SYGNALIZACJA SERCA

foto: www.tapeciarnia.pl-224983_droga_mgla_sygnalizacja_swietlna

„BOŻA SYGNALIZACJA SERCA”

Pisząc ten artykuł czytam jednocześcnie wspaniałą książkę psychologa i terapeuty małżeńskiego Gary Chapmana „5 języków miłości”. Bardzo ją polecam, wobec czego zarekomendowałem na swojej tablicy FB w następujących słowach: „Jak ogromne znaczenie ma to czego nie znamy możemy odkryć dopiero gdy to poznamy”. Poniższa książka powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy zamierzają, są lub byli w związku. Zamierzają- żeby poznać jak mogą w najlepszy sposób dla partnera okazywać swoją miłość , są-żeby „odświeżyć związek” zweryfikować czy i w jakim stopniu rozumieją się nawzajem, byli- żeby poznać gdzie  został popełniony błąd i nie powielać go w następnym związku lub naprawić jeżeli jest jeszcze taka szansa. Obowiązkowy kurs przedmałżeński, śródmałżeński ewentualnie pomałżeńska lekcja do odrobienia! 🙂 „Wierzę, że pomysły zawarte w niniejszej książce mogą zasadniczo poprawić los wielu małżeństw i rodzin” Wychwyciłem tam jednak jedną myśl z którą nie mogę się zgodzić i pomyślałem, że będzie świetnym wstępem. Przeczytałem, że „Stan zakochania (…) jest uwarunkowany instynktem (…) i zdaje się pełnić u ludzi tę samą funkcję co godowe nawoływanie u gęsi kanadyjskich” Moje spojrzenie na zakochanie wykracza poza instynkty. W moim przekonaniu wzbudzenie zakochania „którego zaistnienie nie jest kwestią świadomego wyboru” jak sam pisze Gary, to Boże błogosławieństwo żeby zrobić krok w stronę drugiej osoby. Być może mówimy o tym samym mechanizmie ale Boża sprawczość powoduje, że na taki związek będziemy zupełnie inaczej patrzeć przez cały czas jego trwania. Nie jak na instynktowną potrzebę przedłużenia gatunku, tylko jak na wspólną życiową misję wykraczającą poza doczesność. I właśnie w tym duchu zastanowiłem się nad tym jak to Boże poruszenie może wyglądać.

W podróży życiowej nasze drogi wielokrotnie krzyżują się z drogami innych ludzi. Jak powinniśmy zachować się w takich chwilach spotkań- tylko mijać przelotnie i iść dalej czy zatrzymać i angażować po czym pójść dalej razem? Kiedyś powiedziałbym, że intuicja w ulotnym ułamku sekundy „pierwszego wrażenia” odkrywa przed nami odpowiedź na to pytanie i takie tłumaczenie wystarczałoby mi. Odkąd jednak doświadczam jak ogromne znaczenie ma w życiu Boża obecność, wykraczam poza te mechanizmy intuicjonaryzmu dostrzegając, że sama intuicja może być jedynie narzędziem, jakim posługuje się Bóg by móc zakomunikować nam swoją wolę. Dlatego, tak jak dla usprawnienia i zwiększenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym ktoś wymyślił na skrzyżowaniach dróg sygnalizację świetlną, tak Bóg zainstalował w naszych sercach podobne sygnały, które na skrzyżowaniu dróg dwóch osób mogą nam podpowiadać „I co dalej”. Fajne jest to, że tak jak widzimy światła zanim wjedziemy na skrzyżowanie, tak również często możemy rozpoznać sygnały serca nawet jeszcze zanim jakąś osobę poznamy. Pierwsze wrażenie, impuls lub jego brak może być cenną dla nas wskazówką i to z samej „Góry”. 🙂

Tak jak w ruchu drogowym, tak i w sercu rozpoznaję trzy sygnały:

Światło czerwone ciągłe”-kolor zakazu. Stop. Nie idź dalej a najlepiej zrób krok do tyłu i jeszcze raz dokłądnie oceń sytuację! Sygnał szczególnie przydatny dla osób, które  pragną i świadomie szukają lub wyrażają otwartość poznania kogoś by budować związek. Gdy kobieta patrząc na nowospotkanego mężczyznę po raz pierwszy pomyśli o nim jak o potencjalnym partnerze a mężczyzna podobnie spojrzy na spotkaną właśnie kobietę, która z jakiegoś powodu przyciągnęła jego uwagę. Jeżeli pierwsze wrażenie jest ewidentnie na „Nie” choć logicznie nie potrafimy (jeszcze) tego wyjaśnić- no bo przecież nie znamy tej osoby, to i tak warto respektować ten głos. Nie chodzi o to by całkowicie odsuwać się od takiej osoby ponieważ jako współpracownik, lub w innych społecznych relacjach ta znajomość może być właściwa, tylko by na obecną chwilę odpuścić angażowanie się w związek uczuciowy z taką osobą. Być może ktoś pięknie się wypowiada, wykazuje erudycję poprzez elokwencję ale być może jest to tylko wyuczona manipulacja, a czego nasz umysł nie potrafi dostrzec natomiast podświadomość poruszona Bożym palcem już tak. Zresztą nie musi to być nawet manipulacja, bo dana osoba rzeczywiście może być sobą a i tak bez względu na motywację, zapalone czerwone światło w sercu będzie znakiem, że ta osoba z jakiś przyczyn nie jest dla nas właściwa do budowania związku. Dostrzeżemy, że coś jest nie tak, będziemy czuć jakąś niewygodę i może to być Bożym ostrzeżeniem. Jeżeli zbudowanie szczęśliwego, długotrwałego związku i tak wymaga sporego zaangażowania obojga, nawet w sytuacji gdy czuło się obopólne przyciąganie, to jaki związek stworzymy gdy te siły już na początku są odpychające?

Jeżeli jednak mimo sygnału na ‚Nie” ktoś nadal angażuje się w taki związek, to widzę kilka przyczyn takiego zachowania:

Przede wszystkim nieświadomość, że w takich momentach mamy kierować uwagę na sygnały z serca i że jest wiele czynników, które próbują przysłonić nam te przeważnie delikatne sygnały. Bóg potrafi być stanowczy i czasami tak nas porusza, ale przeważnie jednak komunikuje się przez swojego Ducha bardzo delikatnymi poruszeniami. Jeżeli więc przyciąganie do kogoś jest wręcz krzykliwe warto zastanowić się skąd ono pochodzi. Czy oby na pewno z serca bo może okazać się, że powoduje je któryś z czynników za którymi decydujemy się angażować w relację mimo sygnału na „Nie”:

-własnym poczuciem niskiej wartości i brakiem akceptacji samego siebie w związku z czym szukamy dowartościowania u innych, przez co łatwo ulegamy wszelakim pochwałom i komplementom myśląc, że to jest To.

– racjonalizacją rozumu i korzystnym wynikiem bilansu zysków i strat jaki odrobiliśmy w ramach dialogu wewnętrznego- no bo przecież ma dobrą pracę, jest szanowany i szlachetny, pomaga innym itp… No i co z tego, że jest altrtuistyczny, przystojny, że pomaga innym i co tam jeszcze rozum wymyśli, skoro moje serce jest na „nie”?. Bóg zaszczepił nam swojego Ducha nie w rozumie, tylko w sercu. Tam powinniśmy kierować swoją uwagę, a rozumu używać do podejmowania działań zgodnych z sercem.

-pragnieniem zaspokojenia popędu seksualnego co jest domeną mężczyzn lub

-strachem przed perspektywą bycia do końca życia samotną, co z kolei zwodzi wiele kobiet.

Oczywiście u większości ludzi te potrzeby pojawiają się i nie ma w tym nic złego. Ważne tylko by pragnienie zaspokojenia tej potrzeby nie zagłuszało i nie było w sprzeczności ze światłem jaki mamy w sercu. Czy mogę liczyć, że serce z czasem pogłębiania takiej relacji na „nie” jednak otworzy się i będzie na „tak”? Ludzie się zmieniają i wszystko jest możliwe. Serce jednak znając całą naszą przeszłość bierze pod uwagę tylko obecną chwilę by przewidzieć najlepszą dla nas przyszłość. Bóg dał nam wolność wyboru więc jeżeli nie możemy do końca ręczyć za siebie to czy możemy  być pewni za drugą osobę i przewidzieć przyszłość?

Jeżeli pójdę wbrew, to czy będę umiał rozniecić w sobie i partnerze a przez to w naszym związku namiętność (gdy powodem zaangażowania jest rozum) lub czy jeżeli kieruję się czysto fizycznym pożądaniem będę potrafił zbudować przyjaźń? Nie wyobrażam sobie związku ani bez namiętności ani bez przyaźni i pisząc namiętność mam na myśli nie tylko namiętność fizyczną, związaną z seksem ale namiętność związaną z pragnieniem życia, z wolnością, ze spontanicznością. Pragnienie namiętnej wspólnoty ze swoim partnerem.

Pewna trzydziestoparoletnia dziewczyna kiedyś mi powiedziała, że nie oczekuje od swojego małżeństwa niczego więcej, jak to, by na starość ktoś mógł jej podać kubek herbaty. Ponieważ powiedziała to z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie, nie zgodziłem się z nią. Jeżeli licząc już sobie wiele wiosen tak podchodziłbym do związku niestety musiałbym przyznać się, że nie wykorzystałem w pełni danego od Boga życia. Być może mając wiele wiele lat podanie przysłowiowego kubka herbaty staje się najcenniejszą wartością związku. Wierzę jednak, ze nawet tak prostą czynność można zrobić z namiętnością… aczkolwiek wierzę też, że nawet w bardzo dojrzałym wieku Bóg poprzez małżeństwo ma do zaoferowania nam coś więcej. Do tego jednak potrzebna jest dobra wola i świadoma praca nad relacją od samego początku obojga partnerów, a w szczególności nad umiejętnością komunikacji ponieważ przyczyną chyba największej ilości rozwodów i rozstań jest właśnie nieumiejętność komunikowania się wynikająca z wielu czynników-płeć, wychowanie, wykształcenie, przekonania, oczekiwania… Wiele osób wierzących oddaje całe swoje życie w ręce Boga nie widząc potrzeby samodzielnej pracy ale nie do końca jestem pewien czy Bóg tego chce. Jeżeli stworzył nas ludźmi i dał nam wolną wolę to czy nie powinniśmy w sposób ludzki zaangażować się by usprawniać pewne obszary siebie oraz swojego życia? Komunikacja jest jednym z takich obszarów wiec czy nie powinniśmy sami zaangażować się w uświadamianie sobie ludzkich ograniczeń, jakie mamy i naukę poprawnej zrozumiałej komunikacji, szczególnie z osobą z której pragniemy towarzyszyć do końca życia? Większość z nas niestety nie potrafi się komunikować. Ani przekazywać komunikatu ani poprawnie odbierać, ponieważ wynosimy te błędy już z domu rodzinnego. Ja również bardzo często łapię się na tym. Niestety po fakcie. Na szczęście zwracam na to uwagę. Nauka jest procesem więc im szybciej zaczniemy się uczyć, tym prędzej będziemy mogli zebrać jej plon w postaci rozumienia co próbuje nam przekazać druga osoba, mąż, żona, a z drugiej strony sami będziemy potrafili mówić tak by przekazywać to co mamy na myśli, zamiast np chaotycznych emocji lub bezradnego zamykania się w sobie. Już sama umiejętność rozróżniania kiedy jakieś słowa przekazują rzeczywistą myśl a kiedy są to tylko emocje sprawia, że burzliwe nieporozumienia łagodnieją o wiele szybciej nie pozostawiając głębokich ran emocjonalnych… ale nie o tego rodzaju komunikacji chciałem tu pisać. 🙂

Właśnie przeczytałem fragment książki Tima Savage „Małżeństwo nieprzeciętne” w której  autor przedstawia małżeństwo Marcina Lutra jakie zawarł ponoć tylko po to, by zrobić na złość ówczesnemu papieżowi z byłą zakonnicą- ostatnią, której z nikim nie potrafił wyswatać. Zawierając małżeństwo z powyższych pobudek, po paru latach tak pisze o swojej żonie: „Moja Katie jest uczynna we wszystkim i tak dogadza mi, że nie zamieniłbym swego ubóstwa za żadne bogactwa Krezusa… Największą Bożą łaską jest małżeństwo, w którym panuje miłość… Katie, masz męża, który Cię kocha. Niech ktoś inny będzie cesarzową!” …a więc z czasem bardzo pokochał ją! Czytając to zwróciłem uwagę na funkcjonującą przez wiele lat i w wielu kulturach instytucję swatki. Czy wszystkie tamte małżeństwa zawarte bez poruszenia serca lub nawet wbrew, nie były szczęśliwe? Wiele z nich i Słowa Lutra wskazują, że nie, że można wzbudzić Miłość nawet bez tego magicznego poruszenia, co potwierdza, że miłość to coś znacznie więcej niż chwilowe zauroczenie. Czy więc sugerowanie się uniesieniem serca nie jest przereklamowane? Myślę, że jednak nie, że choć nie jest niezbędne, to możliwość doświadczenia zakochania jest po prostu pięknym darem i szkoda byłoby go nie doświadczać wchodząc w związek, którego nie czujemy w sercu.

Drugim światłem jest „zielone”. Rozpoznaję go gdy np w grupie osób moją uwagę przyciąga jakaś jedna zachęcając by wykonać w jej stronę jakiś krok i co najważniejsze nie potrafię wyjaśnić dlaczego akurat ona. To działa także jeżeli chodzi o jakiekolwiek aktywności. Jest to sygnał, że Bóg mając jakiś plan na tę relację stara się mi zwrócić na nią uwagę. Czy to oznacza początek filmu romantycznego z happy endem typu żyli długo i szczęśliwie lub skazanie na sukces? Absolutnie nie. Jest to jedynie włączenie Bożej sygnalizacji na zielone światło ale to ja jestem kierowcą i to ode mnie zależy czy ruszę i pojadę dalej we wskazanym kierunku oraz jak będę prowadził swój pojazd. Na tym polega wolność jaką daje nam Bóg- sugeruje najlepszą drogę w danym czasie ale nie zmusza byśmy tam się udali. Zachęca przez dawane codziennie znaki przyrodzone oraz nadprzyrodzone, szczególnie w formie tzw. „przypadkowych” zbiegów okoliczności. I im bardziej nieprawdopodobna sytuacja ma miejsce, tym wyraźniejszy sygnał, że to Boża wola. Moim zadaniem jest pamięać, że zielone światło nie będzie trwało wiecznie więc mam ograniczony czas na podjęcie działania. Jeżeli nie podejmę działania zgaśnie i w ulicę, w jaką ja miałem wjechać wjadą inne pojazdy cały czas nadjeżdżające z innych stron. Bóg choć sam jest wieczny, nie będzie czekał wieczność na moją ludzką odpowiedź ponieważ ma wspaniały plan na ludzkość i chce go wypełnić czy ze mną, czy nie. Czy zdążę? Dlaczego więc nie ruszam się? Dlatego, że jedną sprawą jest zauważyć ten sygnał, szturchnięcie, a drugą jeszcze podążyć za nim. Co jest łatwiej? Zauważyć zmieniające się światła na krzyżówce, czy wjechać na nią zgodnie z sygnalizacją? Przepaść między dostrzeżeniem a ruszeniem jest jak między tym co chcielibyśmy robić, co wiemy, że powinniśmy robić a tym co robimy w praktyce lub tym czego wiemy, że nie powinniśmy robić a i tak robimy… Dlaczego tak się dzieje, że mimo pewności nie podejmujemy działania? Generalnie strach pod wszelkimi postaciami! Pod wpływem przeszłych doświadczeń i zranień boimy się zaangażować by nie doświadczać ponownych zranień lub poczucia porażki. Zapominamy, że po drugiej stronie szali czyli po stronie świadomego działania wg tych poruszeń, jest perspektywa wykraczająca daleko poza nasze ludzkie życie. Co się dzieje gdy nie odpowiadamy? Tworzymy korek na drodze Bożego planu i wówczas centrum kierowania sygnalizacją wyłącza ją uruchamiając trzecią opcję- światło żółte pulsacyjne by dać szansę innym na ruch, a my wówczas pozostajemy z poczuciem, że coś nas ominęło. Pielęgniarka Bronie Ware przez kilka lat przeprowadzała wywiad z osobami, które wiedziały, że wkrótce umrą. Pytała czego żałują (warto wygooglować jej wywiad). Słuchając także innych odchodzących osób okazuje się, że u schyłku życia często ludzie żałują nie tyle tego co zrobili, o ile nie byli seryjnymi mordercami, ale czego nie zrobili. Tych wszystkich „Zielonych świateł” na które nie mieli odwagi odpowiedzieć działaniem. Wyciągnijmy lekcję z tych cennych doświadczeń innych osób i nie pozwólmy by strach całkowicie nas sparaliżował kiedy czujemy, że mamy coś zrobić.

Trzy źródła poruszenia serca.

Dostrzegam jednak pewne zagrożenie z całkowicie bezmyślnego ulegania każdemu poruszeniu gdyż może pochodzić z różnych źródeł i nie za każdym warto iść: Oprócz Bożego działania może to być zwykłe pragnienie ciała czy to fizycznego, czy duszewnego (Biblijny podział części z jakich składamy się jako ludzie). Ale Może to także być sprytnym zwodzeniem przez demony. Jako wierzący w Jezusa mam jednak skuteczne narzędzie by rozpoznawać źródło tego poruszenia.

I tak, znam dwa sposoby testowania czy zielone światło uruchomił Bóg, czy może jakiś duchowy haker. Pierwszym testem jest Słowo zawarte w Piśmie Świętym. Jeżeli to co mnie porusza ma potwierdzenie w Biblii, jest to znakiem, że pochodzi od Boga. Dlatego nic nie zastąpi samodzielnego czytania i rozważania (co jest nawet ważniejsze niż czytanie) Pisma z otwartością i intencją by Duch Święty pokazywał nam co jest prawdą a co zwodzeniem. Jeżeli prawidłowo rozważamy Pismo, to Przepływ Ducha jest przez umysł do serca, gdzie Słowo zostaje zatrzymane a serce poruszone i koniecznie znów przez umysł na zewnątrz w postaci myśli lub działania. (Jest to tzw przepływ od wewnątrz na zewnątrz) Jeżeli Słowo jedynie wpada i nie zatrzymamy się w chwili poruszenia, nie pozwolimy myślom dotknąć naszej duszy a potem wybrzmieć, będzie to tylko zwykłe czytanie, w dodatku bardzo niebezpieczne gdyż pod pozorem znajomości Słowa Bożego możemy wpaść w pychę i stać się tacy jak faryzeusze, którzy mimo perfekcyjnej znajomości Pisma przecież ukrzyżowali Jezusa nie rozpoznając w Nim Mesjasza mimo tych wszystkich proroctw zawartych w Starym Testamencie.

Drugim, szerszym testem jest zadawanie sobie po kolei pytań dotyczących tego co mnie porusza oraz jakie będą konsekwencje jeżeli pójdę za tym głosem.

1.Jaki wpływ będzie miało na moją osobistą relację z Bogiem w dłuższym czasie?

2.Czy jest zgodne z naukami Jezusa oraz czy nie jest przeciwne Słowu z Biblii?

3.Jak to poruszenie wpływa na relację ze mną samym? Uwaga skierowana do wewnątrz.

4.Jak wpłynie na inne osoby?Uwaga skierowana na zewnątrz.

5.Jak to poruszenie wypada na tle świata? Jeżeli jest bliskie zasadom panującym w świecie to nie pochodzi od Boga, Świat jest miejscem (jeszcze), w którym obowiązują zasady złego więc gdy poruszenie umacnia je, nie może pochodzić od Boga. Poznanie tej zależności było najbardziej odkrywcze, gdyż pozwoliło zobaczyć jak wiele razy wcześniej ulegałem niewłaściwemu poruszeniu!

No i ostatnie światłożółte- pulsacyjne” które świadczy, że sygnalizacja świetlna została wyłączona i należy zwracać uwagę na inne znaki. Jest to stan, gdy serce nie przyciąga mnie do jakiejś osoby ale także nie odpycha. Czy to oznacza, że Bóg pozostawił mnie samemu sobie? Nie, ponieważ każdego dnia, w życiu codziennym doświadczamy wielu różnych sytuacji na podstawie których mamy możliwość dokonywać wyborów i w zależności od nich, we właściwym momencie sygnalizacja zostanie ponownie uruchomiona. Żółte światło może oznaczać dwie możliwości. Po pierwsze jeżeli czerwone lub  zielone nadały już jakiś kierunek, zgodnie z którym podążamy, to żółte potwierdza, że zmierzamy we właściwym kierunku lub po drugie, może oznaczać, szczególnie jeżeli mamy wiele sprzecznych sygnałów i poruszeń, żeby zatrzymać się, nic nie robić. Jest to znak by zanurzyć się, jak to pięknie ujął Fabian Błaszkiewicz na „Modlitwie bez słów w ciszy Chrystusowego krzyża” Wyłączyć telefon telewizję, nawet uwielbieniowe pieśni czy jakąkolwiek muzykę, zamknąć oczy, pozostać w bezruchu, bezmyślności i po prostu oddać się tej intymnej osobistej relacji z Bogiem, pozwolić by Duch Święty w tej ciszy poruszał nas. Niby nic takiego ale niewiele osób potrafi tak się modlić. Niestety przyzwyczailiśmy umysł do bodźców i gdy one znikają czujemy się co najmniej dziwnie ale to nie my tylko nasz umysł czuje narkotyczny głód. Warto jednak poświęcić czas by i takiej modlitwy bez słów, bez myśli się nauczyć.

Jeżeli chodzi o podejmowanie działania wśród osób wierzących, gdy nie ma wyraźnego Bożego prowadzenia to zauważam chyba dwa różne podejścia:

Pierwsze to „nicnierobienie” bez zielonego światła. Wielbienie, modlitwa, wyczekiwanie. Angażowanie się jedynie w pogłębianie wymiaru duchowego swojego życia i relacji z Bogiem ale bez samodzielnego podejmowania działania w wymiarze ludzkim. Oddaję wszystko Jezusowi i nic nie zrobię dopóki nie objawi mi swojej woli. Czytając Biblię możemy jednak zauważyć, że Bóg zachęca nas do podejmowania działań na podstawie własnej woli jednocześnie obiecując wsparcie swoim Duchem. Wielbienie ma być jedynie czymś, co nas umacnia, pobudza do działania ale nie celem samym w sobie. Mam poczucie, że Bóg dając życie powołał nas przede wszystkim do działania w wymiarze fizycznym.  Gdyby tak nie było, aniołowie i inne istoty duchowe zrobiłyby całą robotę za nas, dlatego…

…Drugie podejście polega na tym, że osoby które również deklarują pragnienie podążania za wolą Boga, w czasie kiedy nie czują Jego wyraźnego prowadzenia, jednak decydują się podejmować działania na podstawie ludzkich kryteriów. Odbywa się to cały czas jednak w oparciu o Słowo zawarte w Biblii, oraz nie rezygnując z modlitwy czy uwielbienia, co pozwala założyć, że działania te są miłe Bogu. Oczywiście cały czas jest uważność czy przypadkiem nie zaświeciło się w sercu czerwone lub zielone światło. Takie osoby zakładają, że milczenie oznacza zgodę.

Które podejście lepsze? To zależy jak prowadzi nas Bóg na podstawie osobistej z Nim relacji. Pierwsze jest na pewno wygodne i może być wymówką przed podjęciem ryzyka, przed strachem związanym z pokonywaniem swoich ludzkich słabości i ograniczeń o których pisze Św. Paweł w swoich listach. Czasami próbujemy wmówić sobie, że duchowe uwielbianie zamiast podejmowania działania wynika z Miłości choć czujemy, że nie jest tak do końca. Bóg jednak zna najgłębsze i najbardziej skrywane miejsca naszego serca i każdą myśl więc zna także nasze prawdziwe intencje. Bóg i my wiemy czym tak na prawdę podyktowane jest nasze działanie- strachem wynikającym z ludzkiej słabości czy rzeczywiście miłością i posłuszeństwem dla Bożego poruszenia. Mam takie poczucie, że ponieważ są już czasy ostateczne a plon jest obfity tylko żniwiarzy do pracy by go zebrać brakuje, to Bóg bardziej oczekuje rąk do pracy niż uwielbiania Go w przyjemnych uniesieniach ludzkiego ducha, które mogą wręcz uzależniać jak świeckie eventy motywacyjne. (Słowa Jezusa z Mt9.36. Kiedy mówi do swoich uczniów: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”.) I piszę to również upominając siebie gdyż również jestem świadomy słabości i bojaźni z którą przychodzi mi się zmagać dokonując codziennych wyborów. Oczywiście jeżeli wielbiając Boga czujemy, że jest to Boże prowadzenie, to jak najbardziej On sam ma w tym jakiś plan, moze pragnie w ten sposób jeszcze nas wzmocnić zanim pośle wśród wilki. Jeżeli jednak czujemy, że to nie do końca jest tym czym powinniśmy i chcialibysmy się zająć, to warto zapierać się bo nagroda za podążanie za Prawdą wszczepioną nam w serca jest warta wysiłku. Warto, byśmy, gdy przyjdzie czas spotkania nie usłyszeli „nie znam was”.  Czytając Biblię zauważam, że osoby wybrane przez Boga, osoby które pragnęły wypełniać jego wolę gdy nie wiedziały co zrobić zanim podjęły decyzję zwracały się przez proroków w modlitwie z prośbą o prowadzenie, o podpowiedź i przeważnie otrzymywały. Odkąd w pragnieniu wypełnianie woli Pana a nie realizacji swoich celów, również zacząłem prosić DŚ o prowadzenie zauważyłem, że to działa i jeżeli tylko moje pragnienie jest szczere, to odpowiedź przeważnie przychodzi bardzo szybko.

Zasada ograniczonnego zaufania.

No dobra, zielone, czerwone i żółte. Zielone jedziemy, czerwone stoimy a żółte skupiamy uwagę na innych znakach lub wyłączamy silnik i wyciszamy się. Ale jak się zachować jeżeli dwie osoby których drogi się skrzyżowały mają dwa różne światła???! I co wtedy? Jak się poruszać, żeby nie spowodować kolizji? Przede wszystkim spotkanie każdego człowieka w naszym życiu ma wnieść coś dla nas oraz dla Bożego planu. Jeżeli czujemy, że coś nie gra, to najwyżej my lub osoba z którą się spotkaliśmy nie zna zasad ruchu drogowego lub nie uwrażliwiliśmy się jeszcze wystarczająco na Boże poruszenia.

Sytuacja- poznaję kogoś, nie wiem dlaczego właśnie ta osoba zwróciła moją uwagę i podejmuję działanie wychodząc ku niej ale… z drugiej strony napotykam niechęć i ewidentny brak zainteresowania. I co wtedy? Jeżeli będziemy zwracać uwagę do wewnątrz siebie to zauważymy, że w naszym sercu również bardzo szybko gaśnie to zielone światło i wycofamy się. Takie sytuacje jednak raczej bardzo rzadko będą miały miejsce ponieważ gdy zapali nam się czerwony sygnał, to nawet jeżeli ktoś przyciągnie naszą uwagę to nie w pragnieniu zbliżenia się tylko raczej by ją ominąć w bezpiecznej odległości. No chyba, że spróbujemy sobie coś udowadniać ale to nie będzie wówczas kroczenie za głosem serca tylko wbrew niemu.

Znacznie częściej natomiast, o ile nie najczęściej możemy zostać postawienie w sytuacji, kiedy jedna strona widzi zielone światło i wykonuje krok ku drugiej, ta jednak wysyła sprzeczne sygnały. Raz jakby chciała się zaangażować, a przy innej sytuacji dającej możliwość wyboru jakby nie była zainteresowana pogłębianiem tej relacji. I co wówczas powinna zrobić strona inicjująca? Co zrobić w takiej sytuacji- być upartym, czekać czy odpuścić? Jest to najbardziej trudna do zdefiniowania sytuacja i wówczas przede wszystkim warto rozpoznać jakie jest źródło tego sprzecznego zachowania. Czy wynika z tego, że dana osoba nie uważa nas za odpowiednich partnerów czyli ma czerwone światło, a tylko przez grzeczność lub ludzką słabość żeby nas nie urazić nie chce lub nie potrafi nam tego zakomunikować? Niestety, jeżeli taka sytuacja ma miejsce, to często okazuje się, że właściwy moment na wyjście z takiej relacji nigdy nie nadchodzi. Nadchodzi natomiast przyzwyczajenie, które staje się strefą komfortu, a z której coraz trudniej się wybić, aż w końcu przychodzi rezygnacja w której nie oczekuje się od związku już niczego, poza podaniem kubka herbaty na starość. Czy warto więc jeżeli niezdecydowanie drugiej strony przeciąga się zbyt długo dalej być zaangażowanym w budowanie bliskości z taką osobą? Relacja ma zawsze wymiar przynajmniej dwustronny i nigdy nie mamy pełnego wpływu na drugą stronę.

Inaczej natomiast moglibyśmy postąpić rozpoznając, że niezdecydowanie osoby na której zaczyna nam zależeć wynika nie z niechęci, tylko z jej bojaźni. Ma to najczęściej związek z wcześniejszymi jej doświadczeniami lub z nieśmiałości wynikającej z niewielkich doświadczeń na tym gruncie. Nie bez powodu uważa się, ze najbardziej boimy się tego co nieznane. Rozpoznając takie przyczyny niezdecydowania warto uzbroić się w większą cierpliwość, ponieważ wiemy, że druga strona również ma Boże poruszenie, tylko nie potrafi jeszcze na nie odpowiedzieć. Na takim gruncie można zbudować piękny związek, potrzeba tylko trochę więcej czasu, cierpliwości i zaangażownia.

Ale jak rozpoznać jedno niezdecydowanie od drugiego? Myślę, że kluczowe jest tło. W pierwszym przypadku przede wszystkim gdzieś między słowami, między sytuacjami można wyczuć obojętność podczas gdy w drugim bojaźń. W pierwszej przyczynie sprzeczności zniechęcenie a nawet agresję podczas gdy w drugim nieporadność i zdenerwowanie. Dojrzali i świadomi ludzie mogliby po prostu porozmawiać o swoim postrzeganiu zachowania drugiej osoby ale wówczas większą uwagę i tak należałoby zwracać na niewerbalne sygnały, gdyż słowa przychodzą dużo łatwiej niż działania więc mogą być oderwane od rzeczywistości i nie mielibyśmy pewności czy druga strona jest z nami szczera, czy np. nie chcąc nas skrzywdzić nie zatai tego co ma w sercu. W takiej sytuacji osoby wierzące mają łatwiej ponieważ jak pisałem wcześniej, w sytuacjach kiedy nie są pewne co oznacza zachowanie drugiej strony, zawsze mogą zwrócić się do Jezusa i poprosić o jakiś dodatkowy znak, o podpowiedź co zrobić by pójść zgodnie z Jego wolą. Odpowiedź przeważnie przychodzi szybko w postaci jakiejś sytuacji lub brakującej informacji. Pomimo kursów NLP oraz szkoleń hipnoterapeutycznych, na których bardzo duży nacisk kładzie się na określanie własnych celów, już nie pytam siebie czego ja chciałbym. Przeniosłem uwagę z pragnień „ja” na pragnienia Boga, czego On oczekuje ode mnie. Wiem, że jeżeli poznam Jego wolę i ją wypełnię, będzie to droga najlepsza również dla mnie. Nadal jednak uważam, wbrew powszechnej opinii wśród chrześcijan, że NLP i hipnoterapia oraz parę innych technik dalekowschodnich są jedynie narzędziami, które również mogą służyć dla chwały Boga, a na pewno nie jest tak, że same w sobie są wbrew Bogu. To od nas zależy jak te narzędzia wykorzystamy.

Rodzina

Mężczyzna może poznać swoją męskość tylko w połączeniu z kobietą a kobieta swą kobiecość gdy połączy się z mężczyzną zarówno fizycznie jak i duchowo i staną się wielowymiarową jednością. Tworzą więc rodzinę, która jest najmilszą Bogu społecznością a przez którą możemy najpełniej pokazywać Bożą obecność. Dbając więc o swoje rodziny, poprzez dawanie przykładu,  możemy stać się najlepszymi żniwiarzami i zebrać najobfitszy plon dla Boga. Myślę więc, że warto włożyć wysiłek by nauczyć się rozpoznawać sygnały już w tej pierwszej chwili gdy krzyżują się nasze drogi z innymi ludźmi a w szczególności drogi kobiety i mężczyzny.

Pozostają jeszcze kwestie jak później budować relację by ją pogłębiać i umacniać z upływającym czasem oraz co możemy zrobić, by uwrażliwić się na odczuwanie Bożego Ducha w codziennym życiu i we wszystkich płaszczyznach życia. Jest wiele innych tematów o których warto pisać, mówić by prowokować do rozważenia ich w swoim sercu. Na szczęście w dzisiejszych czasach zdobycie informacji nie stanowi żadnego problemu więc jeżeli ktoś wykaże taką wolę na pewno będzie docierał do wiedzy jaka jest mu najbardziej w danej chwili potrzebna. Wyzwaniem staje się nadmiar informacji i konieczność bardzo uważnego wyboru oraz by nie zapomnieć, że najlepszego nauczyciela mamy w swoich sercach.  Dziękuję.

Dodaj komentarz