Miesięczne archiwum: Sierpień 2019

TRIATHLON

14.08. 2018 roku to narodziny silnego wewnętrznego pragnienia zrobienia Iron Mana.

Ciekawe pragnienie, tym bardziej, że nie cierpię zimnej wody, bieganie mnie nudzi, a rowerem nie jeżdżę od 20 lat. Ponadto, jakieś 10 lat temu zdiagnozowano u mnie  8mm zwyrodnienie na kręgosłupie, które  jak sugerował neurochirurg najlepiej byłoby zoperować, a na co oczywiście się nie zgodziłem.  Ale cóż,  z pasją, z pragnieniami jest trochę jak z zakochaniem. Nie mam zbyt wiele do gadania w kim i kiedy się zakocham. To po prostu albo przychodzi albo nie. Ja mogę jedynie zdecydować czy wchodzę w to, czy nie. Ja postanowiłem wejść, jednak przy zachowaniu zdrowego rozsądku, o ile można o takowym mówić w przypadku pojawienia się namiętnej pasji lub miłości.

ETAP I: 1/8 IM

07.07.2019 r.

1/8 IRON MAN czyli TRIATHLON ENEA BYDGOSZCZ

Na pierwszy etap sprawdzający bieżące przygotowanie na drodze do celu głównego wybrałem zawody w Bydgoszczy i dystans najkrótszy, czyli 1/8 IM. Po pierwsze blisko, po drugie dużo pozytywnych komentarzy, że to dobre miejsce do rozpoczęcia zabawy lub jak kto woli przygody w triathlon, a po trzecie i najważniejsze- od razu poczułem, że chcę tam pojechać. Świadomość, że zapisaliśmy się razem z kumplem ze straży była dodatkowo motywująca do i cieszyła mnie.

PRZYGOTOWANIA

Właściwie to brak przygotowań typowo pod ten start. Od paru miesięcy kręgosłup nie pozwalał mi  przez dłuższy czas ćwiczyć systematycznie, więc końcówka była bez trenowania. Bazowałem na tym, co wypracowałem w ciągu całego roku. Biegi całkowicie odpadły ze względu na ból, roweru nie miałem ze względu na brak kasy, pozostało tylko pływanie raz, dwa razy w tygodniu. Rower kupiłem tydzień przed ale po przejechaniu paru metrów okazało się, że ma pewne wady i usunięcie ich trwało do ostatniego dnia przed zawodami. W sumie byłem ciekaw jak to będzie usiąść pierwszy raz w życiu na szosówkę i to od razu na zawody, a najlepsze, że po 20-tu latach przerwy w jeżdżeniu rowerem w ogóle. Mimo takich okoliczności, na podstawie wyników z biegania i pływania jakie miałem gdy ćwiczyłem, założyłem, że chciałbym ukończyć całość w półtora godziny. W moim przypadku jednak oprócz polepszania czasów, ważniejszym torem treningowym jest by robić to przy coraz bardziej ograniczanym odżywianiu, w tym piciu. A jeżeli już chodzi o odżywianie, to ponad miesiąc poprzedzający start spędziłem odżywiając się przede wszystkim na surowo, w 100% roślinnie i zachowując zasadę okna czasowego na jedzenie oraz  picie w godzinach od 10 do 18. Poza tymi godzinami nie jadłem i nie piłem. 

START

W dniu poprzedzającym zawody miałem 24 godziny służby w straży i żeby dojechać do Bydgoszczy musiałem się zwolnić. Start miał być o 12 ale wprowadzenie rowerów do strefy zmian kończyło się o 10:30. Udało się dotrzeć, choć gdy w dzień poprzedzający dowiedziałem się, że kumpel rezygnuje i nie jedzie, pojawiły się myśli, by także zrezygnować. Powody miałem mocne- od kręgosłupa do niesprawnego roweru w którym  okazało się, że przerzutka przednia nadal nie działa i jedynie co mogę zrobić, to ustawić na sztywno jedno przełożenie- wybrałem to szybsze. Mimo niepokoju pomieszanego ze zdenerwowaniem na szczęście nie odpuściłem.

Pływanie:

Masakra!!!-po paru ruchach kraulem zacząłem tracić oddech i choć płynęliśmy z delikatnym nurtem wody, czułem jakbym stał w miejscu. Ponadto, choć kanał i nasza trasa miała linię prostą, ja gubiłem orientację i zygzakowałem przez co, gdybym upierał się przy tym stylu, zamiast 500m mógłbym zrobić z 700!. Szybko przeszedłem więc na klasyczny.  Mimo zmiany stylu nadal czułem, że coś jest nie tak, nadal to była walka, jakbym jechał na hamulcu ręcznym- co jest grane?  Płynąc zganiłem to na wiatr który wzbudzał silne fale, do czego nie byłem przyzwyczajony. Gdy jednak dopłynąłem i zacząłem wychodzić z wody ukazał się prawdziwy sprawca mojej ociężałości. Nie lubię zimnej wody, świadomość wskoku i płynięcia w tym kanale zniechęcała mnie, wręcz odrzucała tak bardzo, że nie mając pianki wpadłem na pomysł (nie najlepszy jak się okazało) by ubrać bieliznę termoaktywną i jeszcze wsadzić jej dół w spodenki. Wychodząc z wody wyglądałem jak pinki-łinki wywlekając ze sobą dobre wiaderko wody opasającej okolice brzucha. Po prostu płynąc nabierałem wodę i ciągnąłem ją ze sobą.  Obciach.

Rower:

Fajnie, komfortowo, bez jakiś problemów czy to ze zdrowiem czy z rowerem, bardzo fajnie mi się jechało mimo wyraźnie hamującego wiatru. Ci, co systematycznie starują mówili, że dawno nie jechali w takich warunkach. Dla mnie był to pierwszy raz, więc nie miałem żadnego odniesienia. Na nawrotce ktoś się wywrócił i na chwilę zatrzymałem się żeby sprawdzić, czy nic się nie stało, czy nie potrzeba pomocy medycznej. Potrzebna była, ale już została wezwana i zawodnik który się wywrócił zachęcał zatrzymujących się, by jechali dalej. Wbiegając już z rowerem do hali zmian dostałem karę 1 min za odpięcie paska przy kasku przed odstawieniem roweru. Potraktowałem to jak okazję do dłuższego odpoczynku, choć powiem szczerze, że nie potrzebowałem, czułem się całkiem fajnie i gotowy do ostatniego etapu- biegu.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Bieg:

 Od pierwszych metrów etap walki z bólem kolana. Nie wiedziałem czy dam radę i myśl o przerwaniu często się pojawiała. Wiedząc jednak, że mam dużo rezerwy czasowej by móc ukończyć ten wyścig w określonym przez organizatora limicie nawet idąc, podejmowałem walkę gotowy jednak, by w każdej chwili przejść do marszu. Tym razem kolana- kujący ból kolan- jednego potem drugiego. Duży zapas siły, wytrzymałości, prawie żadnego zmęczenia do którego nie dopuszczał ból ograniczający przemieszczanie się do delikatnego truchtu. Kuśtykając dobiegłem jednak do mety z czasem, 1h 27min. Nawet zmieściłem się w założeniu. 

Cieszę się, że nie zrezygnowałem, bo dzięki ukończeniu tego wyścigu dowiedziałem się w jakim miejscu jestem, jak to wszystko wygląda i poczułem, że przy eliminacji bólów oraz poprawie techniki, spokojnie jeszcze o parenaście minut mogę skrócić ten czas.

Strefa finiszera:

Ponieważ to był pierwszy mój udział w triathlonie nawet nie wiedziałem, że jest coś takiego jak strefa finiszera, czyli zamknięty obszar dla zawodników, którzy przekroczyli linię mety, w której serwowane są różne uprzyjemniacze powysiłkowe. Na dzień dobry otrzymałem zimniaste piwo bezalkoholowe. Wyścig skończony bez wspomagania piciem czy żelami którymi obsługa częstowała zawodników na terasie więc teraz nie odmówiłem sobie tej przyjemności i chyba trzy wchłonąłem jedno za drugim, przegryzając soczystymi arbuzami. Rozpusta. Organizator postarał się nawet o masażystki masujące w tej strefie ale nie załapałem się -kolejka mnie zniechęciła, a ponadto nie czułem takiej potrzeby. Stawów raczej mi nie rozmasowaliby. Za to wejście do przygotowanego basenu ze schłodzoną wodą przyniosło ulgę kolanom.

Siedząc w jednym z tych zbiorników patrzyłem sobie na ludzi którzy cały czas dobiegali do mety, a szczególnej radości dawał mi widok radości, uśmiechu tych zawodników, którzy kończyli wyścig zabierając na ostatnich metrach na ręce swoje dzieci, albo wbiegali na linię mety w rodzinnej grupie, albo po ukończeniu przytulali się z czekającymi bliskimi. O to właśnie chodzi- mieć bliskie relacje z osobami, z którymi możemy dzielić się nie tylko trudnymi chwilami ale także tymi dobrymi. Piękny, budujący widok, który zainspirował mnie by za 5 lat, gdy najmłodsze z moich dzieci ukończy 18 lat, byśmy także razem wzięli udział w takiej imprezie. Urodziło się także pragnienie, by za rok z córką, która będzie miała wtedy już 18 lat wystartować razem. Póki co, oglądając z przyjemnością to dzielenie się innych swoimi czułościami i radością ze zwycięstwa nad samym sobą, poczułem, że sam nie przeżywam żadnego uniesienia. Zachęciło mnie to do przyjrzenia się sobie i refleksji nad tym uczuciem.

PODSUMOWANIE

Cały ten start i uczucie po przekroczeniu linii mety przypomniało mi najważniejszą rzecz jeżeli chodzi o wyznaczanie i realizowanie celów.

Ukończyłem, ok, ale w zrealizowaniu tego celu nie było ani radości ani satysfakcji. Po prostu osiągnąłem plan i nic poza tym, żadnego efektu wow czy coś chociażby przypominającego go. Połączenie uczucia tego niespełnienia ze zrealizowaniem celu pokazało, jak złudna jest droga stawiania i osiągania celów, jeżeli nie towarzyszą jej pewne kluczowe elementy.

Rozpoznałem dwa takie elementy, bez których, przynajmniej jednego z nich, osiągnięcie największego celu mija się z celem. Po pierwsze jest to współdzielenie radości z osiąganych wyników z ważnymi dla nas osobami, a po drugie poczucie, że to, co właśnie osiągnęliśmy wnosi coś korzystnego dla innych. Jeżeli przynajmniej jednego z tych elementów nie będzie na naszej życiowej drodze stawiania sobie celów i ich osiągania, to gdy dotrzemy do tej ostatecznej już linii mety i wejdziemy do ostatecznej strefy finiszera, może okazać się, że  nas sukces stał się porażką. Ponieważ w moim przypadku zabrakło i jednego i drugiego, być może dlatego nie miałem żadnej satysfakcji, ani radości z ukończenia tego dystansu i zrealizowania tego celu. Takie poczucie i rozważania na temat tych zawodów towarzyszyły mi podczas powrotu z Bydgoszczy do domu.

Na szczęście zaraz po tych myślach wprowadzających nieco smutku, pojawiła się myśl pocieszająco-uświadamiająca, że to, co dzisiaj osiągnąłem to nie był przecież mój cel, a jedynie pewien etap na drodze do celu, którym jest pełny IM BJ&BP. Spostrzeżenie to spowodowało, że zrobiło się jakoś jaśniej. Przypomniało, że do osiągania celów dochodzi się wykonując dziesiątki, jak nie setki małych najczęściej niezauważalnych kroków, które znaczenia nabiorą dopiero gdy osiągnie się cel. Nie wiem czy go osiągnę, jeżeli nie, to muszę zaakceptować, że te wszystkie pośrednie osiągnięcia dla nikogo nie będą miały żadnego znaczenia i przejdą w zapomnienie. Jeżeli jednak cel końcowy osiągnę, to mogę przypuszczać, że mój wysiłek wniesie jakąś wartość dla innych i ta świadomość wynagrodzi chwile zwątpienia.

Nie znając więc jaki będzie koniec tej drogi, zadaję sobie pytanie nie o cel tylko właśnie o drogę i kierunek. Co lub kto mnie motywuje, co jest moją prawdziwą, wewnętrzną motywacją? Dlaczego chcę coś osiągnąć? Jakie uczucia towarzyszą podczas codziennego wysiłku związanego z tą drogą – na treningach i w postach? 

Odpowiedź była natychmiastowa, przywracająca uśmiech. Stanowczo codziennym zmaganiom ze swoimi słabościami i wysiłkom fizycznym towarzyszy pozytywna energia, pasja, zadowolenie, satysfakcja, poczucia spełnienia.  Mimo chwilowego smutku mam więc podstawy sądzić, że jest to właściwy kierunek, tym bardziej, że szukając motywacji zwracam się w stronę Boga przez osobę Jezusa Chrystusa. Ponadto zdałem sobie sprawę, że mimo chwilowego uczucia osamotnienia, cały czas czuję ich wsparcie i kierownictwo, któremu staram się jak tylko mogę poddawać, na ile tylko udaje mi się zapanować nad moją ludzką naturą, nad skłonnościami ciała, zmysłów, emocji, zewnętrznych myśli które się pojawią ale ewidentnie nie są moje i działać wbrew takim tam innym ludzkim rozpraszaczom.

Dla mnie prawdziwym sukcesem oraz radością jest możliwość bycia z dziećmi widząc ich uśmiech. To wyjście z córką na kawę, obiad i dojrzała rozmowa w poczuciu szacunku i łagodności,  to wypad z synami na basen lub gra w piłkę…  i choć nie mam dużo takich chwil, to one najbardziej budują moje poczucie spełnienia, to z nich czerpię najwięcej satysfakcji i radości. A zawody sportowe? Pokonywanie kolejnych czasów i dystansów? Bez tego wszystkiego o czym pisałem wcześniej nie mają żadnej wartości, a z tym wszystkim są piękną wartością dodaną do życia. Podobnie jest z relacją z Bogiem, poczuciem że posiada się bliską, fajną relację z Jezusem i Duchem Świętym. Jeżeli nie mamy jej, to jakakolwiek wspaniała relacja z innym człowiekiem nie jest w stanie jej zastąpić. Natomiast mając bliską społeczność ze swoim Stwórcą, każda ludzka relacja staje się wartością dodaną do życia.

Co więc dalej ?

Następny jest w planie dystans 1/4 IM na koniec sezonu, wrzesień.  Jednak po tym starcie wiem, że tylko jeżeli uda mi się wzmocnić i przygotować kolana oraz kręgosłup do takiego wysiłku .  Po tym starcie mogę powiedzieć całe szczęście, że nie wybrałem 1/4 na pierwszy rzut, a co miałem w poważnych zamiarach, gdyż mój organizm nie dałby rady bez uszczerbku dla jego zdrowia, a nie o to chodzi.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl