Miesięczne archiwum: Kwiecień 2017

2017.III. INEDIAŃSKI EKSPERYMENT 36/1-10-24

INEDIAŃSKI EKSPERYMENT 36/1-10-24

ZAŁOŻENIA.

Poznałem tę lekkość jaką odczuwa się mając puste jelita i zwolnioną pracę układu pokarmowego do minimum. Nadal jednak spędzając więcej dni bez jedzenia i picia zaczynam słabnąć. Nie czuję już głodu tylko po prostu spadek energii fizycznej i witalności. Z drugiej strony gdzieś w głębi siebie, znając radość i przyjemność jaką czerpie się ze smaków nie chcę z tego rezygnować.  Obydwa stany są wspaniałe i cały czas kombinuję jak je pogodzić. Pokarmy jednak traktuję już nie jako coś co nas odżywia tylko coś co ma dawać przyjemność, lecz co nas obciąża w różnym stopniu, zależnym od tego co wybieramy.  Wiedząc, że nic mnie nie odżywia i jedząc co parę dni, głównym kryterium w doborze produktów stały się walory smakowe na jakie mam akurat ochotę.

Zmęczony już objadaniem się lub opijaniem ostatnich tygodni od powrotu z Portugalii, chcąc połączyć czerpanie radości ze smaków ale i doświadczać lekkości wymyśliłem, że przez miesiąc znów będę na samych płynach, lecz po paru dniach jedząc orzechy po raz kolejny nie wytrzymałem w swoich założeniach. Ponieważ jednak do tego momentu niejako samoistnie wykształtował się inny schemat w którym zaczęły pojawiać się pojedyncze dni bez jedzenia i picia (samapranaday) postanowiłem do końca miesiąca go kontynuować i stąc oznaczenie 36/1-10-24:

  • 36– zaczynając liczenie od godz. 20 spędzałem 36 godzin bez jedzenia i picia. Tak to zorganizowałem, że czas ten wypadał kiedy miałem 24godzinną służbę w straży.
  • /1-Po tych 36 godz ok. 8 rano, jednorazowo piłem maks. 0,5l wody lub wody z jakimś wyciśniętym klarownym sokiem owocowym.
  • 10-Następnie po odczekaniu ok. 2 godzin przez kolejne 10 godz pozwalałem sobie na czerpanie radości ze smakowania także stałych produktów, przy czym nie ograniczałem się co do jakości i ilości.
  • 24-Od godziny ok. 20 tego samego dnia, przez kolejne 24 godz mijał mi dzień na czerpaniu frajdy z picia samych klarowanych soków, co było takim pośrednim stanem dającym radość smakowania ale już nie obciążającym tak mocno układu trawiennego, po czym od godz 20tej znów rozpoczynałem 36 godzin na samapranie i tak przez miesiąc.

Przed wejściem w ten schemat zrobiłem badanie składu ciała by sprawdzić czy i jakie zmiany zajdą po miesiącu. Oba wyniki przedstawiam na końcu.

PRZEBIEG.

SB/ND 11/12.03

Wpływ na świadomość: Veni: https://www.youtube.com/watch?v=o_zv89rTHR4 oraz B. Pawlikowska: https://www.youtube.com/watch?v=-RtnJwIjrYI

WT.14.03.17 W DOMU- DZIEŃ OPIJANIA SIĘ.

Uwielbiam maślanki, zsiadłe mleka i kefiry, jednocześnie zdaję sobie sprawę jak zaklejający jest nabiał oraz co najbardziej sprawia, że czuję się nie do końca komfortowo pijąc je, to świadomość cierpienia krów wykorzystywanych do ich produkcji- sztuczne zapładnianie a potem odbieranie cielaczków zaraz po porodzie by zabić i przerobić na podpuszczkę potrzebną do produkcji serów…okrutne. Szukam więc sposobu by stworzyć własną maślankę pochodzącą z roślin. W tym  celu eksperymentuję z robionym w domu mlekiem kokosowym zaszczepionym grzybkami tybetańskimi. Na razie bez sukcesu więc nadal  do zrobienia kefiru korzystam dzięki znajomemu z dostępu do mleka swojskiego od krowy, która jak dawniej pasie się na polach i wcina to co znajdzie.

Wpływ na świadomość: O wzmacnianiu silnej woli: https://youtu.be/3ITSo3QR7jk

DZIEŃ 1 SAMAPRANADAY

ŚR 15.03.17  SŁUŻBA W STRAŻY-FIZYCZNE OSŁABIENIE i ROZDRAŻNIENIE.

Po 5godz snu  jazda 100km na służbę. W połowie drogi zasypiałem pomimo słuchania motywujących słów A. Robbinsa z końca rozdziału 18. Dojechałem. Półgodzinna drzemkę podczas gdy reszta chłopaków jadła śniadanie wystarczyła by odczuć wzrost chęci do życia. Poobiedni czas wolny to godziny na oglądaniu filmów znów o szkodliwym wpływie cukru i nabiału. Niestety odczułem te negatywne treści w swojej głowie w postaci zmęczenia i pogłębienia braku energii. Warto wiedzieć pewne rzeczy ale nie warto za dużo uwagi poświęcać takiej negatywnej stronie czegokolwiek. Dla złamania swojego stanu zebrałem siły by pójść na siłownię. Ponieważ czułem jeszcze zakwasy po poniedziałkowym treningu dzisiaj spokojne 30min rozruszania. Wystarczyło by poczuć się lepiej i pójść do chłopaków obejrzeć pierwszy raz od paru lat wiadomości.  Patrzę oglądając te negatywne porcje informacji na swoje reakcje ale nie wzbudza to we mnie żadnych emocji i podniecenia co jest tak wyczuwalne w komentarzach tych, co tym żyją tym światem na codzień.

Myślę, że tak naprawdę gdy czujemy jakieś takie strachy  i niewygody to, jak ze wszystkim co na zewnątrz- są to jedynie lustra nas samych. Wziąłem za swoje, usłyszane gdzieś słowa, że jeżeli przepełnimy siebie w całości miłością, to nie będzie po prostu już miejsca na żadne inne energie o których się mówi, że są szkodliwe.  Zauważyłem też, że jeżeli już cokolwiek mógłbym uznać za mające negatywny wpływ na mnie pojawia się to tylko w tedy gdy zaangażuję się emocjonalnie w tę osobę czy sytuację. Wiem, ze łatwo powiedzieć by nie angażować się emocjonalnie, jednak jest to możliwe. Skoro mi się udało nauczyć współpracować w większości sytuacji ze swoimi emocjami, to każdy może się tego nauczyć. Zachęcam do przejścia przez etap,  często trudny, często bolesny poznawania siebie poprzez emocje- bo warto. Chciałbym by ludzie do każdej bolącej emocji jaką wyczuwają w sobie- złość, agresja, smutek, żal… podchodzili z wdzięcznością bo to najlepsi nasi nauczyciele dzięki którym możemy wzrastać…

To co jednych ciągnie w dół, osłabia, 

dla innych może być środkiem do wzrostu,wzmocnienia siebie.

Jeżeli coś jest nazwane niskowibracyjnym, oznacza tylko tyle, że ma niższe wibracje w porównaniu do czegoś innego- przeważnie mamy na myśli siebie. „Guru” i nauczyciele duchowi przestrzegający przed takimi miejscami, sytuacjami i osobami jako mającymi na nasz niekorzystny wpływ chyba kierują się strachem i muszą zaakceptować, że w pewnych okolicznościach sami mogą być potraktowani jako niskowibracyjni gdy spotkają się z kimś o wyższych wibracjach dlatego:

Pięknym celem każdego człowieka byłoby tak wypełnić się miłością,

by nie było już miejsca na nic innego.

Wówczas żadna sytuacja, żadne okoliczności  ani osoby

nie byłyby postrzegane jako zagrożenie.

DZIEŃ 2  JEDZENIE

CZW 16.03.17 ROZDRAŻNIENIE, CHĘĆ NA SŁODKIE I NABIAŁ. WIZYTA W ZARZĄDZIE ŁOWIECTWA.

Noc bez wyjazdu, dziewięć godzin snu- dużo. Rano suchość w ustach więc parę łyków wody po zmianie służby. Po tych paru łykach zwiększenie osłabienie i wyczucie dość silnego rozdrażnienia wewnętrznego. Dziwię się temu uczuciu ponieważ czuję się ze sobą fajnie, więc nie mam pojęcia skąd to się pojawia. W domu podczas przygotowywania soków nie wytrzymałem do kolejnej planowanej godziny picia i od 11 zacząłem pić opijając się. Nie zmuszałem siebie do niczego ani nie pohamowywałem. W tym samym czasie rozdrażnienie zniknęło. Duża ochota słodkiego- czekolady, lodów oraz nabiału-maślanki, sery. Nie uległem, zamiast tych produktów wybrałem garść orzechów nerkowca i 1 banana przez cały dzień. Pozwoliłem sobie za to do końca dnia na opijanie rozcieńczonymi sokami. W ciągu dnia zauważyłem też spłycenie  oddechu i jego zatrzymywanie podczas normalnego funkcjonowania, szczególnie gdy intensywnie nad czymś myślałem co ostatnio często mi się zdarza, a co nie za bardzo mi się podoba. Coraz bardziej tęsknię za ponownym poczuciem przestrzeni serca a nie byciem w wirze intensywnych myśli które wirują tak jak chcą gdzieś poza moją wolą i dopiero gdy łapię się na tym, jakby przytomnieję. Cały czas utrzymujące się uczucie rozdęcia brzucha co zmobilizowała mnie wieczorem do pójścia do lasu i pobiegania z robieniem ćwiczeń aerobicznych ogólnorozwojowych. (To też po tym co wysłuchałem dzisiaj w rozdziale 20 audiobooka A Robbinsa  „Obudź w sobie olbrzyma”)  Fajnie, lepiej się poczułem po tym wysiłku, był znaczący wzrost witalności, ogólnie energii i zadowolenia.

Przystępując do tego eksperymentu zapragnąłem by stawiać siebie w jak największej ilości sytuacji bardzo związanych ze światem w jakim żyje większość ludzi i już dzisiaj dostałem taką możliwość. Poproszono mnie bym przewiózł poroże z czaszką ustrzelonego młodego jelonka. Nie podoba mi się, gdy ktoś zabija zwierzęta dla zabawy i w pierwszej chwili zauważyłem jakiś wewnętrzny sprzeciw. Zgodziłem się jednak chcąc przyjrzeć się tym emocjom. Przyznaję, że szczególnie będąc w siedzibie łowiectwa, widząc inne poroża i powypychane zwierzęta oraz  myśliwych, którzy przychodzili ze swoimi „krwawymi trofeami”  było mi smutno i wstyd, że my jako ludzie w taki nieludzki sposób umilamy sobie czas- zabijając inne czujące Boże stworzenia. Poczułem ból jaki musiały czuć te zwierzęta w chwili gdy zostawały śmiertelnie ranione i tę całą otoczkę egoistycznego zadowolenia i dumy katów…  Nie wiem, nie rozumiem jak czując to wszystko, czasami mam ochotę i sięgam jeszcze po zwierzęta by je zjeść. Jest jeszcze tyle mechanizmów wg których podejmuję takie a nie inne decyzje nie rozumiejąc ich…

DZIEŃ 3 JEDZENIE

PT 17.03.17 ROZPIERAJĄCA ENERGIA

Obudzenie rano (7godz snu) i od razu uczucie lekkości i wręcz rozpierającej pozytywnej energii- coś podobnego do stanu upojenia się cukrem tylko w uczuciu lekkości ciała i duszy. Fruwałem, nosiło mnie, znów to uczucie wszechogarniającej wdzięczności i Miłości. Nie wiedziałem co z tym zrobić, było za silne. Poszedłem poćwiczyć o poranku do pobliskiego lasu ale ruch jeszcze bardziej wzmocnił te uczucia. To było zbyt silne, jedyny sposób jaki znałem na obniżenie tego stanu to jedzenie. Najpierw się opiłem, ale nie pomogło, zjadłem banana a potem drugiego i też nie za dużo dało więc zdecydowałem się na orzechy.

Wizyta w markecie ukazała mi jak bardzo może się zmienić samopoczucie i  reaktywność na jedzenie gdy tylko przebrnie się przez pewien kryzys pierwszych dni zmiany. Obszedłem wszystkie alejki dając sobie pozwolenie na wszystko na co poczuję ochotę i…  zdziwiłem się gdy idąc wśród czekolad zupełnie mnie nie pociągały- neutralność.  Pomyślałem o nabiale- sery, jogurty, może mleko ukwaszone którym jeszcze parę dni się upijałem ale znów teraz coś mnie wręcz odpychało. Pieczywo również nie i dopiero rzeczywiście przy orzechach i suszonych  bakaliach zauważyłem  wielką ochotę na te plony ziemi.  Zauważyłem jednak, że to znów nie jest potrzeba płynąca z żołądka bo ten jest cały czas pełny tylko z innych obszarów mojego ciała lub pozaciała. Myślę, że to potrzeba zmniejszenia tej rozpierającej energii lekkości z którą na tę chwilę jeszcze nie potrafię sobie poradzić. Nie rozumiem dlaczego to piękne uczucie i mega pozytywne emocje towarzyszące mi za każdym razem gdy ograniczam jedzenie, są wręcz nie do wytrzymania. Czyżby do przyjmowania tej uniwersalnej  Miłości też trzeba było dorosnąć? Od czego zależy dawka jaką możemy jej przyjąć by czuć się nią wypełnieni ale nie przepełnieni? Tak- miałem jej tyle, że nie wiedziałem co zrobić z „nadmiarem”. Niesamowite…

Jedząc, wraz ze wzrostem uczucia wypełnienia i potem przepełnienia żołądka ( w sumie ok. 0,3kg orzechów nerkowca i pistacji)  rzeczywiście ten tryskający stan stopniowo malał. Znów nie wyhamowałem i za dużo wciągnąłem. Mimo jednak sytości fajna energia utrzymywała się do końca dnia.

Dzisiaj ze szkoły pierwszy wrócił Szymonek i jak tylko wszedł zacząłem zamykać wykresy z forexu by jemu poświęcić całą uwagę ale, że zaczął pytać co robię, to zacząłem odpowiadać i tak od słowa do słowa, żeby pokazać w praktyce jak to działa zawarłem transakcję. Cena na kablu doszła akurat do miejsca które mogło ją choć na chwilę zatrzymać i zawrócić. Otworzyłem pozycję i tłumaczyłem co robię i dlaczego i… to była zyskowna pozycja zamknięta po paru minutach. Ale fajnie. Gdy po chwili doszedł Przemko  poszliśmy pograć w piłkę. Po raz pierwszy zwykłe kopanie było za mało więc zagraliśmy dynamiczny mecz. Przemek z Szymonem na mnie. Świetnie się bawiłem a po meczu zrobiliśmy razem lody z zamrożonych owoców. Piękny, najpiękniejszy czas  to czas z dziećmi…

DZIEŃ 4 SAMAPRANA

SB 18.03.17 SŁUŻBA STRAŻ

Dzień interwencyjnie spokojny, sporo przed laptopem. Wieczorkiem trochę ruchu na siłowni ale tylko żeby rozruszać mięśnie, które czuję po intensywnym wczorajszym treningu. Jest niewielkie spowolnienie, nie podoba mi się, to nie ta witalność  którą chcę mieć. Żołądek też jakby domagał się by coś tam włożyć ale to nie głód tylko rozpoznaję w tym dyskomfort związany ze zmniejszeniem rozepchanych trzewi.  Dzień bardzo fajny wśród chłopaków. Fajne pogaduchy, żarty i takie tam „normalne” okoliczności . Bardzo przyjemnie, szkoda, że  tak wiele osób ze świata rozwoju duchowego krytykuje ludzi tak żyjących chowając się pod kloszem własnych przekonań i aspiracji . Często czuję więcej radości w ludziach żyjących prostym, ludzkim życiem, niż tych aspirujących do jakiegoś „5D”, którzy by utrzymać swój stan żyją  z wciąż zaciśniętymi pośladkami by nie wypaść ze swej drogi. Więcej luzu by się im przydało. O przepraszam- więcej luzu by się NAM przydało bo czasami też łapię się na takim spięciu.

DZIEŃ 5 JEDZENIE ZAMIAST PICIA

PN 20.03.17 ZNACZENIE „DLACZEGO”

Poranna mega energia wdzięczności,  Kompulsywne sprzątanie jako sposób na rozładowanie tej pozytywnej ale zbyt silnej energii.  Godzinna drzemka. Naleśniki ze szpinakiem i lody zjedzone z przyjemnością. Trening. Fajne samopoczucie do końca dnia.

DZIEŃ 6 SAMAPRANADAY

WT 21.03  SŁUŻBA W STRAŻY

Po wczorajszym zjedzeniu przetworzonego dania obawiałem się dzisiejszego dnia. Czy ten naleśnik nie będzie zbyt ciążył by obyć się cały dzień w szczególności bez picia.  Właśnie „dzisiaj” się kończy a ja mile zaskoczony w obserwacji siebie stwierdzam, że mam fajną energię. Po paru godzinach przed laptopem energia trochę spadła ale po wieczornym treningu siłowym do którego musiałem trochę się zmusić znów wskoczyła na fajny poziom.

Obserwuję wzmożone wydzilanie śliny, tak jakby organizm sam produkował tyle płynu ile potrzeba do strawienia i usunięcia tego co jest w jelitach, a że jest tam trochę to i trochę więcej śliny zapewne musi wyprodukować.  Pomimo wczorajszego naleśnika pragnienia ani głodu nie czułem. Fajnie.

DZIEŃ 7. SOKOWANIE

ŚR 22.03

Brak wpisu, nie pamiętam co się działo i jak się czułem.

DZIEŃ 8. JEDZENIE

CZ 23.03

Poranny posiłek- woda z cytryną i wyjście do sklepu. Ochota na maślankę więc korzystając z przecen wypity kefir, jogurt i kawa ze śmietaną po czym jeszcze dwa lody na patyku. Pyszne i byłem przekonany, że po tym znów mnie wessie kompulsywne objadanie się. Od popołudnia masakryczna ochota na „Coś” tylko nie wiedziałem na co. Szukałem w myślach- może to a może tamto- wegeburger? Spaghetti? Surówka, jakaś zupa, może serek grani? Nie wiedziałem czego chcę choć czegoś bardzo mocno chciałem. Dopiero wyobrażenie smaku ogórków małosolnych przyjemnie mnie połechtało i stwieredziłem, że to jest to.  W ostatecznym wyborze miło się zaskoczyłem, że pomimo pozwolenia sobie na wszystko, ze wszystkich dostępnych produktów wybrałem świeżo wyciskane soki warzywno-owocowe.  Ponieważ jednak rano napiłem się nabiałowych płynów i zjadłem orzechy kolejne podejście do eksperymentu nie powiodło się. Tęsknię za medytacją jednak jeszcze nie wracam. Nadal uważam, że do bycia bretarianinem nie jest potrzebna a moje sięganie po nabiał czy orzechy to po prostu słabość do tych smaków. Widocznie nadal moje wyjaśnienie przed samą sobą dlaczego powinienem wytrwać w sokowaniu jest mniej atrakcyjna niż doznania smakowe.  Obserwując swoją dzisiejszą niechęć do czegokolwiek stałego, myślę, że to przechodzenie na ponowne same sokowanie już się dzieje tylko może wolniej niż chciałaby tego moja umysłowa część. Jest jednak pięknie, szacunek, akceptacja samego siebie w uczuciu radość i fajnej witalnej energii pozwalającej jak co czwartek pograć z Przemkiem w pingponga.

Wieczorem, pomimo domsów na nogach, a może właśnie przez nie, zmobilizowałem się do pobiegania przed pójściem spać . Kurcze,  wytrzymałość w stosunku do tego co było  rok temu wymaga podkręcenia jednak w stosunku do zeszłego tygodnia jest lepiej. A może sięganie jeszcze po orzechy i probiotyczne napoje mleczne wynika z tego, że tak intensywnie ćwiczę i na obecnym etapie mój organizm nie potrafi jeszcze zrównoważyć tak wysiłkowych treningów ucząc się dopiero jak zaopatrzyć się w praniczną energię? Tak czuję. Gdybym zmniejszył obciążenie, może i chęć doznań smakowych zmniejszyłaby się. Ponieważ jednak uwielbiam treningi i ten stan kiedy wręcz czuję zmęczenie z dumsami włącznie, godzę się na wszystko jeżeli chodzi o odżywianie. Jestem szczęśliwy.

DZIEŃ 9 SAMAPRANADAY

PT 24.03 STRAŻ

Zaczyna mi się podobać to bycie co trzeci dzień na samapranie w straży. Świadomość, że rzeczywiście staje się to pomału nawykiem i to wspierającym podoba mi się. Widzę jak ważne jest określenie czego się chce i wykształcenie jak najwięcej nawykowego działania, które ten cel będą wspierać. Niestety złamanie starych, niekorzystnych nawyków przeważnie wymaga przejścia przez pewien okres bólu, niewygody.  W pewnym momencie jednak ten dyskomfort puszcza i z czasem to co wymagało uważności, wysiłku staje się niezauważalną normalnością. Ciekawe, że po wykształceniu i utrwaleniu nowego nawyku, gdy tym razem go zabraknie, ponownie przez jakiś czas mamy uczucie dyskomfortu i sytuacja się powtarza kusząc do strefy komfortu w obszarze tego, co znane. Czy jednak zawsze to co znane i komfortowe jest tym czego tak naprawdę chcemy?

Myślę, że jeżeli chcemy się rozwijać to jedynym sposobem jest ciągłe wychodzenie poza każdą nową strefę komfortu.

Od popołudnia wyraźne osłabienie. Gdy się pojawia przestaje mi się chcieć  cokolwiek wiec i tym razem do końca dnia po prostu trwałem.  Wybiegałem myślami do jutra  zastanawiając się co będę pił i jadł. Tęskniłem za maślanką. A może nie za samym zsiadłym mlekiem tylko za powrotem takiej fajnej energii która pozwala mi się cieszyć, radować ćwiczyć, działać… a ponieważ czuję ten powrót energii gdy wracam przynajmniej do picia to stąd tęsknota za zsiadłym mlekiem, w którym ukryłem energię. Jeszcze nie wiem, co zrobić, żeby odłączyć się od tego powiązania i generować energię z innej opcji niż wkładanie czegokolwiek do żołądka.

DZIEŃ 10 JEDZENIE

SB 25.03.17 OSIEMĆDZIESIĄTE URODZINY TATY

No tak, wystarczyło parę łyków soku by poczuć znów taką witalność jaką lubię. Pierwsze picie poranne  po dniu samaprany to zawsze 0,3-0,5l wody. Jednak pijąc wodę nie czuję jeszcze wzrostu energii a wręcz zwiększenie senności. Dopiero drugie picie to wyraźne i wręcz natychmiastowe doenergetyzowanie. Oczywiście mimo fajnej energii już po paru łyczkach nie przestałem pić i jeść orzechy akceptując, że po dniu samaprany jest dzień kiedy pozwalam sobie na wszystko ciesząc się tym by następnego dnia móc bez poczucia żalu czy ograniczenia przejść na sokowanie. Dzięki temu samoistnie wszedłem w  nieplanowany trzydniowy schemat: 36 godzin Samaprany, potem dzień jedzenia i trzeci dzień sokowania. Podoba mi się to bo pozwala cieszyć się każdym możliwym stanem i formą doenergetyzowywania.

Co ciekawe planowałem i pragnąłem osiągnąć coś innego-miały być tylko płyny. Czy powinienem walczyć o swoje? Moje? To znaczy kogo? I znów idąc w jakimś świadomie określonym kierunku pokazało się coś, co bardzo podoba mi się, z czym fajnie się czuję a o czym w ogóle nie myślałem. Teraz chcę przy tym zostać. Czy to oznacza słabość czy może życiową mądrość odpuszczania kiedy powinno się odpuścić i bycia szczęśliwym w ramach tego co przynosi życie po obraniu jakiegoś świadomego kursu?

Dzisiaj miałem telefon od Sylwka, który zaproponował ponowne wejście na Kazbek i zapragnąłem wziąć udział w tej wyprawie by zrobić coś, czego chyba nie zrobił jeszcze żaden człowiek- wejść na 5000m.n.p bez jedzenia i picia. Nie mam pojęcia skąd się to wzięło, szukałem racjonalnych powodów „dlaczego” ale nie znajduję. Podobnie jak w tym gdy poczułem potrzebę wejścia na drogę bretarianizmu lub zajęcia się inwestycjami na rynku kapitałowym. Jest jakieś niewytłumaczalne uczucie pragnienia zrobienia czegoś, które w porównaniu z racjonalnym określeniem celu jest jak wielkie ognisko na tle ognia z kuchenki gazowej.  Ewidentnie chcę to zarobić oddając jednak szczegóły jak to zrobić opatrzności Bożej i prosząc by mnie prowadziła, bym dostrzegał to co mam dostrzec. Oczywiście teraz, po poczuciu nowego kierunku techniki NLP czy hipnoterapeutyczne, związane z osiąganiem celu mogą być przydatne by zachować wytrwałość w chwilach słabości jakie pojawiają się w większości długoplanowych celów.

Urodziny taty to bardzo przyjemny czas. Po raz pierwszy od bardzo dawna jadłem to co było, na co miałem ochotę. Nie patrząc na to czy zdrowe czy nie. Cieszy mnie to, że mimo przyzwolenia zupełnie nie miałem ochoty na martwe zwierzęta. Za to sernik i śmietana ze śledzi powaliły. Ponieważ były to cztery godziny rozmów o polityce a właściwie komentowania z tendencją narzekania, z uważnością obserwowałem swoje emocje  i niestety, po takim czasie stawałem się trochę przytłoczony gęstniejącymi coraz bardziej emocjami jakie okazywali dyskutujący. Nie byłem w temacie więc mogłem tylko przysłuchiwać się, a czując narastającą w sobie jakąś ciężkość, wrócić do siebie. Przyznaję, że będąc w konkretnym środowisku mimo braku angażowania się emocjonalnego, otoczenie jednak ma na mnie wpływ. Cieszę się jedynie, że przy takiej intensywności, jest on tak niewielki. A więc jednak to w jakim środowisku przebywam mimo miłości jaką czuję, w większym lub mniejszym stopniu nadal oddziaływuje na mnie.

DZIEŃ 11 PŁYNY

ND 26.03 SAM U SIEBIE W DOMU- POTRZEBA PRZEDEFINIOWANIA SIEBIE

To nie była fajna niedziela. Dlaczego? Bo mimo wolnego nie widziałem się z dziećmi. Dzień tylko na płynach, był trening, wzruszający film ale zabrakło spotkania z dziećmi. Ponadto na koniec dnia odczułem,  że nie wykorzystałem go, że nie posunąłem się w niczym, w żadnym kierunku do przodu.

Przypomniałem sobie rozdział z Robbinsa o tożsamościach jakie nadajemy sami sobie. Czy przypadkiem nie nadszedł czas przedefiniowania swojej tożsamości bycia tatą? Odkąd pojawiły się dzieci tak siebie określam- przede wszystkim tata. Teraz jednak coraz częściej dzieci nie wymagają takiej uwagi jak dawniej. Mam coraz więcej czasu nie związanego z opiekowaniem się dziećmi a zauważam, że moja tożsamość nadal trzyma się bycia tatą-opiekunem przez co mam wrażenie, że nie wykorzystuję czasu bez dzieci jakiego mam coraz więcej, tylko jakbym był w trybie wyczekiwania na ich powrót. Tylko one dorastają i nie wrócą już w dawnej zależności więc czy nie powinienem zacząć na nowo się definiować?  Szukam w którym kierunku mam iść. Cały czas sukces finansowy prosi się o moją uwagę. Czy to ten czas? Proszę Boga o pomoc w wyborze nowej drogi.  Bycie pełnoetatowym tatą to najpiękniejszy okres mojego życia i po tym jak uświadomiłem sobie, że być może to się kończy poczułem smutek, żal…. Lata uwagi poświęcanej dzieciom, dokonywanie ważnych wyborów częściej przez ich potrzeby a nie swoje, chyba to mnie przywiązały do nich bardziej niż ich do mnie. Smutno mi. Tęsknię.  Taki niewygodny czas przemiany kiedy kończy się jakiś etap a nie ma w jego miejsce czegoś innego.

Następne dni założonego procesu nie opisuję codziennie tylko tygodniami.

TYDZIEŃ  27.03-02.04 W USTALNOMY SYSTEMIE-PODSUMOWANIE

Był to drugi tydzień cały wg ustalonego podziału. W dniu jedzenia pozwalałem sobie na wszystko a i tak nie miałem ochoty ani razu na mięso. Przeważnie były to duże ilości lodów, maślanki, kefiry i zsiadłe mleko oraz kawa z kawiarki trzy razy dziennie i wszystko w dużych ilościach do uczucia objedzenia.

W dniu samego picia piłem przede wszystkim soki owocowe rozcieńczane i klarowane ale także czasami jedną kawę czy sheaka owocowego ze zmiksowanym bananem a wszystko także w dużych ilościach powodujących opicie odczuwane podobnie jak przejedzenie, z tendencją jednak do zmniejszania ilości i rozrzedzania płynów w drugiej części dnia.

W dni samaprany  bez względu czy byłem w pracy czy nie, od popołudnia odczuwałem osłabienie a myśli wybiegały do następnego dnia szukając już co też zjem. Zauważyłem, że gdy w dzień poprzedzający samapranę, pod wieczór nie opiję się oraz gdy jeszcze zrobię lewatywę, osłabienie następnego dnia jest mniejsze Zmuszanie się do ruchu było kolejnym elementem poprawiającym samopoczucie, witalność. W sobotę organizowałem ognisko dla dzieci i koleżanki która przyjechała do mnie.  Rano kupując produkty na ognisko zjadłem dwie kromki chleba, jogurt, serek grani, a na wspólnym ognisku 1 ziemniaka z ogniska, 1 buraka, cebulę i wypiłem 1 piwo . Spodziewałem się, że dzień picia nie wystarczy by oczyścić jelita co wpłynie na zwiększenie osłabienia w dniu samaprany ale wręcz przeciwnie, dzień następny minął super pomimo, że nie robiłem nawet lewatywy. Jedyne co zastosowałem by usunąć zawartość jelit to zmieszałem sok śliwkowy z maślanką dzięki czemu zapewne pod koniec dnia parę razy witałem się z toaletą. Bardzo fajny tydzień. Nie planowałem takiego schematu ale czuję, że dzięki temu mam możliwość doświadczenia każdego z pożądanych stanów związanych z odżywianiem. Jest dzień samaprany czyli oczyszczenia, jest czerpanie radości ze smaków, z jedzenia w towarzystwie ważnych dla mnie osób oraz jest dzień pośredni-czerpanie radości ze świadomości picia lekkich i smacznych płynów i sheaków. Chciałbym tak się ugruntować. Zobaczymy.

Jestem przekonany i chciałbym udowodnić, że bez technik medytacyjnych też można zostać bretarianinem ale jednak ta potrzeba jest silna, nie ze względu na braterianizm ale ze względu na dbanie o samego siebie, o pielęgnację szczęścia, równowagi i harmonii ze samym sobą. Czuję, że od zaniechania medytacji coraz bardziej się chwieję emocjonalnie i nie podoba mi się to. Widocznie nie moją drogą jest by udowadniać cokolwiek komuś na zewnątrz jeżeli za bardzo odchodzę od tego co jest dla mnie wspierające. Trochę szkoda bo naprawdę uważam, że do osiągnięcia stanu życia na samej pranie nie potrzeba nic oprócz oczyszczenia fizycznego  ciała i wykształceniu nowego przekonania, że niejedzenie to nasz naturalny stan.

WEEK 03-09.04 PODSUMOWANIE „CAŁY CZAS WSZYSTKO WOKÓŁ JEDZENIA”

Trzeci tydzień w systemie 36samaparana/12stałe/24płyny. Jedzenie b.o jeżeli chodzi o ilość- do objedzenia oraz jakość- nadal kierowałem się tym na co miałem ochotę i w dniu jedzenia były to nadal przede wszystkim lody(ok. 1l), maślanki, kefiry lub zsiadłe mleka (ok0,5l), najczęściej trzy kawy z kawiarki ze śmietanką, orzechy i co nowe- dwa razy jadłem smażone- raz batata z czosnkiem a drugi raz dwa jajka sadzone. Od początku stosowania tego systemu objadam się. Następnego dnia tylko piłem ale również do przesady i mimo braku ochoty. Wynikało to z nieznajomości funkcjonowania organizmu. Piłem bo chciałem by te płyny jak najszybciej wypłukały z jelit zawartość z poprzedniego dnia. Przestało jednak działać i poza zwiększoną ilością moczu najczęściej nie dochodziło do wypróżnienia. Czuję się zmęczony takim wchodzeniem ze skrajności w skrajność. Brzuch mi nabrzmiał i wyraźnie obtłuścił. Ważę już 71kg. Nawróciły też bóle kręgosłupa. Zmniejszyła się sprawność i czuję jak mięśnie już nie potrafią tak sprawnie sterować ciałem jak kiedyś. Objadanie się wynikało albo z kompulsywnych zakupów, kiedy po dniu suchym miałem ochotę kosztować wszystkiego i kupowałem za dużo a potem na siłę i bez przyjemności zjadałem- żeby się nie zmarnowało. Objadanie się mogło też być spowodowane tym, że  każdy taki dzień miał być ostatnim i chciałem „po raz ostatni” się objeść-opić by od jutra przestać.  Wcześniej takie przejadanie działo i bez żalu odchodziłem od pewnych produktów ale tym razem „od jutra” nie zadziałało.

Tydzień bardzo fajny jeżeli chodzi o czas z dziećmi- chłopcami.

Nadal poza medytacjami i innymi technikami duchowymi. Nadal też w dniu samaprany od godzin popołudniowych przeważnie osłabienie które poprawiało się gdy zmuszałem się do umiarkowanego wysiłku fizycznego a powracało niemal natychmiast po pierwszych łykach wody z cytryną w dniu zaczynającym dzień jedzący.

Niestety odżywianie tak absorbuje mój czas, uwagę i energię, że znów nie znalazłem siły by systematycznie zająć się innymi sprawami- grą na foreksie. Wykonałem parę zagrań ale bez zaangażowania- po prostu wchodziłem gdzieś z ustawionym SL i zostawiałem pozycję  bez kontroli, które kończyły się w 99% na ustawionym SL.

W dalszej części opis tylko dni, które jakoś  były inne niż pozostałe i istotne.

DZIEŃ 29 JEDZENIE

ŚR 12.04.17 PRZEŁOMOWY TRENING- PUNKT KRYTYCZNY

Dzisiaj dzień jedzenia- No tak, podczas normalnych codziennych czynności niby wszystko ok. Pierwsze picie, natychmiastowy powrót energii, potem znów nabiał, lody. Dzisiaj ochota na wegeburgera z camembertem ale nie chciałem kupować wiec zrobiłem w domu. Nie wyszedł za fajnie- większość powypluwałem. Podobnie rano wracając do domu kupiłem ciastko z jabłkiem co już było nietypowe ale również w większości wyplute. Od rana coś było nie tak.

Na treningu były plecy- sporo podciągnięć i tu coś we mnie pękło gdy nie potrafiłem wejść na drążek i zrobić zwykłego wymyku a potem nawet jednego muscleupa i to z pomocą zielonej gumy!. Porażka. Jeszcze nigdy nie czułem się tak niedołężnie, tak flejowato. Chyba w tym momencie padła decyzja, że starczy, nie ciągnę do końca tygodnia tego systemu i już w sobotę pójdę na ponowne badanie składu masy ciała by od poniedziałku wejść znów w delikatniejsze traktowanie swojego układu trawiennego. Ciało na samą myśl o tym zareagowało jakąś taką wewnętrzną radością, tak jakby powiedziało do mnie ” Na reszcie Paweł”. Nie miałem wątpliwości i poczułem się tak, jakby to już się stało. Nie wiem jeszcze co wymyślę ale chciałbym by co trzeci dzień nadal był czasem 36h samaprany. Tymczasem po treningu po raz ostatni pozwoliłem sobie na cassata, kawę i podpiwek. Od jutra…

DZIEŃ 30 PŁYNY

CZW  13.04.17  DZIEŃ OCZYSZCZANIA i SOKOWANIA.

Rano i wieczorem lewatywa. Przez cały dzień picie klarowanych soków które miały pobudzić pracę jelit ( gruszka ze śliwką i woda z kiszonych ogórków, olej kokosowy i ksylitol) Nawet po opiciu się takimi sokami rewolucji nie było.   Po miesiącu objadania się przede wszystkim nabiałem to co teraz wychodziło z takim trudem to kleista maź. Ale załatwiłem sobie jelita i mam się dziwić, że w dni samaprany tak szybko traciłem energię i tak długo spałem? Ostatni dzień samaprany to osiem godzin snu w nocy i jeszcze dwie drzemki w dzień.

Dzisiaj przerwałem to i wróciłem do mniejszej ilości sokowania i po raz pierwszy  nie opiłem się, choć i tak przez cały dzień poszło ok 5l.  Po raz pierwszy od ponad miesiąca wróciłem do medytacji.  I tu również okazało się, że „zapomniałem”. Umysł robił co chciał. Chciałbym zmienić kierunek i wrócić do dawnych, wspierających codziennych nawyków, w tym medytacji, tańca spontanicznego i inwestowania. Proszę o wsparcie Boga.

DZIEŃ 31 SAMAPRANADAY

PT- STRAŻ. Standardowo, od popołudnia osłabienie i standardowo, gdy zmusiłem się do ruszenia tyłka, zrobiłem fajny trening siłowy, który znów podbił moją witalność do końca dnia.

DZIEŃ 32 JEDZENIE

SB15.04- BADANIE KONTROLNE SKŁADU CIAŁA (po wypiciu rano 0,5 litra wody)- a więc zakończyłem miesięczny okres życia wg ustalonego schematu i tak jak czułem badania pokazały przyrost masy ciała ale w postaci obtłuszczenia tkanek wewnętrznych a kosztem masy mięśniowej, która nieznacznie zmalała. Nie o to mi chodzi. Dzisiaj, pomimo, że miałem dzień żywieniowo b.o. zachowałem umiar.

DZIEŃ 33 SOKOWANIE

ND 16.04- WIELKANOC

Świąteczne śniadanie to bardzo przyjemny czas u brata. Piłem co prawda swoje soki ale najwyraźniej już wszyscy się do tego przyzwyczaili.  Zjadłem też ze wszystkimi święconkę, choć bez zwierząt lecz poza tym do końca dnia nadal na sokach.

Po południu spacer do lasu podczas którego znów zaczęło mnie nosić silną, pozytywną energią. Znów nie wiedziałem jak ją wykorzystać i znów wielka chęć na  lody, kawę ze śmietaną lub chociaż coś kefirowatego. Intensywne rozmyślania na ten temat, zadawanie sobie pytania o co chodzi? Jak wykorzystać tę energię zamiast spłycać przez jedzenie przyniosły metaforę. Energia jest jak samochodowy silnik a ciało jak nadwozie. Jak tylko zmniejszam jedzenie wzrasta niesamowicie pojemność i moc silnika do rozmiarów, których nie jest w stanie pomieścić nadwozie co powoduje, że  aby znów poczuć się komfortowo odbierałem tej mocy przez powrót do jedzenia . Teraz jednak zadałem pytanie dlaczego idę w tę stronę? Ograniczam dany lub wypracowany potencjał? Czy nie mogę spojrzeć z drugiej strony?  Poszukać sposobu by przebudować nadwozie i zwiększyć komorę silnika tak, by pomieściła ten nowy, mocniejszy silnik? Jak to zrobić? Myśl Paweł Myśl! Te nowe pytania i zmiana punktu patrzenia wprowadziły silne pozytywne emocje. Radość i kolejne fale entuzjazmu doprowadziły do konieczności spożytkowania tej energii przez trening. A miał to być tylko spokojny, medytacyjny spacer po lesie. Póki co nie znalazłem sposobu by stworzyć przestrzeń dla tej silnej energii więc znów wróciłem do strefy komfortu przez napicie się kakaa, ale tym raze na wodzie, z imbirem, cynamonem i ksylitolem- pyszne i chyba trochę się najadłem tym piciem. To było jednak przyjemne i lekkie opicie, takie akurat by znów poczuć równowagę.

PODSUMOWANIE EKSPERYMENTU:

A więc tym razem nie poszło. Miesiąc w ustalonym schemacie pokazał, że nie jest to wspierające dla mnie. Przede wszystkim wzrost obtłuszczenia narządów wewnętrznych i pogorszenie ogólnej sprawności fizycznej,  nie jest tym kierunkiem w jakim chciałbym iść. Czy potrzebne były do tego badania składu ciała? Absolutnie nie ponieważ moje coraz gorsze samopoczucie i kondycja wyraźnie dawały znać, że to nie jest dla mnie budujące. Badanie jednak pomaga zrozumieć, że patrzenie na wagę ciała nie zawsze stanowi wyznacznik właściwego kierunku. Jeżeli wzrost wagi odbywa się poprzez wzrost tłuszczu trzewnego, a nie mięśni to lepiej by nie wzrastała bo tak jak w moim przypadku zapewne pogorszy to tylko kondycję ciała. Analizując dalej szukam przyczyn dlaczego jedząc tylko co trzeci dzień tak się zapuściłem. Oczywiste stało się dla mnie, że jednak ważne jest to co wciągamy. „Jednak”, ponieważ podchodząc do tego eksperymentu byłem przekonany, że mogę jeść wszystko co mi się tylko podoba- Skoro nic mnie nie odżywia? Skoro są ludzie, których ciała po podaniu trucizny nie wykazują reakcji? To  ja też mogę jeść to na co mama ochotę bez negatywnych konsekwencji, tym bardziej co trzeci dzień. Jak się okazuje moje ciało fizyczne potrafi dużo, ale ma również swoje granice i przy zbyt dużym obciążeniu toksynami nie dało rady ich zneutralizować i usunąć nawet jeżeli męczyłem je nimi tylko co trzeci dzień i stąd wzięło się to obtłuszczenie trzewi.  Ponieważ kiedyś opychałem się dużo i codziennie ale przy zróżnicowanej diecie a mimo to nie tyłem i wypracowałem do tego świetną formę, to wszystko wskazuje na to, że większy wpływ na stan zdrowia ma jakość jedzenia  a nie jego sama ilość. W tym przypadku przypuszczam, że cukry w postaci lodów zjadanych w ilości ok 1l w dniu jedzenia, oraz  dwie lub trzy kawy na tłustych 30% lub 18% śmietanach zrobiły swoje.

Szukając najlepszego dla siebie nawyku żywieniowego mogę po tym miesiącu stwierdzić co musi się stać, żeby określony schemat był dla mnie ok:

  1. W schemacie chcę doświadczać zarówno lekkości samaprany jak i mieć przestrzeń na jedzenie bez patrzenia na jakość produktów. ( W powyższym schemacie było objadanie się, jednak co trzeci dzień samaprany nie wystarczył by poczuć lekkość)

2.Przy systematycznych treningach powinienem czuć wzrost masy mięśniowej, siły i wytrzymałości co potwierdzi badanie pokazujące spadek obecnego obtłuszczenia i        utrzymanie go na poziomie 1 lub 2 przy wzroście masy mięśniowej. Fajnie, że                    trafiłem na  takie badanie. 🙂

(Innym wykładnikiem spełnienia tego warunku jeżeli nie będę miał dostępu do badania będzie co miesiąc wykonywana kontrolna seria ćwiczeń:                                     Siła i wytrzymałość- coraz większa maksymalna ilość powtarzanych ćwiczeń jak pompki, podciągnięcia na drążku,  przysiady, brzuszki itp.                                                            Kondycja-przebiegnięcie w danym czasie coraz dłuższych dystansów lub stałego dystansu w coraz krótszym czasie.                                                                                                         Tak więc zawsze jest jakiś sposób weryfikacji kierunku w jakim się chce iść.)

       3. Nocna  ilość snu dająca regenerację i witalność będzie wynosił maksymalnie  6                       godzin (lub mniej). Skrócony sen to kolejny bardzo znamienny efekt  uboczny i                           informacja, że mamy w miarę oczyszczony organizm.

       4. Muszę subiektywnie czuć się na tyle fajnie by mi się chciało żyć. Chodzić na treningi                 i na fajnej energii spędzać czas z dziećmi, planować i realizować także  cele nie                           związane z jedzeniem-niejedzeniem.

Ktoś zapyta dlaczego zależy mi na wykształceniu wspierającego nawyku żywieniowego?  Wiem, że najlepsze byłoby podążanie w uważności, zgodnie z tym co przynosi każda następna chwila, dlatego rzeczywiście od czasu do czasu chciałbym wchodzić w takie okresy bycia poza opracowanym schematem i  słuchanie swojego ciała przez cały czas. Testowałem to jednak również i nie wyszło. Przy moim intensywnym trybie  życia które lubię, zmienności, nie potrafiłem zachować uważności i traciłem wyczucie czego i ile potrzebuje moje ciało, przez co pojawiało się nieświadome sięganie do jedzenia. Jeżeli już utrzymywałem uwagę na byciu w tu i teraz, to miałem wrażenie, że chodzę z zaciśniętymi pośladkami zupełnie nie czerpiąc takiej zwykłej radości z życia.  Nieustająca uważność na swoje reakcje w odniesieniu do jedzenia powodowała ponadto, że nie mogłem skupić się na niczym innym przez co odszedłem od  podążania drogą pasji realizacji celów z innych obszarów- a jest  tyle innych radości życia. Staram się więc wypracować świadomy, wspierający nawyk i zająć się czymś innym. Jestem nawykową istotą i podoba mi się to. Staram się więc w tym podejściu wypracowywać jak najwięcej świadomych nawyków które są moje, a nie bezmyślnie powielać to co sugeruje mi otoczenie… Zobaczymy natomiast co przyniosą dalsze dni, tygodnie, miesiące i lata…

W tym całym planowaniu przyszłości nauczyłem się jednak zostawiać spory zapas na to, by podążyć za tym, czego nie dostrzegam z poziomu „dzisiaj”, a co może objawić się dopiero „jutro”.  Mam przy tym świadomość o konieczności równowagi ponieważ mimo bycia nawykowcem, najwłaściwsze kierunki można najlepiej dostrzec dzięki byciu „W tu i teraz”….

Badanie składu ciała przed:

Badanie składu masy ciała po:

 

 

PORTUGALIA CZAS 7/1+3

 

STYCZEŃ 2017

Żeby przedstawić możliwie prosto ale czytelnie jak wyglądało moje odżywianie od początku roku do wyjazdu na kolejny proces w Portugalii przyjąłem notację cyfrową- jedna cyfra to jeden dzień przy czym 0 to samapranaday (czyli dzień tzw. suchy- bez jedzenia i picia) 1- to dzień na samych płynach i 2 to także pokarmy stałe. Patrząc jednak na notatki zauważyłem, że czasami zakwalifikowałem dzień jako 2 a w tym dniu zjadłem/wypiłem jedynie lody lub czekoladę czy trochę ketchupu. W tym okresie zupełnie nie zwracałem uwagi na wartości odżywcze, a to co jadłem zależało tylko od tego na co miałem ochotę i  były to przeważnie lody. Ogromną radość mam z tego, że prawie całkowicie zniknęła potrzeba lub raczej nawyk jedzenia zwierząt. <3

STYCZEŃ: 2-2-2-2-1-1-0-1-2-1-0-1-2-0-2-2-0-0-1-0-2-2-2-2-2-1-1-1-0-1-1

LUTY: 0-2-2-2-2-1-2-2-2-2-2-1-0-PORTUGALIA…

 

LUTY 2017

06-12.02 FERIE Z DZIEĆMI w TATRACH

Czas ferii to miał być czas przygotowywania się do procesu w Portugalii by po raz trzeci możliwie fajnie przejść siedmiodniowy okres samaprany. Przez poprzedzający wylot tydzień miałem być na samej wodzie dlatego nie wykupiłem dla siebie posiłków w miejscu noclegu. Niestety już pierwszego dnia zabrałem dzieci na lodowego sheaka- niby w nagrodę za to, że dzielnie wytrzymały cały dzień podróży.  Chyba jednak bardziej to ja  go chciałem.  Następnie, w trakcie pobytu po jedzenie sięgałem przede wszystkim ze względu na emocje, gdy nie wiedziałem jak złagodzić sytuacje które czasami pojawiały się w relacji z córką.  Nie czułem głodu tylko bezradność. I tak, cały dzień rzeczywiście tylko piłem, ale gdy przychodził wieczór i wracaliśmy ze stoku coś podjadałem. Raz kupiłem kanapkę z jajkiem, bryndzę, maślankę, innym razem oscypka z żurawiną. Jednego dnia pojechałem nawet do karczmy mając olbrzymią ochotę na kwaśnicę jednak tylko wypiłem płyn nie potrafiąc wziąć do ust kawałka pływającego w zupie mięsa. Bez żalu zostawiłem to coś.  Niestety jedząc starałem się by nikt mnie nie widział co było męczące więc gdy w ostatni dzień pozwoliłem sobie na otwartość poczułem olbrzymią ulgę, jakbym zrzucił kamień ciążący na sercu. Jeszcze wielu swoich mechanizmów zachowań nie rozumiem…

Tak więc z przygotowania do procesu raczej nic nie wyszło, wręcz coraz bardziej zagęszczałem jedzenie.

13-28.02 PORTUGALIA PROCES 7/1+3

Co oznacza 7/1+3? Siedem dni bez jedzenia i picia, potem  jeden dzień jedzenia i znów trzy dni na samapranie.

12.02 DZIEŃ OCZYSZCZANIA

Wczoraj późnym wieczorem wróciłem z tygodniowych ferii z dziećmi. Byliśmy na nartach w Tatrach. A dzisiaj był to właściwie jedyny dzień przygotowujący do kolejnego (trzeciego) procesu wglądu w swoje relacje z odżywianiem. Spore ilości soków przeczyszczających i wieczorna lewatywa.

PN 13.02 SAMAPRANADAY-1 SŁUŻBA W STRAŻY

Dzień spokojny, normalny.

WT 14.02 SAMAPRANADAY-2 „PRZYLOT DO LISBONY”

Po wyjściu z samolotu różnica temperatur (W Polsce +2 a tu +16), śpiew ptaków, zieleń tak mnie zauroczyła, że postanowiłem pójść na pieszo nieco okrężną drogą: Z lotniska do Oriente i potem wzdłuż wybrzeża do starego miasta i do hostelu Brickoven Palace co wyniosło ok. 10km.   Gdzieś od połowy drogi- idąc wzdłuż mało atrakcyjnej ulicy szybkiego ruchu poczułem osłabienie które nie odpuściło już do końca dnia. Tak więc w hostelu od razu poszedłem spać akceptując, że jeżeli osłabienie nie minie, to być może jutro będę musiał zmienić swoje plany zwiedzania.

ŚR 15.02 SAMAPRANADAY-3 „ZWIEDZANIE LIZBONY”

Po przebudzeniu suchość w ustach, silne osłabienie i niechęć do wstania. Przedłużałem tę chwilę. Ale pomału, pomału, rozruszając całe ciało, stawy i mięśnie delikatnymi ruchami udało się. Do późnego wieczora cały czas na mieście. Oceanarium, wystawa zbiorów starożytnego Egiptu, okolice Oriente. Niestety cały dzień silne osłabienie. Flegmatyzm, brak ochoty na cokolwiek. Chodziłem bez przekonania chyba tylko by będąc tu, móc coś zobaczyć. Zero radości. Częste odpoczynki i drzemka w parku na ławce.  Ogromną radość dawało mi za to krążenie wokół fastfoodów i wąchanie zapachów. Jednak bez najmniejszej ochoty by jeść.

CZ 16.02  SAMAPRANADAY-4 „WYJAZD DO CASCAIS”

Od rana fajna energia. Przed wyjściem lewatywa. Zauroczenie Cascais z jego kurortowym klimatem. Przyjemność patrzenia na siedzące w klimatycznych kawiarenkach i tawernach osoby,  zakochane pary,  wesołych przyjaciół. Patrząc pojawiły się myśli, by nie rezygnować całkowicie z jedzenia. Zostawić sobie wolność cieszenia się smakami podczas specjalnych okazji jak spotkania z bliskimi dla mnie osobami, albo kosztowanie regionalnych potraw podczas chociażby takich wyjazdów jak ten. Samo patrzenie na pary, małżeństwa, może kochanków jak sobie siedzą w ładnej kawiarni nad brzegiem oceanu i popijają kawę lub wino sprawia przyjemność dla jakiej idei miałbym z tego rezygnować?… Bycia czystym? Bardziej uduchowionym?- spokojnie, po śmierci będę tak uduchowiony, że już bardziej chyba nie można…

Piękna pogoda, słonecznie i prawie 20 st. C więc przed powrotem do Lisbony sprawiłem sobie godzinkę plażowania. Po powrocie spacerowanie po Lizbonie i tym razem miałem wystarczająco energii by czerpać radość z bycia tu. Elewatory, T28, starówka, przejażdżki metrem. Szczególną przyjemność sprawiło mi przebywanie w dzielnicy Restaurante.   I znów patrzenie i delektowanie się wszędzie obecnymi zapachami przyrządzanych potraw, znów jednak bez ochoty jedzenia. Myślę, że podczas całodziennych spacerów pokonałem z 20km.

PT 17.02 SAMAPRANADAY-5 „PALACE DE PENA I PRZYJAZD DO COLARES-NA MIEJSCE WARSZTATÓW”

W  podręcznych notatkach w tym dniu napisałem: „ZAJEBIŚCIE!!! <3”  a powodem tego była świetna energia od samego rana do wieczora- piąty dzień bez jedzenia i picia i tym razem poczucie, że mogę oraz chcę tak żyć- również bez picia.

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim dojazd do Sintry i stąd szlakiem dojście  do Pena Palace. Nie mogłem przestać się zachwycać najpierw ogrodami w których spędziłem parę godzin, a potem detalami zdobień przedmiotów, mebli, witraży znajdujących się w samym pałacu.  Kontemplując te dzieła sztuki zwróciłem uwagę jak inni ludzie przepływają obok muskając je zaledwie wzrokiem… a w każdym było tyle duszy, że musiałbym tam spędzić miesiąc najlepiej zamknięty w odosobnieniu by docenić ich walory. Z pomieszczeń najbardziej podobała mi kuchnia, w której przebywając dosłownie słyszałem odgłosy rozmów, żartów i muzyki z tamtych czasów jakbym przeniósł się w czasie… Przyjemne doświadczenie na zakończenie wizyty w tym miejscu a przed drogą powrotną do Sintry.  Właśnie, stojąc przed perspektywą godzinnego schodzenia spróbowałem  pokonać tę drogę również przez przeniesienie w czasie ( 😀 ) ale nie udało się więc na spotkanie z dziewczynami w Sintrze dostałem się standardowo-z buta- na szczęście tym razem z górki.

Wieczorem spacer ze wszystkimi nad Ocean i kąpiel co było ukojeniem dla moich łydek po całym dniu  chodzenia. Energia jednak do samego końca rozpierała mnie a noc z pt/sb była pierwszą kiedy do regeneracji znów wystarczyło zaledwie 5 godzin snu po których obudziłem się w środku nocy nie chcąc dłużej spać.

SB 18.02 SAMAPRANADAY-6 „OSŁABIENIE, CAŁY DZIEŃ ODPOCZYNKU”

A więc jednak mój organizm poprosił o odpoczynek więc dałem mu cały dzień i niemal cały dzień spałem. Oczywiście zaczęły się już warsztaty więc w jodze, spotkaniach grupowych, medytacjach i wieczornym ruchu spontanicznym uczestniczyłem. Przed snem jeszcze lewatywa i gorąca kąpiel.  Widząc, że wypływająca woda z jelit jest taka jak wlewana, pierwszy raz w życiu poczułem, że mam czyste jelita. Fuck…. Dopiero szóstego dnia i to trzeciego głębszego procesu jelita się oczyściły… niesamowite jak poupychane są te toksyny w naszych ciałach… Czy to oznacza, że od teraz nie będę potrzebował więcej jeść czy pić żeby budować wytrzymałość, fajną energię, siłę i masę mięśniową?

ND 19.02 SAMAPRANADAY-7 „DZIEŃ ENERGETYCZNIE CHWIEJNY”

Raz osłabienie a za chwilę, tak bez powodu rozsadzająca energia powodująca, że robię sobie po południu mocniejszy trening- pompki, stanie na rękach, podskoki, przewroty…  W innej części dnia uczucie zimna i potrzeba ogrzewającej kąpieli, albo przytulenia się do innego ciała… (kurcze, takie fajne dziewczyny miałem wokół siebie, że też nie wpadłem na pomysł i nie poprosiłem o wsparcie…  🙂 . Wieczorem jednak osłabienie więc spanie już po godz 21. O północy przebudzenie w poczuciu wypoczęcia. Niestety poczułem w ciele objaw który spowodował, że bez wahania podjąłem decyzję powrotu od jutra do picia- jeżeli nie ustąpi do rana. Było to uczucie zasysania oczodołów, co mogło świadczyć, że jednak mam mało wody w organizmie, a że nie chcę doprowadzać się do stanu zbyt silnego osłabienia decyzja zapadła. Fajnie bo nie czuję żadnego żalu ani negatywnych uczuć z tym związanych co miało miejsce we wcześniejszych procesach.

PN 20.02 PŁYNY „SZALEŃSTWO”

Rano uczucie zassania oczu jednak nasiliło się więc wypiłem szklankę rozcieńczonego soku pomarańczowego. Wystarczyło pójść do ogrodu Marzanny i pozbierać parę owoców. Ciekawe, że niemal natychmiast po wypiciu poczułem zastrzyk silnej energii, wręcz odurzającej. Stwierdziłem, że wobec tego dzisiaj wyjście do pałacu Monserrate. Najpierw jednak poszedłem do sklepu mając przeogromną ochotę na lody i piwo. Tak, po soku kolejnymi płynami były lody i 2 portugalskie piwa. Usiadłem w parku na ławce z zamiarem delektowania się ale zamiast luzu i radości była niewygoda- bałem się, że ktoś mnie nakryje, jakbym robił coś złego… co jest do cholery, o co chodzi? Co za mechanizm mi się  znowu włączył?!  Piłem i co się stało? Chwilę potem słyszę za plecami znajomy głos przepełniony zdziwieniem- „Paaaaweeeł?! Ty?- lody?!”  No tak, to była Nulina. Omal się nie utopiłem w rozpuszczonym lodzie który miałem akurat w buzi…   Nie potrafię wyjaśnić skąd te zmieszanie. Pomimo, że mówiłem otwarcie, że dzisiaj mam ochotę na lody i portugalskie piwo, to gdy przyszło do konfrontacji czułem się głupio.  Już wtedy podziękowałem jednak za tę sytuację ponieważ pokazała mi obszar w obrębie którego muszę jeszcze popracować- umiejętność bycia sobą bez chęci tworzenia jakiegokolwiek wrażenia na kimkolwiek. Zadawanie sobie pytania, które zadałem- czy postępując w sposób, w jaki chcę postąpić kogoś krzywdzę?  I jeżeli nie, to pozwolenie sobie na to.

Właśnie, dopiero odchodząc od idealnej koncepcji siebie jaką stara się malować nasz umysł  w oczach innych ludzi stajemy się wolni i idealni.

Lekcję z tej sytuacji chyba odrobiłem bo do końca dnia postanowiłem wychodzić naprzeciw tym niewygodnym uczuciom i celowo na oczach grupy prowokowałem sytuacje wzbudzające we mnie te uczucie. Pozwoliłem sobie na kawę i zrobiłem mleko kokosowe. Cały czas towarzyszyły myśli wytykające mi, że przecież w trakcie tego procesu miałem już ostatecznie mieć możliwość życia tylko na pranie. Jak widać jeszcze nie.

Do końca dnia świetna energia, zasysanie oczu ustało więc decyzja by od jutra wejść na zupełnie nowy obszar doświadczeń i ponownie rozpocząć dni samaprany.

WT 21.02 SAMAPRANADAY-1 „UWAŻNOŚĆ ALE I RADOŚĆ Z NOWYCH OBSZARÓW DOŚWIADCZEŃ”

Do popołudnia ostrożność, niepewność jak będzie reagowało moje ciało znów bez picia i jedzenia, zaledwie po jednym dniu picia. A z drugiej strony dziecięca radość z odkrywania siebie, nowych obszarów i zdobywania nowych doświadczeń. W drugiej części dnia do samego wieczora bardzo fajna energia znów przepełniająca pozytywnymi myślami odnośnie wizji siebie w kontekście sposobu odżywiania po powrocie do Polski. Wizja naprzemiennych dni samapranicznych z płynnymi i czasami jedzenia stałego z okazji wyjątkowych okazji. Wieczorem podwójna lewatywa która wypłukała to co wczoraj wepchałem w siebie- sporo.

ŚR 22.02 SAMAPRANADAY-2 „CAŁODZIENNY SPACER PO PLAŻACH- ZMIENNIE”

Ciekawe, bo rano uczucie suchości w ustach ale kondycyjnie fajnie, a potem uczucie suchości zniknęło ale kondycyjnie tak różnie. Przejście do Praia das Azenhas,  skąd wzdłuż wybrzeża do Grande i powrót do domu po zachodzie słońca.

Chodząc zauważyłem pewne prawidłowości. Po pierwsze gdy po dłuższym  postoju na jakiejś plaży chciałem iść dalej było mi trudno się zebrać- czułem wyraźne osłabienie, jednak zmuszając się, już po chwili ruchu to znużenie znikało. Wniosek? Warto sprawdzić czy podczas dni samaprany lub innych postów, czując osłabienie, zmuszając się do umiarkowanego wysiłku nie spowodujemy, że osłabienie się osłabi. Po drugie: Złapałem się na tym, że szczególnie pod koniec dnia kiedy byłem już zmęczony całodziennym chodzeniem i wyraźnie czułem mięśnie nóg, w pewnych sytuacjach zapominałem o tym, że jestem zmęczony… Miało to miejsce w chwili zachwytu, podekscytowania. Umierałem np. wchodząc po schodach z Praia Grande i myślałem, że nie dam rady wejść, ale gdy pod koniec odwróciłem się i zobaczyłem zapierające dech w piersiach kolory zwiastujące nadchodzący zachód słońca nagle bez najmniejszego problemu po prostu wbiegłem na samą górę i jeszcze po płaskim klifie na jego skraj by tylko zdążyć na zachód- oczywiście złapałem się na tym co zrobiłem dopiero po fakcie. Nie mnie jednak sugeruje to, w jak wielkim stopniu nasze ciało zależne jest od  tego jakie mamy wyobrażenie na jego temat i temat swojej kondycji. Dla mnie dodatkowo ta obserwacja jest wskaźnikiem, że oprócz ruchu, kolejnym elementem mogącym nas doładować szczególnie w dniach postów, jest po prostu pasja- skupienie się na czymś co nas kręci, dzięki czemu myśli zamiast czekania na osłabienie ciała (No bo przecież już tyle dni nie jemy lub nie pijemy, że wypada się osłabić…) będą twórcze, będą po jasnej stronie mocy. Dbanie i bycie w fajnej energii podniecenia, zaangażowania w to co daje nam poczucie szczęścia-wzmacnia.

Odpoczywając na jednej z plaż i potem zachwycając się zachodem słońca zatęskniłem za dziećmi. Chciałbym dzielić się z nimi tym, czego doświadczam, chciałbym by tu też były. Niech to będzie dla mnie motywacją do działania.

 

CZ 23.02 SAMAPRANADAY-3 „MEGA- NAJLEPIEJ”

Dzisiaj znów cały dzień w drodze. Na pieszo do Cabo da Roca, potem wzdłuż wybrzeża przez wszystkie plaże do Grande i powrót do Colares po zachodzie słońca. Każda plaża to inna historia i klimat. Jak na razie są to jedyne plaże na których z przyjemnością mógłbym spędzić cały dzień, ze wszystkich,  na których byłem w życiu. Dzień znów pełen ekscytacji i zachwytu otoczeniem. Jeszcze nie wyjechałem stąd a już tęsknię, marzę o kolejnym wyjeździe ale tym razem z dziećmi. Piękny czas.  Co do kondycji, to chyba już przyzwyczaiłem się do całodziennego wysiłku, do ciągłego wdrapywania i schodzenia po klifach i ciało mimo niepicia i niejedzenia ofiarowuje pełną swobodę. Brak zmęczenia, brak pragnienia. Dopiero przed samym domem jednak pojawiło się osłabienie i ewidentnie zmęczenie w łydkach. Dlatego zanim wszedłem do domu wszedłem do lodowatego basenu- ale ulga.  Zaraz potem gorący prysznic i od razu spanie.

Przed snem uczucie silnej suchości w ustach i jeżeli do jutra nie ustanie rozważam  zakończenie trzydniowego okresu samaprany.

PT 24.02 „PRZYJEMNOŚĆ WSPÓLNEGO SMAKOWANIA”

Pod dzisiejszym dniem napisałem:  „Kolejny wspaniały dzień, zupełnie inny niż wcześniejsze, każdy dzień piękniejszy od poprzedniego”

Rano zakwasy na nogach i suchość w ustach. Pomimo, że oczodoły w normie zdecydowałem, że chcę zakończyć dni samaprany. Myślę, że wynikało to z tego, że do końca pobytu w Portugalii zostały trzy dni a ja jeszcze nie spróbowałem żadnego lokalnego smaku. Tak, jak rozmyślałem wcześniej- chcę doświadczać różnych smaków, szczególnie będąc w odległych miejscach.

Pierwsze picie to standardowo szklanka rozcieńczonego soku pomarańczowego. Potem dowolność czyli kawa, mleko kokosowe. Znów wystarczyło jedno picie by wszystkie niedomagania włącznie z zakwasami magicznie zniknęły. Co więcej energia tak wzrosła, że musiałem coś zrobić. Spacer na jedną z plaż był idealny, szczególnie  w tak miłym towarzystwie i przy tak wietrznej pogodzie która jeszcze bardziej mnie doładowywała- uwielbiam żywioły.

Jeżeli chodzi o kosztowanie smaków Portugalii to zacząłem już dzisiaj i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w lodziarni podającej lody własnej produkcji- pyszne lody i piękne doświadczenie wspólnego smakowania. Luz, wolność, brak kompulsji i uważność w doświadczaniu smaku powodowała, że doznania były jakby z innego wymiaru a miłe towarzystwo jakby jeszcze bardziej wzmacniało te odczucia.

SB-WT  „TRZY DNI ZACHŁANNEGO SMAKOWANIE PORTUGALII”

Tak, bardzo szybko, bo już następnego dnia zagęściłem to co smakowałem do stałych produktów- jest tyle smaków, które chciałem poznać. Przede wszystkim portugalskie sery i lokalne słodkie wypieki. Znów zauważyłem jednak mechanizm ukrywania się. Mówiłem innym otwarcie, że jem i co jem, ale z jakiś powodów nie chciałem, by mnie ktoś widział.  Myślę jednak, że mogło to wynikać z tego, że część osób w grupie nadal była w trakcie dni samaprany lub na samej wodzie, więc gdybym wparował ze swoim jedzeniem mogłoby to wprowadzić zamieszanie. Mogłyby te osoby wybić się ze swoich procesów. Być może dlatego zamiast jeść przy innych, znalazłem w miejscowości gdzie był rynek  fajne oczko wodne z małym wodospadzikiem, przy którym spokojnie rozsmakowywałem się.  Faktem jednak jest, że znów pozwalałem sobie na objadanie. Myślę, że w moim przypadku bardziej proszące o uważność jest nie tyle co jem, tylko ile jem i rozpoznanie czy jest za tym coś więcej niż zwykła przyjemność.

Na tym chyba mógłbym zakończyć opis tego wyjątkowego czasu spędzonego w Portugalii. Dodam tylko, że przez następne dwa tygodnie codziennie objadałem się zanim od 13.04 nie rozpocząłem kolejnego eksperymentu związanego z odżywianiem.  Przyznaję- nie mam pojęcia dokąd mnie to wszystko doprowadzi. Zanim nie usłyszałem o braterianiźmie miałem ułożone i fajne relacje z odżywianiem. Fakt, żyłem w nieświadomości, że może być inaczej,  jadłem systematycznie i głodniałem gdy nie jadłem. A teraz? Pomieszało się wszystko trochę…

PODSUMOWANIE

Porównując z wcześniejszymi szkoleniami i warsztatami na jakich miałem okazję być, ten był zupełnie inny i wyjątkowy czego chyba nikt, włącznie z organizatorką- Nuliną się nie spodziewał. Miało być jak zawsze, czyli codzienne spotkania w grupie o stałych godzinach, wspólne medytacje, joga itp. Ale ponieważ jedna osoba musiała wyjechać po paru dniach, kolejne dołączyły dopiero po paru, to energie były tak różne, że wszyscy poczuliśmy chęć wykorzystania tej przestrzeni i czasu w swoim tempie i na swój sposób. Kto miał ochotę uczestniczył w codziennych zajęciach jednak bez presji konieczności i to było fajne. Wchodząc w dni bez jedzenia i picia po raz pierwszy, ciało ma zupełnie inne potrzeby i inaczej reaguje niż przy kolejnych powtórzeniach, wobec czego dziewczyny poznające dopiero tę przestrzeń potrzebowały więcej wyciszenia, świadomego oddychania i medytacji jakie dawała im Nulina. Moją natomiast medytacją było włóczenie się w samotności po pięknych okolicach i kontemplacja przyrody przy znacznym obciążeniu fizycznym. Połączenie zachwytu z wysiłkiem fizycznym chyba najbardziej mnie wzmacniało. Był to już trzeci parodniowy okres samaprany więc dostrzegam zmiany jakie następują. Przy pierwszym umierałem zarówno fizycznie jak i psychicznie, a powrót do wcześniejszej kondycji trwał dwa razy dłużej niż sam proces.  Robiąc po raz drugi, osłabienie fizyczne nadal było bardzo silne, jednak waga już tak nie spadła i po procesie dużo szybciej następował powrót do dawnej i jeszcze lepszej kondycji. Obecnie natomiast fizycznie poza chwilowymi wahaniami samopoczucia i spadku kondycji, gdyby ktoś mnie zobaczył mógłby zupełnie nie zauważyć jakieś różnicy.   Co ciekawe dostrzegam jak zmieniają się również moje przekonania na temat braterianizmu i co za tym idzie podejście do tych procesów. Za pierwszym razem bardzo mocno połączyłem zdolność niejedzenia z osiągnięciem jakiegoś wyższego stany duchowego.  Niemal zupełnie pominąłem fakt, że mam ciało fizyczne traktując je podrzędnie, jakby było ono, co często można usłyszeć z ust „uduchowionych” istot, jedynie hologramem.  Nawet jeżeli tak jest to mój hologram najwyraźniej potrzebuje czasu by bardziej się uduchowić i móc funkcjonować bez konieczności jedzenia. Omal nie zabiłem swojego hologramu. Nie polecam.

Przy drugim podejściu nadal duchowość była wyżej stawiana niż aspekty fizyczne ale tym razem ciało traktowałem już z szacunkiem. No i obecnie widzę, że jestem totalnie na drugim końcu podejścia do braterianizmu będąc przekonanym, że jest to nasz najbardziej naturalny stan i absolutnie nie są nam potrzebne   jakiekolwiek „duchowe” praktyki by to osiągnąć.  Po prostu w przekazywanej z pokolenia na pokolenie nieświadomości zasyfilśmy się przez lata wpychania w siebie bardzo zanieczyszczających produktów co uniemożliwia nam cieszenie się z wolności wyboru jeść czy nie jeść.

Co więc można zrobić by czerpać korzyści z wolności wyboru, by jeść i pić w świadomości MOGĘ, CHCĘ a nie MUSZĘ?  Porządne oczyszczenie przez stopniowe wywalanie najbardziej trujących pokarmów oraz lewatywy. Ruch, który przez przyspieszenie krążenia wspiera usuwanie toksyn i złogów. Włożenie trochę pracy w zmianę nawyków oddechowych bo wydaje mi się, że większość ludzi nie oddycha optymalnie. Są to jednak jak najbardziej techniki nie wychodzące poza obszar ciała fizycznego. Podobnie można potraktować jogę. Dlatego być może, by sprawdzić tę teorię, obecnie wręcz unikam technik wykraczających poza ciało fizyczne pomimo, że je lubię i czuję jak bardzo są wspierające- szczególnie medytacja za którą coraz bardziej tęsknię…

Myślę, że jest jednak jeden warunek pozafizyczny niezbędny do przejścia z „Muszę jeść by żyć, do Mogę jeść- choć nie muszę”-Jest to   zmiana przekonań na temat jedzenia. Bardzo pomocne w tym jest uważność i zwracanie uwagi z jakich powodów sięgamy po jedzenie co pozwala odkryć, że większość zjadanego pożywienia wpychamy z zupełnie innych powodów niż rzeczywista potrzeba ciała. U mnie najczęściej były lub jeszcze są, to następujące powody:

  1. Nieświadomość– po prostu byłem zaprogramowany, że aby żyć, być zdrowym i mieć mięśnie trzeba jeść i  to najlepiej zabite zwierzęta. Na szczęście wykazałem się otwartością a potem wytrwałością, dzięki której rozpoznałem że to nie jest prawdą.
  2. PRZYJEMNOŚĆ doznań smakowych oraz uczucia rozepchanego żołądka- tak, to było i jest najsilniejszą moją przyczyną dlaczego sięgałem i nadal sięgam po jedzenie. Myślę, że z tego powodu jeszcze gdy nie słyszałem o inedii  lepiej się czułem jedząc tylko dwa razy dziennie ale tak, by poczuć się objedzonym, niż częściej ale w mniejszych ilościach.
  3. Przyzwyczajenie– głodniałem i jadłem w godzinach stałych posiłków. Tylko dlaczego w takim razie gdy ta godzina mijała znikał też głód?- przynajmniej do godziny następnego czasu stałego posiłku.
  4. Nawyki– często bezmyślne Np. wchodząc do domu rodziców, pierwsze co robiłem to otwierałem lodówkę. Teraz, mieszkając już w swoim mieszkaniu łapię się, że często nadal po wejściu do domu mam ochotę coś przekąsić mimo, że nie czuję głodu i  często nadal pierwsze co robię to… otwieram lodówkę.
  5. Potrzeba społeczna, pragnienie bycia podobnym do otaczających nas ludzi, pragnienie dzielenia wspólnej przestrzeni. Ten aspekt też czasami powoduje, że sięgam po jedzenie ale akurat z niego nie chcę całkowicie zrezygnować.
  6. Nuda i emocje. Ucząc się przyczyny dla których sięgam po jedzenie rozpoznałem, że dość często wynikało to z nudy i czasami gdy ulegałem silnym emocjom, przy czym bez względu czy to były emocje pozytywne czy negatywne. Ponieważ obecnie raczej już nie ulegam silnie negatywnym emocjom, widzę, że te pozytywne którym lubię i chcę ulegać, również są silnym zaproszeniem do wsadzenia czegoś do ust. Może to być fajna, budująca rozmowa z kimś kogo lubię, może to być fajne zagranie na foreksie które dało zysk, spotkanie z dziećmi i wiele, wiele innych, których od jakiegoś czasu jest coraz więcej w moim życiu.  A może to ja zacząłem inaczej patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość?… W każdym razie są to pokusy, którym nadal ulegam. Obecnie jednak coraz częściej zajadanie zastępuję np sprzątając kuchnię.
  7. Okazało się, że dopiero na końcu przyczyną sięgania po jedzenie była moja Rzeczywista potrzeba ciała- jedyna potrzeba niezbędna do utrzymania ciała przy życiu. Dopóki jednak nie wszedłem na drogę uświadamianie swoich relacji z jedzeniem tak naprawdę rzadko kiedy mogła się ona odezwać zajadana przez wszystkie poprzednie.  Bawiąc się w jedzenie można zwrócić uwagę na kwestię ilości potrzebnej do zaspokojenia jej.  Ja zauważyłem, że, niestety często nie udawało mi się wyczuć momentu gdy jest już zaspokojona i nie wiem kiedy jadłem dalej już nie z potrzeby ciała tylko np. dla smaku lub żeby się nie zmarnowało…

…Chyba się za dużo rozpisałem, bo te wszystkie spostrzeżenia można znaleźć w internecie przekazywane od osób znacznie bardziej niż ja zaawansowanych na drodze poznawania swoich możliwości oraz relacji z odżywianiem…

Jestem Tym, Kim Jestem…

Oprócz doświadczania w pełni tego, kim jestem                                                                                                                  Świadomość co  sprawia,   że                                                                                                                                           Jestem Tym, Kim Jestem…  

PRAWDA…

Można przez  lata  prowadzić długie i zawzięte dyskusje na każdy temat starając się, często w eskalacji poróżnienia, bronić swoich przekonań i atakować przekonania innych. Szczególnie lubimy dawać innym rady i pouczać jak mają postępować zapominając, że robimy to przez pryzmat swoich własnych niepowtarzalnych doświadczeń. W pewnym momencie dochodzi się jednak do odkrycia, że Prawda jest poza zrozumieniem wobec czego wszelka potrzeba udowodnienia racji traci na znaczeniu. Zamiast tego pojawia się akceptacja, że Każdy ma do przeżycia swoje życie na drodze ku Prawdzie. Warto natomiast dzielić się swoimi doświadczeniami oraz punktem widzenia, co może być pomocne dla innych na ich drodze, jednak  bez narzucania swoich poglądów. Być informatorem. Przekazać  wiadomość bez oczekiwania, że zostanie zastosowana.

Dlatego jeżeli padają na łamach tej strony jakieś stwierdzenia, należy pamiętać, że są to prawdy pawła i to na chwilę pisania. Są obarczone jego doświadczeniami i ludzkimi ograniczeniami w postrzeganiu. Każdy powinien pozwolić sobie na własną prawdę.

„Każda dzisiejsza prawda jutro może okazać się jedynie ograniczonym przekonaniem lub ulotnym fragmentem większej całości niewidocznej z poziomu dnia dzisiejszego”

Wszyscy i wszystko- każda sytuacja, każdy napotkany choć na chwilę człowiek może być i jest dla nas źródłem informacji. Jednak to, jaką część tej informacji odbierzemy i czy wogóle ją zauważymy, zależy od nas. Od poziomu naszej Świadomości oraz otwartości  na nowe, inne możliwości.

inedianin.pl

LISTOPAD 2016 „MIESIĄC SOKOWANIA”

PN 31.X STRAŻ OSTATNI DZIEŃ POSIŁKÓW

Zmęczony już, intensywnym myśleniem o odżywianiu, poświęcaniem takiej ilości czasu na myśli, przygotowania i samo jedzenie, oraz objedzony zdecydowałem, że czas na kolejny proces rozluźniający moje relacje z odżywianiem. Dzisiaj jednak kumpel w straży zapowiedział słodkie więc nie chciałem sobie odmówić tej pożegnalnej rozpusty. Co więcej, jeszcze zanim wjechałem do jednostki zacząłem dzień od mojego ulubionego loda w czekoladzie. Na śniadanie sok pomarańczowo-cytrynowy, a około południa  zapowiedziane ciasto i kawa ze śmietaną.  Po czterech kawałkach ciast wydało mi się mało wiec domówiłem rogala Marcinkowskiego i loda oreo. Dla przełamania słodkiego smaku piłem zsiadłe mleko i kawy.  Po południu, gdy ciasto znów pozostawało dobrałem jeszcze po kawałku z każdego. Trochę jednak już na siłę. Oprócz tych słodkości zjadłem kromkę chleba z masłem i bananem, druga kawa, dwa soki wyciskane z owoców i to wszystko.  Byłem syty. Na szczęście zrobiłem wieczorny trening siłowy.  Dzień w sumie na fajnej energii, a godzinę 20tą, od której miałem wejść w kolejny proces potraktowałem metaforycznie i wyobraziłem sobie pociąg, który dokładnie o godz 20tej odjeżdża pozostawiając przestrzeń na nowe, niesamowite doświadczenia.

WT.01.XI    PIERWSZY DZIEŃ SAMAPRANY (BEZ JEDZIENIA I PICIA)  ZAŚNIĘCIE ZA KIEROWNICĄ

No tak Nie wiem co się dzieje. Spałem 7 godzin. Po powrocie o 6 godz. z akcji już się nie kładłem tylko delikatne półgodzinne rozruszanie ciała.  Następnie nie wiem kiedy zasnąłem na świetlicy budząc się tuż przed samą zmianą służby. Ale mnie znużyło? Co jest? Przecież spałem tyle czasu, powinienem być wyspany.

Powrót autem. Jeszcze nie wyjechałem z Poznania a czułem jak znów mnie ogarnia senność. Z każdym kilometrem coraz większa. Patrzyłem jak samochody przede mną podwajają się, dwa razy ocknąłem się jak już byłem na pasie pobocza. Co jest?! Oj w domu zaraz idę spać. Nie rozumiałem co się stało, że jestem śpiący pomimo 7 godzin snu.

Jak się okazało to czy rozumiem cokolwiek, czy nie jest mało ważne. Najważniejsze jest by odpowiednio działać do tego co się czuje w danym momencie. Ja nie zadziałem i na  prostej przed przejazdem kolejowym dopiero czując jak samochód się przechyla zorientowałem się, że znów zasnąłem. Tym razem zjeżdżałem już do rowu bez możliwości wyjechania. Przede mną pas ziemi oddzielający wjazd na pole. Padało, trawa była śliska,  hamulce nic nie dawały. Myśl pytanie- rozbiję się czy przejadę mignęła w głowie a zaraz potem byłem w powietrzu. A cha- wybiło mnie, znów myśl i co teraz? Jestem w powietrzu- ja latam i choć nic nie mogłem już zrobić poczucie i zauważenie, że podoba mi się to uczucie jakby braku grawitacji. To było przyjemne mimo, że nie wiedziałem co się stanie jak wyląduję.  Lądowanie z telemarkiem na cztery koła, huk, trzask i pełno dymu. Od razu po zatrzymaniu odpiąłem pasy uciekłem z auta. Gaśnica, otworzenie komory silnika. Ale nie było potrzeby użycia bo dym to proszek z poduszek które wystrzeliły z przodu. Ale numer.  Podjechał jakiś samochód- wszystko w porządku, nic się nie stało? Jasny gwint ale Pana wybiło! Przeleciał Pan chyba z 10metrów! Na pewno wszystko ok.?  Spojrzałem na auto, obejrzałem koła, poruszałem- niby całe. Plastiki odleciały, całe podwozie w zdartej trawie i ziemi ale odpalił za pierwszym razem.  Poprosiłem by wyholował mnie jednak nie musiał- sam wyjechałem rozpędzając się do tyłu. Ale numer! Po takim locie- działa. Poczułem wdzięczność, że nic mi się nie stało ani, a może przede wszystkim, że ja nikomu nie zrobiłem krzywdy. Naprawdę dziękowałem za to bo wystarczyło, że zjechałbym na drugą stronę ulicy lub by poboczem ktoś szedł i byłaby tragedia.  Lecąc zauważyłem że przelatuję nad białym krzyżem przy poboczu. Zastanowiłem się czy będzie drugi.  Ale przygoda i to w święto zmarłych.  Tak, przeprosiłem, ze mimo ostrzeżeń że jestem bardziej senny niż zwykle nie zareagowałem zatrzymując się na paruminutową drzemkę. Myśl, że przecież dopiero wstałem po 7iu godzinach snu. Dam radę dojechać do domu i wtedy pójdę spać. Mało nie brakowało a zagwarantowany miałbym sen wieczny.  Nie obchodziło mnie nic prócz tego, że nikomu nie zrobiłem krzywdy. A możliwość dojechania do domu to gratis od mojego Anioła stróża. Dziękuję. Oczywiście po senności nic nie zostało i bez mrugnięcia okiem dojechałem do domu.  Taką miałem przygodę…

W domu 15st C. napalenie więc w piecu i miał być godzinny sen ale był dwugodzinny. Kurcze, podejrzewam, ze ta senność ma jakiś związek z cukrem w moim organizmie bo od paru dni objadałem się lodami, ciastami co było moimi głównymi produktami jakie jadłem a często nawet jedynymi przez cały dzień. Może już jakaś reakcja zachodzi po odstawieniu od wczorajszego wieczora? Sprawdzę za parę dni, gdy to się unormuje. Nie teraz bo nie chcę się sugerować tym co przeczytam.

Dzień sam w domu, trening siłowy ogólnorozwojowy i dużo pisania tutaj, medytacja. Wieczorem zamiast na cmentarz spacer po lesie. Wracając zaszedłem do ojca ale zaczął agresywnie narzekać na politykę i sytuację w kraju więc nawet nie wchodziłem- nie dziś. Wróciłem do siebie.

Dzień samaprany,  taki nijaki, trochę spowolniony, bardzo senny. Pić mi się nie chce ani nie czuję głodu. Bóle w krzyżu być może po locie autem bo w chwili lądowania poczułem ukłucie i teraz utrzymuje się.  Jak tylko gdzieś usiądę oczy same mi się zamykają.  Pobudzacze zewnętrzne okrojone do minimum. Internet włączony na chwilę do sprawdzenia poczty czy może znajoma odpowiedziała na moje zaproszenie na uroczystość zmianową. Obserwuję opowieści jakie układa mój umysł do braku odpowiedzi. Ciekawe co też on potrafi wykreować.  Pilnuję by być w swojej opowieści bo łapię się że jeszcze czasami wchodzę się w opowieść innych osób.

ŚR. 02.11.16  II/ DRUGI DZIEŃ SAMAPRANY

Bardzo długi sen (ok. 11 godz) Wybudzenie rano to telefon, ktoś zadzwonił ale potem dalej zasypiałem. Brak chęci do wstania, brak siły. Zatkane lewe ucho, sporo gęstej wydzieliny w ustach i nosie. Jakby katar. Myślę, ze to oczyszczanie z nabiału. Po wstaniu symboliczne rozruszanie i lewatywa.  Dzień spowolniony, silny spadek energii, ruchliwości siły i chęci na cokolwiek. Nie podoba mi się to. Od 14 do 20:30 czas z dziećmi. Zamiast treningu zdrzemnąłem się. Potem od 19 do 20:30 z Przemciem byłem na jego piłce. Po piłce zostawiłem dzieci u ich mamy a sam wróciłem do domu i od razu znowu poszedłem spać. Zasnąłem natychmiast. Nie wiem co będzie jutro rozważam powrót do picia choć miało być 5 dni samaprany. Za duży spadek energii. Nie chcę tego ciągnąć jeżeli nie mogę wypełniać swoich obowiązków. Waga na wieczór to 66 kg  a wiec znów 1kg mniej niż wczoraj.

CZW 03.11.16  III/ PIERWSZY DZIEŃ WODA

Pobudka pierwsza o 6 rano. Sprawdzenie która godzina i dalszy sen. Potem o 8. A więc znów 10 godzin snu… nie wiem co się dzieje. Od wczoraj wzmógł się ból kręgosłupa w odcinku szyi. Nie mogłem się ruszyć. Sam sobie nastawiłem przekręcając ją aż chrupnęło. Lepiej ale nadal ból. Ogólny niepokój słabością oraz bólem szyi. Decyzja o zakończeniu okresu suchego i o 8 pierwsze świadome łyki wody.  Chwilę potem wzmożenie gęstej wydzieliny w ustach. Wypluwanie.  Cały dzień picie częste po szklance wody.  Od 13 do 17 z chłopcami. Dzisiaj jest dzień kiedy gramy w ping-ponga i chcę mieć na to siłę. Gdy od 15 Szymonek jest na angliku jadę do galerii i gram z Przemkiem. Gdy o 16 Przemek zaczyna anglik gram z Szymonem i potem odwożę obu.  Spowolnione ruchy ale dałem radę. Dzień fajny dzięki byciu z chłopcami. Po powrocie czas w internecie analizuję ceny noclegów jeżeli pojechałbym z dziećmi na narty na Chopok-niestety poza moimi możliwościami finansowymi oraz szukałem innego kręgarza w Pile żeby mnie ponastawiał. Sen o 21 po kąpieli. Waga 65 a więc kolejny -1kg.

PT 04.11.16 IV/DRUGI DZIEŃ WODA

Znów pobudki o 3 w nocy, o 6 rano i wstałem dopiero przy trzeciej pobudce ok. 9. Fajnie, że szyja już tak nie bolała. Mogłem wstać możliwie płynnie. Lewatywa ale za dużo nie wyleciało. Ucho dużo mocniej zatkane niż wczoraj, prawie nie słyszę. Próbowałem przetkać ale tylko woskowinę wepchałem głębiej. Konieczność wizyty u laryngologa by przepłukał- dużo wyleciało. Wydzielina z nosa i flegma nadal w sporych ilościach. Nie wiem czy to z zimna w domu ( jest 15stC.) czy to dalsze oczyszczanie organizmu. Dzieci odebrałem o 13:30 ze szkoły i pojechaliśmy na ping ponga. Ponad godzina fajnej gry. Najmłodszemu idzie coraz lepiej. Ja na zwolnionym tempie ale staram się nie dać po sobie poznać. Graliśmy nawet w bieganego i też dałem radę. Co więcej, jakbym dzięki temu rozruszał się. Kręgosłup czuję ale bez bólu. Wieczorem 20min medytacji. Umysł jednak cały czas na wierzchu. Spoko. Tym razem do inedii podchodzę czysto fizycznie. Medytacja tylko tak przy okazji jak poczuję, że chce mi się.

Dzień fajny- analizuję co sprawiło, że tak go oceniam: Czas z chłopcami na ping-pongu oraz pocięcie drzewa na opał. Wypite ok. 1,5l wody jak czułem pragnienie po ok. 0,3l na raz. Głodu nie czuję. Chciałbym tak na samej wodzie gdyby tylko siły i energia rosły. Na trening kalisteniki nie poszedłem, nie czułem się na siłach. Waga 65kg dziś bez zmian.

SB 05.11.16 V/ PIERWSZY DZIEŃ 50% SOKOWANIA

W nocy wybudzanie ale cały czas nie wstaję i zasypiam jeszcze parę razy.  Nie wiem czy zimno w domu ma na to wpływ. Kręgosłup luźniej.  10:30 masaż. Po masażu odpoczynek przy inspirujących video: http://tedx.indywidualista.pl/   https://www.youtube.com/watch?v=B6tVati7H3Y Filmy te zmusiły mnie do myślenia.  Leżąc znów osłabłem nie chciało mi się wstać, zmusiłem się na spacer do lasu.   Wieczorem ciąg dalszy motywacji po której czuję jak energia wzrasta, chcę ruszyć dupę do roboty. Tym razem poniosło mnie do zrobienia dynamicznego treningu- pompki z klaśnięciem, z obrotami itp, stanie na rękach co fajnie wychodziło- najlepiej jak do tej pory bo utrzymałem już bez podpierania ok. 20 sek. I inne ćwiczenia. Fajny power. O 13 i 19 pierwsze picie soków po ok. 0,4l i zastanawiam się co spowodowało tak duży wzrost energii i siły że zrobiłem najdynamiczniejszy trening od paru tygodni. Te motywacyjne filmy?  Zmniejszenie bólu kręgosłupa? Czy może te dwie szklanki rozcieńczonych soków? Myślę, że wszystko po trochu. Kręgosłup pozwolił się ruszać bez odczuwania bólu, filmy zachęciły do ruszenia, a te dwie szklanki soków które nazywam sokosiłkiem pozwoliły umysłowi poczuć, że dostał porcję odżywiania. Wyznaczenie działania na najbliższe dwa miesiące w kierunku ugruntowania życia na sokosiłkach (systematyczne ilości 0,5l o stałych godzinach 8,13 i 19) oraz wyznaczanie planu co muszę zmienić by zarabiać na foreksie. Tak, silna chęć powrotu na FX.

Waga 64kg (-1kg przez 2 dni co nie jest złe) Trzy razy picie zgodnie z planem, rozpoczęcie przyjmowania olejku z oregano zaczynając od 1 kropli dwa razy dziennie i zwiększając codziennie o jedną do 5 i z powrotem. Czyli 10 dni na „doczyszczenie” Fajne pogadanie przez telefon z synami, co jeszcze bardziej mnie doładowało kończąc o… 22:22. Harmoniczne układy cyfr cały czas się powtarzają. Spanie w fajnym nastroju choć jeszcze ok. godziny umysł szalał pozytywnie nakręcony.

ND 06.11.16 STRAŻ VI/ DRUGI DZIEŃ 50% SOKOWANIA

Pobudka parę minut przed czasem czyli po 5 godz snu. Tak jakby sen powracał do normalnych,krótszych potrzeb.  W drodze do Poznania słuchanie Robbinsa 9cz o słowach. Przejeżdżając obok miejsca gdzie ostatnio wyleciałem w powietrze dziwnie się poczułem, pojawił się jakiś dyskomfort. (strach?) W pracy dzień bez wyjazdu. Cały dzień osłabiony. Po południu dalsza część słuchania czterogodzinnego webinaru o pieniądzach Jacka ze strony Sukces.pl.

Po dwóch godzinach leżenia i słuchania chęć działania, chęć zrobienie czegoś z FX. Jeszcze jedno nagranie Jerycho, kolejna motywacja. Potrzebowałem ruchu. Zrobiłem ćwiczenia z nagrania Jerycho ale cienko wypadłem ( 30 pompek, 50 skrętoskłonów, 30 przysiadów) „Wysiadłem” po ok. 3 minutach. Mam jednak punkt odniesienia. Potem delikatniejszy bo niedzielny trening ćwiczeń z wielkiej szóstki na rozruszanie. Wieczorem film z chłopakami :”Sędzia” Fajny i sen po 22.

Wypite wg planu ok. 1,5l soków 50%. O 8, 13 i 19 godzinie. Rano i wieczorem po dwie  krople oleju oregano z  trochę kokooleju i xylitolu. Przy okazji brzuch trochę „oszukany” że zjadł coś. Dzień pod kątem picia fajny. Częstowali słodkim ale zupełny brak ochoty. Ponadto pomogłem obierać ziemniaki chłopakom do obiadu i też nic, jakby to były jakieś plastikowe przedmioty a nie coś co ma odżywić.  Przy obiedzie jednak rozchodzący się po jednostce zapach smażonej cebulki i kotleta schabowego był przyjemny ale bez potrzeby wkładania do ust.  Energia stabilna choć nadal odczuwalny jej niższy poziom. Nagranie Jerycho na chwilę podniosło jej poziom. Pragnienie, żeby zachować taki stan. Czuję, że znów jestem krok dalej, u progu unormowania życia na sokach. Zatrzymam się tyle ile będzie trzeba na tym schemacie picia trzy razy dziennie by to poczucie wzmocnić, ugruntować bo jeszcze fundament nie stwardniał do końca, jeszcze szalunki są potrzebne do podtrzymania całej konstrukcji.

https://www.youtube.com/watch?v=A94Y_F9aP_Q

Po dzisiejszym dniu poczucie braku równowagi pomiędzy tym co otrzymałem ( przez obejrzane nagrania) a tym co dałem od siebie.  Nie wykonałem żadnego działania w stronę zarabiania pieniędzy na FX i mam poczucie dyskomfortu.

PN 07.11.16 TRZECI DZIEŃ NA SOKACH- NIEPLANOWANY POWRÓT DO INWESTOWANIA NA FX

Pobudka o 4. (5godz. Snu ) Nocne ćwiczenia na rozruszanie i medytacja, bardziej potrzeba świadomego oddychania. Krzyże już ok, jeszcze tylko czuję kłucie kręgosłupa między łopatkami. Noc do pobudki jednostki przeznaczam na to czego wczoraj nie zrobiłem czyli ruszenie tyłka.

Dzisiaj zorientowałem się, że wczoraj zakończyłem „proces 2/2/2” Od włączenia soków jednak nie czuję by to był jakiś proces, tylko powrót do normalnego stanu funkcjonowania. Ale fajnie! Do 8 rano jednak krótka drzemka.

Po służbie otwarcie po dwóch miesiącach przerwy platformy,  godzinowe wyczekiwanie i zawarcie transakcji.  Zakończona na BE ale bardziej chodziło o zaobserwowanie tego co czuję, czy chcę tu wrócić. Zdecydowanie tak.

W domu zimno, po dniu nieobecności było 13 st.C i do 18tu doszło dopiero po południu.

Podniosłem głos na najmłodszego syna , gdy nie chciał mi pokazać adresu mailowego do brata. Uniosłem się a potem w atmosferze zawodu zostawiłem u Mamy. Nie powinienem tak zrobić. Wracając źle mi było za swoje zachowanie. Wyczułem też chęć zjedzenia czegoś lub choć napicia. Domyśliłem się, że to odreagowanie emocji i po powrocie do siebie choć dalej kusiło by coś włożyć do ust położyłem się z zamiarem wyciszenia tej sytuacji. Relaksując ciało szybko jednak zasnąłem. Pobudka po godzinie gdy było już ciemno.  Za 20min trening. Czy mam iść? Nie czułem nadal tyle siły by tak mocno forsować ciało. Odpuściłem.

Myślałem jak rozwiązać sytuację z Szymonkiem. Ma charakter ale chciałem go przeprosić. Nie mogąc się dodzwonić więc napisałem maila co dało poczucie spokoju. Zamiast treningu na hali, trening w domu na dynamikę całego ciała. Dzisiaj Jerychowe ćwiczenia dużo lepiej bo pompki 40, skrętobrzuchy 100 i przysiady 50 a nie czułem że tyle zrobię. Fajnie. Po treningu, na fx nie widziałem fajnego momentu nawet do obserwacji więc odpuściłem na rzecz filmu o oczyszczaniu i limfie. Wcześniej kolejna dawka inspiracji pod kątem finansów. Sen 22:22

Wypite wg harmonogramu 3x ok. 0,4l soków 50% plus 2x po trzy krople olejku oregano. Waga 64 (znów -1kg przez 2 dni) Trochę mnie to niepokoi, nie wiem co zrobić by zatrzymać ten spadek. Energetycznie bez zmian, na odczuwalnym lekko spowolnieniu. Mogę jednak wykonywać wszystkie czynności tylko z lekkim wysiłkiem.

08.11.16 CZWARTY DZIEŃ NA SOKACH- JESTEM PO PROSTU SZCZĘŚLIWY.

Gdy Szymonek przyszedł wziąłem go na kolana i przeprosiłem za wczoraj. Potem zadania domowe i odwożąc na Bukową pojechaliśmy na godzinkę pograć w tenisa. Po powrocie  dalej  edukowanie się w kwestii oczyszczania plus film o energiach kobiecej i męskiej.  Po wieczornym piciu przyrost energii i chęć na trening ale dzisiaj chcę zrobić dzień wolny po ostatnich paru dość intensywnych. Spacer do lasu. Poczucie, że energia wewnątrz aż kipi choć mięśnie nie pozwalały mi tego uzewnętrznić. Kusiło na trening ale nie zrobiłem. Odpoczynek żeby zobaczyć czy ciągłe czucie mięśnie to nie przypadkiem przetrenowanie. Kąpiel i spanie.

Fizycznie parę razy czułem jakby głód a do tego znów tak jakby wsysanie oczodołów które od wczoraj się nasiliło. Wewnętrznie mega dużo energii. Nie mogłem zasnąć.  Wypite ok. 1,5l soków 50% w trzech porcjach ( wg ustaleń) plus dzisiaj już 4krople oleju oregano. Uczucie głodu ( ssanie w żołądku) zaspokojone łyżeczką oleju koko z xlitolem i paroma kroplami cytryny. Waga 73kg.

Znów szukam źródła tej rozpierającej wewnętrznej energii i ewidentnie czuję, że to wyjaśnienie wczorajszego zgrzytu z Synem oraz spontaniczne zapisanie się na kurs FX. Poczucie, że podjąłem decyzję która będzie miała duży wpływ na poprawę finansów.

ŚR 09.11.16 PIĄTY DZIEŃ NA SOKACH- STRAŻ- DOWÓDCA ZMIANY, FAJNY DZIEŃ W PRACY

Podobało mi się organizowanie przebiegu służby. Szczególnie gdy prowadziłem szkolenie. Cały dzień wśród chłopaków jako część grupy. Było ogłoszenie wyników wyborów na prezydenta USA i też uczestniczyłem w oglądaniu, komentowaniu.  Bardzo mi się podobał dzisiejszy dzień.

Picie trzy razy w ciągu dnia o wyznaczonych godzinach. Czułem jednak już przed wyznaczoną godziną pragnienie. Wieczorem po wypiciu 0,5l jednak za bardzo jeszcze chciało mi się pić i dopiłem jeszcze 0,3l 50% soku z pomarańczy. Na trening nie zebrałem siły poza parunastominutowym rozruszaniem całego ciała przed trzecim sokowaniem. Uczucie ściągania w oczodołach jeszcze większe niż wczoraj. Dwa razy oregano po 5kropli. Od jutra zmniejszam o 1 kroplę dziennie. Przez ten czas chcę pozostać jeszcze na samych sokach klarowanych, a potem jeżeli dalszym ciągu nie wróci energia do poziomu bym miał ochotę chodzić na treningi kalisteniczne to troszeczkę zagęszczę, może o soki nieklarowane. Tym razem podchodzę do przechodzenia na inedię od strony czysto fizycznej czyli oczyszczenie i stopniową zamianę źródła czerpania energii z żołądka na szyszynkę i przysadkę. Jestem ciekaw co z tego wyniknie. Mega wspierające jest neutralne nastawienie mojej zmiany w straży do tego co robię.

CZ 10.11.16 SZÓSTY DZIEŃ NA SOKACH- PIERWSZY RAZ SWOBODA MIĘŚNIOWA W GRZE Z SYNEM.

Obudzenie ok. 5 ale tu także trochę sobie poleżałem i dopiero po pół godzinie rozpocząłem rozruszanie ciała i wstanie. W straży rano jest cieplej niż u mnie w domu i chyba jednak łatwiej mi się wstaje. No to czas przejścia na ogrzewanie gazowe w domu, jeszcze choć tydzień oszczędności. Dzisiaj na dzień dobry po tym co obejrzałem o limfie (że jej oczyszczanie wymaga nieco innego ruchu, delikatniejszego), że intensywne ćwiczenia mięśniowe wcale nie sprzyjają detoksykacji ciała, dzisiaj zrobiłem lżejsze ćwiczenia wg Niszy z youtube oraz jogi. Muszę powiedzieć, że napełniło mnie to mega energią, a po tych dwóch dniach bez intensywnych treningów siłowych nawet fajny jest luz na mięśniach. Kolejne doświadczenie i nauka, że rzeczywiście równowaga przede wszystkim, ze fajnie ćwiczyć intensywnie by budować masę mięśniową i siłę ale też fajnie dać spokój mięśniom by mogły odpocząć. Przede wszystkim równowaga. Zaczyna się ten dzień i jest git.

Dwa razy wszedłem na 1p i jednak odczułem, że robię to z wysiłkiem. Z kolejnymi godzinami na szczęście było tylko lepiej, swobodniej, a  grając z Przemkiem w pingla zauważyłem w pewnym momencie, że po raz pierwszy swobodnie biegam. Do tej pory tylko chodziłem gdy trzeba było podnieść piłeczkę. Ale fajnie! Do samego końca dnia energia cały czas rosła i przepełniała mnie szukając ujścia. Chęć na trening siłowy ale widząc, że dzień luzu zaowocował odpoczynkiem mięśni i większą swobodą dzisiaj jeszcze nie ćwiczyłem intensywnie- tylko parę razy dziennie parominutowe rozruszanie na wzór tańca spontanicznego i rozciągania coś a la joga. Jest fajnie, a nawet lepiej.

Jedzenie. Dwie sytuacje. 1. Po powrocie ze straży w domu było 12stC i po paru minutach bycia w takiej temp poczułem potrzebę wzięcia czegoś do ust. Była to łyżeczka stwardniałego oleju kokosowego z ksylitolem i paroma kroplami cytryny do smaku. Lepiej się poczułem. 2. Zawarłem na FX jedną stratną pozycję (głupią) i zaraz po wybiciu na SL pojawił się odruch potrzeby wzięcia czegoś do ust. Zauważyłem i powstrzymałem się. Zadowolenie, duma z tego.

 Na trzecim piciu pomyliłem się i wypiłem o godzinę za wcześnie. Po godzinie wypiłem jednak znowu tak ,ze czułem lekkie opicie (0,8l) . Wziąłem też dodatkową łyżkę kokooleju z ksylitolem. Może dlatego chwilę potem w jelitach była rewolucja i chęć lewatywy co zrobiłem. Nadal wyleciało trochę zanieczyszczeń.

 Wieczorem medytacja i kontemplacja w odniesieniu do swojego życia stwierdzeń padających w wideo https://www.youtube.com/watch?v=jdCn0CVQqzY  „Jak się otwierać na przypływ pieniędzy – Izabela Czarko-Wasiutycz” Przez dwie godziny obejrzałem ok. 30min filmu zatrzymując się dla rozważania-tylu aspektów we mnie dotykał. Przede wszystkim poczułem, że od bliskiej mi osoby otrzymywałem więcej niż dawałem nie dbając o równowagę. Myślę teraz jak mogę tę równowagę przywrócić, komu pomóc z intencją i w jaki sposób….  Dużo więcej poruszanych tu tematów i mnie poruszyło….

Dzień bardzo fajny- dlaczego? Znów przede wszystkim za sprawą tych 35min gry z synem w pingla, dzięki fajnie spędzonemu wspólnemu czasowi. Potem dzięki sympatycznemu spojrzeniu córki i temu, że odwożąc chłopców podeszła i przytuliła mnie, dzięki temu, że Szymonek wchodząc do domu pomachał mi ręką krzycząc cześć tata… jest dużo przyczyn by być wdzięcznym. Waga bez zmian 63kg co mnie cieszy. Patrząc w lustrze, wygląd, pojawia się zarys mięśni co też mi się podoba.

PT 11.11.16  SIÓDMY DZIEŃ NA SOKACH- KOLEJNY PROGRES W SWOBODZIE ĆWICZEŃ

Rano (7godz snu) 16St.C. ale wstanie z lekkością wykonywania pobudkowych ćwiczeń. Nie czuję już bólu kręgosłupa ani mięśni. Coraz lepiej.  Czuję swobodę w mięśniach i ruchomości kręgosłupa. Podczas rozciągania czuję jak napinają mi się plecy rozluźniając a ponieważ większość ćwiczeń kalistenicznych ostatnio robiłem na plecy to rzeczywiście mogłem je przeciążyć, mogły się spiąć i nadwyrężyć kręgosłup. Teraz to odpuszcza.

Dzisiaj dzień z myślą o zarabianiu pieniędzy na FX ale niestety powtórzyłem zachowanie przynoszące wcześniej straty. Jedno głupie wejście, potem seria kolejnych strat w próbie odegrania i złapanie końca impulsu. Przez parę godzin byłem emocjonalnie przyspawany do wykresu. Nie chcę tak. Dziękuję jednak, że mogłem zakończyć dzień bez straty.  Natężenie emocji w trakcie było takie sobie. Chęć sięgnięcia po coś do jedzenia jednak mniejsza. W przerwie cięcie drzewa na opał.

Po całym dniu siedzenia przed laptopem oraz piłowaniu drzewa napięcie w ciele. Miał być spacer ale jednak potrzeba rozbicia tego napięcia, rozładowania spowodowała, że zrobiłem trening na mroźnym powietrzu. Jak się rozgrzałem zrobiłem całkiem fajny całościowy trening pod kątem stania na rękach i muscle-upów- bez problemu cztery powtórzenia na fioletowej gumie- wow. Super!. Wracając, przyspieszyłem bieg i także poczułem swobodę. Jest progres.

Sprawdziłem ile wypijam i okazało się, że nie piję 1,5l dziennie więc dzisiaj  już to zmieniłem. Oczodoły szybko zareagowały i uczucie ściągania zniknęło już po południu. Waga 62kg więc -1kg przez 2 dni. Kurcze, patrząc na wzrost energii i siły byłem przekonany, że waga będzie bez zmian lub większa.

SB 12.11.16 ÓSMY DZIEŃ SOKOWANIA –STRAŻ, DZIEŃ SPOKOJNY, FAJNY.

5 godz snu ale leżałem do budzika o 5 rano. Jadąc wysłuchałem mega rozdziału Robbinsa o metaforach i zacząłem się nimi bawić w odniesieniu do różnych aspektów mojego życia. Czym jest dla mnie życie? –„Jak wyprawa eksploracyjna przez nieznany ląd”  Zatrzymałem się jednak na metaforze czym jest dla mnie gra na giełdzie. Nie potrafiłem znaleźć takiej metafory, żeby ją poczuć.

W straży kumpel znów stawiał placki własnego wypieku. Tym razem imieninowe. Z kremem, szarlotkę i inne. Ktoś przyniósł rogale Marcińskie, czyli wszystko to, co uwielbiam i…  no właśnie i nic, nie miałem zbytniej ochoty by próbować, a gdy do wieczora chłopaki nie dali rady zjeść pozbierałem wszystkie rodzaje na jedną blachę, ładnie zapakowałem i schowałem do lodówki żeby nie wyschło.  Patrząc jak jedzą te pyszności zauważyłem u części zachowanie z którego nie są zadowoleni. Wielu chciałoby ograniczyć jedzenie słodkiego ale nie potrafią i doskonale rozumiem ich bo dwa tygodnie temu byłem w takim samym stanie i wiem ile trzeba motywacji  by wyjść poza to uwarunkowanie.

Dzień fizycznie spokojny ze skakanką przed służbą i treningiem przed trzecim piciem. Zrobiłem zestaw na plecy i niestety jest spadek siły. Z trzech serii po 15 dałem radę trzy serie po 15/10/10 i to z ledwością. Za to stanie na rękach coraz lepiej. Cały dzień chodziła mi po głowie ta metafora systemu FX do etiudy muzycznej. Czuję entuzjazm i jednocześnie wykorzystuję narzędzia NLP by poukładać się wewnętrznie na kurs jaki zaczynam od przyszłego tygodnia pod kątem finansów. Pomiędzy posiłkami odczuwam też jakby głód który przetrzymuję.

Od dobrego miesiąca na ciele mam jakieś plamy. Nie wiem co to, jakby jakiś grzyb lub coś takiego. Na początku sądziłem, że to od nieużywania mydła ale myślę, ze to dalej wychodzi ze mnie właśnie grzyb i nic z tym nie robię. Oczyszczam się ćwicząc siłowo a odkąd dowiedziałem się jak ważną rolę w detoksykacji ma układ limfatyczny ćwiczę pod kątem oczyszczenia przestrzeni międzytkankowej.

ND 14.11.16  DZIEŃ 9-TY SOKOWANIA- SAM W DOMU

Obudzenie po 2 w nocy i już nie spałem (4godz snu) Pokręciłem się trochę aż wziąłem laptopa i patrząc jak powinny wyglądać robiłem ćwiczenia Niszy na siłowni. Tak, o 3 w nocy! Cichutko, by nikomu nie przeszkadzać w odpoczynku. Fajne, fajna jest po nich energia.

Tym razem po powrocie ze straży w domu było 12 St.C. brrr. Przez parę godzin byłem w czapce i kurtce. Była chęć jedzenia tak jakby dla ogrzania się i znów wziąłem pół łyżeczki oleju koko z ksylitolem. Nie wiem dlaczego ale potem mam poczucie jakby było cieplej ale żeby się poruszać dodatkowo zacząłem sprzątać. Za tydzień będzie u mnie mieszkała przez parę dni koleżanka. Będzie po siedmiu dniach suchych  i potrzebuje paru dni by dojść do siebie przed powrotem do rodziny co doskonale rozumiem. Pytanie- jaka jedna rzecz najbardziej poprawiłaby wygląd mieszkania. Poza remontem wejścia oczywiście. Wyszło, ze Szafka w łazience więc kupiłem. Po skręceniu i posprzątaniu w domu nadal było zimno. Pytanie czego potrzebuję: drzemki czy spaceru po lesie. Poszedłem na godzinny szybki spacer i było super. Mrozik a ja fajnie się czułem. Kąpiel z dodatkiem chlorku potasu i olejku cynamonowego (dla złagodzenia tych plam co mam na skórze) i sen przed godz 21. Waga 63 więc po dwóch dniach bez zmian. Energia fajna, nastrój wewnętrzny też, choć senność daje znać o sobie.  Oceniając jednak cały dzień coś mi nie pasowało- to brak kontaktu z dziećmi.

PN 14.11.16  dzień 10-ty SOKOWANIA- PIERWSZY W ŻYCIU MUSCLE UP!!!

Obudzenie wcześniej ale było zimno i wstałem dopiero ok. 6 ( 9godz snu) Tak, zimno nie sprzyja w porannym wstawaniu. Rano ćwiczenia Niszy i lewatywa. Już nie wychodzi śluz ale nadal sporo bobków. Nie jem od dwóch tygodni a oczyszczanie cały czas trwa. Jestem ciekaw jak długo jeszcze aczkolwiek już nie przeszkadza mi to. Chęć na coś gazowanego więc rozcieńczony sok pomarańczowo-grejfrutowy z ksylitolem i sodą. Tak, zdecydowanie lepsze to niż zwykła woda gazowana.

Dzień cały spokojny właściwie nie wiem jak przeleciał. Trochę wykresów, jakieś filmiki na yotube po angielsku, przygotowywanie soków na następne parę dni.  Córka jest chora więc zawiozłem jej obiad. Zanim odwiozłem chłopców znów poszliśmy na ping ponga.

Przed godziną rozpoczynania się treningu mocno zastanawiałem się co zrobić bo ewidentnie nie czuję sił, znów nie chcę iść i wolę sam w domu w swoim spokojniejszym tempie ćwiczyć. Żeby nie płacić postanowiłem, że zrezygnuję do czasu powrotu siły i kondycji wystarczającej by znów tam chodzić w miarę regularnie. Poszedłem pogadać z chłopakami z wyjaśnieniem i zamiarem rezygnacji. Pozwolili mi, że od czasu do czasu będę mógł się pojawiać by sprawdzać, czy już mogę wrócić. Był jednak rozłożony drążek a wiem, że na ostatnich zajęciach ćwiczyli muscle-upy i nikt jeszcze nie zrobił. Pokusiło mnie. Parę ruchów rękoma dla rozgrzewki, skłonów i… Wow! Zrobiłem pierwszego w życiu Muscleupa bez gumy! Ale czad! W tej samej chwili podjąłem decyzję, że to z brakiem energii na trening to troskliwy strach rozumu. Mam energię. Szybko poszedłem do domu po strój i wróciłem spóźniony 5 min by ćwiczyć. Przed wyjściem z domu łyknąłem jeszcze szklankę soku i łyżeczkę kokooleju z ksylitolem- to tak żeby umysł był najedzony i zadowolony.  Dziś były nogi i brzuch i to ostro, bolało, czułem ale patrząc na grupę i tak dawałem radę. Tak więc moje postanowienie przerwania treningów chyba już nie jest aktualne. Zobaczymy jednak czy jutro będę w stanie wstać i chodzić. W czasie zajęć wziąłem parę dodatkowych łyków wody bo suszyło mnie. Następne zajęcia w środę i już nie mogę się doczekać.

Po treningu zerknąłem na FB gdzie czekała mnie kolejna miła niespodzianka. Nulina podała, że proces bretariański nie będzie w styczniu i na Malorce tylko w Portugalii i pod koniec lutego. Dodatkowo nie będzie trwał 7 dni tylko 14! Bez cienia wątpliwości byłem na TAK. Jadę choć nie znam jeszcze ceny.  Będzie to po feriach ale gdy w Polsce jeszcze zimno- idealny okres! Mam o miesiąc dłużej by zarobić na FX! Wszystko jest takie jakie być powinno. Entuzjazm i wdzięczność

WT 15.11.16 DZIEŃ 10-TY SOKOWANIA- CZAS Z SYNAMI, WYRAŻNE OSŁABIENIE

(7godz snu) Do przyjścia chłopców ze szkoły cały czas przed kompem ponowne oglądanie i robienie notatek z webinaru szkoleniowego z inwestowania. Pierwszy raz od dawna chłopcy spali u mnie. Gdy przyszła jednak wieczorna pora mnie zmogło, straciłem moc i niestety nie potrafiłem wykrzesać z siebie dynamicznej energii. Gdy przygotowywałem dla dzieci kolację ( sałatka owocowa+ robiłem masło orzechowe) oni kleili długopisem 3D. Po kolacji pograliśmy w gry planszowe (Szymon mnie ograł w warcaby i wcale mu nie dawałem,  a przed samym snem włączyliśmy film. Męczył mnie, oczy mi się same zamykały i chciałem już spać ale oglądałem z nimi- nie często jesteśmy razem. Fajny czas i znów to właśnie obecność chłopców i fajna rozmowa z Madzią która nadal jest chora w domu sprawiły, że ten dzień jest bardzo fajny. Nawet mniejszy poziom energii schodzi na plan dalszy. Film przerwałem o 22 i zasnęliśmy- nawet nie miałem siły by iść się umyć więc dzisiaj spałem w ciuchach pod śpiworem.

Widzę ogromną zmianę w zachowaniu chłopców- nie bili się, nie szarpali tylko trzymali sztamę pomagając sobie w drobnych uczynkach. Jednak to właśnie z takich drobnych cegiełek buduje się mur nie do pokonania, ale fajnie! Znów się nie zważyłem, patrząc jednak na energię czuję, że waga spadłaby.

ŚR 16.11.16 DZIEŃ 11-TY SOKOWANIA- NORMALNY DZIEŃ

Pobudka ok. 5 (7godz snu). Posprzątanie domu i wyszykowanie chłopców do szkoły. Ciekawe uczucie miałem w stosunku do masła orzechowego bo był moment w którym bardzo chciałem je zjeść. Nie pamiętam co to spowodowało- to było przed obudzeniem chłopców. Było silne pragnienie. Aż wziąłem do buzi poczuć ten pyszny smak bo naprawdę wyszło rewelacyjnie jednak zaraz wyplułem i przepłukałem usta. Gdybym zjadł czuję, że mogłoby mnie wciągnąć. Nie tym razem. Po chwili pragnienie osłabło i potem było już ok. Masło zawiozłem Madzi razem z obiadem.

Do  powrotu chłopców cały czas przed laptopem nauka systemu inwestycyjnego. Tak się zasiedziałem, że nawet nie wiem kiedy włączyło się w telefonie powiadomienie, że to już czas na drugie sokopicie. Nie czułem ani pragnienia ani głodu ale wypiłem szklankę soku. Zauważam, że coraz bardziej wolę pić bardziej rozcieńczone niż w połowie te soki więc owoce jakie kupiłem w poniedziałek cały czas są nie wykorzystane.

Przed treningiem czując jednak pustkę w żołądku oraz w potrzebie nakarmienia głównie umysłu wypiłem dodatkową szklankę soku i trochę kokooleju z ksylitolem ale chyba nie smakuje mi już i na olej kokosowy tracę też ochotę. Na razie obserwuję.  Trening był mega. Czując jeszcze zakwasy na nogach po poniedziałku pojawiła się myśl czy dam radę, czy iść ale tym razem była słaba i nie wzbudziła wątpliwości. Dzisiaj były plecy- dużo pompek, podciągnięć itp. Jest naprawdę super. Nie spodziewałem się, że dam radę robić tyle powtórzeń, w tym znów zrobiłem parę muscleupów bez gumy. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za ten trening i to poczucie. Podczas treningu mam wodę i gdy poczuję suchość to wezmę małego jednego łyczka. W sumie np. dzisiaj na zajęciach wypiłem może z 0,2l dodatkowo poza trzema stałymi piciami.

Do końca dnia fajnie się czułem na wysokiej energii. W końcu się zważyłem… ups-62kg. Kolejny spadek. Od razu jednak poczucie, że to w wyniku tego, że dzisiaj w sumie niewiele wypiłem bo może 1l plynu a miałem intensywny trening.  Mimo intensywności ćwiczeń nie pocę się na zajęciach.

CZ 17.11.16 DZIEŃ 12-TY SOKOWANIA- ŁAPCZYWE CHWYCENIE PO OWOCE i PRZECZYSZCZENIE

3:30 (5godzin snu). Do wieczora dzień jak co dzień. Cały czas jednak słabo i chyba czułem mięśnie po wczorajszym treningu. Otworzyłem dzieciom mus wiśniowo- jabłkowy, jaki robiłem latem bez cukru ale nie zjadły więc żeby się nie zmarnował ja go wykorzystałem. Mimo tego, że zblenderowałem  i wycisnąłem przez sitko  i tak sok był gęsty więc można powiedzieć, że zjadłem ten mus rozrabiając z wodą.  W tym momencie bardzo mnie zassało i dostałem ataku jedzenia. Chyba z 8 zamrożonych truskawek z paroma łyżeczkami stwardniałego oleju kokosowego i ksylitolem. Wypite ok. 1 litra płynów. Nie wiem co to było, nic tego nie zapowiadało, to była chwila. Nie minęło parę minut a zaczęło mnie czyścić więc żeby jeszcze wspomóc przyjąłem jeszcze pięć kropel oregano. Była 19 więc zaraz kąpiel i spanie o 22. Waga bez zmian 63kg.

Myślę nad przyczynami. To była chęć uchronienia przed zepsuciem i wywaleniem owoców oraz jednak to osłabienie fizyczne i jakby cały dzień uczucie głodu- ale skąd łapczywość?  Może po prostu musiałem się jeszcze wypróżnić w czym pomogła ta mieszanka?  Nic- było minęło. Wdzięczność i ciekawość co będzie jutro, czy ten incydent spowoduje, że zacznie mnie wciągać.

PT 18.11.16 DZIEŃ 13-TY SOKOWANIA -STRAŻ-  POCZUCIE USTABILIZOWANIA

Fajna służba, a wczorajszy incydent nie pociągnął mnie dalej i dzisiaj znów normalne same picie trzy razy w ciągu dnia.

Kolejna osoba zaczęła interesować się bretarianizmem i wyniknęła rozmowa. Jednak zupełnie inna niż wcześniejsze bo zamiast negacji, sarkazmu teraz wyczułem autentyczne zaciekawienie. Czuję, że stabilizuje mi się możliwość życia pijąc soki trzy razy dziennie i otoczenie chyba również to wyczuwa. Już się nie śmieją, tylko zaczynają pytać jak to możliwe? A co z głodem? A co z… dużo pytań, szukają uzasadnienia, potrzebują informacji a ja staram się im dawać na tyle ile sam wiem i czuję. A przyznam się, że rzeczywiście gdzieś od tygodnia waga się ustabilizowała, już nie spada, ponadto cały czas nabieram siły i dalszej swobody. Umysł chciałby już iść dalej na tej drodze ale nic nie zmieniam. Chcę ten stan ugruntować, dać sobie czasu, nacieszyć się tym etapem i tym, że już nie muszę wkładać wysiłku by czuć postęp w oczekiwanym kierunku. Coraz więcej osób na zmianie mówi, że podziwia mnie za konsekwencję, że oni nie daliby rady. Myślę, ze daliby i dają bo już widzę jak chyba nieświadomie zmiany zachodzą. Chociażby w tym, że jedzą więcej owoców. Dzisiaj np. jeden z „mięsożerców” zamiast zwierzęcia na patelni smażył jabłka w cieście i to z mąki orkiszowej- już nie pszennej, tak więc zaczynają zwracać uwagę na to co wpada do żołądka,  a mnie to wzrusza bo chyba jakaś część mnie przyczyniła się do tego. Mam poczucie sensu i motywację by pozostawać na tej drodze.  Właśnie, wszyscy mamy siłę i  jesteśmy konsekwentni, kwestia tylko jaką mamy motywację, czy utożsamiamy się z nią i jakie jest jej źródło- serce czy rozum. Jest pięknie. Dziękuję….znów popłakałem się ze wzruszenia. Nie mam pojęcia co mam z tym wzruszaniem się i płaczem, ale co tam.

SB 19.11.19 DZIEŃ 14-TY SOKOWANIA, SAM W DOMU, DZIEŃ BEZ DZIECI TO TROCHĘ SMUTNY DZIEŃ

 Dziś obudziłem się wyspany po 4 godzinach snu, o 2 w nocy. Po godzinie leżenia jak zwykle w nocy- praca przy laptopie nad nowym systemem FX i znów nocny trening na siłowni.

W domu, dzień bez dzieci jest trochę niespełnionym dniem. Jutro Szymonek ma urodziny, miał dać znać czy ma ochotę byśmy wszyscy poszli na kręgle ale nie zadzwonił. Trochę mi smutno. Może dlatego gdy w ramach resetu po południu włączyłem film : ”Cuda z nieba” płakałem ze wzruszenia jak bóbr. Kocham Cię Panie Boże.  O godzinie, kiedy w tygodniu mam trening, dzisiaj również poczułem potrzebę wysiłku i przez godzinę męczyłem obręcz barkową. Patrzę w lustro i podoba mi się, że mięśnie zaczynają się fajnie zarysowywać. Teraz tylko powiększać ich objętość. Czy to ego? Pewnie trochę tak ale jeżeli mam być przekonywujący to bycie fit i umięśnienie  na pewno jest wskazane. Ludzie zwracają olbrzymią uwagę na wygląd.

ND 20.11.16. DZIEŃ 15-TY SOKOWANIA- URODZINY SZYMONKA

Czas z dziećmi to znów najcenniejsza godzina tego dnia.

PN 21.11.16 DZIEŃ 16-TY SOKOWANIA- KOLEJNY NIEZŁY TRENING i BEZSENNA NOC

To był bardzo fizyczny dzień. Sprzątania cd, gra z chłopcami w piłkę i trening. Jest jednak niezły wzrost formy. Już prawie pełna swoboda jak za jedzenia stałego. Jedzenie to picie dziś 4 razy. O 8 jak zwykle, ok. 13 ale chyba godzinę później bo chciałem dokończyć sprzątanie w piwnicy i potem wieczorne picie rozbiłem na dwie szklanki. Pierwsza przed treningiem o 17 i druga po ok. 19. W nagrodę za tak fajną energię znów zblendowałem bananana z wodą i potem przecedziłem przez sitko żeby było możliwie klarowne. Podoba mi się takie funkcjonowanie tylko na sokach możliwie klarowanych. Delikatność połączona z radością doznań smakowych i to, że już tak nie cuduję z komponowaniem smaków jak na początku. Teraz przygotowanie soków na trzy dni zajmuje ok. 30 min. Czuję się wolny. Dodatkowo  od miesiąca wydaję ok. 20 zł tygodniowo na owoce co w porównaniu z poprzednimi wydatkami też fajnie motywuje. Ustaliłem, że to co na koniec tygodnia zostanie z tych 100zł wkładam do PF

Ciekawa sytuacja dzisiaj wieczorem zaszła.

Poszedłem spać ok. 21 i gdy obudziłem się, postąpiłem tak jak ostatnio robię- nie  sprawdziłem która godzina tylko zapytałem sam siebie czy jestem wypoczęty i chcę wstać. Ewidentnie byłem na Tak. Rozruszałem się, ubrałem i gdy byłem na fajnej energii wtedy sprawdziłem czas… ale zdziwienie. Byłem przekonany, że jest jak zwykle ok. 3-4 w nocy a była……. 23:45!!! Ups. I co teraz? Chyba czeka mnie noc bez snu. Żeby uniknąć nudy i głupich myśli zaplanowałem ten czas. Dokończyłem sprzątanie mieszkania, sporo godzin przesiedziałem przed wykresami zawierając transakcje i obejrzałem dokument o linoskoczku „Bliżej chmur” Całkiem fajny o sile pasji. Nie spałem w ogóle a mimo to nie czułem senności następnego dnia.

WT 22.11.16 DZIEŃ 17-TY SOKOWANIA- PRZYJAZD NA PARĘ DNI KOLEŻANKI

Mieszkanie posprzątane włącznie z myciem okien, drzwi i framug. Podoba mi się. Może być skromnie ale gdy jest czysto to nawet w takich warunkach przebywanie staje się przyjemnością. Miło.  Jestem szczęśliwy- tak po prostu, bez powodu. I jeszcze wdzięczny.

ŚR 23.11.16 DZIEŃ 17-TY SOKOWANIA- PO PROSTU SZCZĘŚLIWY

Dzień zaczęty o 3 w nocy. Po cichym rozruszaniu żeby nie obudzić Ani usiadłem do wykresów, zawarłem transakcję i prowadziłem ją na bieżąco do rana. Lubię to robić. Rano senność 2 godziny porządnego snu. Potem wspólny spacer w lesie. Powrót dzieci, na trening kalisteniki i tak minął dzień. Jestem szczęśliwy. Wdzięczny za życie, za to że po prostu jestem. Nie wiem co się stało ale każdy kolejny dzień mimo nie wprowadzania żadnych zmian to wyraźny przyrost swobody, siły i dynamiki. W końcu pijąc same soki mogę funkcjonować jak dawniej a pod pewnymi względami nawet lepiej bo np. potrafię stać na rękach ponad 10sek i robię muscle-upy bez gumy. Chce mi się żyć.  Pijąc trzy razy dziennie ok. 0,5l rozcieńczonego i klarowanego soku mogę już fajnie funkcjonować wypełniając swoje codzienne obowiązki. Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślałem, że być może to czas na powrót do bloga i dzielenie się z innymi, tym jak to osiągnąłem. Czuję, że teraz już mogę bo będę pisał o czymś do czego doszedłem  a nie jak do tej pory jedynie o przekonaniach.  Nazwa mojej obecnej strony „sukcel” nie pasuje do tematy bretarianizmu więc myślę nad zmianą.

CZ 24.11.16 DZIEŃ 18-TY SOKOWANIA- CHĘĆ WYPRÓŻNIENIA I PRZEŁOMOWY PINGPONG NA LUZIE.

W nocy znów gra na FX. Do powrotu dzieci ze szkoły spacer z Anią nad jeziorem. Fajnie się czuję w jej towarzystwie. Pomimo obecności innej osoby jest spokój, cisza, równowaga pomiędzy rozmowami a milczeniem. Bardzo fajnie przechodzi swój proces.

Synowie chcieli dzisiaj ze mną pojechać na pong ponga i to było przełomowe bo w trakcie gry spostrzegłem, że po raz pierwszy robię to na całkowitym luzie fizycznym, na swobodzie mięśniowej. To spostrzeżenie jeszcze bardziej doładowało i tak wysoką od paru dni energię jaką mam. Boże jak fajnie, dziękuję.

Jeżeli chodzi o odżywianie to oprócz trzykrotnego picia o stałych godzinach łyknąłem troszeczkę na spróbowanie soku z ogórków kiszonych i kapusty kiszonej jakie piła Ania. Ponieważ też Ania chciała spróbować jak smakuje mleko kokosowe z wiórków, którego kiedyś tak dużo piłem więc przygotowałem. A, że wzięła tylko parę łyczków to na wieczorne picie zamiast wodą rozcieńczałem soki tym mlekiem. Już od początku tygodnia mam takie uczucie jakby coś zalegało mi brzuchu. Nie wiem tylko co zrobić by się wypróżnić i gdy dzisiaj wziąłem ten łyczek soku z kapusty, zaraz poczułem jak jelita przyspieszają pomyślałem, że może to trochę pomoże. Czekam dalej.

PT 25.11.16 DZIEŃ 19-TY SOKOWANIA BAL ZMIANOWY Z TORTEM

Dużo spraw dzisiaj załatwiłem ale wszystko zgrane w czasie i się udało. Kluczem było, by na 21 dotrzeć z tortem dla mojej zmiany do Poznania. Poprzedzająca noc to pora na trading, Wyjazd Ani ok. 11. Zostając znów sam, bardzo wyraźnie poczułem, że to czas by wspomóc wypróżnienie. Skoro wczorajszy łyk kiszonki tak działa na jelita to znów wypiłem 0,3l. Potem 0,5l mleka koko i soki owocowe. Do tego sporo łyżek ksylitolu z olejem kokosowym i zakończenie całości szklanką sody oczyszczonej z cytryną i znów ksylitolem. Po ok. 30min zaczęło się i to było najsilniejsze przeczyszczenie jakie miałem w życiu. Może 8 razy. Było jednak inaczej ponieważ po pierwszym „odczopowaniu” za każdym kolejnym razem wylatywała właściwie coraz czystsza woda. PO RAZ PIERWSZY POCZUŁEM ŻE JESTEM OCZYSZCZONY, że złogi już wyszły. Tak intensywna reakcja była męcząca więc jak tylko mogłem pozwoliłem sobie na drzemkę. O 15tej odebranie samochodu z naprawy, odebranie tortu od cukiernika. Na 17:20 trening a po nim szybka kąpiel i wyjazd na uroczystość. Trening był bardzo siłowy na całe ciało i zastanawiam się co  się takiego stało, że nie czuję zakwasów choć przez ponad godzinę daję z siebie 100%.  Po kąpieli sprawdzenie w końcu wagi choć pytanie czy potrzebuję tego skoro mam takiego Powera. Jednak tak, chcę wiedzieć. I tu niestety po zobaczeniu 60kg a więc znów o 1kg mniej przeleciała myśl o słabości, wątpliwość. Od razu poczułem to w ciele jako osłabienie. Natychmiast jednak wybiłem się z tej niewspierającej energii i ukierunkowałem myśli na inne, budujące  tory.

ZABAWA ZMIANOWA- Z braku partnerki nie miałem ochoty na pójście tam samemu więc miało mnie nie być, pomimo,  że na taniec mam zawsze chęć.  Po przyjeździe szefowa kuchni wsparła mnie dając świece z zimnymi ogniami na tort i gdy przyszedł czas zgasiła światła na Sali bym mógł wjechać-ale się zdziwili jak mnie zobaczyli. Było bardzo miło i cieszę się, że choć na chwilę byłem ze swoją zmianą.

tort

Tańczyłem, i fajnie  sobie porozmawiałem z paroma osobami. Gdy tak  ok. północy poczułem jednak zmęczenie, pomyślałem, że już czas na mnie więc pojechałem spać do jednostki i przeczekać do służby jutrzejszy dzień w Poznaniu.  Wracając popłakałem się wzruszony. Stwierdziłem, że dziewczyna, której zaproponowałem wspólną zabawę nie odnalazłaby się tu więc w sumioe dobrze, że byłem sam. Życie znów wybrało dla mnie to co najlepsze. Dziękuję.

SB 26.11.16 DZIEŃ 20-TY SOKOWANIA- CAŁY DZIEŃ ODPOCZYNKU  NA JEDNOSTCE

Pomimo intensywności wczorajszego dnia, wieczora i nocy, oraz tygodnia i tak obudziłem się o 3 w nocy nie śpiąc do rana- planując dzisiejszy dzień, jak tu najlepiej się zrelaksować- wybrałem saunarium. O godz. 8 jednak szybko zasnąłem nie nastawiając budzika i tym razem dobre dwie godziny spałem. To ma być dzień totalnego odpoczynku bez planowania i nastawianie się na cokolwiek. Przedpołudnie przyniosło zmianę chęci z saun na fajne, niszowe kino i znalałem taki film na wieczór. Gdy jednak przyszło popołudnie zamiast kina zjechałem salony meblowe w pragnieniu otoczenia się ładnymi rzeczami, może też poszukania inspiracji dla remontu swojego domu. Ponownie słuchając swoich pragnień dokonała się najlepsza decyzja. W jednym salonie znalazłem idealny prezent świąteczny dla rodziny koleżanki- tablica z dodającymi wiary i otuchy cytatami, których potrzebuje jej rodzina- Wyślę im.

Dzisiaj ewidentnie spowolnienie i osłabienie przez cały dzień. Trochę mnie to niepokoiło ale jak przypominałem sobie jak intensywny miałem wczorajszy dzień daję sobie przestrzeń na osłabienie i wyciszenie. Zauważyłem, że coraz otwarciej mówię o tym, że funkcjonuję na samych sokach, chcę by inni ludzie też wiedzieli że mają wybór. Ponieważ waga cały czas powoli bo powoli ale spada nie wiem czy to trochę nie za wcześnie. Wiem też, że jeżeli teraz wróci do 63 kg i więcej będzie to oznaczało, że rzeczywiście stan liquidarianizmu ugruntował się już u mnie i jest to czas by dzielić się szerzej swoim doświadczeniem chociażby opisując to na blogu. Na razie jeszcze wstrzymuję się, czekam na potwierdzenie odwrócenia trendu spadającej wagi. Sen przed 22.

ND 27.11.16 DZIEŃ 21-szy SOKOWANIA- SŁUŻBA W STRAŻY I  UTRATA PRZYTOMNOŚCI

Przebudzenie po północy, przeleżenie do pierwszej i rozpoczęcie dnia. Do rana przed laptopem sporo zrobiłem. Delikatne dwukrotne ćwiczenia na kręgosłup i oczyszczające limfę.

Potem cały dzień na wyraźnym osłabieniu i cały czas czując zimno. Ubrany w koszarówkę i polara. Brak treningu poza parokrotnym rozruszaniem stawów. Dzień bez wyjazdu przy książce Nicka Vujcica „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń” taka sobie.

Wieczorem bardzo gorący prysznic, po którym zrobiło mi się słabo, poczułem jak odpływam… Podparłem się o parapet i nie wiem po jakim czasie ale ocknąłem się leżąc na przyjemnie zimnej podłodze. Straciłem przytomność a guz z tyłu głowy i obolała kość ogonowa wskazują, że musiałem trochę gruchnąć.  Pierwsze sprawdzenie czy krwawię ale nie. Potem kłęby myśli dlaczego to się stało? Nie mam pojęcia. Wdzięczność, że nikt nie widział. Natomiast pozostało pytanie co dalej z dzisiejszą służbą- jeszcze noc i w takim osłabieniu nie dam rady. Poprosić o zamianę? Przyznam się, że niepokój się pojawił.  Leżałem tak chwilę chłodząc się na tych płytkach aż poczułem potrzebę natychmiastowego wypróżnienia. Dziwne- wstając nie czułem już osłabienia a po oczyszczeniu, jakby ręką odjąć. Osłabienie zniknęło i co więcej czułem jak wraca energia. Wszystko wracało do normy i nie musiałem dłużej się nad tym zastanawiać co dalej. Poczułem wdzięczność. Tylko chciałbym wiedzieć co spowodowało to osłabienie żeby zapobiegać w przyszłości. Gorący, długi prysznic? Zamknięte okna i zaparowana łazienka? To zanieczyszczenie jakie było jeszcze we mnie i właśnie wyleciało? Właśnie- zastanowiło mnie też skąd ta szlaka skoro już tyle czasu nie jem, a dwa dni temu byłem „czysty” i od tego czasu piłem tylko bardzo klarowane soki. Hmmm Nie ważne, ważne, że na koniec dnia wszystko wraca do normy. Dziękuję.

PISANE W PIĄTEK

PN 28.11.16 DZIEŃ 22gi SOKOWANIA- WSZYSTKO WRÓCIŁO DO NORMY- ZNÓW FAJNIE

Po wczorajszej utracie przytomności nie został najmniejszy ślad poza guzem i obolałą kością. Ból był tak silny, że pogodziłem się z nie pójściem na trening. Do wieczora jednak ból zmienił się na zwykłe poczucie dyskomfortu które nie blokowało ruchów więc  trening zaliczony- wdzięczność. Poza tym cały dzień właściwie przed wykresami zawieranie dużej liczby transakcji. Znów emocjonalne zachowania, co nie podobało mi się

WT 29.11.16  „OFF- DAY”  oraz DZIEŃ I NOC ZARWANE NA TRADING

Kolejna każda wolna chwila dnia przeznaczona na siedzenie przed wykresami. Najgorsze, że przeniosło się to także na całą noc i nie spałem. Ciekawe, że nawet nie chciało mi się, jednak to nie powód by tak postępować, brak w tym równowagi, nie ćwiczyłem kręgosłupa, nie oddychałem, nie byłem na spacerze w lesie. Czuję, że przesadzam z forexem, brak w tym równowagi.

Ponieważ dzisiaj jest ostatni dzień listopada to w porze drugiego picia zaszalałem i chcąc przetestować listopadowego burgera miesiąca kupiłem- był pyszny. Nie zjadłem jednak tylko całego właściwie po przeżuciu wypluwałem- chodziło o smak. Jedynie sok z pomidorów i czosnkiem wypiłem po rozcieńczeniu wodą trochę się opijając bo w sumie  było tego ponad 0,5l.  Chciałem w ten sposób uczcić miesiąc bycia na samych sokach w przestrzeganiu ustalonych zasad picia- zadowolenie z siebie! Pierwszy raz wykazałem w tej kwestii tak silną konsekwencję. Dumny. Nagroda wskazana! A że padło na smakowanie burgera niech będzie tym bardziej, że nie połykając ani kęsa zaskoczyłem sam siebie w pozytywnym sensie.  Po odwiezieniu Szymonka pozwoliłem sobie jednak na dalszą część uczczenia konsekwencji i kupiłem trzy różne czekolady, ptasie mleczko, lód a słodkość smaku przełamywałem popijając zsiadłym mlekiem. To na wieczór. Oczywiście niewiele zjadłem z tego gdyż, jakoś szybko się nasyciłem.

ŚR 30.11.16 SŁUŻBA I DRUGI DZIEŃ NIEPLANOWANEGO OFF’A

Po nieprzespanej nocy wystarczyło, że w do południa się zdrzemnąłem na nie całą godzinkę. To wystarczyło mi, by znów mieć rozpierającą energię.

W trakcie służby coś jednak się wydarzyło, że zacząłem zagęszczać pożywienie. Nie potrafię powiedzieć co. Zaczęło się od wypicia kwaśnego na occie soku z buraków jaki został po surówce którą robili chłopacy. Dorzuciłem do tego łychę ziemniaków z masłem i cebulką i zaczęło się. Podjąłem decyzję, że chcę uczcić połowinki i po miesiącu bycia na samych sokach, a przed przejściem na kolejny etap jeszcze większego ich rozcieńczania ze  zmniejszeniem  wypijanej jednorazowo ilości,  chcę dzisiaj znów poczuć różne smaki.  Od popołudnia do 4 rano właściwie non stop jadłem. Przede wszystkim produkty mleczne. Najpierw 1,5 litra lodów, potem serki homogenizowane i jeżeli już jem to chcę poznawać nowe smaki- padło na ser marscapone ale bez szału. Paczka moich lubionych chrupków orzechowo- kukurydzianych i paczka chlebków pszenno- ryżowych, grubo posmarowana masłem. W nocy, jak już wszystko wyjadłem, mimo dyskomfortu z przejedzenia, jeszcze  wyjadałem to co było w lodówce a wydawało mi się, że zostało z poprzednich zmian. Nawet jajko ugotowałem co leżało odłogiem. Dużo musztardy, ketchupu, cebula i ogórki w occie. Generalnie wszystko, wiele smaków z przewagą ostrych. Przyjemność mimo bólu rozepchanego żołądka i jelit. Zupełnie nie chciało mi się spać. Przesiedziałem przed wykresami prowadząc otwarte pozycje i czytając do końca książkę Nicka Vujcica. Dopiero ok. 4 zdrzemnąłem się do 7 co mimo objedzenia w zupełności wystarczyło by fajnie, znów z godzinną drzemki w ciągu dnia przejść przez następny dzień.

TYDZIEŃ 05.12-11.12 TYDZIEŃ OBJADANIA SIĘ WSZYSTKIM

W planie to miał być tydzień oczyszczania. Nie pamiętam co się stało, że jednak to był kolejny tydzień objadania się włącznie z burgerami, hotdogami. Niestety. Nie rozumiem siebie. Wiem, że sięgając po mięso przyczyniam się do cierpienia zwierząt i nie chcę tego, a mimo to smak mięsa sprawia mi przyjemność.

Jak się okazało tydzień zakończony w niedzielę urodzinami synów które wyprawiała ich mama. Tak sobie myślę, że może jadłem jeszcze w tym tygodniu żeby na tej uroczystości spróbować torta jakiego zrobiła moja córka? Gdybym się oczyścił być może szkoda by mi było znów obciążać ciało . A tak jadłem przy wszystkich bez żadnego skrępowania co pomyślą. Widzą, jak propaguję bretarianizm i mimo tego czułem się swobodnie.  W końcu fajny luz, swoboda emocjonalna. Na szczęście jak się okazało to było pożegnanie z jedzeniem- przynajmniej w perspektywie przyszłego tygodnia.

TYDZIEŃ 12-18.12.16 POWRÓT DO SOKOWANIA I DNI NA SUCHO

No proszę, cały tydzień bez wysiłku minął bez jedzenia. Co więcej, na zmianę z dniami suchymi. W dni treningowe czyli  PN, ŚR, CZ- trzy razy dziennie picie delikatnych soków. We  WT, CZ,  SB dni suche i to nawet w sobotę podczas służby. Tak, w dni suche jestem osłabiony, spowolniony ale mogę funkcjonować. Ponadto wystarczy jedno napicie się następnego dnia i energia wraca. Po każdym dniu suchym robiłem lewatywę wspomaganą piciem czegoś, co wspomaga wypróżnienie. W moim przypadku to woda po ogórkach kiszonych, potem soki owocowe (gruszka, śliwka) ze sporą ilością ksylitolu i oleju kokosowego. Pędzi jak licho a ile syfu wypływa?! Wystarczyło 10dni objadania się! Jeżeli chodzi o sen  to niestety 4 godziny już nie wystarczają, a nawet mam wrażenie, że więcej potrzebowałem bo oprócz 8 godzin snu w nocy także muliło mnie na drzemki w ciągu dnia. Być może jednak to efekt wysiłku do jakiego zmuszam ciało czyszcząc jelita. Tęsknię do tych 4 godzin.

PODSUMOWANIE LISTOPADA-MIESIĄCA SOKOWANIA

Najcenniejsze, co osiągnąłem na koniec listopada, to świadomość, że możliwość życia bez konieczności jedzenia i to w pełnym zdrowiu, radości, wdzięczności przy mega energii i wzrastającej sile fizycznej, tylko pijąc rozcieńczane i klarowane soki w ilości trzy razy dziennie po ok. 0,5l stała się faktem. Moim celem było życie zupełnie bez konieczności jedzenia i picia ale zważywszy, że jeszcze dwa lata temu byłem osobą wpychającą w siebie dosłownie wszystko i bez zahamowani ilościowych, uważam, że to i tak ogromna zmiana.

Ponadto korzystając z wiedzy zdobytej na kursach NLP i hipnoterapeutycznych, robiąc z picia systematyczny, stały i powtarzalny codzienny rytuał potwierdziłem pogląd, że jesteśmy istotami nawykowymi. Większość naszych decyzji i działań to wynik nawyków tylko przeważnie nieświadomych. Miesiąc na systematycznym sokowaniu co do ilości i czasu pokazał jednak, że zawsze możemy wykształcić w sobie świadome nawyki, które będą wspierały nasze cele i to cele bez względu z jakiego obszaru- nawet z tzw. obszaru duchowości gdzie wydawałoby się, że nie ma miejsca na umysłowe, rozumowe działania. Jest- mamy wspaniałe narzędzie jakim jest rozum i zawsze możemy go wykorzystać do rozwoju w każdej dziedzinie życia czy to fizycznego, emocjonalnego, mentalnego czy duchowego…  Powrót jednak do jedzenia pokazał, że żaden, nawet najbardziej wspierający nawyk raz wykształcony nie jest nam dany na zawsze.  I nawet po ugruntowaniu go, a być może właśnie wtedy kiedy będąc pewni stałości tego nawyku słabnie nasza uważność,  niezbędna jest właśnie szczególna uważność, szczególnie gdy świat na zewnątrz nas w którym przebywamy nie jest wspierający. Co więcej umysł jak tylko po miesiącu znów poczuł połechtanie na podniebieniu znalazł przynajmniej 100 ważnych dla mnie argumentów przemawiających za powrotem do jedzenia, przynajmniej na jakiś czas. Nie mniej w mojej świadomości już na zawsze pozostanie ślad, że życie bez konieczności jedzenia to fakt… 🙂