Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

KOLEJNY MAŁY KROK…

Na reszcie, znów poczułem tę magiczną wewnętrzną pewność, że już czas opuścić obecną strefę komfortu odżywiania wegetariańskiego, w której się zatrzymałem i pozostaję już od prawie dwóch lat. W końcu, po ponad rocznym okresie podejmowania decyzji bardziej wg swoich chęci, niż Bożego Ducha, znów wiem, że mam zrobić to co mam zrobić.

W przeciągu paru dni pojawiło się kilka istotnych okoliczności, które dały mi do zrozumienia, że obecny poziom odżywiania jednak nie jest dla mnie tym docelowym. Połączenie z pomieszaniem natchnienia z wkurzeniem, dające wybuchową mieszankę pewności co do konieczności dalszego działania.

1.

.Najpierw zachęta od znajomego, który również zapragnął odejść od zjadania zwierząt oraz produktów odzwierzęcych i całą rodziną rozpoczyna dietę owocowo-warzywną. Właśnie takie informacje, gdy dowiaduję się, że nie pojedyncze osoby, lecz całe rodziny dostrzegają potrzebę zmiany są dla mnie najmilsze. Może dlatego, że ja nie potrafiłem zachęcić swojej rodziny do wejścia na tę drogę i podążając samemu wiem, jak jest ciężko, gdy brakuje wsparcie wspólnoty rodziny i bliskich, a wręcz gdy trzeba płynąć pod prąd „rzeki”, która mogłaby nieść wszystkich z lekkością, a przynajmniej wspierać swoim nurtem.

Kibicuję więc im, oraz każdej rodzinie, dzielnie podążającej w tym samym kierunku, na wzajem się wspierającej. Uważam, że bez względu na wynik ich postu już wygrali utrzymując jedność rodziny we wspólnym postawieniu sobie wymagającego zadania i wspólnym wejściu na drogę jego realizacji. Czasami więcej osiągamy zdobywając mniejszy szczyt ale w jedności z innymi, niż najwyższą górę w pojedynkę. Patrząc na życie jak na drogę, cenniejsze staje się wolniejsze tempo dotarcia do wspólnego celu wraz z bliskimi, niż szybka realizacja nawet największego w pojedynkę. Brawo Wy!

2.

To, co pojawiało się w drugiej kolejności było jakby odpowiedzą na moje prośby by Bóg wskazał mi czy braterianizm jest kierunkiem, w którym idąc, jestem w zgodzie z posłannictwem chrześcijańskim, gdyż do tej pory nie spotkałem jeszcze żadnego chrześcijanina-braterianina. Wszyscy, z jakimi miałem kontakt i których znam, kierują swoją uwagę i serce w stronę bezosobowych energii, wibracji szukając boskości w samym sobie bez uwzględnienia Jezusa. Znając natomiast łaskę zbawienia tylko przez krzyż Jezusa, żaden inny kierunek nie wchodzi w grę. Jak się okazało, jest i wśród braterian Chrześcijanin-Kirby De Lanerolle i choć nie wszystkie jego nauki wydają mi się zgodne z Biblią to jednak i jemu dane było poznać, że zbawienie mamy tylko przez Jezusa.

a. https://www.youtube.com/watch?v=GyCQSptLGno

b. https://www.youtube.com/watch?v=IXPxm1GQ9is

c. https://www.youtube.com/watch?v=zBAtCIGl0eI

3.

Kolejnym, trzecim „zbiegiem okoliczności” było parokrotne pojawienie się w ciągu krótkiego czasu strony zawierającej materiały, które w sekundzie obdarły moje dobre samopoczucie związane z niejedzeniem zwierząt, oraz obnażyły moją ignorancję dotyczącą jedzenia nabiału i produktów mlecznych. W połączeniu ze świadomością Chrześcijańską filmy te wzbudziły we mnie straszne emocje, a zaczęło się od zdjęcia z kampanii vivy, po czym trafiałem na kolejne materiały:

a. Zapładnianie krów:  film instruktażowy.  oraz  film ukrytą kamerą. 

b. Artykuł o mleku: http://weganizm.com/mleko.html

c.Materiały publikowane na:  https://web.facebook.com/otwarteklatki/?_rdc=1&_rdr

d. Materiały publikowane na:  https://web.facebook.com/govegan55/?fref=tag

Powyższe filmy były bardzo wyraźnym przekazem uświadamiającym mi, że strefa komfortu niejedzenia mięsa ale nadal jedzenia produktów mlecznych i nabiału jest bardzo pozorna i bez racjonalnego uzasadnienia. Bóg wie, że nie względy zdrowotne mają dla mnie nadrzędną wartość, ale świadomość zadawania bezsensownego i zupełnie niepotrzebnego cierpienia zwierzętom porusza mnie najbardziej. Tak więc zesłał mi to, co miało do mnie przemawiać i rzeczywiście bardzo odczułem w wewnętrznym poruszeniu, uświadomienie sobie niesprawiedliwości moich przekonań, na których od jakiegoś czasu tak wygodnie się rozsiadłem. 

Miejsce, w którym było mi do tej pory tak wygodnie stało się nie do zniesienia, także gdy jako chrześcijanin, prosząc  Boga przed posiłkiem, by pobłogosławił to, co miałem za chwilę zjeść, a wiedząc, że jest to nabiał- nie potrafiłem. Sumienie nie pozwalało mi wyrazić takiej prośby. Od razu pojawiały się bardzo wyraźne obrazy  oraz odgłosy cierpiących zwierząt i słowa grzęzły w gardle. Prośba o błogosławieństwo  jedzenia, za którym stoi takie cierpienie nie przechodziła mi ani przez usta, ani nawet nie potrafiłem jej wyrazić w swoich myślach. To nie było przyjemne. Ile jeszcze w moim życiu jest obszarów, które teraz mi nie przeszkadzają  lub wręcz czerpię z nich przyjemność, ale tylko dlatego, że patrzę i nie widzę, lecz gdybym zobaczył, przestałoby mnie  bawić to co robię, lub z czego teraz się cieszę… 

Od tego momentu, pomimo, że nadal jeszcze czasami sięgam po coś, co ma w składzie mleko, to już nie potrafię czerpać dawnej przyjemności z jedzenia tego, co wiem, że zawiera mleko. Niemal w jednej chwili odpadły kefiry, zsiadłe mleko, wszystkie sery i nawet ulubiony sernik. Słodkości straciły swoją słodkość… Powstała podobna sytuacja, jaką przechodziłem kiedyś czując potrzebę zerwania z jedzeniem mięsa gdy również nie potrafiłem tego zrobić od razu. Wiedząc teraz jednak, że wtedy, mimo wielu porażek po drodze, w końcu i tak udało mi się osiągnąć całkowitą wolność od jedzenia zwierząt, tak i teraz mam nadzieję, że za jakiś czas nabiał, do którego podchodzę z coraz większą niechęcią, również bez wyjątku nie przejdzie mi przez gardło. Póki co, nadal nie mogę powiedzieć, że nie jem niczego, co zwiera nabiał więc na ten czas znowu doświadczam pewnej wewnętrznej niewygody, a w związku z tym, serii prób zapierania się niechcianym nawykom, niestety kończących się sięganiem jeszcze po sos czosnkowy na bazie jogurtu oraz po drożdżówki lub inne ciasto przegryzane do codziennej kawy. Tyle już jednak niepowodzeń w życiu osiągnąłem, że nauczyłem się akceptować je, wiedząc, że są one fundamentem większości sukcesów i tylko pozwalając sobie na niepowodzenia, w końcu osiągnę cel dający ponownie wewnętrzną spójność i poczucie bycia w nowej, poszerzonej strefie komfortu.

Dzięki pewności zbawienia w Jezusie, bez względu na odżywianie, mimo odczuwalnej niewygody i poczucia słabości w panowaniu woli nad ciałem, nie tracę szczęścia i radości życia,  stanu wdzięczności wobec Boga, która przez moje słabości tylko staje się jeszcze głębsza. Pomimo, że „ja” chciałoby, by rzeczy działy się szybciej, to cały czas ta niewygoda jest bardziej jak wspierający drogowskaz, niż blokujący mur nie do przebicia.

Sprawić, by zmieniając niekorzystny nawyk nie mieć poczucia straty czy rezygnacji.

Mimo silnej pewności, że nabiał już nie jest dla mnie, trochę zapobiegawczo żeby nie mieć poczucia, że coś tracę odsuwając go, a trochę z myślą o osobach jedzących mięso wokół mnie, żeby zobaczyli, że jedzenie wegańskie również może ładnie i wyglądać i pachnieć i smakować, przez parę dni sięgnąłem po gotowane lub pieczone potrawy wegańskie. Raz pizza, raz vegab i dwa razy różne kebaby. W sumie  byłem gotowy dłużej cieszyć się tymi smakami, bo rzeczywiście przepyszne, jednak ponieważ mojemu organizmowi to nie służyło, skończyło się tylko na czterech posiłkach. Po zjedzeniu gotowanego posiłku, za każdym razem pojawiało się nieprzyjemne uczucie pieczenia czyli nic innego jak zgagus pospolitus, oraz totalny zjazd energetyczny. Takie zamulenie, że potrafiłem na dwie popołudniowe godziny zasnąć podczas czytania, lub gdy nie miałem takiej możliwości musiałem wspierać się mocniejszą kawą.  Tak więc szybko wróciłem znów do co najwyżej surowo-surówkowych kebabów lub tortilli  i póki co nie brakuje mi nabiału, wręcz czuję ulgę i radość, że postawiłem kolejny  krok.

Teraz  więc pocieszę się jeszcze jakiś czas tym etapem i mam nadzieję, że zacznę dalej iść w stronę 100% raw vegan food i jeszcze dalej ku odżywiania samymi sokami, a jak Bóg będzie mnie wspierał to i w stronę braterianizmu. Marzenia w tym zakresie są wielkie- ograniczanie jedzenia z kontynuacją budowania masy mięśniowej, kondycji i wytrzymałości. Marzenia-cele są tak wielkie, że nie wiem czy do końca życia w tym ciele uda mi się je zrealizować. Tak odległe, że nie wiem czy po drodze Bóg nie będzie miał wobec mnie innych planów. Dlatego określam cele ale nie trzymam się ich kurczowo gdyż radość daje przede wszystkim podążanie, świadomość, że zrobiło się kolejny i kolejny mały kroczek.

Rozważając przekraczanie swoich ograniczeń, odkąd idę drogą chrześcijaństwa, coraz wyraźniej dostrzegam zmianę podejścia w stosunku do dawnego siebie. Kiedyś to ja ustalałem cel i planowałem jak do niego dojechać. Teraz jestem jak rowerzysta mający przejechać w drodze do domu, przez nieznany obszar. Podróżnik, który zaprzyjaźnił się z przewodnikiem bardzo dobrze znającym wszystkie zakamarki nieznanego mi terenu.  Prosząc go o pokierowanie otrzymałem nawigację z dobraną specjalnie dla mnie najlepszą trasą. Nie znam jej szczegółowego i całego przebiegu, ale wiem, że prowadzi do domu- w końcu dał mi ją sprawdzony Przyjaciel. Widzę jednak jak nawigacja na bieżąco pokazuje, w którą stronę powinienem teraz się udawać  i powiem szczerze, że odkąd coraz mniej kombinuję wg swojego planu, tylko słucham prowadzącego mnie głosu Ducha Chrystusa, nabieram coraz większego zaufania i pewności, że to jest rzeczywiście najlepsza dla mnie opcja. Zastanawiam się tylko dlaczego tak późno, świadomie zdecydowałem się poprosić i skorzystać z mądrości mojego najlepszego przyjaciela.

…bo chrześcijańskie podążanie z Bogiem chyba częściej ma być podobne do biegu lub terenowej jazdy rowerem,  niż do wygodnego pokonywania życia w luksusowym aucie. Jeżeli tak, to nawet jeśli będziemy mieć najlepszą mapę, nawigację i wyznaczoną tylko dla nas najlepszą drogę, to jeżeli sami nie podejmiemy wysiłku by ruszyć a potem utrzymywać tempo i tak nigdzie nie dojedziemy.  Nawet jeżeli czasami jest z górki, to i tak do nas należy pierwszy krok. Wiara bez działania martwą jest. (Jk2.14) Nie wystarczy więc tylko chcieć, trzeba to robić.  Starać się  codziennie pokonywać wewnętrzną przepaść, która oddziela chcieć od robić, a która jest tylko w nas. I choć nie zawsze jest gładko, nie zawsze wygodnie, czasami stromo pod górkę, to zawsze podejmowanie wysiłku przynosi szczęście i daje satysfakcję ze świadomości,  że jadąc  zbliżamy się do Domu.   Piszę to upominając siebie…