Miesięczne archiwum: Maj 2019

2019.IV. „10 x po 4 DNI w SCHEMACIE 2-1-0-1-…”

Ostatni „eksperyment” z odżywianiem miał miejsce w listopadzie i polegał na spędzeniu 30 dni w powtarzalnym schemacie: 10-ciu trzydniowych bloków 2-1-0- (2-dzień jedzenia, 1-dzień tylko picia i 0- dzień bez jedzenia i bez picia BJ&BP). Po skończeniu tego schematu doszedłem do wniosku, że najbardziej przeszkadzające było zbyt szybkie, z dnia na dzień, przejście z 0 na 2. czyli po 32 godzinach BJ&BP od razu do jedzenia stałego. Powodowało to nieprzyjemne reakcje ze strony układu trawiennego i samopoczucia. Stwierdziłem wtedy, że fajnie byłoby pomiędzy te dwa skrajne dni wpleść jeszcze jeden-pośredni samego picia. Tak więc nie minęło pół roku i właśnie jestem tydzień po skończeniu 40 dni w takim schemacie.

OD XII.2018r DO III.2019r.

Po skończeniu listopadowego schematu dałem sobie czas na całkowitą swobodę w kwestii odżywiania. Przez pierwsze dni powtórzyłem jeszcze dwa razy trzydniowy pattern 2-1-0- nie mając ochoty wracać do codziennego odżywiania. Potem jednak stopniowo, coraz bardziej zagęszczałem i zwiększałem ilość zjadanych potraw- wszystkie jednak nadal w obszarze odżywiania wegańskiego- niestety przetworzonego. Grudniowe święta związane są z rodzinnymi spotkaniami wykorzystałem do odkrywania nowych wegańskich smaków, wśród których największą frajdę dało mi znalezienie przepisu na majonez pochłaniany w tamtych dniach łyżkami. W końcu mogłem w pełni cieszyć się smakiem tortilli nie rezygnując ze smaku nabiałowego sosu czosnkowego. Zupełnie nowym odkryciem, aczkolwiek powiązanym z majonezem, które na jakiś czas mnie przywiązało była sałatka warzywna. Taka zwykła, którą pamiętam z czasów, gdy robiła ją jeszcze moja mama. Pewnie właśnie to przyjemne wspomnienie sprawiło, że w sumie nie chcąc już dłużej jeść przetworzonych potraw i tak robiłem ją i zajadałem się czerpiąc z tego przyjemność.

Powrót do większych ilości przetworzonego jedzenia sprawił jednak, że potem znów przez ponad dwa miesiące nie potrafiłem mimo takiego pragnienia i postanowienia zacząć odżywiać się na surowo. Mówiłem: Od Nowego roku, ale nie poszło. Potem stwierdziłem, że no dobra, są ferie, jadę z dziećmi na narty, więc odpuszczę ale po feriach wejdę na raw-food. Nie poszło. Nie poszło, nie poszło….i tak do końca lutego. Gdybym miał opisać emocje jakie towarzyszyły tej przepychance- to z jednej strony akceptacja, świadomość, że jest to normalny etap niepowodzeń i przyzwolenie nie nie ale z drugiej strony wkurzenie, że nie potrafię jako świadoma osoba tak od razu wprowadzić w życie swoich świadomych postanowień. Wkurzenie, że podczas zmian przyzwyczajeń nadal jest ten czas wewnętrznego tarcia. Oczywiście domyślam się dlaczego muszę przejść przez to doświadczenie- ze względu na naukę pokory o której jeszcze tak często zapominam oraz naukę wytrwałości. Niepowodzenia, upadki i konieczność wstawania jeżeli chce się iść dalej, bardzo kształtują te dwie cechy wobec wszystkich płaszczyzn życia. Wobec sytuacji które nas spotykają i wobec różnych reakcji innych ludzi, z którymi wchodzimy w codzienne relacje.

RAW FOOD WEGE 🙂

Nie pamiętam jak i dlaczego. Chyba po prostu przebrała się miarka gdyż organizm źle znosił gotowane, pieczone produkty i ewidentnie miał już dość obciążania go przetworzonym jedzeniem. Bardzo fajnie natomiast już wtedy reagował na posiłki suroworoślinne. W końcu, gdzieś nastąpił przesyt i od początku marca to co jadłem było w 100% surową roślinnością. Pisząc to w kwietniu, czyli po miesiącu od przejścia na raw.,  nie czułem by była to jakaś chwilowa dieta, tylko ugruntowany nowy nawyk i przyjąłem, że dokonał się kolejny kroczek w stronę lżejszego odżywiania.

Przejście nastąpiło w jednej chwili, pod wpływem zmiany myślenia. Pojawił się bodziec zewnętrzny, a właściwe dwa, które trafiły na podatny grunt wewnętrznego, mentalnego przygotowania i wydały owoc w postaci bezwysiłłkowej zmiany dotychczasowego nawyku.

Impuls pierwszy, to poniższe memo:

Jeżeli przestałem jeść mięso, a potem nabiał, żeby przeze mnie nie musiały cierpieć zwierzęta, to gdy otrzymuję informację, że do produkcji piwa, w tym pewnie także bezalkoholowego, które jest to moim ulubionym napojem, również mogą być używane składniki pochodzące z zabitych zwierząt, to chyba powinienem zrezygnować i z tej przyjemności. Niestety. Na szczęście przy świadomości cierpienia, zmiana znów dokonuje się samoistnie i od wewnątrz. Nie od razu, jeszcze czasami piję ale ponieważ każdej kupowanej butelce towarzyszy zniechęcająca świadomość, to ilość i sporadyczność są coraz mniejsze. mam takie przekonanie, że pragnąc zmienić jakikolwiek niekorzystny nawyk kluczem jest właśnie świadome wyrobienie w sobie zniechęcającej świadomości przy jednoczesnym budowaniu pozytywnych przekonań na temat tego, co zyskamy zmieniając niechciane przyzwyczajenie. Gdy taka świadomość zostaje wykształcona sprawy zaczynają dziać się same i nałogi odpadają bez walki z nimi. Nie przyspieszam więc, pozwalam, by pragnienie wygasło samo zachowując jednak pełną świadomość tego co robię i tego, że robiąc to postępuję niekonsekwentnie w stosunku do głoszonych i propagowanych wartości. Ktoś mógłby zarzucić mi bycie hipokrytą, jednak znając swoją słabość przyznaję się do niej dzięki czemu mam poczucie bycia uczciwym w tym co czuję, co mówię i do czego zachęcam innych w stosunku do tego, jak sam postępuję. Hipokryta to osoba, która mówi jedno ale po kryjomu postępuje wbrew temu co mówi.

Z tym piwem to był potem taki numer, że coś nie dawało mi spokoju. Wydawało mi się, że przy takiej zmianie świadomości, za długo przebiega odstawienie tego produktu. W końcu coś mnie tknęło i zadzwoniłem do browarów  z których pochodzą moje ulubione. Poprosiłem o rozmowę z kierownikami produkcji i dowiedziałem się, że do żadnego z tych moich ulubionych nie są wykorzystywane żadne produkty zwierzęce. Ucieszyłem się, bo to oznacza, że mogę dalej czerpać radość z coraz bardziej dopracowywanych smaków, coraz większej liczby różnych naturalnych piw bezalkoholowych.

Drugim wezwaniem, by zrobić kolejne „coś” w stronę zmiany odżywania na surowe, były rozważane w obecnym czasie fragmenty Biblii w połączeniu ze słyszanymi chrześcijańskimi naukami zachęcającymi do dalszej pracy nad sobą.

A, że dla mnie najlepszą formą pracy nad sobą (na ten czas) jest zrywanie dotychczasowych przyzwyczajeń związanych z odżywianiem, przy jednoczesnym podnoszeniu kondycji i tężyzny fizycznej, to tak znienacka rozpocząłem kolejny okres mojej duszewno-fizycznej siłowni, którą tym razem był post jakościowy w postaci surowojedzenia.

Choć jeszcze ne w 100%, bo z płynów nadal cieszę się delikatną kawą z ekspresu, a ze stałych przetworzonych produktów zostało jeszcze masło orzechowe, które uwielbiam i nie chcę tego jeszcze zmieniać, to wystarczyło te 80-90% surowości w codziennym odżywianiu, by poczuć jak fajny ma to wpływ na mój organizm, samopoczucie i w ogóle. Bardzo cieszę się, że choć często (bo codziennie), zadaję sobie pytanie na co mam ochotę- może wegeburgera? Może tortillę?… To jednak nie, przez miesiąc nic z przetworzonych potraw nie wzbudziło mojego pożądania- tylko roślinna surowizna. 🙂

I właśnie czując taką swobodę, po około miesiącu, z dnia na dzień wszedłem w kolejny system żywieniowy. Może nie z dnia na dzień, bo przez jakiś poprzedzający czas czułem, że jeszcze coś więcej narasta i dojrzewa. Nie miałem pojęcia tylko co to będzie. Czując takie narastanie, cokolwiek miałoby się wydarzyć oddawałem to  Bogu. Gdy się spotykaliśmy wyrażałem pragnienie, że cokolwiek przyjdzie, jeżeli będzie to od Niego, ja chcę podążyć wg tej inspiracji.

SYSTEM 2-1-0-1-...

W końcu stało się i któregoś zwykłego poniedziałku wiedziałem, że coś się zaczęło, nie bardzo tylko jeszcze wiedząc co. Czy to nowy schemat 2-1-0-1, o którym myślałem parę miesięcy temu, czy może jakieś 10 dni na sucho. Choć w świadomości mam biblijną cyfrę 40 oznaczającą przejście jakiejś ważnej próby i chciałbym z nią powiązać to co robię, to nie miałem pojęcia, czy „jutro” nie osłabnę i nie wrócę, tym bardziej, że nie pałam entuzjazmem wchodząc w ten wstępnie ustalony system. Myśl o osłabieniu w dniu suchym zniechęca, jest niewygodna i przepycha się ze wspierającą myślą, że przecież ta niewygoda z czasem stosowania jakiegoś systemu jest coraz mniej odczuwalna, a czasem nawet całkiem zanika odsłaniając jakieś nowe, fajne obszary poznania.

Zauważyłem że często to, do czego nawołuje nas ten wewnętrzny głos, który ewidentnie nie jest mną, jest niewygodne. A wierząc, że jest to jakaś forma komunikacji Boga, jeżeli tylko ta droga nie przeciwstawia się naukom Biblii, staram się iść zgodnie z nim, nawet jeżeli znajdują się za pójściem w tę stronę jakieś niewygody. Posty i wstrzemięźliwość są jak najbardziej Biblijne, wiec jestem i podążam i mam nadzieję, że tym razem bardziej wytrwale.

Przeglądam codzienne notatki z tego okresu i w sumie stwierdzam, że dzielenie się nimi byłoby tylko powtarzaniem tego co już było. Wątpliwości, niepewność szczególnie w pierwszych dniach, potem przyzwyczajenie i w ostatnich dniach, gdy już wiedziałem, że dam radę test wytrwałości. Skracam więc zapisy.

BLOK I 31.03-03.04.19r

DZIEŃ 1-JEDZENIE    „RODZINNA UROCZYSTOŚĆ”

Pozostałem przy surowym odżywianiu, a że w otoczeniu krewnych 100% je mięso, więc moja konsumpcja ograniczyła się do 3 łyżek surówki i powyjadania roślinnych ozdób z potraw zwierzęcych. Mega wewnętrzny spokój i komfort. Myślę, że rodzina już zaakceptowała, to że nie jem jak wszyscy.  Widzą jednak, że normalnie, zdrowo wyglądam i mam fajną witalność więc czemu mieliby nie zaakceptować?-Tym bardziej, że nikogo do niczego już nie przekonuję, a tematu jedzenia nawet nie poruszam dopóki ktoś sam nie zapyta. Po prostu robię swoje i cieszę się.

Trening: Wieczorem techniczny trening biegowy ok 8km.

DZIEŃ 2-PICIE   „STRAŻ SŁUŻBA- DUŻO WYJAZDÓW”

Pierwszy dzień na sokach, jeszcze gęstych, jeszcze zjadłem garść orzechów pod wieczór. To nie był jednak fajny dzień i lekka służba. Dużo wyjazdów, w tym reanimacja zakończona zgonem 34 letniego mężczyzny, którego żona właśnie miała rodzić. Coraz młodsi ludzie umierają na zawały, zatory, wylewy. Coraz rzadziej jednak się dziwię, skoro coraz młodsze osoby zaniedbują swoje zdrowie do tego stopnia, że otyłość nie pozwala im normalnie funkcjonować. Jest coraz więcej otyłych ludzi, więc chorują i umierają w coraz młodszym wieku. Nałóg obżarstwa, śmieciowe produkty, brak ruchu to przyjaciele chorób i śmierci.

Z drugiej strony inna interwencja: Wyważanie drzwi do mieszkania, w którym znaleźliśmy skrajnie wycieńczonych staruszków. Dziadziuś zasłabł w toalecie podczas wypróżniania, przewrócił się i tak leżał na podłodze przez dobre dwa dni. Odwodniony, wychudzony. Babcina niepoczytalna, zatopiona głęboko tylko w swoim świecie… Coraz częściej spotykamy się z podobnymi sytuacjami starszych ludzi pozostawionych samych sobie, w coraz bardziej postępującej niedołężności. Brak kontaktu z rodziną- cena pogoni za dobrobytem i niezależnością. Przykro patrzeć, co robimy z ludzkością i światem. Widząc ten destrukcyjny trend, tylko świadomość pewności przyszłej zmiany i odrodzenia nas oraz tego świata w Królestwie Chrystusa, pozwala mi zachować spokój ducha.

Trening: Choć miałem w planie trening siłowy, odpuściłem. Zupełnie nie miałem ochoty. Jutro dzień na sucho, ciekawe, czy wskoczy.

DZIEŃ 3- BJ&BP   „PIERWSZY DZIEŃ NA SUCHO”

Kurcze, sądziłem, że po wczorajszej służbie będzie walka by wytrzymać d końca dzisiejszego dnia na sucho, ale nie, nie ciągnęło ani do jedzenia, ani picia. Jedynie po powrocie z pracy, do samego przyjścia dzieci ze szkoły odsypiałem około 3 godzin. Oczywiście spowolnienie i brak ochoty na jakąkolwiek aktywność fizyczną było, ale samopoczucie wewnątrz do samego końca dnia bez tragedii. Ciało fizyczne znacznie bardziej odczuwało ten dzień postu suchego, niż sfera mentalna. Nawet na spotkaniu społeczności chrześcijańskiej, przez dwie godziny żywo dyskutowałem o tym, „Co to znaczy, że my, ludzie jesteśmy osobami i co to znaczy, że Duch Święty jest osobą?”

Jutro picie, więc oczekuję wyraźnego wzrostu energii i ochoty na trening. Planuję basen i dalsze szlifowanie techniki kraula.

DZIEŃ 4-PICIE          „BARDZO ZMIENNIE, NIE FAJNIE”

Nie rozumiem, budzę się w nocy po 6 godzinach snu ale nie mam najmniejszej ochoty, ani mocy by wstać więc dosypiam kolejne godziny. Dzisiaj np. były to 3 dodatkowe godziny. Dlaczego więc się wybudzam w środku nocy? Nie wiem.

Z planów treningowych nic nie wyszło. Bardzo wyraźne osłabienie całej obręczy barkowej. Mimo picia powiedziałbym, że chwilami jeszcze gorzej się czułem jak wczoraj. Taka reakcja, czyli brak wzrostu energii, totalnie mnie zaskoczyła. Próbowałem zmusić się do jakiegoś ruchu ale jedyne na co było mnie stać, to 5 km spacer na boso po lesie. Modlitwa, oddech, świadoma uważność, rozpierająca fala uczucia wdzięczności, miłości odczuwana fizycznie w całym ciele.

Po powrocie jednak jeszcze wyraźniejszy zjazd niż przed spacerem. Nie opijałem się, nie miałem ochoty na jedzenie, nie pojawiła się żadna forma kompulsji, co miało miejsce wcześnie kończąc choć jeden dzień postu suchego. Nic, tylko ta utrzymująca się słabość. Nie podoba mi się, tym bardziej, że byłem pewien natychmiastowego i wyraźnego powrotu energii, witalności i siły wraz z pierwszym piciem, a tu taka niemiła niespodzianka.

Poczucie, że ten proces oddala mnie od przygotowań do Iron Mena. Poszukuję odpowiedzi na pytanie czy jest to właściwa droga, a jeżeli tak, to co jest dla Boga ważniejsze- żebym polepszał kondycję, wytrzymałość, co oznacza, że musiałbym wrócić do systematycznego jedzenia stałego, czy raczej, żebym skupił się na tym procesie, jeszcze bardziej rozluźniającym relację z jedzeniem. Nie wiem, nie zmieniam więc działania, kontynuuję zachowując uważność by wysłyszeć prowadzenie, jeżeli się pojawi.

BLOK I PODSUMOWANIE.

Po pierwszym bloku waga 69 kg, a więc przez 4 dni spadek o 3kg. Nie czuję się fajnie. Najchętniej przerwałbym.

Nieregularny sen

Wraz z wejściem w odżywianie surowe, bardzo szybko zauważyłem, że zmienił mi się sen nocny. Stał się bardzo niestabilny. Zacząłem budzić się o 3 w nocy i mimo starań nie potrafiłem zasnąć np. do 7, tylko po to, by potem jednak zasnąć i albo przespać do 10 albo po godzinie i tak musieć wstawać. Cały kolejny dzień po takiej nocy jest „rozwalony”, a w szczególności zniechęca do treningów. Po prostu od popołudnia jestem senny i nie mam ani ochoty, ani siły na ruch. Szukając sposobu by to wyrównać założyłem, że muszę tak przystosować ciało, by wstawać codziennie o 5 rano (jest to godzina, o której co trzeci dzień muszę wstać, by dojechać 100 km do pracy). Ponadto założyłem, że nie chcę odsypiać w dzień a mimo to mieć ochotę by zrobić fajny, codzienny trening w ramach przygotowania do IM. Po tygodniu takiego wstawania jednak poddałem się i obecnie nieregularny sen to najbardziej niekorzystny element codziennego życia przy odżywianiu surowym. Tak, znajduję zależność przerywanego i nieregularnego snu z przejściem na odżywianie surowe gdyż nie jest ono jeszcze ugruntowane. Pewnie nadal na poziomie narządów wewnętrznych detoksykacja nie zakończyła się i uwalniane są jakieś świństwa zaburzające cykl dzienno-nocny. Nie mam jednak już siły by godziny snu regulować pod siebie, więc póki co zostawiam i postaram dostosować siebie pod nowe godziny snu. Zobaczymy.

W tym pierwszym bloku, widząc jak piękny zaczyna się świt, dwukrotnie poszedłem na spacer do lasu. Zachwyt nad tym jak budzi się do nowego dnia przyroda.

BLOK II 04.04-07.04.19r

DZIEŃ 5-JEDZENIE

Święto-Kupiłem wegański placek owocowy i mogłem razem z synami pocieszyć się wspólnym spędzeniem czasu przy stole. Był to pierwszy od miesiąca mączny produkt. Jedząc jeszcze wegańsko, bardzo mi smakował ale dzisiaj nie bardzo. Teraz ewidentnie łakocie zrobione z surowych owoców, daktyli, bakalii sprawiają mi o wiele więcej przyjemności niż słodkości mączne i pieczone. Zjadając byłem ciekaw, jak zareaguje mój organizm, czy po zjedzeniu tego kawałka będę chciał jeszcze?  Jednak nie, zupełnie nie ciągnęło mnie po więcej. Jest git.

W sklepie eko, w którym kupiłem ciasto pierwszy raz dojrzałem majonez wege i dołożyłem do zakupów chcąc porównać smak z tym, który ja kiedyś robiłem. Wg składników był z oleju tłoczonego na zimno więc można powiedzieć, że produkt surowy. Smak rewelacyjny, ale analizując potem w necie składniki okazało się, że ma konserwant chemiczny. Wiedząc o tym straciłem ochotę i najlepiej gdybym go wywalił. Niestety odezwał się nawyk zjadania by się nie zmarnowało, co oznacza robienie z ciała śmietnika. Sporo go zjadłem, więc wzbudziło to pragnienie i łańcuszek sięgania po kolejne produkty, jak np na gazowany napój typu tonic z chininą, którego normalnie nie piję. Taka głupota dzisiejszego dnia.

Nową reakcją jest też, że rano nadal nie wróciła energia mimo, że wczoraj piłem.  A dzisiaj mimo, że jest dzień jedzenia i tak od rana nie miałem też ochoty na nic stałego, więc do popołudnia poprzestałem na szejkach.

Trening: Teoretycznie dzień jedzenia powinien dać poczucie największej energii Nie miałem jednak ochoty się ruszyć, więc żeby nie zmarnować tego dnia musiałem zmusić się do pójścia na basen i zrobienia treningu mając nadzieję, że wymuszony ruch przywróci mnie do życia. Ledwo co przepłynąłem z 600 m i to w odcinkach po 50 m. Fatalnie. Brak synchronizacji. Oddech, ręce, tułów, nogi tańczyły każde sobie, mega zmęczenie. Po pół godzinie odpuściłem jednak i resztę czasu spędziłem w części rekreacyjnej. Dopiero wieczorem zrobiło się tak jakoś swobodniej więc na koniec dnia poszedłem jeszcze na 5 km spaceru na boso po lesie.

DZIEŃ 6-PICIE  „W KOŃCU NORMALNY TRENING”

Trening: Od wstania fajnie więc do południa znów basen z ochotą na przetestowanie dystansu jaki będę miał na lipcowych zawodach przy zachowaniu jak największego luzu. Dzisiaj bez zwracania uwagi na technikę. Miłe zaskoczenie: Po przepłynięciu bez odczuwania zmęczenia 500 m.  pokonałem drugie 500, tak więc w pół godziny pękł kilometr. Fajnie!  Mega podbudowanie i zachęta do dalszej pracy.

Energetycznie cały dzień fajnie. Niefajne natomiast uczucie głodu, którego nie potrafiłem się pozbyć pijąc tylko wyciskane soki. Co do soków, to nie jestem w stanie pić bez rozcieńczenia wodą- są zbyt mocne więc każdy mieszam w połowie z wodą. Wieczorem jednak chcąc pozbyć się wspomnianego uczucia głodu, wypiłem pomidorowy zmieszany z sokiem z kiszonej kapusty i czosnkiem ale bez rozcieńczania wodą. Chyba trochę pomogło.

Wieczorem wyraźne zmęczenie i senność do tego stopnia, że nie miałem ochoty spotkać się z dobrym znajomym. Wybrałem kąpiel i spanie. Szkoda, bo nie często jest okazja do takich spotkań.

Czując głód i myśląc o jutrzejszym dniu na sucho mam myśli o rezygnacji. Pytania po co mi to? Przecież nie mam ochoty… Nadal jednak trwam, do jutra.

Brak pewności co jest dla mnie ważniejszej: Systematyczne, intensywne przygotowania do IM, budowanie siły mięśniowej, czy zbliżanie się do czterdziestodniowego postu bez jedzenia i picia, którego doświadczył Jezus i inni prorocy. Nie wiem, nie mam pewności w którą stronę kierować swoje ludzkie wysiłki. Obydwa kierunki równie mocno mnie inspirują, tylko że na obecnym etapie mojej świadomości są to dwa kierunki odbiegające od siebie co najmniej pod kątem 90 stopni. Wiem, że gdzieś tam dalej one znów się zbiegają w jedną szeroką i wygodną drogę ale obecnie wybierając jeden, oddalam się od drugiego. Przeskakuję więc trochę tu, trochę tam i badam serce szukając wskazówek by iść drogą Boga. Eh. Niby post jest bliższy nauczaniom Jezusa, ale budowanie sprawnego ciała porusza serce i nie sprzeciwia się naukom Biblii. Mam więc takie pragnienie by łączyć obydwie inspiracje co staram się robić, dopóki nie zostanie mi przedstawiony jakiś jeden konkretny cel. Nie staram się już zrozumieć Bożego plany, ponieważ Bóg ma tak niesamowite pomysły by wykorzystywać nas dla Jego dzieła, że to, co na pierwszy rzut oka dla religijnych ludzi wygląda na totalnie nie związane z wypełnianiem Bożej Drogi, może okazać się właśnie posłuszeństwem na podstawie osobistego prowadzenia przed Ducha Świętego wg poruszeń serca.  Muszę ufać, że będę potrafił wychwycić Boże poruszenie gdy On zechce mnie poprowadzić w innym kierunku, że powie do mnie tak wyraźnie, jak do uczniów Jezusa, gdy Duch Święty zabronił im pojechać na Daleki Wschód i głosić Ewangelię. Póki co, mimo niepewności dalej robię swoje.

DZIEŃ 7-POST SUCHY  „ZNÓW KRĘGOSŁUP”

Od obudzenia do południa całkiem fajnie- swoboda i bez osłabienia. Poszliśmy z synem na drzwi otwarte do jednej ze szkół średnich i tam bez powodu, po prostu idąc korytarzem gdy nabrałem powietrza żeby coś mu powiedzieć poczułem ukłucie  w kręgosłupie. Myślałem, że zemdleję. Zastygłem i tak chwilę trwałem zanim mogłem drgnąć i nawet powoli wypuścić powietrze z płuc. Dobrze, że stało się to wdechu. 🙂 Jutro służba więc do końca dnia starałem się to jakoś rozmasować, porozciągać by rano móc jechać do pracy. Niestety jednak nie czułem żadnej poprawy.

Nie dość, że od powrotu do domu osłabienie dnia suchego bardzo wyraźne i bardzo szybko narastało, to jeszcze ten ból, który nie znikał pomimo ćwiczeń fizjoterapeutycznych. Tak kiepsko, że dzisiaj to już bardzo poważnie zastanawiałem się nad przerwaniem tego systemu, oraz by od razu zacząć pić i wrócić do codziennego jedzenia surowego, jak przed procesem. Nie wiem dlaczego nie wróciłem. Być może pamiętając z poprzednich podobnych postów i różnych procesów, że zawsze były chwile słabości, wątpliwości nie chcę podejmować zbyt pochopnej decyzji. Być może ból jest jeszcze za mały i być może za krótko trwa. Bywało gorzej, więc może te wcześniejsze doświadczenia sprawiają, że czekam- do jutra, do kolejnego nowego dnia.

Trening: Oczywiście mowy nie było o gdzieś tam planowanym dwugodzinnym ciągłym truchcie, bez przerwy, na boso, po leśnych dróżkach. Zostawiam ten wytrzymałościowy test na lepsze czasy.

DZIEŃ 8-PICIE SOKÓW

Akceptacja bez konieczności zrozumienia.

W nocy wybudzenie jak zwykle ok 3 rano, ból nie był mniejszy.

W straży jest tak, że gdy ktoś nie przychodzi na służbę, wzywana z wolnego jest inna osoba. Jesteśmy kumplami i chyba nikt nie chce burzyć innym weekendowych planów. Szukałem odpowiedzi, czy mimo bólu mam iść do pracy ale znów nie słyszałem odpowiedzi. Zadecydowałem więc samemu, że zostaję w domu. Dlaczego to opisuję? Ze względu na to, co stało się potem.

Jak tylko podjąłem ostateczną decyzję i poinformowałem dowódcę, że mnie nie będzie, w tej samej chwili ból zaczął ustępować. Nie cały od razu, ale od razu zaczęło wracać coraz bardziej swobodne poruszanie. Poprawa wyczuwalna była od razu.

Takie zdarzenia jak wczorajsze, kiedy dzieje się coś nieprzyjemnego i niby bez wyraźnej przyczyny, a potem brak zmiany do czasu podjęcia decyzji, po podjęciu której nieprzyjemne doświadczenie znika, są dla mnie informacją, że mimo osobistych chęci i pragnień bycia dobry kumplem, po prostu miałem dzisiaj nie być w pracy. Nie wiem dlaczego i być może nigdy się nie dowiem, ale tak podchodzę do takich sytuacji. W ogóle, we wszystkich spotykających mnie nieprzyjemnych doświadczeniach staram się zauważyć jakiś przekaz, staram się nie oceniać przez pryzmat swoich nieprzyjemnych, niewygodnych odczuć, tylko szukać w tym informacji, a w sercu podpowiedzi co do działania jakie mam podjąć. W takich sytuacjach dostrzegam sposób naszej interakcji z różnego rodzaju istotami duchowymi.

Trening: Brak. Od ok 14 już bardzo fajnie się czułem i nawet pojawiła się myśl o jakimś delikatnym treningu, jednak ze względu na nadal odczuwany dyskomfort zamieniłem trening na spacer 7 km nad jeziorem podczas zachodu słońca. Już w trakcie przyszło osłabienie a także pojawił się głód, więc po powrocie najbardziej do tej pory gęsty szejk z połowy avokado, czosnku i łyżki masła orzechowego w rozcieńczeniu z wodą. Głód minął ale odczuwalne osłabienie pozostało do końca dnia, szczególnie mięśni obręczy barkowej. Tak więc mimo samopoczucia w ciągu dnia na poziomi +3/5, dzień kończę na osłabieniu -1/5. Nie paraliżuje, pozwala na normalne funkcjonowanie, ale nie na intensywną aktywność fizyczną. Kolejny dzień bez treningu, co odbiera mi trochę radości z życia.

Brak pewności Bożego prowadzenia.

Zdałem sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu, może paru tygodni, nie słyszę głosu Boga. Czy ma to związek, z tym, że mniej więcej w tym czasie zmieniłem kierunek skupiania swojej uwagi z Biblii do serca? Z wpatrywania się w Jezusa siedząceo po prawicy Ojca, do szukaniem relacji z Duchem Świętym poprzez medytacyjne wyciszanie umysłu i wnikanie w siebie? Jeżeli tak, to myślę, że tylko dlatego, iż po ponad roku niemedytowania wyciszenie umysłu przestało być takie naturalne jak kiedyś gdy medytacja i świadome oddychanie było systematycznym elementem dnia. Bez trenowania umysł znów rozpasał się. To, co było łatwe w osiąganiu i naturalne przestało takie być i teraz żeby wyciszenie znów przychodziło z łatwością, umysł wymaga ponownego zapanowania nad nim.

Mimo, że o medytacji nie ma ani słowa w Biblii, to Paweł pisze jednak o konieczności brania w niewolę swoich członków. Umysł jest jednym z takich członków przynależnych do ciała, wiec cały czas mam wewnętrzne przekonanie, że stan medytacyjnego wyciszania umysłu, który pozwala lepiej słyszeć głos serca, w którym mieszka przecież Duch Chrystusowy, jest budujący bliskość z Bogiem prawdziwym. Ważne tylko, by kierując uwagę do wewnątrz siebie, by wyciszając umysł w medytacji, nie zaniedbać żadnej z pozostałych Osób Boga trójosobowego, a co ja chyba zrobiłem. Tak, jak wyciszenie umysłu sprzyja uwrażliwianiu się na głos i poruszenia Ducha Świętego, tak czytanie i rozważanie Biblii pozwala zbliżać się do Osoby Jezusa, który zasiadając teraz po prawicy swego Boga Ojca jest pośrednikiem dla naszych myśli kierowanych do Ojca. Zaniedbywanie lub brak osobistej relacji z którąkolwiek z trzech osób jednego Boga oznacza zaniedbywanie lub brak poznania Boga. Modlitwa, rozważanie Biblii i medytacja wyciszająca, w moim doświadczeniu, te trzy, jeżeli staną się codziennością, bardzo uwrażliwią nas na głos Boga Żywego.

BLOK II PODSUMOWANIE    „WĄTPLIWOŚCI”

Nie wiem co mógłbym napisać. Nadal nie jest fajnie. Najbardziej przeszkadza to osłabienie uniemożliwiające przygotowanie do IM. Skończyło się dopiero drugie powtórzenie i nie wiem, czy dam radę wytrwać w tym systemie kolejne bloki. Nie czuję natchnienia, inspiracji. Nadal nie wiem co jest ważniejsze IM, czy poszczenie, czy może coś innego. Choć pytam i proszę Boga, by podpowiedział, to nie czuję żadnej inspiracji więc nie bardzo wiem co robić. Badam swoją relację z postem i treningami, czy nie przywiązuję się do nich, czy nie podchodzę zbyt osobiście, co oznaczałoby, że zapanowało nad Drogą moje ego a nie Bóg. Mam nadzieję, że moja ocena jest szczera.

Po trzech latach od nawrócenia poczułem, że jeżeli chodzi o głoszenie Dobrej Nowiny o Jezusie i jego Królestwie, moje działania nie przynoszą dojrzałych owoców. Smutno mi, bo sam otrzymałem łaskę poznania  wszystkich trzech osób Boga i chcąc dzielić się tym szczęściem z innymi, do tak niewielu docieram. To co robię nie zbliża innych do Jezusa, nie wzbudza w innych wdzięczności za to co On dla nas zrobił i nie zapala pragnienia przyjęcia od Niego łaski zmartwychwstania do nowego życia. Zastanowiłem się więc, czy przypadkiem do tej pory nie działałem wykorzystując własną siłę duszewno-intelektualną zamiast w pokorze dbając o posłuszeństwo, pozwalać wiać wiatrowi Mocy DŚ. Zostałem zmuszony do przyznania się, że najprawdopodobniej tak właśnie postępuję. Nie szukam Mocy Osoby Ducha Świętego mieszkającego w sercu, tylko działam własną ludzką siłą. Przyznałem się, że ja swoimi siłami więcej już nie zrobię, jednocześnie widząc z jaką potęgą działa DŚ przez innych ludzi, chyba po raz pierwszy zapragnąłem tego w swoim uczniostwie. I znów badam tylko, czy moje pragnienie dyktowane jest szczerą intencją służenia Bogu, dla Jego chwały i ku zbawieniu innych,  czy przypadkiem  nie dla jakiś swoich pobudek. Tak łatwo przychodzi utrata pokory.

BLOK III 08.04-11.04.19r

DZIEŃ 9- JEDZENIE   „KAWA Z CÓRKĄ ” oraz  „TEST 2H CIĄGŁEGO BIEGU”

Ale numer! Jakie miłe zaskoczenie! Wczoraj czarne myśli a dzisiaj zmiana o 180* pod każdym względem. Rano jeszcze tak sobie, choć dużo lepiej, niż w dzień jedzenia bloku nr 1. Podobnie dzisiaj, nie od razu miałem ochotę na stałe jedzenie więc rano tylko sok. Pierwszy posiłek stały po godz 11. Sporo przetworzonych produktów, z których najdziwniejszy to miód. Ochota była jednak tak wielka, że kupiłem i w ciągu całego dnia zjadłem objętość jednej konkretnej łyżki. Oprócz tego, z przetworzonych produktów to masło orzechowe, pół tabliczki czekolady, i 0,3l lodów wegańskich do kawy.

To, co spowodowało takie doładowanie to chyba jednak nie jedzenie, tylko spotkanie i fajnie spędzony czas na rozmowie przy kawie z córką. Tak, ewidentnie po tym nastąpiła zmiana tak wyraźna, że po południu zrobiłem w końcu porządny trening. Zastanawiałem się pomiędzy siłowym treningiem, którego już chyba od miesiąca nie rozbiłem, a biegiem. Wygrał bieg i chęć zrobienie testu sprawdzającego jak zachowa się organizm zmuszając go do ciągłego biegu przez 2 godz. Bez pośpiechu, trucht ale z dbaniem o jak największe rozluźnienie ciała i poprawną technikę. To, tak już pod dłuższy dystans triathlonowy. Biegłem na boso.

No i niestety ciało zareagowało bardzo kiepsko. Już po drugim kilometrze zaczęło odzywać się lewe kolano i z każdym kolejnym było tylko gorzej, coraz częściej musiałem zatrzymywać się i rozciągać, masować, rozluźniać. Do tego stopnia, że po ok 8km (godzinie ruchu) więcej szedłem niż biegłem. Od 10km dodatkowo bardzo mocno odezwało się jakieś kłucie w mięśniach chyba pośladkowych i to nawet podczas marszu. Tak więc siły miałem dużo, energii i chęci także, zupełnie nie czułe zmęczenia ale wspomniane bóle nie pozwoliły korzystać z zapasu mocy.

„Nasze ciało jest tak sprawne, jak sprawna jest najsłabsza jego część”

Szukam przyczyn i sposobów by to wyeliminować. Kolano to najprawdopodobniej z powodu dużo słabszej lewej nogi ( różnica w masie mięśniowej z prawą to 2 kg), tak więc duży nacisk treningowy muszę położyć na wyrównanie tej dysproporcji. Zwróciłem dzisiaj uwagę, że rzeczywiście inaczej na odbiciu pracuje lewa noga niż prawa. Ból mięścnia pośladkowego to wydaje mi się, że nic poważnego- kwestia rozbicia i rozciągnięcia. Po prostu to był pierwszy taki wysiłek więc miał prawo się zmęczyć i dać o tym znać.

Nie mogę uwierzyć, że tak fajnie minął ból w kręgosłupie piersiowym. Dwa dni temu, nie mogłem chodzić, wczoraj nie poszedłem do pracy, dzisiaj byłem u lekarza po zwolnienia, a po obiedzie już biegałem. Pięknie!

Dzień kończę bardzo pozytywnie nastawiony i ciekawy czy jutro będę miał zakwasy. W zależności od kondycji chciałbym jutro zrobić trening na basenie ale zobaczymy.

NOC

Chciałem zamienić pisanie na nagrywanie ale nie poszło. Myśli, które tak łatwo przychodzą w głowie, gdy mają przejść przez gardło, plączą się i znikają. Zastanawiam się, czy nie jest to odpowiednia dla mnie forma wyrazu, czy może ta nieumiejętność zamiany myśli na słowa wypowiadane nie wynika tylko z tego, że nigdy tego nie robiłem, wiec czuję się nienaturalnie mówiąc. Może gdybym poćwiczył to z praktyką słowa także wychodziłyby z łatwością? Na razie zostawiam zmianę i pozostaję przy pisaniu, a jedynie to kontynuuję naukę bezwzrokowego pisania by budząc się w nocy, kiedy przychodzi najwięcej odpowiedzi, móc je zapisać nie męcząc oczu.

DZIEŃ 10-PICIE SOKÓW        „NORMALNIE”

Zadowolenie i nawet zdziwienie, że nie pojawiają się żadne zakwasy po tych wczorajszych dwóch godzinach marszobiegu, tym bardziej, że w trakcie wysiłku tak bardzo bolało mnie kolano i pośladki. Czyżby rolowanie się sprawdziło?

Na jaki trening, jaką aktywność fizyczną dzisiaj miałbym ochotę? Takie pytanie zadaję sobie codziennie. Basen, ale taki spokojny, bardziej Fun niż trening, a że jak fun to najlepszy z dziećmi, więc odciągnąłem ich zapewne od kompa i poszliśmy do aquaparku. Ja zrobiłem ok 400 m różnych ćwiczeń na technikę kraula i potem czas z dziećmi. Bardzo przyjemnie.

Zacząłem dzień od klarowanych soków, ale na pierwsze poczucie głodu zagęściłem do szejków i tak już do końca dnia. Zagęszczenie polega na miksowaniu avokado lub dodaniu łychy masła orzechowego od soku. Pomaga. Głód znika i mogę dalej fajnie spędzać czas utrzymując witalność, energię taką jaką lubię.

DZIEŃ 11-DZIEŃ BJ&BP (BezJedzenia i BezPicia)

A jednak zakwasy łydek, pośladków dzisiaj się pojawiły. Dodatkowo dyskomfort w kręgosłupie. Dlatego dzień zaczęty intensywnym rolowaniem i rozciąganiem. Pomimo ochoty jeszcze na jakiś siłowy trening, odpuściłem nie chcąc przesadzić. Niech najpierw złagodnieją objawy po ostatnim wysiłku Cieszę się, że nie bolą kolana i zauważam poprawę siły i zakresu ruchu tej słabszej, lewej nogi. Chyba mniej strzela w kolanie. Przyglądając się jak ćwiczę zauważam jednak, że gdzieś podświadomie, pewnie w obawie przed ukłuciem, nadal mniej obciążać to lewe kolano. Mam nadzieję, że z dalszą pracą swoboda i siła będą coraz większe i przede wszystkim bardziej wyrównane.

Wieczór- od popołudnia znów spowolnienie, burczenie w brzuchu i dość silny głód. Spoko, nie jest tragicznie ale na takiej energii to nie chciałbym żyć na stałe. Być może dlatego pytania po co mi ten dzień bez jedzenia i picia? Czy to coś daje, coś buduje pod powierzchnię nieprzyjemnych doznań? Nie wiem ale mam taką nadzieję. A może wystarczyłoby bycie na samych sokach na przemian z jedzeniem surowym? Miałbym cały czas fajną energię i siły na treningi. Czy to nie wystarczyłoby, żeby iść cały czas w kierunku coraz lżejszego odżywiania? Czy organizm i tak z czasem nie zachęciłby do jakiegoś kolejnego etapu coraz lżejszego i rzadszego jedzenia? Jednak chcę te 40 dni wytrzymać. Chcę zobaczyć jak moje ciało tym razem będzie reagowało na tę nową sytuację, nowego schematu żywienia. Czy obecny brak siły i energii w dniu suchym to tylko przejściowe i przed końcem X-tego bloku minie, czy też nie? Takie tam rozważania trzeciego dnia suchego… Fajnie, że mam dzieci i mogę z nimi spędzać czas, bo każde spotkanie z nimi poprawia mi humor i dodaje energii.

NOC: Cały czas trudno powiedzieć ile przysypiam w nocy, ponieważ jest to przerywany sen. Dzisiaj np choć spałem od 22 do 4 rano, to budziłem się o 23, 24 i 03. Nie wiem dlaczego, na szczęście są to krótkie wybudzenia, po których szybko zasypiam (tak mi się przynajmniej wydaje). Nie znalazłem pomysłu jak, więc poddałem się, by to jakoś unormować w jeden ciągły sen i chyba coraz bardziej ja przyzwyczajam się ponieważ już tak nie przeszkadza jak na początku.

DZIEŃ 12- DZIEŃ SOKOWANIA 

Dzisiaj z kolei w tym nocno-mocno porannym czasie poszedłem na 5km spacer do lasu. Po przebudzeniu czułem się świetnie. Nawet zdziwiony, że ani nie miałem ochoty pić, ani nie było suchość w ustach, ani żadnego osłabienia w mięśniach, tak wyraźnego niemal przez cały wczorajszy dzień. Śpiew ptaków za oknem dodatkowo mobilizował, by coś zrobić. Dzisiaj był to właśnie spacerek przeplatany przebieżkami wyrównującymi obciążanie lewej nogi i stabilizację bioder. Z domu wychodziłem gdy było jeszcze ciemno, a wróciłem za jasnego. Przyjemne, jeszcze mroźne powietrze i nawet temp 4st fajnie orzeźwiała. Właśnie czegoś takiego oczekuję. To jest stan, w którym chcę przebywać. Radość, energia, chęć do życia, wdzięczność, zachwyt, wolność… Patrząc na otaczający mnie las czułem, że moje widzenie jest jakieś inne, ostrzejsze. To, na co patrzę jakby jaśniało w jakiejś poświacie. Jednocześnie miałem takie wrażenie, że kiedyś już doświadczyłem podobnego widzenia. Przeszukałem zasoby pamięci i zahaczyłem o pewien jednorazowy incydent sprzed paru lat. Nie będę wspominał co to było, ponieważ tamto nie było moim naturalnym stanem. Tamto pojawiło się po wsparciu zewnętrzną substancją więc absolutnie nie jest to droga, którą ktokolwiek powinien podążać. Szukanie czegokolwiek w zewnętrznych substancjach prędzej czy później doprowadza do uzależnienia się i odsuwa od możliwości takiego prawdziwego poznania siebie, dotarcia do swojej głębi bycia osobą w postaci człowieka. Nie polecam. Polecam za to świadomą pracę ze sobą poprzez naukę bycia coraz bardziej uważnym na to co się myśli, na emocje, które się odczuwa, bo te dwa aspekty wewnętrznych doświadczeń chyba najbardziej pozwalają nam dotrzeć do samych siebie, do tego kim jesteśmy, a to z kolei poprawia nasze słyszenie Boga.

Ale żeby nie było, gdy ktoś już dotrze do swojego Ja i się zachwyci tym stanem bycia świadomym swej samoświadomości bez udziału świadomości, niech nie pomyśli przypadkiem, że to Bóg, lub co gorsze, niech nie zacznie traktować siebie jak Boga, ponieważ ten stan jest na prawdę jeszcze bardzo daleki od poznania Bożej Miłości.

Potrzeba pokory by zachować neutralność zachwytu, który towarzyszy pierwszemu spotkaniu ze samym sobą.

Źródłem tej pokory jest świadomość Miłości naszego wspaniałego zbawiciela- Jezusa Chrystusa. Ja też uległem zachwytowi. Na szczęście Jezus pozwolił mi poczuć przez ułamek sekundy swoją obecność i jego Miłość, którą nas darzy. Miłość mającą zupełnie inną głębię niż to medytacyjne uczucie towarzyszące dotarciu do swojej samoświadomości. W spotkaniu z Bogiem osobowym spływa na nas tak czysta i przejmująca Miłość, że rozjaśnia w nas i sprawia, że wypływa na powierzchnię wszelka nasza ciemność i nawet szarość, a co prowadzi każdego do głębokiej skruchy. Na szczęście Bóg prawdziwy, który także jest osobą, nie zostawia nas zasmuconymi poczuciem swojej grzeszności, gdyż w tej samej chwili daje możliwość przyjęcia SERCEM ofiary Jezusa, która zabiera od nas całą tę nieczystość. Dzięki temu, że Pan przelał swoją krew w naszym imieniu, przyjmując ją teraz na siebie, zostajemy oczyszczeni i zaproszeni do bliskiej relacji z Bogiem Jedynym i Prawdziwym przez przemianę serca i napełnienie nas jego Świętym Duchem. Nie ma to związku z żadną religią, ani rytuałami, po prostu trzeba otworzyć się na Miłość Jezusa. Jeżeli ktoś tego nie doświadcza, to trzeba wyrazić taką chęć, gotowość otwarcia się na Boga Żywego, Osobowego, Prawdziwego Jedynego. Tylko tyle i aż tyle.

TRENING- mega, ale żeby zmusić się do wyjścia na basen świadomie skorzystałem z dopalacza w postaci kawy. Zazwyczaj tego nie robię ale dzisiaj czułem, że jest to dobre.

Co do treningu, to rewelka mi się pływało. Mam takie poczucie, że czas zmienić charakter treningu pływackiego. Do tej pory skupiałem się na poprawnej technice, ale na obecnym poziomie jej opanowania, chyba wystarczy by spokojnie przepłynąć 1/8 a nawet 1/4 Iron Mena. Teraz większą korzyścią będzie złapanie jak największego luzu, by woda była moim sprzymierzeńcem a nie przestrzenią z którą się zmagam, jak jest jeszcze teraz. Luz! Po prostu trzeba teraz wypływać kilometry ze skupieniem uwagi na tym aspekcie i będzie git.

WAGA- Wieczorem jak w każdy czwarty dzień bloku zważyłem się i… trochę się zaniepokoiłem ponieważ waga spadła do 67, czyli o kolejny kilogram w dół. To już w sumie 4 kg mniej od punktu wyjścia! Na razie nie czuję jakiś negatywnych objawów ale nie podoba mi się to. Zastanawiam się tylko nad przyczyną, czy to sposób odżywiania wg tego systemu, czy może jest jeszcze jakiś inny powód. Spadek następuje w sumie od jakiegoś już czasu, więc może to zmiana rodzaju wysiłku? Zupełnie odpuściłem ćwiczenia siłowe, czyli zwiękaszajace masę mięśniową (kalistenika) na rzecz wytrzymałościowych (bieg, pływanie). Mięśnie więc się kurczą dostosowując do obecnego wysiłku. Chciałbym, by to było przyczyną. Nie mniej granicę mam cały czas ustawioną na 75 kg i gdy przez dwa ważenia moja waga spadnie poniżej tej granicy, nawet jeżeli nie będę wyczuwał negatywnych objawów, to przerywam i wracam do codziennego odżywiania stałego. Póki co to był bardzo fajny dzień.

BLOK IV 12.04-15.04.19r

DZIEŃ13- DZIEŃ JEDZENIA „TEST BIEGOWY POD TRIATHLON”

Dużo zmarnowanego czasu na wybór blendera by za jak najmniej wybrać jak najlepszą jakość. Dostrzeżenie tego uświadomiło mi, że nadal bardzo mocno absorbują mnie sprawy mało ważne, nadal wydając pieniądze kieruję się jakimś poczuciem niedostatku.

Jak zwykle pytanie, czy to jest właściwy dzień na trening i jeżeli tak, to jaki.

Jeżeli chodzi o jedzenie, to kolejny dzień jedzenia, w którym od rana nie miałem ochoty na nic stałego więc do wczesnego popołudnia tylko na sokach i szejkach. W końcu jednak pojawił się smak, który usatysfakcjonowałem całkiem obfitym, surowym posiłkiem.

„To, że wege nie oznacza, że zdrowe”

Kupiłem lody wegańskie, ale w domu głos wewnątrz mówił by nie jeść ich. Kurcze, o co chodzi? Powalczyłem trochę i słuchając tego głos jednak wywaliłem. W tym samym czasie zadzwonił telefon, więc te lody sobie topniały, a ja o nich zapomniałem. Potem poszedłem na trening ponownego testu dwóch godzin ciągłego, spokojnego biegu. W porównaniu z biegiem sprzed czerech dni tym razem mega swoboda i brak nieprzyjemnych reakcji ze strony kolana czy kręgosłupa. Frajda!

Co do lodów w kibelku, to dopiero po powrocie zauważyłem, że nadal tam są i co otworzyło mi oczy, w niewiele zmienionej konsystencji. Co oni tam dodają?! Czy lody nie powinny topnieć? Jedząc je, ta maź oblepiłaby tylko jelita. Po raz kolejny została mi zwrócona uwaga na to, że nawet jedzenie wegańskie wcale nie musi oznaczać zdrowego i że zawsze należy zachowywać czujność i pogłębiać świadomość. Dopiero teraz zrozumiałem i cieszę się, że byłem posłuszny wywalając je.

DZIEŃ 14- DZIEŃ PICIA „SŁUŻBA”

Dzień totalnie wybił z rytmu w jakim byłem od początku stosowania tego schematu. Najpierw manewry do wczesnego popołudnia, potem ogarnianie sprzętu przeplatane z wyjazdami. Od ok 16 bardzo mocno dawała się w kość senność. Próbowałem przetrzymać do wieczora, ale noc na pierwszym wyjazdowym wozie to bardzo duże prawdopodobieństwo braku możliwości zdrzemnięcia się. Nie chciałem ryzykować, więc jak tylko nadarzyła się chwila wolnego to uzupełniłem potrzebę snu. Wcześniej wiedząc, że nie mam takiej możliwości wspomogłem się kawą. Nie lubię wykorzystywać takiego wspomagania jeżeli ewidentnie wiem z czego wynika deficyt. Wiem, że jest to tylko doraźne „leczenie” skutku, a nie przyczyny dysfunkcji. Dopuszczam jednak takie radzenie sobie z niesprzyjającymi okolicznościami zewnętrznymi, jednocześnie zastanawiając się co mógłbym zrobić, by w przyszłości nie dopuszczać do podobnych sytuacji. Niestety, po dwóch tygodniach zmuszania się do codziennego wstawania o 5 rano, próba uregulowania stałych godzin snu nie udała się, więc na razie nadal nie mam pomysłu co dalej. Zostawiam to wiedząc, że z czasem wskazówka co dalej z tym zrobić się pojawi, a póki co akceptuję środki zaradcze tymczasowe. 🙂

Trening: Niewyspanie, więc odpada. Widząc jak ważne jest systematyczne rozbijanie mięśni i powięzi szczególnie po intensywnych wysiłkach byłem na 100% pewien, że dzisiaj także będę rolował i rozbijał te najbardziej blokujące ruch mięśnie ale przy takim poczuciu niewyspania nie miałem ochoty nawet nawet na taką aktywność. Jutro drugi dzień od biegu, więc dzień kiedy ból powysiłkowy jest największy. Zobaczymy. Dzisiaj natomiast choć czuję nogi, to bardzo się cieszę, że nie pojawiają się żadne bóle w stawach. Ból mięśni jest zdrowy, ból stawów nie.

Miał być dzień na płynach, ale jeszcze wieczorem zjadłem 1 banana i 2 daktyle. Ponadto połowa dzisiejszych płynów to szejki ze zmiksowanych a nie wyciśniętych owoców. To tak jakbym jadł, tylko zamiast gryźć, wstępnie miksuję ale do żołądka jednak trafiają także części stałe więc kwestia „Jem” czy „piję” może być dyskusyjna. Z niesurowych produktów to dwie łyżki masła orzechowego dodanego do szejku, piwo bezalkoholowe pasteryzowane, kawa z owsianym mlekiem UHT. Mimo tego, że są to produkty na pewno wege, to jednak „raw” już nie do końca, to jednak dobrze się czuję sięgając po nie. Pozwalam sobie na pewną swobodę i luzik w trzymaniu się schematu. Byle by tylko mieć uwagę czy taka swoboda nie ciągnie coraz bardziej w niepożądaną stronę, a jeżeli tak, to rozpoznać rzeczywistą potrzebę. Na razie nie mam zauważam takiej tendencji.

Jutro dzień suchy i powiem, że mimo niewyspania, mimo niepewności jak minie noc, mimo większej ilości szejkow w stosunku do wypitych płynów klarowanych, mam wiele spokoju i takiego poczucia akceptacji wszystkiego co się wydarzy w stosunku do jutrzejszego dnia.

DZIEŃ 15- DZIEŃ BJ&BP    „DZIEŃ ODPOCZYNKU PO SŁUŻBIE”

Po wstaniu znów nie było zakwasów ani innych dolegliwości poza coraz bardziej narastającym pragnieniem snu. Dlatego po powrocie od razu sen, i to 1,5h. Pomogło, chęć do życia i energia wróciły. Mogłem zrobić porządne rozwałkowywanie i rozciąganie mięśni. Z innej aktywności spokojny spacer w lesie.

„CZAS PŁACZU I ŻAŁOŚCI”

Smutekl, żal, przykrość, łzy. Tak blisko mam w sercu osoby, które miałem okazję spotkać na swojej drodze rozwoju duchowego zanim poznałem Jezusa. Tak wyraźnie widzę, jak Duch Święty dotyka moich niechrześcijańskich przyjaciół ale Zły wykrada to zniechęcając religijnymi kłamstwami lub czasami  jakaś część nich samych nie pozwala dostrzec prawdy o Chrystusie. Niestety nie przyjmując zbawienia przez wiarę, odbierają sobie możliwość wskrzeszenia do życia w Tysiącletnim Królestwie na Nowej Ziemi.

Tymczasem dzień chyli się ku końcowi i towarzyszy temu ogromna radość z kondycji. Mimo bycia na sucho, mimo wczorajszej dość ciężkiej służby i nieprzespanej nocy cały dzień minął bez osłabienia czy innych negatywnych objawów, które pojawiały się w trzech wcześniejszych blokach czterodniowych. Osad na zębach i nieświeże uczucie w ustach to najbardziej nieprzyjemny dzisiejszy objaw niepicia. Żadnych myśli by przerwać, wręcz przeciwnie, myśli jaki następny mógłbym wykonać krok. Co prawda po kąpieli jednak przyszło wyraźne osłabienie, ale to już było przed samym zaśnięciem, więc przyjąłem je ze spokojem.

NOC: W końcu fajny, „normalny” sen. Normalny, czyli ciągły, bez dziwnych wybudzeń, poza telefonem o 23ciej, kiedy zadzwonił syn. Jednak mimo tego, bardzo szybko znowu zasnąłem. Rano obudzenie na budzik a nie samemu- to także mnie ucieszyło i po tak przespanej nocy wstałem z przyjemnością, a  gdyby nie chęć i obietnica zawiezienia syna na egzamin, pewnie pospałbym jeszcze trochę.

DZIEŃ 16 PICIE.

Po pierwszym piciu wody z sokiem z połowy grejpfruta wyraźne zamulenie i zjazd energetyczny. Zauważam jednak, że często tak reaguje organizm na pierwsze picie po dniu suchym wiec spokój. 20 minut poleżenia w zupełności pomogło. Potem jak zwykle do pierwszego wypróżnienia (jest to nieustalona reguła) tylko rozcieńczone i klarowane soki, piwo B.A i kawa. Następnie trening- basen i dopiero po nim, od ok 17tej szejki.

TRENING-nie chciało mi się, mięśnie nóg nadal nie zregenerowały się do końca, miałem więc wymówkę, by jeszcze dzisiaj odpuścić. Z drugiej strony coraz bardziej czuję słabość, mniej siły w rękach i widzę, jak ubywa masy mięśniowej, którą budowałem zanim nie zmieniłem charakteru treningów. Nie podoba mi się to, więc ponieważ nie znajduję przyczyny osłabienia górnych partii w przetrenowaniu, zmusiłem się do wyjścia na basen pomagając kawą. Trening techniczny, wysiłek tak na 40% po czym relaksik w części rekreacyjnej -:). Konkretny wysiłek zostawiam sobie na jutro. Stanowczo dla zachowania równowagi brakuje mi wysiłku siłowego dlatego od dawna chcę wrócić do systematycznej kalisteniki ale ciągle coś mi przeszkadza. Mam nadzieję, że jutro nie będzie aż tyle wyjazdów, by znów stały się przeszkodą. Analizując treningi widzę, że  co prawda wytrzymałość i kondycja  wzrosły ale jednak dla mnie jeżeli jest to kosztem spadku siły i nawet objętości masy mięśniowej, to traktuję to jako brak równowagi w harmonijnym dbaniu o całość. Czas więc na kolejne zmiany i zacząć zmuszać się do innego wysiłku- mniej powtórzeń, wolniejsze ruchy przy większych obciążeniach, a myślę, że  będzie dobrze.

BLOK IV PODSUMOWANIE NAJLEPSZY

Brak myśli by przerwać, niewielki spadek samopoczucia i spowolnienie ruchów ciała w dzień suchy. Nie wiem, co jeszcze mogę napisać. Ostatnia noc, to pierwszy od paru tygodni fajny, ciągły sen. Na razie była to jedna noc więc nie mogę powiedzieć, że w tej kwestii nastąpiła już zmiana na dłużej. Jedyne co mi się nie podoba, to cały czas, coraz bardziej postępujący spadek siły i masy mięśniowej, szczególnie ramion. Generalnie ok.

PISANE później.

BLOK V DNI 17-20 

DZIEŃ 17 -JEDZENIE SŁUŻBA STRAŻ

Dzień, kiedy jadłem dużo za dużo. Przyczyny:

1.Pozytywne emocje. Dawno nie miałem tak fajnej możliwości, by opowiadać o zbawieniu przez Jezusa, że gdy pojawiło w obliczu pewnej sytuacji, to bardzo to przeżyłem. Mając poczucie, że słowa trafiają na podatną glebę gotową do przyjęcia zbawienia, dziękowałem Bogu. Jednak tak pozytywne emocje sprawiają, że oddałem się nadmiernemu jedzeniu. Bardzo się cieszę, że mimo przyzwolenia na wszystko, jeżeli chodzi o jakość, nadal chęć nie wychodziła poza roślinne produkty. 

2. Niewyspanie. Niestety noc poprzedzająca znów była przerywana, a służba nie pozwoliła na regenerację. Do południa było jeszcze znośnie ale po południu senność była bardzo wyraźna i tak spowalniająca, że starałem się tylko przetrwać do końca służby.  Czyli pomimo planu i pragnienia znów nie udało się zrobić treningu siłowego. Nawet, gdy po drugiej kawie, na chwilę pojawiła się myśl i chęć na trening, to miałem świadomość, że organizm nie jest wypoczęty i ta chęć to tylko pobudzenie po kawie. To nie był dzień na wysiłek- znów odpuściłem mając na uwadze przede wszstkykim zdrowie.

Dzień był tak pomieszany, że wieczorkiem wypiłem jeszcze jedną kawę, która w połączeniu z obfitym jedzeniem spowodowały, że gdy przyszła pora nocna, cały czas byłe pobudzony i nie miałem ochoty na odpoczynek. Dopiero ok 01 w nocy znów poczułem senność. Nie lubię takich dni. Totalnie rozwalone. Czyli przespana fajnie noc pomiędzy 14 a 15 dniem okazała się wydarzeniem jednorazowym, a nie powrotem do zdrowego, ciągłego snu. Szkoda. Pozytywna emocja i niewyspanie- w tym więc upatruję dzisiejsze nadmierne jedzenie.

DZIEŃ 18- PICIE  „ODSYPIANIE”

Półtora godziny zdrowej drzemki przed południem po powrocie ze służby sprawiło, że wróciłem do żywych i choć nadal musiałem nieco zmusić się do treningu, to gdy udało się podjąć wewnętrzną decyzję i wyjść z domu, okazało się, że znów był to bardzo fajny, intensywny i techniczny trening na basenie. Dzisiaj przede wszystkim pracowałem nad chwytem wody.

DZIEŃ 19- BJ&BP     „NIC SZCZEGÓŁNEGO”

Oczywiście czułem osłabienie, ale znów chyba mniejsze niż ostatnio. Dzień minął  spokojnie, na dużo wolniejszej energii niż normalnie. Gdy wczesnego popołudnia zmusiłem się do intensywnego rolowania i rozciągania, odżyłem i chyba to utrzymało mnie na nogach. Dopiero wieczorem większe zakupy a więc przemieszczanie się pomiędzy różnymi sklepami wyraźnie przygasiło chęć do życia. To był jednak już czas na sen, więc z przyjemnością, bez prysznica i pościeli zasnąłem pod śpiworem.

NOC 19/20 FAJNA 7 godzin ciągłego snu wystarczyło, by o 5 rano z ochotą wstać do pracy.

DZIEŃ 20-PICIE „SŁUŻBA”

Pierwsze picie po dniu suchym, to picie rozcieńczonego klarowanego soku tak małymi łyczkami, że mam poczucie picia bardziej śliny o smaku pitego owocu, która zaczyna wtedy intensywnie się wydzielać, niż tego soku. W ten sposób przez 2 godziny podróży wypiłem 0,7l płynu. (Nie licząc śliny. 🙂 )

Znów mogłem podzielić się fragmentem z Biblii, który w ostanich dniach rozważania Psalmów bardzo mnie poruszył i zamieściłem go na FB: Ty, Panie Jezu ofiarowując swoje życie na krzyżu wyzwoliłeś nas z sideł, a zmartwychwstając i wlewając w nasze serca swojego Świętego Ducha łamiesz wszelkie klatki. Tylko dzięki Tobie na zawsze jesteśmy wolni. Chwała CI Boże żywy, jedyny prawdziwy.

Dzisiaj jednak najbardziej cieszę się z tego, że w końcu zrobiłem trening siłowy. Oczywiście, po ponad trzytygodniowej przerwie czuję wyraźny spadek siły. Dlatego tęsknię za zdrowym, ciągłym snem co umożliwi odpowiednie trenowanie. Jak pokazał dzisiejszy dzień, 7 godzin snu wystarczy. Nawet nie czułem potrzeby na dodatkową drzemkę w ciągu dnia.

Jeżeli chodzi o odżywianie, to po dniu suchym piję tyle, na ile mam ochotę i dzisiaj np było to ok 3l płynów w postaci soków i potem szejków do których blenduję np ziarna słonecznika lub trochę masła orzechowego. Jest godz 21 i bardzo fajnie się czuję.

BOŻA ŁASKA ŻYCIA W OBFITOŚCI. Musiałem się upomnieć ponieważ w ostatnich dniach zacząłem martwić się o pieniądze, zapominając, że gdy kroczy się drogami Boga, to On, bez naszej troski, daje nam wszystko czego potrzebujemy. Zapomniałem, że przecież od wielu lat otrzymuję od Niego tyle ile jestem w stanie przyjąć, a jeżeli zdarza się, że przestaję odczuwać obfitość to tylko ze względu na moje ograniczenia i niewłaściwe patrzenie.

PISANE 29 DNIA:

BLOK VI OKRES ŚWIĄT WIELKANOCNYCH

DNI 21-24

Trzy noce pod rząd spałem bez wybudzania. Siedem godzin takiego snu pozwalało potem fajnie spędzać dzień bez konieczności drzemki. Ucieszyłem się, że w końcu przyszło znormalizowanie i że w końcu będę mógł zagospodarowywać efektywnie czas w ciągu dnia. W bloku VI dzień BJ&BP znów wypadał, gdy miałem służbę. Oczywiście spowolnienie pojawiło się, jednak nie przeszkodziło w popołudniowym, całkiem fajnym treningu siłowym. Jest to już drugi taki trening więc chyba wracam do kalisteniki. Siła w stosunku do czasu sprzed paru tygodni, gdy ćwiczyłem regularnie jest kiepska i tak np. z ledwością wytrzymałem trzy serie stania na rękach po 1 min w oparciu stopami o ścianę. Ciekawe, że udało się zrobić cztery serie po 8 siłowych podciągnięć na drążku, a więc mniej więcej tyle, co w czasie, gdy ćwiczyłem. Teraz ważę jednak ok 5 kg mniej, więc być może dlatego utrzymała się ta sama ilość powtórzeń. Wiem, że dla większości ćwiczących siłowo są to śmieszne ilości powtórzeń. Robię jednak tyle ile robię. 🙂 Dzień po służbie, czyli w ostatni dzień bloku pojawił się silny ból kręgosłupa.

ŚWIĘTA- nie obchodziłem w żaden sposób. Szkoda, że nie zorganizowałem się, by przed nimi porozmawiać z dziećmi i wyjaśnić im dlaczego nie obchodzę „zajączka”. Myślę, że cała trójka już jest na tyle dojrzała, by móc im powiedzieć, że tradycja katolicka bardzo odbiega od Drogi Biblijnej, którą ja pragnę chodzić. Myślę, że są już gotowi, by przyjąć mój wybór ze zrozumieniem. Niedzielny czas poświęciłem na modlitwie, rozmyślaniu o Bogu, Jezusie i Duchu Świętym podczas długiego spaceru na boso w lesie. Czasami odzywał się smutek, że tak rzadko spędzam czas ze wszystkimi dziećmi razem. Najpierw relacja z Córką się osłabiła, a teraz dostrzegam, że wraz z usamodzielnianiem się synów, my także zaczynamy widywać się coraz rzadziej i krócej, przez co nasza bliska, fajna relacja chyba także słabnie. Miłość nigdy nie osłabnie, ale relacja, jeżeli o nią się nie dba bardzo szybko. Nie mieszkając na co dzień z dziećmi, zdaję sobie sprawę, że jest to cena, którą płacę za brak cierpliwości, który wykazałem podejmując decyzję o rozwodzie. Nie wiem, czy teraz podjąłbym inną decyzję ale myślę, że tak, że dzięki świadomości i docenieniu tego, jak poświęcił się dla mnie Jezus, inaczej patrzę na ludzi. Myślę, że jeszcze bardziej, jeszcze dłużej próbowałbym zbudować rodzinę, w której wszyscy czuliby się szczęśliwi.

BLOK VII

DNI 25-28

Przez całe cztery dni ból. Częste rozmasowywania, wałkowania i uciski tzw punktów spustowych. Ból miejscowy przy nacisku, ale potem wyraźna poprawa rozluźnienia w kręgosłupie. Ewidentnie pomagało.

Znów szukam przyczyny pojawienia się tego bólu i znajduję wiele, różnych:

  1. Przewianie- po dwóch godzInach jazdy samochodem po służbie do domu, wysiadłem w krótkim rękawku nie zwracając uwagi, że mimo słońca jest silny, zimny wiatr. Potem odpadła osłona miski olejowej silnika, więc leżałem na ziemi naprawiając ją- wysiłek, rozgrzanie, dziwne pozycje i znów wystawienie na wiatr.

  2. Trening siłowy- powrót do ćwiczeń siłowych to zupełnie inne obciążenie dla kręgosłupa i myślę, że to również mogło wpłynąć na osłabienie.

  3. Spadek wagi prawie do poziomu ustalonej dolnej granicy po przekroczeniu której mam przestać kontynuować schemat i wrócić do dawnego odżywiania. Co prawda jest to na razie 66 kg i to na zakończenie dnia suchego postu ale i tak, 1 kg do ustalonej granicy wzbudza czujność. Teraz rozumiem skąd uczucie napięcia skóry całej twarzy. Jeżeli twarz tak się napięła, to być może i plecy, mięśnie przykręgosłupowe spowodowały większy nacisk na kręgi i wystąpienie bólu. Kojarzę, że chyba parę razy wcześniej, gdy waga spadała również pojawiał się ból kręgosłupa. Nie jest więc to tylko pojedynczy przypadek, tylko jakaś reguła, że szybki spadek wagi może powodować bóle.

  4. Element emocjonalny. Zachorował dowódca zmiany, na której jestem i jako najstarszy zastępuję go. Pojawiły się więc zupełnie nowe okoliczności zewnętrzne w których się znalazłem. Do tej pory gdy kończyłem służbę wracałem do domu i nie myślałem o straży. Teraz czuję odpowiedzialność za to jak wygląda na zmianie. Organizacja szkoleń, wypełnianie dokumentów, zapewnienie ludzi na każdą służbę, wyjaśnianie różnych pojawiających się sytuacji. Przejmuję się trochę, a czas po służbie przestał być tylko moim prywatnym czasem i zaczęły wdzierać się do niego sprawy zawodowe.

Blok zaczyna dzień jedzenia i w tym bloku sięgnąłem pierwszy raz od ponad miesiąca  po przetworzone wegańskie stałe jedzenie. Był to hot-dog i kebab z ciecierzycy. Zanim zdecydowałem się odejść od surowizny widziałem, że coś jest nie tak, że od początku dnia jedzenia, pomimo, że jem więcej niż zwykle surowizny i tak nie mogę zajeść nawet orzechami i avokado. Żołądek mam pełny, nawet za bardzo, ale cały czas czuję potrzebę na coś i jest to coś przetworzonego. Ponieważ podobne uczucie było już w poprzednim bloku, ale jednak myśl o jedzeniu przetworzonych była bardziej odpychająca niż to pragnienie, wtedy jakość przetrwałem ten dzień jedząc więcej orzechów i szejki z avokado. Tym razem jednak chęć na burgera była jeszcze silniejsza i atrakcyjna do samego końca. Idąc, kupując i jedząc sprawiała przyjemność, zadowalając to :pragnienie”. Znów więc introspekcja co spowodowało, że odszedłem od raw-food:

  1. Nowa sytuacja zewnętrzna której jeszcze nie znam i dopiero się uczę. Emocje związane z zastępowaniem d-cy zmiany

  2. Spadek wagi. Jedząc jeszcze nie wiedziałem ile ważę, bo zważyłem się dopiero trzeciego dnia tego bloku. Ale najwyraźniej mój organizm osiągnął poziom dla niego graniczny i nie podoba mu się to. Podświadomie, naturalnie domaga się więc by trochę oddalić się od tego stanu.

  3. Ból kręgosłupa. Dyskomfort fizyczny. I to bardzo silny, bardzo ograniczający nawet normalne funkcjonowanie na pewno osłabił moją uważność, a nie będąc przed tym postem jeszcze całkiem ugruntowanym na poziomie odżywiania surowego, spowodowało to powrót do tego, co było już ugruntowane, czyli przetworzonych produktów wege.

Myślę, że są to wystarczająco silne powody, by uznać je za źródło odejścia od jedzonka surowego. Co czuję w związku z tym? Absolutnie żadnych negatywnych emocji. Cały czas stawiam siebie, swoje ciało w nowych, nieznanych jeszcze okolicznościach, a czasami to ja jestem w nich stawiany więc jedynie co czuję , to ciekawość w obserwowaniu siebie. Wchodząc na nowe obszary musimy mieć akceptację dla wszystkiego co będzie się wydarzało. Obserwować, poznawać, uczyć i jedynie starać się reagować na to, co się wydarza w możliwie najlepszy dla nas sposób.

Ostatniego dnia bloku jednak poczułem poprawę od tego stopnia, że mogłem sobie zrobić 5 kilometrowy spacerek po lesie nie musząc iść niedołężnie zgiętym w biodrach. Potrzebowałem więc 3 pełnych dni rozciągania, masowania, ugniatania, rozluźniania, by poczuć poprawę. Mniej więcej właśnie tyle potrzebuję gdy pojawia się taki ból. Bez lekarstw, bez środków przeciwbólowych, tylko fizjoterapia. Nie uznaję lekarstw przeciwbólowych ponieważ nie leczą przyczyny, tylko łagodzą objaw. O ile ból jest do wytrzymania wolę go czuć bo zmusza do ostrożności, większej uwagi i dbania o siebie, a także pokory. Tym razem problemem największym wyzwaniem była niemożność wzięcia zwolnienia lekarskiego i konieczność pełnienie służby w takim stanie. Nie było to mądre dla mojego zdrowia, ale biorąc L4 zostałby ściągnięty kumpel, któremu bardzo zależało na wolnym w tym dniu. Na szczęście mamy tak fajne relacje na zmianie, że inni dowódcy pełniący w tym dniu służbę zgodzili się w razie wyjazdu pojechać za mnie, a wieczorem ból był na tyle znośny, że w nocy już mogłem ja jeździć.

BLOK VIII

DZIEŃ 29-JEDZENIE „SŁUŻBA STRAŻ”

Niestety znów przetworzone jedzenie: mały słoiczek smalcu wege i tortilla z wędzonym Tofu i surówkami. Tym razem ból kręgosłupa nie był powodem, bo czułem się dużo swobodniej, Nadal boli, ale już nie paraliżuje. Pozostało więc zwrócenie uwagi na nową sytuację w pracy, która wzbudza emocje (pozytywne) oraz spadek wagi. Może jeszcze brak regularnego snu, bo po tych trzech fajnie przespanych nocach, teraz znów wrócił nie dający wypoczynku sen przerywany.

DZIEŃ 30- PICIE „SPOTKANIE Z SYNAMI”

Koniec strajku nauczycieli to powrót dzieci do szkoły, więc po tygodniu przerwy, gdy kończą zajęcia znów codziennie wpadają do mnie. Tęskniłem.  Mogłem oczywiście spotykać się gdy nie chodzili do szkoły, ból jednak nie pozwoliłby aktywnie z nimi spędzić czasu, więc nie zabiegałem o nasze spotkania.

DZIEŃ 31-BJ&BP „DZIEŃ BEZPŁCIOWY”

To już VIII blok, a nadal podczas dnia postu całkowitego czuję wyraźne osłabienie, senność, spowolnienie. Muszę się przyznać, że nie chce mi się już dłużej ciągnąć tego schematu. Często rozważam co jest powodem, że ciało się nie przyzwyczaja, że osłabienie nie staje się coraz mniejsze z każdym blokiem. Jakie przyczyny pojawiają się w głowie?

  1. W dniu poprzedzającym dzień niepicia, zamiast pić coraz delikatniejsze, bardziej klarowne płyny, tym razem do końca pochłaniam szejki. To, co nie zostaje do następnego dnia wypłukane, zalega więc i w dniu BJ&BP zmusza układ trawienny do zwiększonej pracy niż byłby pusty, żeby przepychać te stałe elementy i je wydalić. Brak wody dodatkowo zagęszcza, więc raczej nie pomaga w tym procesie przesuwania.

  2. Zapętlenie przyczynowo skutkowe: spadek wagi naciąga skórę, ta napina mięśnie, które bardziej naciskają na układ kostny powodując ból w najsłabszych ogniwach- czyli u mnie kręgosłup lędźwiowo-krzyżowy. Ból zniechęca do aktywności fizycznej, a ta sprawia, że wolniej krąży krew, jest niższe ciśnienie, wolniej następuje usuwanie złogów które najsilniej wywalane są właśnie gdy nie dostarczamy organizmowi wody. Zwiększenie złogów to pogorszenie samopoczucia, osłabienie, niechęć na ruch…

DZIEŃ 32-PICIE „SŁUŻBA W STRAŻY” 

Nadal kręgosłup. Szczególnie rano co powoduje, że ociągam się z wstaniem. Trwam więc starając się w tym czasie pracować z myślami wyciszając je, lub rozważając  to, co się pojawia, gdyż czas zaraz po przebudzeniu, to czas, kiedy możemy znaleźć najwięcej odpowiedzi. Nie jest to moim wyborem, wolałbym wstać i spędzać czas aktywnie, ale nie mogąc, próbuję odnaleźć się w tej słabości. Widząc jak Duch Św. Działa przez innych, modlę się by dalej prowadził ich na żniwo, dla zbawiania jak najwięcej dusz nie znających jeszcze osobiście Jezusa.

Pojawił się ustalony objaw, po zauważeniu którego powinienem przerwać aktualny schemat. Jest to uczucie wyraźnego zasysania okolicy oczu, a od paru dni jeszcze bardziej wyraźne napięcie, naciągnięcie skóry na twarzy. Zważyłem się i nadal 66 kg na koniec dnia suchego, czyli tak jak cztery dni temu zatrzymała się 1 kg nad ustalonym minimum. Osłabienie wyraźne przez cały dzień choć nie tragiczne, treningu znów nie zrobiłem poza bardzo delikatnym rozciąganiem. Mimo picia, do końca dnia nie zniknęło nieprzyjemne napięcie na twarzy. Wklęsłe policzki, wyszczuplenie twarzy-nie podoba mi się. Mając takie objawy normalnie bez wahania przerwałbym. Ponieważ jednak dzisiaj kończy się już VIII blok i do końca planu zostały tylko dwa powtórzenia chcę potraktować te ostanie dwie zmiany jako bardziej intensywny trening, postną siłownię. Jeżeli chodzi o ogólną kondycję to cały czas mogę wypełniać codzienne obowiązki. Głównym przeszkadzaczem jest ból kręgosłupa a nie odżywianie,  więc nie przerywam. Chcę też sprawdzić hipotezę, że ból pleców wynika ze spadku wagi. Mam wrażenie, że nasila się w dniu suchym, kiedy waga jest najniższa i łagodnieje z każdym dniem wracania do picia.  Jeżeli w tych dwóch ostatnich blokach zauważę tę prawidłowość potwierdzi się moje spostrzeżenie. Jest to ważne, ponieważ potwierdzenie zmusi mnie do podniesienia dolnej granicy wagi tak, by móc nawet podczas postów suchych cały czas ćwiczyć bez powodowania kontuzji.

POZYTYWY: Pomimo dwóch dni wystawiania się na słońce nie pojawiły się plamy łupieży pstrego na plecach, a jedynie pozostały na jednej ręce ale bez jakiegoś wyraźnego zaostrzenia. Bardzo się cieszę, bo oznacza to, że organizm cały czas oczyszcza się i już prawie oczyścił. Długo to trwało, bo prawie dwa lata, ale bez użycia żadnych medykamentów poza dosypywania szczypty boraksu do pitej kranówy i kąpieli ze sporadycznym dodawaniem trochę tiosiarczanu sodu. Myślę jednak, że najwięcej do zdrowienia przyczynił się surowy sposób odżywiania (w 90%), systematyczne treningi i systematyczne poszczenie.

Niepokoi mnie następny dzień suchy, gdyż będzie to służba na której będę dowódcą pierwszego wozu wyjazdowego. Muszę zachować szczególną uwagę, by w razie konieczności przerwać.

BLOK IX

DZIEŃ 33-JEDZENIE

Nadal brak treningu to najbardziej zniechęcająca rzecz. Nie potrafię powiedzieć czy wynika to z tego systemu, czy przez ból kręgosłupa, czy może wypadłem z rytmu i plecy oraz schemat to tylko wymówki. Nie wiem, nie jest jednak fajnie i w tym dniu zapisałem, że cieszę się, że to już przedostatni blok-jeszcze tylko 2.

Pozytywnie natomiast się zaskoczyłem, gdy pomimo otwartości na wszystko do jedzenia, znów już sama myśl o przetworzonych potrawach jest odpychająca. Ani burger, ani tortilla. Przyjąłem tę reakcję z radością i absolutnie nie zmuszałem się, choć były i takie przelotne pomysły.

Po kręglach z chłopakami zabrałem ich na lody i nawet kupiłem sobie sorbet truskawkowy z produkcji lodów naturalnych, który kiedyś bardzo lubiłem. Poczucie smaku, stopnia przyprawienia, słodkości wraz ze zwiększaniem jedzenia surowego zmienia się jednak. Smaki stają się dużo bardziej wyraziste przy dużo mniejszej ich intensywności wobec czego lód okazał się tak słodki, że nie smakował mi i oddałem dzieciom, ku ich nieukrywanemu zadowoleniu. Dzień jedzenia minął na jednym posiłku stałym, a reszta to soki i szejki. Fajnie.

DZIEŃ 34-PICIE „BEZCZYNNOŚĆ ZABIJA”

Analizując wieczorem dzień przyłapałem się, że najwyraźniejszą wymówką dla nie ćwiczenia chyba jest “nie chce mi się”. A najgorsze jest to, że nie chce mi się zmotywować do chcenia.

Inną przyczyną zabijającej bezczynności jest pragnienie podążania przede wszystkim wg woli Boga. Chcę, widzę ile jest do wykonania pracy wokoło, jak niewiele czasu zostało, ale nie czuję prowadzenia, nie bardzo wiem co mam robić więc czekam na jakąś inspirację, a przeciągające się oczekiwanie to nic innego jak bezczynność, ospałość, lenistwo. Choć większość czasu kieruję uwagę w stronę Boga modląc się, czytając i rozważając Biblię, słuchając nauczań innych, to jednak czuję jak czas, dni przelatują między palcami bez podążania w jakimś wyraźnym kierunku. Męczę się nie mając pewności, czy wykonuję pracę dla Boga, dla jego chwały którą jest zbawienie jak największej liczby dusz.

Najmilszą niespodzianką dnia było to, że zabierając znów dzisiaj synów na kręgle,  córka poszła z nami. 🙂 W końcu czas z całą trójką moich kochanych dzieci! Brakuje mi takich wspólnych spotkań. Wykorzystałem to, by bez wchodzenia w szczegóły, krótko wyjaśnić dlaczego nie obchodzę tak jak one, świąt wielkanocnych. Chyba zrozumiały i zaakceptowały.

Nasz wspólny czas, jak zwykle doładował mnie i jeszcze wieczorem poszedłem na 5 km leśny spacer.

DZIEŃ 35-POST SUCHY „STRAŻ FAJNIE” (jak na dzień BJ&BP)

Chyba najlepszy dzień pod względem samopoczucia i kondycji ze wszystkich suchych od początku tego schematu. Oczywiście osłabienie było co najbardziej jest odczuwane w spadku siły, jednak jeżeli chodzi o takie normalne funkcjonowanie to było do tego stopnia fajnie, że po raz pierwszy tak wyraźnie utwierdziłem się w przekonaniu, że to utrzymujący się ból w plecach a nie niejedzenie i niepicie jest głównym powodem osłabienia. Dlatego pod wieczór zrobiłem bardzo delikatne, tak na ok 15% mocy 45 minutowe rozwałkowywanie i rozciąganie na siłowni.

W nocy dwie interwencje ale też było spoko.

DZIEŃ 36-PICIE  ale „BEZ SZAŁU”

Pierwsze picie, jeszcze w pracy i bardzo wyraźnie, już po paru minutach dosłownie mnie ścięło. Czułem jak ten pierwszy rozcieńczony sok grejpfrutowy znów na chwilę odłączył mi zasilanie. Czasami organizm na pierwsze picie reaguje jakby dostał dopalacza ale czasami jest taki zjazd. Przy drugim piciu wody z bananem +druga połówka grejpfruta, jednak już jest mega doładowanie. Mega jak na dzień poprzedni, bo patrząc na dni “normalnego” odżywiania to i tak cały czas funkcjonuję w osłabieniu.

Spacer w lesie z uwagą przy Bogu I modlitwą- takie osobiste spotkanie.

BÓL FIZYCZNY”

Im dłużej i bardziej boli, tym czuję, że moja wiara umacnia się, tym mam więcej wdzięczności za to, co zrobił Jezus. Jeżeli ja, jako człowiek którego częścią życia jest doświadczanie bólu tak wyraźnie słabnę, tak tracę radość życia przy pojawianiu się różnego rodzaju dyskomfortu, to myśl tego co dokonał Jezus wybierając dla mojego odkupienia doświadczenie ogromnego bólu fizycznego-gdy przez wiele godzin był biczowany do krwi i krzyżowany, bólu emocjonalnego-gdy zanim to nastąpiło i wiedząc o tym, co go czeka już tak bardzo odczuwał ból strachu, a mimo tego i upokarzania go, opluwania wyśmiewania… zachował czystość serca i zniósł to wszystko dla mnie. Czym wobec jego działa jest więc mój ból? Ja jako człowiek fizyczny muszę doświadczać sytuacji związanych z bólem ale On jako Bóg nie musiał. Teraz więc, czując tak wyraźne zniechęcenie, już przy tak znikomym dyskomforcie, uświadamiam sobie co zniósł dla mnie Jezus i akceptuję mój ból wyrażając wdzięczność w jego stronę. Nie neguję nieprzyjemnych doświadczeń własnych, daleki jestem od gloryfikowania ich, ale świadomość Chrystusa pozwala mi je zaakceptować i znosić z pokorą, z jeszcze pełniejszym zrozumieniem i doświadczeniem Boga objawionego w osobie Jezusa Chrystusa. 

BLOK X

DZIEŃ 36- JEDZENIE “WOW”

1.JEDZENIE: Dwa dni temu, jeden z moich znajomych widząc jak często miksuję owoce oraz ilość przywożonej do pracy „zieleniny” stwierdził, że muszę dużo jeść. Kurcze, rzeczywiście patrząc z boku, obserwujący może tak pomyśleć i poczuć zniechęcenie do odżywiania surowego wegańskiego. Prawda jest jednak taka, że nawet teraz, przy odżywianiu surowym w większości jem bo lubię a nie bo muszę czując głód. Tłumaczę tak ale zdaję sobie sprawę, że bez dawania przykładu słowa nie docierają i nie dotykają. Nie jestem jednak jeszcze gotowy, nie czuję takiego pragnienia by ograniczać ilość do poziomu, by zaspokajać tylko rzeczywistą potrzebę ciała. Na ten czas zaspokojenie potrzeby mentalnej jest tak samo ważne jak fizycznej. Robię więc swoje zostawiając obserwatorów z ich przekonaniami.

TRENING: Po południu, po raz pierwszy od 12tu dni poczułem, że nie czuję bólu ani dyskomfortu w plecach. Ale luzik! Jaka radość i od razu przypływ energii. Od razu chęć na porządny wysiłek, aż musiałem świadomie pohamować siebie. Spokojnie, nie szalej. Poobserwuj przez parę dni.

Rozwaga jest dobra w każdej sytuacji bo po paru godzinach jednak znów poczułem, że mam plecy i kręgosłup. Nie mniej ta chwila swobody była wspaniała. Próbuję określić czy poprawa ma związek, z dniami picia i jedzenia i wydaje mi się, że jednak tak. Niepicie nadal wpływa osłabiająco przez co nie mam ochoty na wysiłek, a gdy piję chęć na aktywność pojawia się. Ponieważ tak wyraźna poprawa miała miała miejsce po raz pierwszy, żeby odpowiedzieć musiałbym przynajmniej jeszcze jeden blok (XI) powtórzyć. Rozważam taką opcję przedłużenia. Waga nadal waha się od 66 na koniec dnia suchego do 70kg na koniec dnia jedzenia- tak było przez większość tego schematu. Teraz, na koniec dnia jedzenia zniknęło uczucie napięcia skóry twarzy, a po tym jak tak wyraźnie zmniejszył się ból kręgosłupa od razu wzrosła energia, samopoczucie, uśmiech, chęć dziania.

Schemat ewidentnie nie jest jeszcze ugruntowany. Choć ciało fizyczne jakby zaczynało już przystosowywać się, to w podświadomości czuję, że cały czas wykonywana jest duża praca. Mija 40 dzień i osiągnąłem cel. Chciałbym jednak jeszcze trochę poczekać, zobaczyć co się będzie wydarzało dalej. Czy ciało w końcu zaakceptuje ten schemat i ugruntuje się, a jeżeli tak to po jakim jeszcze czasie? Czy może jednak zostanie przekroczony poziom minimalnej wagi 65kg.

DZIEŃ 37-PICIE “SŁUŻBA W STRAŻY-ZAPIEPRZ”

Dzień obfitujący w wyjazdy (11 interwencji). Sporo sytuacji międzyludzkich, które należało wyjaśnić w ramach naszej zmiany. Choć ewidentnie emocje wyczuwalne były w powietrzu i na ustach niektórych osób, to nie czułem by dotykały mnie osobiście. Chyba przed końcem służby udało się powyjaśniać, znaleźć rozwiązania by podobne sytuacje w przyszłości więcej nie powstawały.

Jak wspomniałem w którymś ze wcześniejszych bloków, przez dwa miesiące nasza zmiana nie będzie miała dowódcy. Jako najstarszy stopniem i stażem pełnię jego obowiązki. Dwa miesiące zupełnie nowych doświadczeń. Z jednej strony fajne wyzwanie, dzięki któremu czuję, że się rozwijam ale z drugiej strony do domu wracam bardziej zmęczony. Analizując powstające sytuacje, czasami mam wrażenie, że  u niektórych chyba włączył jakiś generator testujący mnie na ile i na jakie zachowania nie będę reagował. A, że staram się reagować za każdym razem jak poczuję, że powinienem, to niemal co służbę coś wychodzi. Świadomości załogi, że nie jestem etatowym dowódcą i za dwa miesiące i tak będzie inny, nie działa na moją korzyść. Staram się jednak postępować zgodnie z tym co czuję tak, jakby jutra nie było.   Mimo, że codziennie rano oddaję swoje życie pod prowadzenie DŚ, to gdy pojawiają się takie sytuacje jak dzisiaj, jednak zapominam i w czasie rozwiązywania sporów polegam na sobie. Zapominam i tracę czucie Bożego prowadzenia. Niestety dopiero gdy sytuacja zostaje rozwiązana i znów mam czas tylko dla siebie łapię się na tym i wyrażam żal, bo wiem, że w posłuszeństwie wypełniania woli Boga, wszelkie sytuacje zostają rozwiązane najlepiej. Proszę więc DŚ o cierpliwość w kształtowaniu mnie.

Nie planowałem tego zaczynając ten post, ale dzisiaj wypadł dzień corocznego badania lekarskiego, które muszą wykonać strażacy, by otrzymać zdolność do pracy na kolejny rok. Świetny „zbieg okoliczności? że przypadło to znów akurat w ostatnim bloku, w 37 dniu tego „postu”. Mogę sprawdzić czy i jak wpłynął ten schemat na wyniki, które zamieszczam poniżej:

DZIEŃ 38-POST SUCHY      “ZLEKCEWAŻENIE OSOBY BOGA”

W czasie, mojego spotkanie z Bogiem zadzwonił telefon. Zerknąłem, był to syn i… odebrałem.

Jak tylko to zrobiłem poczułem się fatalnie i oczywiście wiedziałem dlaczego.  Słuchałem syna ale nie potrafiłem skupić się na rozmowie z nim więc nie prowadziliśmy dyskusji. Wysłuchałem jednak z uwagą do końca. Potem najzwyklej w świecie rozpłakałem się i opadłem na kolana prosząc Boga o wybaczenie. Żal, który czułem był rozdzierający serce. Duch Święty, do którego mówiłem gdy zadzwonił telefon, On jest osobą Boga i On mnie słuchał. Nigdy rozmawiając z kimś, nie odbieram ani nawet nie sprawdzam gdy zadzwoni telefon kto to dzwoni. Nie wiem co się stało teraz, po prostu nie potrafię tego wyjaśnić ale poczułem jak bardzo zlekceważyłem Boga. On mi odpowiadał a ja… odwróciłem się w tym czasie do Niego plecami przenosząc uwagę w stronę dzwoniącego telefonu. Jak ogromny żal ogarnął mnie gdy zdałem sobie sprawę jak się zachowałem. Nie, nie będę tego drążył, mam nadzieję, że Pan patrząc na szczerość serca wybaczy ten akt ludzkiej niedoskonałości.

Ostatni post suchy.Gdy po tak intensywnej służbie wróciłem do domu potrzebowałem zresetowania się, dlatego od razu spacer do lasu. Na wysiłek treningowy nadal nie miałem ochoty. Spotkanie z Bogiem w naturze podczas spaceru na boso po runie leśnym było wszystkim czego potrzebowałem by odciąć się od wczorajszego szybkiego, intensywnego dnia pełnego działania, podejmowania decyzji, łagodzenia “konfliktów”.

Następnie do popołudnia czułem się jakbym nie był na poście suchym. Przez większość czasu zupełnie nie myślałem o tym, nie czując osłabienia zapominałem. Wieczorem jednak, krótko przed 17 gdy szedłem na wywiadówkę do syna, osłabienie bardzo szybko i wyraźnie zaczęło się pojawiać i trzymać do końca dnia. Czując je fizycznie oraz mentalnie, od razu pojawiła się postawa przygaszenia i wycofania. W trakcie wywiadówki, w świadomości pojawiły się słowa Biblii, że właśnie podczas postów nie mamy biadolić nad sobą tylko nacierać głowę oliwą. Starałem się wykrzesać jakieś objawy radości chociażby przez uśmiech, ale nie czując tego wewnątrz, myślę, że nie było to uczciwe i zaniechałem. Pozwoliłem sobie na czas przygaszenia także w towarzystwie. Ta chęć udawania radości wynikała z tego, że w gronie rodziców były osoby, które znają mnie tylko z wpisów na FB, więc znają moje doświadczenia z Bogiem, wpisy, w których wychwalam i zachęcam do osobistej z Nim relacji dzieląc się prawdą jak budująca i wyzwalająca jest. Widząc mnie więc w takim przygaszonym stanie i nie wiedząc, że od 40 dni poszczę nie widzą korelacji tego co piszę z tym jak dzisiaj wyglądam.

Drugą płaszczyzną, którą poruszam w swoich wpisach jest propagowanie odżywiania wegańskiego, ze szczególnym mówieniem jak dobroczynne dla naszego zdrowia jest surowe odżywianie roślinne. Jeżeli więc ktoś nie wiedząc, że poszczę widzi mnie przygaszonego, to może stwierdzić, że coś tu nie gra, że kłamię a przez to zniechęcić się do czegoś wartościowego. Tak właśnie patrząc na zachowania księży, wielu zniechęciło się do Jezusa i Drogi chrześcijańskiej.

Do końca dnia pozwoliłem sobie na odczuwanie osłabienia i nie udawałem tryskającej na zewnątrz radości, której nie miałem. Szczęście tak, jestem mega szczęśliwy, ale czas postu nie zawsze jest radosny. Przedkładam bycie autentycznym ponad martwienie się żeby ktoś nie wyciągnął fałszywego wniosku patrząc na mnie. Bóg najbardziej ceni autentyczność, wiec może dlatego tak często powtarza, byśmy nie oceniali nikogo oraz, że On patrzy na nas nie oczyma cielesnymi, na to co związane z przemijającym ciałem, tylko przenika nas swoimi oczami duchowymi patrząc na nasze duchowe serce.

Dzisiaj rano, po powrocie z pracy zważyłem się i moja waga była poniżej ustalonej dolnej granicy bezpieczeństwa. Powinienem przerwać. Ponieważ jednak, a co mnie dziwiło, nie czułem ani osłabienia, ani zaciągania oczodołu i skóry na twarzy (a przynajmniej dużo mniejsze niż we wcześniejszych dniach przy wyższej wadze) postanowiłem jeszcze ten ostatni dzień do końca być na sucho. Gdybym przerwał miałbym poczucie, że te 39 poprzedzających dni w jakimś sensie zmarnowałem. Nie czuję zagrożenia dla swojego zdrowia, jest to już ostatni dzień więc zostaję jeszcze te parenaście godzić, a potem i tak będzie dzień picia, później jedzenia więc choć jeszcze w ramach systemu to już i tak zagęszczanie po którym po prostu nie nastąpi kolejny dzień suchy. Wystarczy jednak, że przekroczenie ustalonej granicy minimalnej wagi byłoby w IX bloku, a przerwałbym.

Oj w trakcie dzisiejszego dnia, gdy przyszło osłabienie, pokusa by się napić była bardzo silna, już prawie uległem. Zauważyłem jednak, że gdy pojechałem na zakupy i kupowałem to co mnie najbardziej kusiło, to gdy już to miałem i wróciłem do domu, pragnienie malało lub całkowicie znikało. Bez problemu mogłem nad nim zapanować, tak jakby to nie pragnienie picia czegoś było najważniejsze, tylko pragnienie kupowania. Nie rozkminiłem jeszcze tego mechanizmu ale dzielę się, bo może ktoś u siebie również dostrzeże, że w ramach jednego uzależnienia, które rozpoznajemy na pierwszy rzut oka, jest wiele innych uzależnień których nie rozpoznaliśmy jeszcze, a które również utrudniają proces uwalniania się od tej pierwszej zależności. Może chcąc pozbyć się jakiegoś uzależnienia i rozpoznając szereg innych „pod uzależnień” poprzez świadomy wpływanie na któreś z tych „współuzależnień, łatwiej będzie wyzwolić się z tego najważniejszego dla nas. 

Na koniec dnia waga 64kg. Jeden kg poniżej ustalonej granicy. Kończąc ten dzień, cieszę się, że to już koniec. Na jakiś czas nie chcę już pościć sucho. Nie tęsknię jednak też do wrócenia poza odżywianie wegańskie z przeważającą ilością produktów surowych, najlepiej przeplatanych sokami i szejkami. Czyli moja tęsknota nie wykracza poza sposób odżywiania sprzed procesu. Nie czuję także by miało mnie odbić, miał pojawić się jakiś efekt jo-jo i bym miał w następnych dniach się objadać. Jednak czy tak będzie, czy się nie pojawi? To okaże się dopiero w najbliższych dniach od pojutrza.

DZIEŃ 40 „OSTATNI TEGO SYSTEMU”

To co dla mnie jest WYMÓWKĄ, dla kogoś innego może być INSPIRACJĄ”

„To, czym powstrzymuję swoje działanie nazywając wymówką,

ktoś inny może wykorzystać jako inspirację do działania”.

Tylko ja decyduję jak patrzę na to, co mnie spotyka i czego doświadczam.

Dzień 1,2,3 po.

Coraz więcej w ilości. Dużo tłuszczy (olej kokosowy, dużo orzechów i masła orzechowego). Porównując z czasem systemu dużo mniej wody. Waga rośnie około 1kg dziennie. Samopoczucie takie se, bez szału, nadal brak ochoty na treningi.

Dzień 4,5 po…

Włączenie do odżywiania produktów przetworzonych. Nie chciałem, ale gdy ochota na coś przetworzonego nie malała, a więc była coraz wyraźniejsza z czasem, poszedłem za tym głosem pozostając przy wegańskich fast foodach typu tortilla i burger. Pierwszego dnia nie czułem wpływu na samopoczucie- ani grzało ani ziębiło. Drugiego dnia jednak już ewidentnie w końcu poczułem zadowalające zaspokojenie tej potrzeby i jednocześnie znów poczułem tę fajną energię zachęcającą do działania, do ruchu, do treningów. Ze względu na utrzymujący się cały czas dyskomfort w kręgosłupie nadal odpuściłem ograniczając ruch do dynamicznych spacerów i lekkiego rozciągania. Waga wróciła z 64 do 70 kg.

Trzeciego dnia, po zjedzeniu burgera jednak ścięło mnie. Nie wykazałem ostrożności i kupiłem burgera z batata ale w innym miejscu niż zwykle. Jadłem ze smakiem ale gdy po jakimś czasie potem zaczął boleć mnie żołądek, zaczęło odbijać się jakąś spalenizną zajarzyłem, że przecież już kiedyś kupując w tym miejscu miałem podobne objawy. Zbagatelizowałem pamięć, że kotlet choć wege nie jest robiony na miejscu tylko przyjeżdża w worku foliowym i co najgorsze zapomniałem, że nie jest on grilowany, tylko smażony na głębokim oleju. Fuj-to było najgorsze- mój żołądek odzwyczaił się już od takiego śmieciowego jedzenia. Tak jedzenie wege, gdy było się już na surowym może oznaczać jedzenie śmieciowe, podczas gdy dla kogoś innego te same potrawy mogą oznaczać jedzeenie zdrowe. Nie fajnie do samego dnia. Piłem i piłem, a potem próbowałem zajeść ten smak spalenizny owocami i szejkami w nadziei, że przepchają je i szybciej zostaną usunięte. Chyba błędna logika bo zamiast ulgi pojawiło się dodatkowo objedzenie, które zabrało cenny czas snu. A może nie? Może błonnik zawarty w surowych owocach i warzywach przyspiesza oczyszczanie?

Dzień 6 po.

Konsekwencja nieostrożności dnia wczorajszego przeszła na dzisiaj dodatkowo w postaci refluksu, więc już w większości same surowe produkty. Energia, waga, siła do treningu już ok, ale nadal nie dotarłem na siłownię. Dzisiaj powstrzymała mnie nieprzespana (5h snu) nocka po wczorajszym późnowieczornym jedzeniu. Nie fajnie. Trzy dni i już mi bardzo przeszkadza to jak odżywiam się. Jem za często, właściwie cały czas przeżuwam, popijam i po prostu zaczyna być to męczące. Dojrzewam by wprowadzić jakieś ograniczenie do trzech posiłków dziennie o stałych godzinach. Nie dojrzałem jednak jeszcze na tyle, by podjąć ostateczną decyzję. Po tych 40dniach systemu wchodzenie w inne ograniczenia to trochę za szybko, chyba miałbym poczucie zniewolenia przez ograniczenia. Myślę, że to, co się dzieje można jednak nazwać efektem jo-jo. Akceptuję go, bo wiem, że gdy ciało osiągnie akceptowalny dla siebie poziom, to „odbicie” skończy się, tylko muszę pamięać, by nie sięgać po takie cholerstwo jak ten smażony w oleju wegekotlet.

Dzień 10 po.

Spontaniczne wejście w nowy proces. Tym razem odżywiania „Keto”

W trzynastym dniu po zakończeniu schematu 2-1-0-1- zorientowałem się, że od trzech dni odżywiam się w sposób zgodny z keto w wersji wegańskiej więc zapadła decyzja, że pociągnę tak świadomie 40 dni. Tym razem czuję, że to jest to i jest fajnie! Zupełnie inaczej niż rozpoczynając opisany powyżej schemat, kiedy jedyne co czułem to niepewność. <3