Miesięczne archiwum: Sierpień 2017

2017.IV-VIII „CZAS UPADKÓW”

POZWÓL SOBIE NA WŁASNE DOŚWIADCZENIA ALE WYCIĄGAJ WNIOSKI Z CUDZYCH.

Od zakończenia marcowego inediańskiego eksperymentu do obecnej chwili ( połowa sierpnia) po paru tygodniach dania sobie totalnego luzu, staram się wejść w kolejny proces, post lub wypracować wspierający schemat. Niestety jest to seria wielokrotnych rozpoczynań ale przy pierwszej pokusie powrotów do jedzenia. Deklaracja „od jutra” lub od poniedziałku przestała działać ponieważ jak tylko się oczyszczę, przy pierwszej próbie „upadam” jestem więc już strasznie poobijany…

ZBYTNIA PEWNOŚĆ SIEBIE. Od chwili jak poczułem, że nie potrzebuję już jedzenia by fajnie żyć oraz zauważyłem, że nie działają na mnie różnego rodzaju substancje zmieniające stan świadomości (np. alkohole) poczułem jakbym stał się nietykalny, nawet to co toksyczne nie ma wpływu na stan moje organizmu. Skoro też wielokrotnie słyszałem, że jeżeli ktoś już poznał smak odżywiania pranicznego to staje się to jego częścią i zawsze, kiedy tylko chce może wrócić na ten „inny” rodzaj odżywiania to mogę sobie pozwolić na totalny luz. Poczułem zbytnią pewność siebie, straciłem uważność, zacząłem pozwalać sobie by jeść wszystko na co tylko miałem ochotę nie patrząc na właściwości, no bo jeżeli i tak nie potrzebuję tego by żyć i jeżeli mogę przestać kiedy tylko chcę? Skoro nic mnie nie odżywia a każdy pokarm jest tylko balastem z którym moje ciało i tak sobie poradzi to kierowałem się tylko i wyłącznie smakiem. Dając sobie pozwolenie na wszystko piłem soki wyciskane z owoców a jadłem przede wszystkim lody w ilości ok 0,5l dziennie. Do tego przetwory mleczne typu zsiadłe mleka, kefiry, śmietany i maślanki. Oczywiście kawa. Wszystko inne ( warzywa, pieczywo) właściwie zniknęło całkowicie tak jak i dania gotowane czy smażone. (sporadycznie) Parę razy, przez te pół roku sięgnąłem też po ciała martwych zwierząt w postaci paprykarzu lub dwa razy tortilla. Tak, pamiętałem, że przyczyniam się do cierpienia jednak to pragnienie było bardzo silne i pozwalałem by zostało zajedzone. Parę gryzów wystarczało by ta „potrzeba” znikała i wracało poczucie komfortu w ciele, choć wyrzuty pozostawały. Ja oczywiście zjadałem do końca.

WYNIK ZBYTNIEJ PEWNOŚCI SIEBIE? Po takich 4ech miesiącach czuję się fatalnie. Brzuch mam obtłuszczony, już dawno zakrył sześciopak i powiększony w obwodzie- rozlazły. Wzrosła waga ze stałych 72 do 75kg. (przy 176cm wzrostu) Co ciekawe ćwicząc siłowo (nieregularnie co parę dni i bez planu treningowego) fajnie w końcu zwiększyła się masa mięśni, co zawsze było moim marzeniem ale… spadła ogólna sprawność, wytrzymałość i nawet ich siła. To są więc bezużyteczne mięśnie. Po co mi więc one?

PRAGNIENIE ZMIANY 28.07 Uroczystość, na którą chciałem pójść w garniturze ale… nie zmieściłem się w niego. To był kolejny przełom kiedy poczułem, że stoczyłem się na dno i zapałałem pragnieniem konieczności przerwania tego fatalnego schematu jedzenia. Od tamtej chwili każdy dzień był męczarnią z postanowieniem zmiany a potem upadku i smakowania goryczy porażki. Niestety idąc do pracy w straży niemal na każdej służbie ktoś stawia słodkie, lody z okazji najróżniejszych okoliczności. Do popołudnia nie mam ochoty na nic więc albo nie jem i nie piję albo wypiję wodę z sokiem i jest fajnie. Potem jednak, ok godz. 16, przychodzi coś, co powoduje, że sięgam po tego loda, a jak zjem loda to i kawa i potem często objadam się do późnego wieczora innymi produktami stałymi( kanapki, ziemniaki). Następnego dnia wracam do domu i w postanowieniu wejścia w kolejny proces oczyszczam się. Dzień samego sokowania z dużą ilością błonnika, drugiego dnia to samo plus lewatywa i następnego dnia jadę do straży w postanowieniu bycia na wodzie ale tu ktoś stawia słodkie więc po południu… pękam i tak cały czas. Maaatrix. Co jakiś czas też poddaję się i kilka dni ulegam objadaniu. Za tydzień ( od 15.08) zaczynam urlop do końca miesiąca, nie będzie konieczności utrzymywania siły. Chciałem wykorzystać ten czas na ponowny proces 21 dniowy. Wszedłem na samą wodę wiedząc, że jeszcze trzy służby przede mną. Byłem pewien, że w tym pierwszym tygodniu na wodzie będzie ok. Przecież już tyle razy to robiłem. Tym bardziej moje zdziwienie było ogromne, gdy drugiego już dnia tak spowolniłem słabnąc, że nie wiedziałem co robić. Pomimo, że czułem także cholerny głód, bardzo chciałem kontynuować wiedząc, że jak przejdę ten kryzys to będzie tylko lepiej. Ponieważ jednak trzeciego dnia miałem zaplanowany wyjazd z dziećmi na nasze jednodniowe w tym roku wakacje ( trochę inne niż zawsze) na którym mieliśmy wykupiony skok ze spadochronu postanowiłem, że zrobię wszystko, by tego dnia mieć fajną energię by fajnie spędzić czas z dziećmi a nie snuć się, by wykorzystać to niecodzienne wydarzenie na maksa i przeżyć je całym sobą na co obecne osłabienie nie pozwalało mi. Trzeciego dnia rano na wodzie, w dniu wyjazdu gdy osłabienie utrzymywało się nie pozwalając mi funkcjonować na fajnej energii, cieszyć się, bawić decyzja była natychmiastowa, przerywam i wracam do picia. Wystarczyło wypicie 0,5l soku by wszystko wróciło do stanu znacznie lepszego niż sprzed wejścia w ten dwudniowy post wodny. Ja jednak piłem dalej w myśl- no przecież nie wyleję tego co zostało przez co znów opicie. Po południu, czekając z kolei 2 godziny na skok, dzieci zgłodniały i miały ochotę na pizzę. Od paru tygodni prawie nie widzę się z dziećmi i tęsknię za nimi. Chciałem wiec by ten wyjazd był naszym w całości, tak by we wszystkim co robiliśmy było „My”. Dlatego tym razem z przyjemnością przyłączyłem się do wspólnego posiłku. Poczułem, że jak długo osoby, które kocham, na których mi zależy i z którymi pragnę budować fajne relacje, nie będą chciały wejść na drogę zamiany odżywiania stałego na praniczne, ja chciałbym im towarzyszyć i wspólnie uczestniczyć w takich chwilach.

Niestety nie mam pojęcia co i jak mogę zrobic by takie jednorazowe, sporadyczne degustacje nie wciągały mnie w wir konsumpcji. Jak w pełni móc panować i świadomie decydować kiedy jeść a kiedy nie. Na razie nawet jeden taki posiłek powoduje, że wpadam w sidła nałogu. Wypicie 0,3l piwa i poczucie jak uderza do głowy to był kolejny sygnał jak bardzo muszę być zasyfiony tymi lodami i nabiałem. Poczułem, że straciłem wszystko to, co wypracowałem przez ostatnie dwa lata zmierzania w stronę bretarianizmu. Jedyne co pozostało to brak ochoty i cały czas nie jedzenie więcej zwierząt.

PODSUMOWANIE. Chcąc z obecnych słabości wyciągnąć naukę dla siebie i dać ją innym mogę napisać, że po raz kolejny potwierdziła się prawidłowość, że jeżeli uda nam się cokolwiek osiągnąć, to nie można traktować tego jako osiągnięcia na zawsze i dotyczy to każdej płaszczyzny, czy to budowania mięśni, sprawności a więc sfery fizycznej, tworzenia fajnych relacji z innymi ludźmi oraz z samym sobą, czy też sfery duchowej i finansowej. Możemy zdobyć miliony, możemy mieć fajny związek, możemy mieć piękną i bliską relację z Bogiem lub innym człowiekiem ale jeżeli przestaniemy o to dbać w codziennym życiu to niestety stracimy to. Patrząc na zależność czasową i wysiłkową mogę powiedzieć, że tracenie jest dziesięć razy szybsze niż osiąganie. Zastanawiając się też co mogło mieć wpływ na tak duże zapuszczenie się dostrzegam parę czynników:

 Istotnie zmieniła mi się relacja z Bogiem z podejścia pogańskiego jako Universum na Boga Stwórcę całego życia którego możemy poznawać dzięki Jezusowi. Pragnąc wypełniać tylko wolę Boga oddaję jemu swoje życie w tym pragnienia byJego pragnienia stały się moimi. Pytam się więc co chciałby bym robił, w tym czy mam przejść na bretarianizm ale w odpowiedzi słyszę, że Bóg w tej kwestii pozostawia mi wybór. Jest to więc nadal tylko moim pragnieniem pozostawionym nadal bez wsparcia otoczenia. Osoby idące drogą duchowego rozwoju świeckiego zwracają ogromną uwagę na przyrodę, Ziemię traktują jak matkę a inne istoty, w tym zwierzęta jak braci i siostry. Brakuje mi tego w świadomości ludzi podążajacych drogą Chrystusową, którym nie przeszkadza zabijanie zwierząt i jedzenie ich martwych ciał. Ktoś powie, że przecież sam Jezus jadł chociażby ryby. Myślę, że jadł nie dlatego, że musiał, bo nie musiał, co objawił spędzając 40 dni bez jedzenia i picia na pustyni. Jeżeli ktoś powie, że to był tylko post to proszę spędzić powiedzmy 20 dni bez jedzenia i picia. Jeżeli ktoś będzie pościł 20 dni to i 40 będzie dla niego bez różnicy. Gdy w listopadzie pościłem 30 dni na sokach i fajnie się czułem, nabrałem przekonania, że dalsza ilość dni nie ma znaczenia. Od tamtego momentu jedzenie stałe stało się wyborem a nie koniecznością (dopóki się znów nie zapuściłem). Jezus jadł tylko dlatego, by upodobnić się do tych, których ukochał najbardziej. By być częścią społeczności wszystkich bez górowania, by Jego Słowo mogło dotrzeć do jak najwięcej ludzi umożliwiając upamiętanie i możliwość zbawienia. Biblia jest jednak ponadczasowa więc pozostawił ślad dla kolejnych pokoleń, że można inaczej.

CO DALEJ. Niestety nie mogę powiedzieć, że potrafię żyć bez jedzenia bo nie jest to już moim doświadczeniem. Czuję głód i osłabienie, które nie pozwala funkcjonować w codziennym życiu. Nie mogę nadal mówić, że jestem odporny na to co truje bo skoro na mój stan psychofizyczny ma tak wyraźny wpływ zaledwie 0,3l piwa to tę cechę również straciłem. Bardzo chciałbym potrafić jeść sporadycznie pojedyncze posiłki dla towarzystwa a potem po prostu nie jeść. Patrzę jednak na te obecne „upadki” z akceptacją widząc w tym proces dojrzewania i wzrostu. Może zbyt powolny w stosunku do oczekiwań ale każdy ma swoje tempo. Dojrzewanie widzę chociażby w tym, że mimo pozwolenia sobie na wszystko, tak rzadko były to ciała zwierząt. Myślę, że jeżeli dalej będę upadał i sie podnosił to przyjdzie czas, że również nabiał i produkty mleczne odpadną w sposób tak po prostu. Nie będę pisał co dalej bo nie mam pojęcia. Ostatnie tygodnie pokazały, że planuję ale potem jest brak konsekwencji w realizacji planów. Odkąd pragnę podążać za prowadzeniem Ducha Świętego odszedłem od stosowania technik NLP czy hipnoterapeutycznych pomagających realizować określane cele. Zostawiam to więc temu co będzie. Ponieważ jednak poprzedni post z tego obszaru wybiegał w planowanie przyszłości, niech ten będzie takim zakończeniowym podsumowaniem tych dwóch lat zbierania doświadczeń związanych z bretarianizmem i postami.  Tak więc ten dział uważam za zamknięty. Jeżeli natomiast poczuję, że posunąłem się o kolejny wyraźny krok i jeżeli taka będzie wola Boga to wrócę do pisania.