zacieśnianie relacji z naszym Zbawicielem, pozwalanie by otulał i wnikał w nas coraz głębiej, aż do całkowitego zjednoczenia z Nim, a dzięki czemu Boża Moc coraz swobodniej może w nas i przez nas działać. Wówczas nie będziemy musieli długo czekać i mocno się napinać by sprawnie przełączać biegi, by osiągać to, co nam Bóg wyznacza, gdyż już nie my ale Duch Chrystusa w nas będzie działał i to On będzie sprawiał, by poprzez swobodne drugie  „Klik”, mogła w świcie doczesnym, objawiać się chwała Ojca, ku zbawieniu jak najwięcej ludzkich dusz.

Daleko mi do takiej bliskości i posłuszeństwa, staram się o to, ale świadomy swoich słabości, póki co, przede wszystkim modlę się o taką więź dla innych, dla tych co dla Boga każdego dnia w prześladowaniach wystawiają swoje ciało na ryzyko przyjęcia  upokarzania, prześladowania i fizycznego bólu, aż do utraty tego życia. Nie mamy pojęcia ilu każdego dnia, chrześcijan umiera na Ziemi tylko dlatego, że pragnąc  także zbawienia innych, otwarcie głoszą Ewangelię  przyznając się, że należą do rodziny Jezusa Chrystusa i wyznając GO swoim Panem…

Wracając jednak do obecnego odżywiania WEGE…

Foto: dribbble.comshots972593-The-Vegetable-Man-Vintage-Logo

Minęły już dwa miesiące od przestania jedzenia nabiału i czegokolwiek pochodzącego od zwierząt co oznacza, że pewność wewnętrzna została potwierdzona także czasem. Czy brakuje mi nabiału? Nie. Czy w tym czasie miałem ochotę na nabiał? Chyba nie. Parę razy celowo w sklepie poszedłem do produktów zawierających mleko lub jego pochodne, które przed zmianą bardzo lubiłem, ale teraz nie czułem żadnego pociągu. 

…i znów porażka…

Co więcej, na koniec tego czterdziestodniowego okresu zrobiłem post zakończony standardowo porażką, ponieważ planowałem 10 dni suchych a było tylko 5, z czego pierwszy i piąty na klarowanych sokach a tylko środkowe trzy na sucho- no jak nic porażka! Ale.. po zakończeniu tego mini-postu okazało się, że gdy z nawyku sięgnąłem po kawę, jak tylko pijąc uświadomiłem sobie, że ją piję i przyjrzałem się temu, co czuję w związku z tym, okazało się, że zupełnie mi nie smakowała więc wylałem i od tamtej pory kawa również wykreśliła się z mojego menu. Nie chciałem, nie planowałem tego, osiągnąłem kolejne niepowodzenie ale skoro samo się tak zrobiło, to proszę bardzo, jestem na Tak. Poznając wartość, jaką w dłuższej perspektywie czasu niosą ze sobą niepowodzenia, już dawno je zaakceptowałem w swoim życiu i działaniu, ale teraz, coraz bardziej zaczynają mi się podobać, bo wiem, że niemal zawsze zwiastują zmianę. 🙂 

Gdybym miał powiedzieć, który element był najważniejszy w tym ostatnim przejściu na weganizm, zdecydowanie wskazałbym na motywację, inspirację, czyli to, co wypływa od Boga. Potem oczywiście także rozmyślne i celowe budowanie wegańskiej świadomości, że za jedzeniem produktów mleko- pochodnych jest większe cierpienie zwierząt, niż stoi za jedzeniem mięsa- to było decydujące. Moja wdzięczność nieustannie wznosi się więc w kierunku Boga, za daną mi inspirację ponieważ bez niej osiągnięcie tego byłoby walką, a tak było wymagającym treningiem, przyjemnym wysiłkiem.

Największe zdziwienie.

Doświadczyłem więc tego, czego od dawna pragnąłem i jak się czuję?  Przez pierwsze dwa tygodnie to był zachwyt smakami wegańskich potraw, ich różnorodnością intensywnością i powszechnym dostępem w marketach. Już niemal w każdej restauracji jest przygotowane coś dla wegan. Jednak po tych dwóch tygodniach zachwyt minął i teraz znów czuję napięcie. Dlaczego? Ponieważ mimo, że mentalnie, psychicznie czuję się totalnie wolny i mam radość nie zadawania cierpienia żadnym zwierzętom, to fizycznie czuję się gorzej, bardziej ociężale i napuchnięty niż przy odżywianiu w 85% raw-food z niewielkim dodatkiem kawy i nabiału w ciastach, pączkach i kefirach. Teraz, pomimo 100% produktów roślinnych, to około 50% z nich, są posiłki przetworzone (gotowane, grillowane, duszone, pieczone, smażone…) a tylko w 50% roślinna surowizna. Wystarczył miesiąc takiego niezdrowego odżywiania i czuję, że nie służy to mojemu organizmowi, co może oznaczać, że weganizm to jeszcze nie koniec mojej drogi, a jedynie jakiś etap pośredni przed chyba powrotem do raw-food ale już bez nabiału.

Tak więc gdybym miał porównać miejsce, w którym obecnie się znajduję, byłoby to jak na poniższym zdjęciu z wyprawy do Gruzji w 2015 r. Po męczącym, całodziennym wysiłku podchodzenia w górę, w końcu dotarliśmy do zaplanowanej bazy noclegowej na ok 3500m n.p.m. Czas aklimatyzacji do wysokości. Zmęczenie, ale także szczęście i satysfakcja z pokonanej już drogi. Podziwianie krajobrazu wokoło oraz poniżej, a patrząc na szczyty powyżej, uczucie wezwania do dalszej drogi. Ekscytacja tym, co jeszcze nieznane w osobistym doświadczeniu, ale już na wyciągnięcie ręki. Jest to więc czas odpoczynku ale ze  świadomością, że w następnych dniach czeka nas dalsza wspinaczka na szczyt. Z jednej strony można już podziwiać piękne widoki wokoło i poniżej, a z drugiej, w oddali znacznie wyższe góry zachęcające do dalszej drogi. Nacieszę się więc jeszcze trochę świadomością wegańską i pewnie pójdę dalej.