Archiwum kategorii: forex

LISTOPAD 2016 „MIESIĄC SOKOWANIA”

PN 31.X STRAŻ OSTATNI DZIEŃ POSIŁKÓW

Zmęczony już, intensywnym myśleniem o odżywianiu, poświęcaniem takiej ilości czasu na myśli, przygotowania i samo jedzenie, oraz objedzony zdecydowałem, że czas na kolejny proces rozluźniający moje relacje z odżywianiem. Dzisiaj jednak kumpel w straży zapowiedział słodkie więc nie chciałem sobie odmówić tej pożegnalnej rozpusty. Co więcej, jeszcze zanim wjechałem do jednostki zacząłem dzień od mojego ulubionego loda w czekoladzie. Na śniadanie sok pomarańczowo-cytrynowy, a około południa  zapowiedziane ciasto i kawa ze śmietaną.  Po czterech kawałkach ciast wydało mi się mało wiec domówiłem rogala Marcinkowskiego i loda oreo. Dla przełamania słodkiego smaku piłem zsiadłe mleko i kawy.  Po południu, gdy ciasto znów pozostawało dobrałem jeszcze po kawałku z każdego. Trochę jednak już na siłę. Oprócz tych słodkości zjadłem kromkę chleba z masłem i bananem, druga kawa, dwa soki wyciskane z owoców i to wszystko.  Byłem syty. Na szczęście zrobiłem wieczorny trening siłowy.  Dzień w sumie na fajnej energii, a godzinę 20tą, od której miałem wejść w kolejny proces potraktowałem metaforycznie i wyobraziłem sobie pociąg, który dokładnie o godz 20tej odjeżdża pozostawiając przestrzeń na nowe, niesamowite doświadczenia.

WT.01.XI    PIERWSZY DZIEŃ SAMAPRANY (BEZ JEDZIENIA I PICIA)  ZAŚNIĘCIE ZA KIEROWNICĄ

No tak Nie wiem co się dzieje. Spałem 7 godzin. Po powrocie o 6 godz. z akcji już się nie kładłem tylko delikatne półgodzinne rozruszanie ciała.  Następnie nie wiem kiedy zasnąłem na świetlicy budząc się tuż przed samą zmianą służby. Ale mnie znużyło? Co jest? Przecież spałem tyle czasu, powinienem być wyspany.

Powrót autem. Jeszcze nie wyjechałem z Poznania a czułem jak znów mnie ogarnia senność. Z każdym kilometrem coraz większa. Patrzyłem jak samochody przede mną podwajają się, dwa razy ocknąłem się jak już byłem na pasie pobocza. Co jest?! Oj w domu zaraz idę spać. Nie rozumiałem co się stało, że jestem śpiący pomimo 7 godzin snu.

Jak się okazało to czy rozumiem cokolwiek, czy nie jest mało ważne. Najważniejsze jest by odpowiednio działać do tego co się czuje w danym momencie. Ja nie zadziałem i na  prostej przed przejazdem kolejowym dopiero czując jak samochód się przechyla zorientowałem się, że znów zasnąłem. Tym razem zjeżdżałem już do rowu bez możliwości wyjechania. Przede mną pas ziemi oddzielający wjazd na pole. Padało, trawa była śliska,  hamulce nic nie dawały. Myśl pytanie- rozbiję się czy przejadę mignęła w głowie a zaraz potem byłem w powietrzu. A cha- wybiło mnie, znów myśl i co teraz? Jestem w powietrzu- ja latam i choć nic nie mogłem już zrobić poczucie i zauważenie, że podoba mi się to uczucie jakby braku grawitacji. To było przyjemne mimo, że nie wiedziałem co się stanie jak wyląduję.  Lądowanie z telemarkiem na cztery koła, huk, trzask i pełno dymu. Od razu po zatrzymaniu odpiąłem pasy uciekłem z auta. Gaśnica, otworzenie komory silnika. Ale nie było potrzeby użycia bo dym to proszek z poduszek które wystrzeliły z przodu. Ale numer.  Podjechał jakiś samochód- wszystko w porządku, nic się nie stało? Jasny gwint ale Pana wybiło! Przeleciał Pan chyba z 10metrów! Na pewno wszystko ok.?  Spojrzałem na auto, obejrzałem koła, poruszałem- niby całe. Plastiki odleciały, całe podwozie w zdartej trawie i ziemi ale odpalił za pierwszym razem.  Poprosiłem by wyholował mnie jednak nie musiał- sam wyjechałem rozpędzając się do tyłu. Ale numer! Po takim locie- działa. Poczułem wdzięczność, że nic mi się nie stało ani, a może przede wszystkim, że ja nikomu nie zrobiłem krzywdy. Naprawdę dziękowałem za to bo wystarczyło, że zjechałbym na drugą stronę ulicy lub by poboczem ktoś szedł i byłaby tragedia.  Lecąc zauważyłem że przelatuję nad białym krzyżem przy poboczu. Zastanowiłem się czy będzie drugi.  Ale przygoda i to w święto zmarłych.  Tak, przeprosiłem, ze mimo ostrzeżeń że jestem bardziej senny niż zwykle nie zareagowałem zatrzymując się na paruminutową drzemkę. Myśl, że przecież dopiero wstałem po 7iu godzinach snu. Dam radę dojechać do domu i wtedy pójdę spać. Mało nie brakowało a zagwarantowany miałbym sen wieczny.  Nie obchodziło mnie nic prócz tego, że nikomu nie zrobiłem krzywdy. A możliwość dojechania do domu to gratis od mojego Anioła stróża. Dziękuję. Oczywiście po senności nic nie zostało i bez mrugnięcia okiem dojechałem do domu.  Taką miałem przygodę…

W domu 15st C. napalenie więc w piecu i miał być godzinny sen ale był dwugodzinny. Kurcze, podejrzewam, ze ta senność ma jakiś związek z cukrem w moim organizmie bo od paru dni objadałem się lodami, ciastami co było moimi głównymi produktami jakie jadłem a często nawet jedynymi przez cały dzień. Może już jakaś reakcja zachodzi po odstawieniu od wczorajszego wieczora? Sprawdzę za parę dni, gdy to się unormuje. Nie teraz bo nie chcę się sugerować tym co przeczytam.

Dzień sam w domu, trening siłowy ogólnorozwojowy i dużo pisania tutaj, medytacja. Wieczorem zamiast na cmentarz spacer po lesie. Wracając zaszedłem do ojca ale zaczął agresywnie narzekać na politykę i sytuację w kraju więc nawet nie wchodziłem- nie dziś. Wróciłem do siebie.

Dzień samaprany,  taki nijaki, trochę spowolniony, bardzo senny. Pić mi się nie chce ani nie czuję głodu. Bóle w krzyżu być może po locie autem bo w chwili lądowania poczułem ukłucie i teraz utrzymuje się.  Jak tylko gdzieś usiądę oczy same mi się zamykają.  Pobudzacze zewnętrzne okrojone do minimum. Internet włączony na chwilę do sprawdzenia poczty czy może znajoma odpowiedziała na moje zaproszenie na uroczystość zmianową. Obserwuję opowieści jakie układa mój umysł do braku odpowiedzi. Ciekawe co też on potrafi wykreować.  Pilnuję by być w swojej opowieści bo łapię się że jeszcze czasami wchodzę się w opowieść innych osób.

ŚR. 02.11.16  II/ DRUGI DZIEŃ SAMAPRANY

Bardzo długi sen (ok. 11 godz) Wybudzenie rano to telefon, ktoś zadzwonił ale potem dalej zasypiałem. Brak chęci do wstania, brak siły. Zatkane lewe ucho, sporo gęstej wydzieliny w ustach i nosie. Jakby katar. Myślę, ze to oczyszczanie z nabiału. Po wstaniu symboliczne rozruszanie i lewatywa.  Dzień spowolniony, silny spadek energii, ruchliwości siły i chęci na cokolwiek. Nie podoba mi się to. Od 14 do 20:30 czas z dziećmi. Zamiast treningu zdrzemnąłem się. Potem od 19 do 20:30 z Przemciem byłem na jego piłce. Po piłce zostawiłem dzieci u ich mamy a sam wróciłem do domu i od razu znowu poszedłem spać. Zasnąłem natychmiast. Nie wiem co będzie jutro rozważam powrót do picia choć miało być 5 dni samaprany. Za duży spadek energii. Nie chcę tego ciągnąć jeżeli nie mogę wypełniać swoich obowiązków. Waga na wieczór to 66 kg  a wiec znów 1kg mniej niż wczoraj.

CZW 03.11.16  III/ PIERWSZY DZIEŃ WODA

Pobudka pierwsza o 6 rano. Sprawdzenie która godzina i dalszy sen. Potem o 8. A więc znów 10 godzin snu… nie wiem co się dzieje. Od wczoraj wzmógł się ból kręgosłupa w odcinku szyi. Nie mogłem się ruszyć. Sam sobie nastawiłem przekręcając ją aż chrupnęło. Lepiej ale nadal ból. Ogólny niepokój słabością oraz bólem szyi. Decyzja o zakończeniu okresu suchego i o 8 pierwsze świadome łyki wody.  Chwilę potem wzmożenie gęstej wydzieliny w ustach. Wypluwanie.  Cały dzień picie częste po szklance wody.  Od 13 do 17 z chłopcami. Dzisiaj jest dzień kiedy gramy w ping-ponga i chcę mieć na to siłę. Gdy od 15 Szymonek jest na angliku jadę do galerii i gram z Przemkiem. Gdy o 16 Przemek zaczyna anglik gram z Szymonem i potem odwożę obu.  Spowolnione ruchy ale dałem radę. Dzień fajny dzięki byciu z chłopcami. Po powrocie czas w internecie analizuję ceny noclegów jeżeli pojechałbym z dziećmi na narty na Chopok-niestety poza moimi możliwościami finansowymi oraz szukałem innego kręgarza w Pile żeby mnie ponastawiał. Sen o 21 po kąpieli. Waga 65 a więc kolejny -1kg.

PT 04.11.16 IV/DRUGI DZIEŃ WODA

Znów pobudki o 3 w nocy, o 6 rano i wstałem dopiero przy trzeciej pobudce ok. 9. Fajnie, że szyja już tak nie bolała. Mogłem wstać możliwie płynnie. Lewatywa ale za dużo nie wyleciało. Ucho dużo mocniej zatkane niż wczoraj, prawie nie słyszę. Próbowałem przetkać ale tylko woskowinę wepchałem głębiej. Konieczność wizyty u laryngologa by przepłukał- dużo wyleciało. Wydzielina z nosa i flegma nadal w sporych ilościach. Nie wiem czy to z zimna w domu ( jest 15stC.) czy to dalsze oczyszczanie organizmu. Dzieci odebrałem o 13:30 ze szkoły i pojechaliśmy na ping ponga. Ponad godzina fajnej gry. Najmłodszemu idzie coraz lepiej. Ja na zwolnionym tempie ale staram się nie dać po sobie poznać. Graliśmy nawet w bieganego i też dałem radę. Co więcej, jakbym dzięki temu rozruszał się. Kręgosłup czuję ale bez bólu. Wieczorem 20min medytacji. Umysł jednak cały czas na wierzchu. Spoko. Tym razem do inedii podchodzę czysto fizycznie. Medytacja tylko tak przy okazji jak poczuję, że chce mi się.

Dzień fajny- analizuję co sprawiło, że tak go oceniam: Czas z chłopcami na ping-pongu oraz pocięcie drzewa na opał. Wypite ok. 1,5l wody jak czułem pragnienie po ok. 0,3l na raz. Głodu nie czuję. Chciałbym tak na samej wodzie gdyby tylko siły i energia rosły. Na trening kalisteniki nie poszedłem, nie czułem się na siłach. Waga 65kg dziś bez zmian.

SB 05.11.16 V/ PIERWSZY DZIEŃ 50% SOKOWANIA

W nocy wybudzanie ale cały czas nie wstaję i zasypiam jeszcze parę razy.  Nie wiem czy zimno w domu ma na to wpływ. Kręgosłup luźniej.  10:30 masaż. Po masażu odpoczynek przy inspirujących video: http://tedx.indywidualista.pl/   https://www.youtube.com/watch?v=B6tVati7H3Y Filmy te zmusiły mnie do myślenia.  Leżąc znów osłabłem nie chciało mi się wstać, zmusiłem się na spacer do lasu.   Wieczorem ciąg dalszy motywacji po której czuję jak energia wzrasta, chcę ruszyć dupę do roboty. Tym razem poniosło mnie do zrobienia dynamicznego treningu- pompki z klaśnięciem, z obrotami itp, stanie na rękach co fajnie wychodziło- najlepiej jak do tej pory bo utrzymałem już bez podpierania ok. 20 sek. I inne ćwiczenia. Fajny power. O 13 i 19 pierwsze picie soków po ok. 0,4l i zastanawiam się co spowodowało tak duży wzrost energii i siły że zrobiłem najdynamiczniejszy trening od paru tygodni. Te motywacyjne filmy?  Zmniejszenie bólu kręgosłupa? Czy może te dwie szklanki rozcieńczonych soków? Myślę, że wszystko po trochu. Kręgosłup pozwolił się ruszać bez odczuwania bólu, filmy zachęciły do ruszenia, a te dwie szklanki soków które nazywam sokosiłkiem pozwoliły umysłowi poczuć, że dostał porcję odżywiania. Wyznaczenie działania na najbliższe dwa miesiące w kierunku ugruntowania życia na sokosiłkach (systematyczne ilości 0,5l o stałych godzinach 8,13 i 19) oraz wyznaczanie planu co muszę zmienić by zarabiać na foreksie. Tak, silna chęć powrotu na FX.

Waga 64kg (-1kg przez 2 dni co nie jest złe) Trzy razy picie zgodnie z planem, rozpoczęcie przyjmowania olejku z oregano zaczynając od 1 kropli dwa razy dziennie i zwiększając codziennie o jedną do 5 i z powrotem. Czyli 10 dni na „doczyszczenie” Fajne pogadanie przez telefon z synami, co jeszcze bardziej mnie doładowało kończąc o… 22:22. Harmoniczne układy cyfr cały czas się powtarzają. Spanie w fajnym nastroju choć jeszcze ok. godziny umysł szalał pozytywnie nakręcony.

ND 06.11.16 STRAŻ VI/ DRUGI DZIEŃ 50% SOKOWANIA

Pobudka parę minut przed czasem czyli po 5 godz snu. Tak jakby sen powracał do normalnych,krótszych potrzeb.  W drodze do Poznania słuchanie Robbinsa 9cz o słowach. Przejeżdżając obok miejsca gdzie ostatnio wyleciałem w powietrze dziwnie się poczułem, pojawił się jakiś dyskomfort. (strach?) W pracy dzień bez wyjazdu. Cały dzień osłabiony. Po południu dalsza część słuchania czterogodzinnego webinaru o pieniądzach Jacka ze strony Sukces.pl.

Po dwóch godzinach leżenia i słuchania chęć działania, chęć zrobienie czegoś z FX. Jeszcze jedno nagranie Jerycho, kolejna motywacja. Potrzebowałem ruchu. Zrobiłem ćwiczenia z nagrania Jerycho ale cienko wypadłem ( 30 pompek, 50 skrętoskłonów, 30 przysiadów) „Wysiadłem” po ok. 3 minutach. Mam jednak punkt odniesienia. Potem delikatniejszy bo niedzielny trening ćwiczeń z wielkiej szóstki na rozruszanie. Wieczorem film z chłopakami :”Sędzia” Fajny i sen po 22.

Wypite wg planu ok. 1,5l soków 50%. O 8, 13 i 19 godzinie. Rano i wieczorem po dwie  krople oleju oregano z  trochę kokooleju i xylitolu. Przy okazji brzuch trochę „oszukany” że zjadł coś. Dzień pod kątem picia fajny. Częstowali słodkim ale zupełny brak ochoty. Ponadto pomogłem obierać ziemniaki chłopakom do obiadu i też nic, jakby to były jakieś plastikowe przedmioty a nie coś co ma odżywić.  Przy obiedzie jednak rozchodzący się po jednostce zapach smażonej cebulki i kotleta schabowego był przyjemny ale bez potrzeby wkładania do ust.  Energia stabilna choć nadal odczuwalny jej niższy poziom. Nagranie Jerycho na chwilę podniosło jej poziom. Pragnienie, żeby zachować taki stan. Czuję, że znów jestem krok dalej, u progu unormowania życia na sokach. Zatrzymam się tyle ile będzie trzeba na tym schemacie picia trzy razy dziennie by to poczucie wzmocnić, ugruntować bo jeszcze fundament nie stwardniał do końca, jeszcze szalunki są potrzebne do podtrzymania całej konstrukcji.

https://www.youtube.com/watch?v=A94Y_F9aP_Q

Po dzisiejszym dniu poczucie braku równowagi pomiędzy tym co otrzymałem ( przez obejrzane nagrania) a tym co dałem od siebie.  Nie wykonałem żadnego działania w stronę zarabiania pieniędzy na FX i mam poczucie dyskomfortu.

PN 07.11.16 TRZECI DZIEŃ NA SOKACH- NIEPLANOWANY POWRÓT DO INWESTOWANIA NA FX

Pobudka o 4. (5godz. Snu ) Nocne ćwiczenia na rozruszanie i medytacja, bardziej potrzeba świadomego oddychania. Krzyże już ok, jeszcze tylko czuję kłucie kręgosłupa między łopatkami. Noc do pobudki jednostki przeznaczam na to czego wczoraj nie zrobiłem czyli ruszenie tyłka.

Dzisiaj zorientowałem się, że wczoraj zakończyłem „proces 2/2/2” Od włączenia soków jednak nie czuję by to był jakiś proces, tylko powrót do normalnego stanu funkcjonowania. Ale fajnie! Do 8 rano jednak krótka drzemka.

Po służbie otwarcie po dwóch miesiącach przerwy platformy,  godzinowe wyczekiwanie i zawarcie transakcji.  Zakończona na BE ale bardziej chodziło o zaobserwowanie tego co czuję, czy chcę tu wrócić. Zdecydowanie tak.

W domu zimno, po dniu nieobecności było 13 st.C i do 18tu doszło dopiero po południu.

Podniosłem głos na najmłodszego syna , gdy nie chciał mi pokazać adresu mailowego do brata. Uniosłem się a potem w atmosferze zawodu zostawiłem u Mamy. Nie powinienem tak zrobić. Wracając źle mi było za swoje zachowanie. Wyczułem też chęć zjedzenia czegoś lub choć napicia. Domyśliłem się, że to odreagowanie emocji i po powrocie do siebie choć dalej kusiło by coś włożyć do ust położyłem się z zamiarem wyciszenia tej sytuacji. Relaksując ciało szybko jednak zasnąłem. Pobudka po godzinie gdy było już ciemno.  Za 20min trening. Czy mam iść? Nie czułem nadal tyle siły by tak mocno forsować ciało. Odpuściłem.

Myślałem jak rozwiązać sytuację z Szymonkiem. Ma charakter ale chciałem go przeprosić. Nie mogąc się dodzwonić więc napisałem maila co dało poczucie spokoju. Zamiast treningu na hali, trening w domu na dynamikę całego ciała. Dzisiaj Jerychowe ćwiczenia dużo lepiej bo pompki 40, skrętobrzuchy 100 i przysiady 50 a nie czułem że tyle zrobię. Fajnie. Po treningu, na fx nie widziałem fajnego momentu nawet do obserwacji więc odpuściłem na rzecz filmu o oczyszczaniu i limfie. Wcześniej kolejna dawka inspiracji pod kątem finansów. Sen 22:22

Wypite wg harmonogramu 3x ok. 0,4l soków 50% plus 2x po trzy krople olejku oregano. Waga 64 (znów -1kg przez 2 dni) Trochę mnie to niepokoi, nie wiem co zrobić by zatrzymać ten spadek. Energetycznie bez zmian, na odczuwalnym lekko spowolnieniu. Mogę jednak wykonywać wszystkie czynności tylko z lekkim wysiłkiem.

08.11.16 CZWARTY DZIEŃ NA SOKACH- JESTEM PO PROSTU SZCZĘŚLIWY.

Gdy Szymonek przyszedł wziąłem go na kolana i przeprosiłem za wczoraj. Potem zadania domowe i odwożąc na Bukową pojechaliśmy na godzinkę pograć w tenisa. Po powrocie  dalej  edukowanie się w kwestii oczyszczania plus film o energiach kobiecej i męskiej.  Po wieczornym piciu przyrost energii i chęć na trening ale dzisiaj chcę zrobić dzień wolny po ostatnich paru dość intensywnych. Spacer do lasu. Poczucie, że energia wewnątrz aż kipi choć mięśnie nie pozwalały mi tego uzewnętrznić. Kusiło na trening ale nie zrobiłem. Odpoczynek żeby zobaczyć czy ciągłe czucie mięśnie to nie przypadkiem przetrenowanie. Kąpiel i spanie.

Fizycznie parę razy czułem jakby głód a do tego znów tak jakby wsysanie oczodołów które od wczoraj się nasiliło. Wewnętrznie mega dużo energii. Nie mogłem zasnąć.  Wypite ok. 1,5l soków 50% w trzech porcjach ( wg ustaleń) plus dzisiaj już 4krople oleju oregano. Uczucie głodu ( ssanie w żołądku) zaspokojone łyżeczką oleju koko z xlitolem i paroma kroplami cytryny. Waga 73kg.

Znów szukam źródła tej rozpierającej wewnętrznej energii i ewidentnie czuję, że to wyjaśnienie wczorajszego zgrzytu z Synem oraz spontaniczne zapisanie się na kurs FX. Poczucie, że podjąłem decyzję która będzie miała duży wpływ na poprawę finansów.

ŚR 09.11.16 PIĄTY DZIEŃ NA SOKACH- STRAŻ- DOWÓDCA ZMIANY, FAJNY DZIEŃ W PRACY

Podobało mi się organizowanie przebiegu służby. Szczególnie gdy prowadziłem szkolenie. Cały dzień wśród chłopaków jako część grupy. Było ogłoszenie wyników wyborów na prezydenta USA i też uczestniczyłem w oglądaniu, komentowaniu.  Bardzo mi się podobał dzisiejszy dzień.

Picie trzy razy w ciągu dnia o wyznaczonych godzinach. Czułem jednak już przed wyznaczoną godziną pragnienie. Wieczorem po wypiciu 0,5l jednak za bardzo jeszcze chciało mi się pić i dopiłem jeszcze 0,3l 50% soku z pomarańczy. Na trening nie zebrałem siły poza parunastominutowym rozruszaniem całego ciała przed trzecim sokowaniem. Uczucie ściągania w oczodołach jeszcze większe niż wczoraj. Dwa razy oregano po 5kropli. Od jutra zmniejszam o 1 kroplę dziennie. Przez ten czas chcę pozostać jeszcze na samych sokach klarowanych, a potem jeżeli dalszym ciągu nie wróci energia do poziomu bym miał ochotę chodzić na treningi kalisteniczne to troszeczkę zagęszczę, może o soki nieklarowane. Tym razem podchodzę do przechodzenia na inedię od strony czysto fizycznej czyli oczyszczenie i stopniową zamianę źródła czerpania energii z żołądka na szyszynkę i przysadkę. Jestem ciekaw co z tego wyniknie. Mega wspierające jest neutralne nastawienie mojej zmiany w straży do tego co robię.

CZ 10.11.16 SZÓSTY DZIEŃ NA SOKACH- PIERWSZY RAZ SWOBODA MIĘŚNIOWA W GRZE Z SYNEM.

Obudzenie ok. 5 ale tu także trochę sobie poleżałem i dopiero po pół godzinie rozpocząłem rozruszanie ciała i wstanie. W straży rano jest cieplej niż u mnie w domu i chyba jednak łatwiej mi się wstaje. No to czas przejścia na ogrzewanie gazowe w domu, jeszcze choć tydzień oszczędności. Dzisiaj na dzień dobry po tym co obejrzałem o limfie (że jej oczyszczanie wymaga nieco innego ruchu, delikatniejszego), że intensywne ćwiczenia mięśniowe wcale nie sprzyjają detoksykacji ciała, dzisiaj zrobiłem lżejsze ćwiczenia wg Niszy z youtube oraz jogi. Muszę powiedzieć, że napełniło mnie to mega energią, a po tych dwóch dniach bez intensywnych treningów siłowych nawet fajny jest luz na mięśniach. Kolejne doświadczenie i nauka, że rzeczywiście równowaga przede wszystkim, ze fajnie ćwiczyć intensywnie by budować masę mięśniową i siłę ale też fajnie dać spokój mięśniom by mogły odpocząć. Przede wszystkim równowaga. Zaczyna się ten dzień i jest git.

Dwa razy wszedłem na 1p i jednak odczułem, że robię to z wysiłkiem. Z kolejnymi godzinami na szczęście było tylko lepiej, swobodniej, a  grając z Przemkiem w pingla zauważyłem w pewnym momencie, że po raz pierwszy swobodnie biegam. Do tej pory tylko chodziłem gdy trzeba było podnieść piłeczkę. Ale fajnie! Do samego końca dnia energia cały czas rosła i przepełniała mnie szukając ujścia. Chęć na trening siłowy ale widząc, że dzień luzu zaowocował odpoczynkiem mięśni i większą swobodą dzisiaj jeszcze nie ćwiczyłem intensywnie- tylko parę razy dziennie parominutowe rozruszanie na wzór tańca spontanicznego i rozciągania coś a la joga. Jest fajnie, a nawet lepiej.

Jedzenie. Dwie sytuacje. 1. Po powrocie ze straży w domu było 12stC i po paru minutach bycia w takiej temp poczułem potrzebę wzięcia czegoś do ust. Była to łyżeczka stwardniałego oleju kokosowego z ksylitolem i paroma kroplami cytryny do smaku. Lepiej się poczułem. 2. Zawarłem na FX jedną stratną pozycję (głupią) i zaraz po wybiciu na SL pojawił się odruch potrzeby wzięcia czegoś do ust. Zauważyłem i powstrzymałem się. Zadowolenie, duma z tego.

 Na trzecim piciu pomyliłem się i wypiłem o godzinę za wcześnie. Po godzinie wypiłem jednak znowu tak ,ze czułem lekkie opicie (0,8l) . Wziąłem też dodatkową łyżkę kokooleju z ksylitolem. Może dlatego chwilę potem w jelitach była rewolucja i chęć lewatywy co zrobiłem. Nadal wyleciało trochę zanieczyszczeń.

 Wieczorem medytacja i kontemplacja w odniesieniu do swojego życia stwierdzeń padających w wideo https://www.youtube.com/watch?v=jdCn0CVQqzY  „Jak się otwierać na przypływ pieniędzy – Izabela Czarko-Wasiutycz” Przez dwie godziny obejrzałem ok. 30min filmu zatrzymując się dla rozważania-tylu aspektów we mnie dotykał. Przede wszystkim poczułem, że od bliskiej mi osoby otrzymywałem więcej niż dawałem nie dbając o równowagę. Myślę teraz jak mogę tę równowagę przywrócić, komu pomóc z intencją i w jaki sposób….  Dużo więcej poruszanych tu tematów i mnie poruszyło….

Dzień bardzo fajny- dlaczego? Znów przede wszystkim za sprawą tych 35min gry z synem w pingla, dzięki fajnie spędzonemu wspólnemu czasowi. Potem dzięki sympatycznemu spojrzeniu córki i temu, że odwożąc chłopców podeszła i przytuliła mnie, dzięki temu, że Szymonek wchodząc do domu pomachał mi ręką krzycząc cześć tata… jest dużo przyczyn by być wdzięcznym. Waga bez zmian 63kg co mnie cieszy. Patrząc w lustrze, wygląd, pojawia się zarys mięśni co też mi się podoba.

PT 11.11.16  SIÓDMY DZIEŃ NA SOKACH- KOLEJNY PROGRES W SWOBODZIE ĆWICZEŃ

Rano (7godz snu) 16St.C. ale wstanie z lekkością wykonywania pobudkowych ćwiczeń. Nie czuję już bólu kręgosłupa ani mięśni. Coraz lepiej.  Czuję swobodę w mięśniach i ruchomości kręgosłupa. Podczas rozciągania czuję jak napinają mi się plecy rozluźniając a ponieważ większość ćwiczeń kalistenicznych ostatnio robiłem na plecy to rzeczywiście mogłem je przeciążyć, mogły się spiąć i nadwyrężyć kręgosłup. Teraz to odpuszcza.

Dzisiaj dzień z myślą o zarabianiu pieniędzy na FX ale niestety powtórzyłem zachowanie przynoszące wcześniej straty. Jedno głupie wejście, potem seria kolejnych strat w próbie odegrania i złapanie końca impulsu. Przez parę godzin byłem emocjonalnie przyspawany do wykresu. Nie chcę tak. Dziękuję jednak, że mogłem zakończyć dzień bez straty.  Natężenie emocji w trakcie było takie sobie. Chęć sięgnięcia po coś do jedzenia jednak mniejsza. W przerwie cięcie drzewa na opał.

Po całym dniu siedzenia przed laptopem oraz piłowaniu drzewa napięcie w ciele. Miał być spacer ale jednak potrzeba rozbicia tego napięcia, rozładowania spowodowała, że zrobiłem trening na mroźnym powietrzu. Jak się rozgrzałem zrobiłem całkiem fajny całościowy trening pod kątem stania na rękach i muscle-upów- bez problemu cztery powtórzenia na fioletowej gumie- wow. Super!. Wracając, przyspieszyłem bieg i także poczułem swobodę. Jest progres.

Sprawdziłem ile wypijam i okazało się, że nie piję 1,5l dziennie więc dzisiaj  już to zmieniłem. Oczodoły szybko zareagowały i uczucie ściągania zniknęło już po południu. Waga 62kg więc -1kg przez 2 dni. Kurcze, patrząc na wzrost energii i siły byłem przekonany, że waga będzie bez zmian lub większa.

SB 12.11.16 ÓSMY DZIEŃ SOKOWANIA –STRAŻ, DZIEŃ SPOKOJNY, FAJNY.

5 godz snu ale leżałem do budzika o 5 rano. Jadąc wysłuchałem mega rozdziału Robbinsa o metaforach i zacząłem się nimi bawić w odniesieniu do różnych aspektów mojego życia. Czym jest dla mnie życie? –„Jak wyprawa eksploracyjna przez nieznany ląd”  Zatrzymałem się jednak na metaforze czym jest dla mnie gra na giełdzie. Nie potrafiłem znaleźć takiej metafory, żeby ją poczuć.

W straży kumpel znów stawiał placki własnego wypieku. Tym razem imieninowe. Z kremem, szarlotkę i inne. Ktoś przyniósł rogale Marcińskie, czyli wszystko to, co uwielbiam i…  no właśnie i nic, nie miałem zbytniej ochoty by próbować, a gdy do wieczora chłopaki nie dali rady zjeść pozbierałem wszystkie rodzaje na jedną blachę, ładnie zapakowałem i schowałem do lodówki żeby nie wyschło.  Patrząc jak jedzą te pyszności zauważyłem u części zachowanie z którego nie są zadowoleni. Wielu chciałoby ograniczyć jedzenie słodkiego ale nie potrafią i doskonale rozumiem ich bo dwa tygodnie temu byłem w takim samym stanie i wiem ile trzeba motywacji  by wyjść poza to uwarunkowanie.

Dzień fizycznie spokojny ze skakanką przed służbą i treningiem przed trzecim piciem. Zrobiłem zestaw na plecy i niestety jest spadek siły. Z trzech serii po 15 dałem radę trzy serie po 15/10/10 i to z ledwością. Za to stanie na rękach coraz lepiej. Cały dzień chodziła mi po głowie ta metafora systemu FX do etiudy muzycznej. Czuję entuzjazm i jednocześnie wykorzystuję narzędzia NLP by poukładać się wewnętrznie na kurs jaki zaczynam od przyszłego tygodnia pod kątem finansów. Pomiędzy posiłkami odczuwam też jakby głód który przetrzymuję.

Od dobrego miesiąca na ciele mam jakieś plamy. Nie wiem co to, jakby jakiś grzyb lub coś takiego. Na początku sądziłem, że to od nieużywania mydła ale myślę, ze to dalej wychodzi ze mnie właśnie grzyb i nic z tym nie robię. Oczyszczam się ćwicząc siłowo a odkąd dowiedziałem się jak ważną rolę w detoksykacji ma układ limfatyczny ćwiczę pod kątem oczyszczenia przestrzeni międzytkankowej.

ND 14.11.16  DZIEŃ 9-TY SOKOWANIA- SAM W DOMU

Obudzenie po 2 w nocy i już nie spałem (4godz snu) Pokręciłem się trochę aż wziąłem laptopa i patrząc jak powinny wyglądać robiłem ćwiczenia Niszy na siłowni. Tak, o 3 w nocy! Cichutko, by nikomu nie przeszkadzać w odpoczynku. Fajne, fajna jest po nich energia.

Tym razem po powrocie ze straży w domu było 12 St.C. brrr. Przez parę godzin byłem w czapce i kurtce. Była chęć jedzenia tak jakby dla ogrzania się i znów wziąłem pół łyżeczki oleju koko z ksylitolem. Nie wiem dlaczego ale potem mam poczucie jakby było cieplej ale żeby się poruszać dodatkowo zacząłem sprzątać. Za tydzień będzie u mnie mieszkała przez parę dni koleżanka. Będzie po siedmiu dniach suchych  i potrzebuje paru dni by dojść do siebie przed powrotem do rodziny co doskonale rozumiem. Pytanie- jaka jedna rzecz najbardziej poprawiłaby wygląd mieszkania. Poza remontem wejścia oczywiście. Wyszło, ze Szafka w łazience więc kupiłem. Po skręceniu i posprzątaniu w domu nadal było zimno. Pytanie czego potrzebuję: drzemki czy spaceru po lesie. Poszedłem na godzinny szybki spacer i było super. Mrozik a ja fajnie się czułem. Kąpiel z dodatkiem chlorku potasu i olejku cynamonowego (dla złagodzenia tych plam co mam na skórze) i sen przed godz 21. Waga 63 więc po dwóch dniach bez zmian. Energia fajna, nastrój wewnętrzny też, choć senność daje znać o sobie.  Oceniając jednak cały dzień coś mi nie pasowało- to brak kontaktu z dziećmi.

PN 14.11.16  dzień 10-ty SOKOWANIA- PIERWSZY W ŻYCIU MUSCLE UP!!!

Obudzenie wcześniej ale było zimno i wstałem dopiero ok. 6 ( 9godz snu) Tak, zimno nie sprzyja w porannym wstawaniu. Rano ćwiczenia Niszy i lewatywa. Już nie wychodzi śluz ale nadal sporo bobków. Nie jem od dwóch tygodni a oczyszczanie cały czas trwa. Jestem ciekaw jak długo jeszcze aczkolwiek już nie przeszkadza mi to. Chęć na coś gazowanego więc rozcieńczony sok pomarańczowo-grejfrutowy z ksylitolem i sodą. Tak, zdecydowanie lepsze to niż zwykła woda gazowana.

Dzień cały spokojny właściwie nie wiem jak przeleciał. Trochę wykresów, jakieś filmiki na yotube po angielsku, przygotowywanie soków na następne parę dni.  Córka jest chora więc zawiozłem jej obiad. Zanim odwiozłem chłopców znów poszliśmy na ping ponga.

Przed godziną rozpoczynania się treningu mocno zastanawiałem się co zrobić bo ewidentnie nie czuję sił, znów nie chcę iść i wolę sam w domu w swoim spokojniejszym tempie ćwiczyć. Żeby nie płacić postanowiłem, że zrezygnuję do czasu powrotu siły i kondycji wystarczającej by znów tam chodzić w miarę regularnie. Poszedłem pogadać z chłopakami z wyjaśnieniem i zamiarem rezygnacji. Pozwolili mi, że od czasu do czasu będę mógł się pojawiać by sprawdzać, czy już mogę wrócić. Był jednak rozłożony drążek a wiem, że na ostatnich zajęciach ćwiczyli muscle-upy i nikt jeszcze nie zrobił. Pokusiło mnie. Parę ruchów rękoma dla rozgrzewki, skłonów i… Wow! Zrobiłem pierwszego w życiu Muscleupa bez gumy! Ale czad! W tej samej chwili podjąłem decyzję, że to z brakiem energii na trening to troskliwy strach rozumu. Mam energię. Szybko poszedłem do domu po strój i wróciłem spóźniony 5 min by ćwiczyć. Przed wyjściem z domu łyknąłem jeszcze szklankę soku i łyżeczkę kokooleju z ksylitolem- to tak żeby umysł był najedzony i zadowolony.  Dziś były nogi i brzuch i to ostro, bolało, czułem ale patrząc na grupę i tak dawałem radę. Tak więc moje postanowienie przerwania treningów chyba już nie jest aktualne. Zobaczymy jednak czy jutro będę w stanie wstać i chodzić. W czasie zajęć wziąłem parę dodatkowych łyków wody bo suszyło mnie. Następne zajęcia w środę i już nie mogę się doczekać.

Po treningu zerknąłem na FB gdzie czekała mnie kolejna miła niespodzianka. Nulina podała, że proces bretariański nie będzie w styczniu i na Malorce tylko w Portugalii i pod koniec lutego. Dodatkowo nie będzie trwał 7 dni tylko 14! Bez cienia wątpliwości byłem na TAK. Jadę choć nie znam jeszcze ceny.  Będzie to po feriach ale gdy w Polsce jeszcze zimno- idealny okres! Mam o miesiąc dłużej by zarobić na FX! Wszystko jest takie jakie być powinno. Entuzjazm i wdzięczność

WT 15.11.16 DZIEŃ 10-TY SOKOWANIA- CZAS Z SYNAMI, WYRAŻNE OSŁABIENIE

(7godz snu) Do przyjścia chłopców ze szkoły cały czas przed kompem ponowne oglądanie i robienie notatek z webinaru szkoleniowego z inwestowania. Pierwszy raz od dawna chłopcy spali u mnie. Gdy przyszła jednak wieczorna pora mnie zmogło, straciłem moc i niestety nie potrafiłem wykrzesać z siebie dynamicznej energii. Gdy przygotowywałem dla dzieci kolację ( sałatka owocowa+ robiłem masło orzechowe) oni kleili długopisem 3D. Po kolacji pograliśmy w gry planszowe (Szymon mnie ograł w warcaby i wcale mu nie dawałem,  a przed samym snem włączyliśmy film. Męczył mnie, oczy mi się same zamykały i chciałem już spać ale oglądałem z nimi- nie często jesteśmy razem. Fajny czas i znów to właśnie obecność chłopców i fajna rozmowa z Madzią która nadal jest chora w domu sprawiły, że ten dzień jest bardzo fajny. Nawet mniejszy poziom energii schodzi na plan dalszy. Film przerwałem o 22 i zasnęliśmy- nawet nie miałem siły by iść się umyć więc dzisiaj spałem w ciuchach pod śpiworem.

Widzę ogromną zmianę w zachowaniu chłopców- nie bili się, nie szarpali tylko trzymali sztamę pomagając sobie w drobnych uczynkach. Jednak to właśnie z takich drobnych cegiełek buduje się mur nie do pokonania, ale fajnie! Znów się nie zważyłem, patrząc jednak na energię czuję, że waga spadłaby.

ŚR 16.11.16 DZIEŃ 11-TY SOKOWANIA- NORMALNY DZIEŃ

Pobudka ok. 5 (7godz snu). Posprzątanie domu i wyszykowanie chłopców do szkoły. Ciekawe uczucie miałem w stosunku do masła orzechowego bo był moment w którym bardzo chciałem je zjeść. Nie pamiętam co to spowodowało- to było przed obudzeniem chłopców. Było silne pragnienie. Aż wziąłem do buzi poczuć ten pyszny smak bo naprawdę wyszło rewelacyjnie jednak zaraz wyplułem i przepłukałem usta. Gdybym zjadł czuję, że mogłoby mnie wciągnąć. Nie tym razem. Po chwili pragnienie osłabło i potem było już ok. Masło zawiozłem Madzi razem z obiadem.

Do  powrotu chłopców cały czas przed laptopem nauka systemu inwestycyjnego. Tak się zasiedziałem, że nawet nie wiem kiedy włączyło się w telefonie powiadomienie, że to już czas na drugie sokopicie. Nie czułem ani pragnienia ani głodu ale wypiłem szklankę soku. Zauważam, że coraz bardziej wolę pić bardziej rozcieńczone niż w połowie te soki więc owoce jakie kupiłem w poniedziałek cały czas są nie wykorzystane.

Przed treningiem czując jednak pustkę w żołądku oraz w potrzebie nakarmienia głównie umysłu wypiłem dodatkową szklankę soku i trochę kokooleju z ksylitolem ale chyba nie smakuje mi już i na olej kokosowy tracę też ochotę. Na razie obserwuję.  Trening był mega. Czując jeszcze zakwasy na nogach po poniedziałku pojawiła się myśl czy dam radę, czy iść ale tym razem była słaba i nie wzbudziła wątpliwości. Dzisiaj były plecy- dużo pompek, podciągnięć itp. Jest naprawdę super. Nie spodziewałem się, że dam radę robić tyle powtórzeń, w tym znów zrobiłem parę muscleupów bez gumy. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za ten trening i to poczucie. Podczas treningu mam wodę i gdy poczuję suchość to wezmę małego jednego łyczka. W sumie np. dzisiaj na zajęciach wypiłem może z 0,2l dodatkowo poza trzema stałymi piciami.

Do końca dnia fajnie się czułem na wysokiej energii. W końcu się zważyłem… ups-62kg. Kolejny spadek. Od razu jednak poczucie, że to w wyniku tego, że dzisiaj w sumie niewiele wypiłem bo może 1l plynu a miałem intensywny trening.  Mimo intensywności ćwiczeń nie pocę się na zajęciach.

CZ 17.11.16 DZIEŃ 12-TY SOKOWANIA- ŁAPCZYWE CHWYCENIE PO OWOCE i PRZECZYSZCZENIE

3:30 (5godzin snu). Do wieczora dzień jak co dzień. Cały czas jednak słabo i chyba czułem mięśnie po wczorajszym treningu. Otworzyłem dzieciom mus wiśniowo- jabłkowy, jaki robiłem latem bez cukru ale nie zjadły więc żeby się nie zmarnował ja go wykorzystałem. Mimo tego, że zblenderowałem  i wycisnąłem przez sitko  i tak sok był gęsty więc można powiedzieć, że zjadłem ten mus rozrabiając z wodą.  W tym momencie bardzo mnie zassało i dostałem ataku jedzenia. Chyba z 8 zamrożonych truskawek z paroma łyżeczkami stwardniałego oleju kokosowego i ksylitolem. Wypite ok. 1 litra płynów. Nie wiem co to było, nic tego nie zapowiadało, to była chwila. Nie minęło parę minut a zaczęło mnie czyścić więc żeby jeszcze wspomóc przyjąłem jeszcze pięć kropel oregano. Była 19 więc zaraz kąpiel i spanie o 22. Waga bez zmian 63kg.

Myślę nad przyczynami. To była chęć uchronienia przed zepsuciem i wywaleniem owoców oraz jednak to osłabienie fizyczne i jakby cały dzień uczucie głodu- ale skąd łapczywość?  Może po prostu musiałem się jeszcze wypróżnić w czym pomogła ta mieszanka?  Nic- było minęło. Wdzięczność i ciekawość co będzie jutro, czy ten incydent spowoduje, że zacznie mnie wciągać.

PT 18.11.16 DZIEŃ 13-TY SOKOWANIA -STRAŻ-  POCZUCIE USTABILIZOWANIA

Fajna służba, a wczorajszy incydent nie pociągnął mnie dalej i dzisiaj znów normalne same picie trzy razy w ciągu dnia.

Kolejna osoba zaczęła interesować się bretarianizmem i wyniknęła rozmowa. Jednak zupełnie inna niż wcześniejsze bo zamiast negacji, sarkazmu teraz wyczułem autentyczne zaciekawienie. Czuję, że stabilizuje mi się możliwość życia pijąc soki trzy razy dziennie i otoczenie chyba również to wyczuwa. Już się nie śmieją, tylko zaczynają pytać jak to możliwe? A co z głodem? A co z… dużo pytań, szukają uzasadnienia, potrzebują informacji a ja staram się im dawać na tyle ile sam wiem i czuję. A przyznam się, że rzeczywiście gdzieś od tygodnia waga się ustabilizowała, już nie spada, ponadto cały czas nabieram siły i dalszej swobody. Umysł chciałby już iść dalej na tej drodze ale nic nie zmieniam. Chcę ten stan ugruntować, dać sobie czasu, nacieszyć się tym etapem i tym, że już nie muszę wkładać wysiłku by czuć postęp w oczekiwanym kierunku. Coraz więcej osób na zmianie mówi, że podziwia mnie za konsekwencję, że oni nie daliby rady. Myślę, ze daliby i dają bo już widzę jak chyba nieświadomie zmiany zachodzą. Chociażby w tym, że jedzą więcej owoców. Dzisiaj np. jeden z „mięsożerców” zamiast zwierzęcia na patelni smażył jabłka w cieście i to z mąki orkiszowej- już nie pszennej, tak więc zaczynają zwracać uwagę na to co wpada do żołądka,  a mnie to wzrusza bo chyba jakaś część mnie przyczyniła się do tego. Mam poczucie sensu i motywację by pozostawać na tej drodze.  Właśnie, wszyscy mamy siłę i  jesteśmy konsekwentni, kwestia tylko jaką mamy motywację, czy utożsamiamy się z nią i jakie jest jej źródło- serce czy rozum. Jest pięknie. Dziękuję….znów popłakałem się ze wzruszenia. Nie mam pojęcia co mam z tym wzruszaniem się i płaczem, ale co tam.

SB 19.11.19 DZIEŃ 14-TY SOKOWANIA, SAM W DOMU, DZIEŃ BEZ DZIECI TO TROCHĘ SMUTNY DZIEŃ

 Dziś obudziłem się wyspany po 4 godzinach snu, o 2 w nocy. Po godzinie leżenia jak zwykle w nocy- praca przy laptopie nad nowym systemem FX i znów nocny trening na siłowni.

W domu, dzień bez dzieci jest trochę niespełnionym dniem. Jutro Szymonek ma urodziny, miał dać znać czy ma ochotę byśmy wszyscy poszli na kręgle ale nie zadzwonił. Trochę mi smutno. Może dlatego gdy w ramach resetu po południu włączyłem film : ”Cuda z nieba” płakałem ze wzruszenia jak bóbr. Kocham Cię Panie Boże.  O godzinie, kiedy w tygodniu mam trening, dzisiaj również poczułem potrzebę wysiłku i przez godzinę męczyłem obręcz barkową. Patrzę w lustro i podoba mi się, że mięśnie zaczynają się fajnie zarysowywać. Teraz tylko powiększać ich objętość. Czy to ego? Pewnie trochę tak ale jeżeli mam być przekonywujący to bycie fit i umięśnienie  na pewno jest wskazane. Ludzie zwracają olbrzymią uwagę na wygląd.

ND 20.11.16. DZIEŃ 15-TY SOKOWANIA- URODZINY SZYMONKA

Czas z dziećmi to znów najcenniejsza godzina tego dnia.

PN 21.11.16 DZIEŃ 16-TY SOKOWANIA- KOLEJNY NIEZŁY TRENING i BEZSENNA NOC

To był bardzo fizyczny dzień. Sprzątania cd, gra z chłopcami w piłkę i trening. Jest jednak niezły wzrost formy. Już prawie pełna swoboda jak za jedzenia stałego. Jedzenie to picie dziś 4 razy. O 8 jak zwykle, ok. 13 ale chyba godzinę później bo chciałem dokończyć sprzątanie w piwnicy i potem wieczorne picie rozbiłem na dwie szklanki. Pierwsza przed treningiem o 17 i druga po ok. 19. W nagrodę za tak fajną energię znów zblendowałem bananana z wodą i potem przecedziłem przez sitko żeby było możliwie klarowne. Podoba mi się takie funkcjonowanie tylko na sokach możliwie klarowanych. Delikatność połączona z radością doznań smakowych i to, że już tak nie cuduję z komponowaniem smaków jak na początku. Teraz przygotowanie soków na trzy dni zajmuje ok. 30 min. Czuję się wolny. Dodatkowo  od miesiąca wydaję ok. 20 zł tygodniowo na owoce co w porównaniu z poprzednimi wydatkami też fajnie motywuje. Ustaliłem, że to co na koniec tygodnia zostanie z tych 100zł wkładam do PF

Ciekawa sytuacja dzisiaj wieczorem zaszła.

Poszedłem spać ok. 21 i gdy obudziłem się, postąpiłem tak jak ostatnio robię- nie  sprawdziłem która godzina tylko zapytałem sam siebie czy jestem wypoczęty i chcę wstać. Ewidentnie byłem na Tak. Rozruszałem się, ubrałem i gdy byłem na fajnej energii wtedy sprawdziłem czas… ale zdziwienie. Byłem przekonany, że jest jak zwykle ok. 3-4 w nocy a była……. 23:45!!! Ups. I co teraz? Chyba czeka mnie noc bez snu. Żeby uniknąć nudy i głupich myśli zaplanowałem ten czas. Dokończyłem sprzątanie mieszkania, sporo godzin przesiedziałem przed wykresami zawierając transakcje i obejrzałem dokument o linoskoczku „Bliżej chmur” Całkiem fajny o sile pasji. Nie spałem w ogóle a mimo to nie czułem senności następnego dnia.

WT 22.11.16 DZIEŃ 17-TY SOKOWANIA- PRZYJAZD NA PARĘ DNI KOLEŻANKI

Mieszkanie posprzątane włącznie z myciem okien, drzwi i framug. Podoba mi się. Może być skromnie ale gdy jest czysto to nawet w takich warunkach przebywanie staje się przyjemnością. Miło.  Jestem szczęśliwy- tak po prostu, bez powodu. I jeszcze wdzięczny.

ŚR 23.11.16 DZIEŃ 17-TY SOKOWANIA- PO PROSTU SZCZĘŚLIWY

Dzień zaczęty o 3 w nocy. Po cichym rozruszaniu żeby nie obudzić Ani usiadłem do wykresów, zawarłem transakcję i prowadziłem ją na bieżąco do rana. Lubię to robić. Rano senność 2 godziny porządnego snu. Potem wspólny spacer w lesie. Powrót dzieci, na trening kalisteniki i tak minął dzień. Jestem szczęśliwy. Wdzięczny za życie, za to że po prostu jestem. Nie wiem co się stało ale każdy kolejny dzień mimo nie wprowadzania żadnych zmian to wyraźny przyrost swobody, siły i dynamiki. W końcu pijąc same soki mogę funkcjonować jak dawniej a pod pewnymi względami nawet lepiej bo np. potrafię stać na rękach ponad 10sek i robię muscle-upy bez gumy. Chce mi się żyć.  Pijąc trzy razy dziennie ok. 0,5l rozcieńczonego i klarowanego soku mogę już fajnie funkcjonować wypełniając swoje codzienne obowiązki. Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślałem, że być może to czas na powrót do bloga i dzielenie się z innymi, tym jak to osiągnąłem. Czuję, że teraz już mogę bo będę pisał o czymś do czego doszedłem  a nie jak do tej pory jedynie o przekonaniach.  Nazwa mojej obecnej strony „sukcel” nie pasuje do tematy bretarianizmu więc myślę nad zmianą.

CZ 24.11.16 DZIEŃ 18-TY SOKOWANIA- CHĘĆ WYPRÓŻNIENIA I PRZEŁOMOWY PINGPONG NA LUZIE.

W nocy znów gra na FX. Do powrotu dzieci ze szkoły spacer z Anią nad jeziorem. Fajnie się czuję w jej towarzystwie. Pomimo obecności innej osoby jest spokój, cisza, równowaga pomiędzy rozmowami a milczeniem. Bardzo fajnie przechodzi swój proces.

Synowie chcieli dzisiaj ze mną pojechać na pong ponga i to było przełomowe bo w trakcie gry spostrzegłem, że po raz pierwszy robię to na całkowitym luzie fizycznym, na swobodzie mięśniowej. To spostrzeżenie jeszcze bardziej doładowało i tak wysoką od paru dni energię jaką mam. Boże jak fajnie, dziękuję.

Jeżeli chodzi o odżywianie to oprócz trzykrotnego picia o stałych godzinach łyknąłem troszeczkę na spróbowanie soku z ogórków kiszonych i kapusty kiszonej jakie piła Ania. Ponieważ też Ania chciała spróbować jak smakuje mleko kokosowe z wiórków, którego kiedyś tak dużo piłem więc przygotowałem. A, że wzięła tylko parę łyczków to na wieczorne picie zamiast wodą rozcieńczałem soki tym mlekiem. Już od początku tygodnia mam takie uczucie jakby coś zalegało mi brzuchu. Nie wiem tylko co zrobić by się wypróżnić i gdy dzisiaj wziąłem ten łyczek soku z kapusty, zaraz poczułem jak jelita przyspieszają pomyślałem, że może to trochę pomoże. Czekam dalej.

PT 25.11.16 DZIEŃ 19-TY SOKOWANIA BAL ZMIANOWY Z TORTEM

Dużo spraw dzisiaj załatwiłem ale wszystko zgrane w czasie i się udało. Kluczem było, by na 21 dotrzeć z tortem dla mojej zmiany do Poznania. Poprzedzająca noc to pora na trading, Wyjazd Ani ok. 11. Zostając znów sam, bardzo wyraźnie poczułem, że to czas by wspomóc wypróżnienie. Skoro wczorajszy łyk kiszonki tak działa na jelita to znów wypiłem 0,3l. Potem 0,5l mleka koko i soki owocowe. Do tego sporo łyżek ksylitolu z olejem kokosowym i zakończenie całości szklanką sody oczyszczonej z cytryną i znów ksylitolem. Po ok. 30min zaczęło się i to było najsilniejsze przeczyszczenie jakie miałem w życiu. Może 8 razy. Było jednak inaczej ponieważ po pierwszym „odczopowaniu” za każdym kolejnym razem wylatywała właściwie coraz czystsza woda. PO RAZ PIERWSZY POCZUŁEM ŻE JESTEM OCZYSZCZONY, że złogi już wyszły. Tak intensywna reakcja była męcząca więc jak tylko mogłem pozwoliłem sobie na drzemkę. O 15tej odebranie samochodu z naprawy, odebranie tortu od cukiernika. Na 17:20 trening a po nim szybka kąpiel i wyjazd na uroczystość. Trening był bardzo siłowy na całe ciało i zastanawiam się co  się takiego stało, że nie czuję zakwasów choć przez ponad godzinę daję z siebie 100%.  Po kąpieli sprawdzenie w końcu wagi choć pytanie czy potrzebuję tego skoro mam takiego Powera. Jednak tak, chcę wiedzieć. I tu niestety po zobaczeniu 60kg a więc znów o 1kg mniej przeleciała myśl o słabości, wątpliwość. Od razu poczułem to w ciele jako osłabienie. Natychmiast jednak wybiłem się z tej niewspierającej energii i ukierunkowałem myśli na inne, budujące  tory.

ZABAWA ZMIANOWA- Z braku partnerki nie miałem ochoty na pójście tam samemu więc miało mnie nie być, pomimo,  że na taniec mam zawsze chęć.  Po przyjeździe szefowa kuchni wsparła mnie dając świece z zimnymi ogniami na tort i gdy przyszedł czas zgasiła światła na Sali bym mógł wjechać-ale się zdziwili jak mnie zobaczyli. Było bardzo miło i cieszę się, że choć na chwilę byłem ze swoją zmianą.

tort

Tańczyłem, i fajnie  sobie porozmawiałem z paroma osobami. Gdy tak  ok. północy poczułem jednak zmęczenie, pomyślałem, że już czas na mnie więc pojechałem spać do jednostki i przeczekać do służby jutrzejszy dzień w Poznaniu.  Wracając popłakałem się wzruszony. Stwierdziłem, że dziewczyna, której zaproponowałem wspólną zabawę nie odnalazłaby się tu więc w sumioe dobrze, że byłem sam. Życie znów wybrało dla mnie to co najlepsze. Dziękuję.

SB 26.11.16 DZIEŃ 20-TY SOKOWANIA- CAŁY DZIEŃ ODPOCZYNKU  NA JEDNOSTCE

Pomimo intensywności wczorajszego dnia, wieczora i nocy, oraz tygodnia i tak obudziłem się o 3 w nocy nie śpiąc do rana- planując dzisiejszy dzień, jak tu najlepiej się zrelaksować- wybrałem saunarium. O godz. 8 jednak szybko zasnąłem nie nastawiając budzika i tym razem dobre dwie godziny spałem. To ma być dzień totalnego odpoczynku bez planowania i nastawianie się na cokolwiek. Przedpołudnie przyniosło zmianę chęci z saun na fajne, niszowe kino i znalałem taki film na wieczór. Gdy jednak przyszło popołudnie zamiast kina zjechałem salony meblowe w pragnieniu otoczenia się ładnymi rzeczami, może też poszukania inspiracji dla remontu swojego domu. Ponownie słuchając swoich pragnień dokonała się najlepsza decyzja. W jednym salonie znalazłem idealny prezent świąteczny dla rodziny koleżanki- tablica z dodającymi wiary i otuchy cytatami, których potrzebuje jej rodzina- Wyślę im.

Dzisiaj ewidentnie spowolnienie i osłabienie przez cały dzień. Trochę mnie to niepokoiło ale jak przypominałem sobie jak intensywny miałem wczorajszy dzień daję sobie przestrzeń na osłabienie i wyciszenie. Zauważyłem, że coraz otwarciej mówię o tym, że funkcjonuję na samych sokach, chcę by inni ludzie też wiedzieli że mają wybór. Ponieważ waga cały czas powoli bo powoli ale spada nie wiem czy to trochę nie za wcześnie. Wiem też, że jeżeli teraz wróci do 63 kg i więcej będzie to oznaczało, że rzeczywiście stan liquidarianizmu ugruntował się już u mnie i jest to czas by dzielić się szerzej swoim doświadczeniem chociażby opisując to na blogu. Na razie jeszcze wstrzymuję się, czekam na potwierdzenie odwrócenia trendu spadającej wagi. Sen przed 22.

ND 27.11.16 DZIEŃ 21-szy SOKOWANIA- SŁUŻBA W STRAŻY I  UTRATA PRZYTOMNOŚCI

Przebudzenie po północy, przeleżenie do pierwszej i rozpoczęcie dnia. Do rana przed laptopem sporo zrobiłem. Delikatne dwukrotne ćwiczenia na kręgosłup i oczyszczające limfę.

Potem cały dzień na wyraźnym osłabieniu i cały czas czując zimno. Ubrany w koszarówkę i polara. Brak treningu poza parokrotnym rozruszaniem stawów. Dzień bez wyjazdu przy książce Nicka Vujcica „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń” taka sobie.

Wieczorem bardzo gorący prysznic, po którym zrobiło mi się słabo, poczułem jak odpływam… Podparłem się o parapet i nie wiem po jakim czasie ale ocknąłem się leżąc na przyjemnie zimnej podłodze. Straciłem przytomność a guz z tyłu głowy i obolała kość ogonowa wskazują, że musiałem trochę gruchnąć.  Pierwsze sprawdzenie czy krwawię ale nie. Potem kłęby myśli dlaczego to się stało? Nie mam pojęcia. Wdzięczność, że nikt nie widział. Natomiast pozostało pytanie co dalej z dzisiejszą służbą- jeszcze noc i w takim osłabieniu nie dam rady. Poprosić o zamianę? Przyznam się, że niepokój się pojawił.  Leżałem tak chwilę chłodząc się na tych płytkach aż poczułem potrzebę natychmiastowego wypróżnienia. Dziwne- wstając nie czułem już osłabienia a po oczyszczeniu, jakby ręką odjąć. Osłabienie zniknęło i co więcej czułem jak wraca energia. Wszystko wracało do normy i nie musiałem dłużej się nad tym zastanawiać co dalej. Poczułem wdzięczność. Tylko chciałbym wiedzieć co spowodowało to osłabienie żeby zapobiegać w przyszłości. Gorący, długi prysznic? Zamknięte okna i zaparowana łazienka? To zanieczyszczenie jakie było jeszcze we mnie i właśnie wyleciało? Właśnie- zastanowiło mnie też skąd ta szlaka skoro już tyle czasu nie jem, a dwa dni temu byłem „czysty” i od tego czasu piłem tylko bardzo klarowane soki. Hmmm Nie ważne, ważne, że na koniec dnia wszystko wraca do normy. Dziękuję.

PISANE W PIĄTEK

PN 28.11.16 DZIEŃ 22gi SOKOWANIA- WSZYSTKO WRÓCIŁO DO NORMY- ZNÓW FAJNIE

Po wczorajszej utracie przytomności nie został najmniejszy ślad poza guzem i obolałą kością. Ból był tak silny, że pogodziłem się z nie pójściem na trening. Do wieczora jednak ból zmienił się na zwykłe poczucie dyskomfortu które nie blokowało ruchów więc  trening zaliczony- wdzięczność. Poza tym cały dzień właściwie przed wykresami zawieranie dużej liczby transakcji. Znów emocjonalne zachowania, co nie podobało mi się

WT 29.11.16  „OFF- DAY”  oraz DZIEŃ I NOC ZARWANE NA TRADING

Kolejna każda wolna chwila dnia przeznaczona na siedzenie przed wykresami. Najgorsze, że przeniosło się to także na całą noc i nie spałem. Ciekawe, że nawet nie chciało mi się, jednak to nie powód by tak postępować, brak w tym równowagi, nie ćwiczyłem kręgosłupa, nie oddychałem, nie byłem na spacerze w lesie. Czuję, że przesadzam z forexem, brak w tym równowagi.

Ponieważ dzisiaj jest ostatni dzień listopada to w porze drugiego picia zaszalałem i chcąc przetestować listopadowego burgera miesiąca kupiłem- był pyszny. Nie zjadłem jednak tylko całego właściwie po przeżuciu wypluwałem- chodziło o smak. Jedynie sok z pomidorów i czosnkiem wypiłem po rozcieńczeniu wodą trochę się opijając bo w sumie  było tego ponad 0,5l.  Chciałem w ten sposób uczcić miesiąc bycia na samych sokach w przestrzeganiu ustalonych zasad picia- zadowolenie z siebie! Pierwszy raz wykazałem w tej kwestii tak silną konsekwencję. Dumny. Nagroda wskazana! A że padło na smakowanie burgera niech będzie tym bardziej, że nie połykając ani kęsa zaskoczyłem sam siebie w pozytywnym sensie.  Po odwiezieniu Szymonka pozwoliłem sobie jednak na dalszą część uczczenia konsekwencji i kupiłem trzy różne czekolady, ptasie mleczko, lód a słodkość smaku przełamywałem popijając zsiadłym mlekiem. To na wieczór. Oczywiście niewiele zjadłem z tego gdyż, jakoś szybko się nasyciłem.

ŚR 30.11.16 SŁUŻBA I DRUGI DZIEŃ NIEPLANOWANEGO OFF’A

Po nieprzespanej nocy wystarczyło, że w do południa się zdrzemnąłem na nie całą godzinkę. To wystarczyło mi, by znów mieć rozpierającą energię.

W trakcie służby coś jednak się wydarzyło, że zacząłem zagęszczać pożywienie. Nie potrafię powiedzieć co. Zaczęło się od wypicia kwaśnego na occie soku z buraków jaki został po surówce którą robili chłopacy. Dorzuciłem do tego łychę ziemniaków z masłem i cebulką i zaczęło się. Podjąłem decyzję, że chcę uczcić połowinki i po miesiącu bycia na samych sokach, a przed przejściem na kolejny etap jeszcze większego ich rozcieńczania ze  zmniejszeniem  wypijanej jednorazowo ilości,  chcę dzisiaj znów poczuć różne smaki.  Od popołudnia do 4 rano właściwie non stop jadłem. Przede wszystkim produkty mleczne. Najpierw 1,5 litra lodów, potem serki homogenizowane i jeżeli już jem to chcę poznawać nowe smaki- padło na ser marscapone ale bez szału. Paczka moich lubionych chrupków orzechowo- kukurydzianych i paczka chlebków pszenno- ryżowych, grubo posmarowana masłem. W nocy, jak już wszystko wyjadłem, mimo dyskomfortu z przejedzenia, jeszcze  wyjadałem to co było w lodówce a wydawało mi się, że zostało z poprzednich zmian. Nawet jajko ugotowałem co leżało odłogiem. Dużo musztardy, ketchupu, cebula i ogórki w occie. Generalnie wszystko, wiele smaków z przewagą ostrych. Przyjemność mimo bólu rozepchanego żołądka i jelit. Zupełnie nie chciało mi się spać. Przesiedziałem przed wykresami prowadząc otwarte pozycje i czytając do końca książkę Nicka Vujcica. Dopiero ok. 4 zdrzemnąłem się do 7 co mimo objedzenia w zupełności wystarczyło by fajnie, znów z godzinną drzemki w ciągu dnia przejść przez następny dzień.

TYDZIEŃ 05.12-11.12 TYDZIEŃ OBJADANIA SIĘ WSZYSTKIM

W planie to miał być tydzień oczyszczania. Nie pamiętam co się stało, że jednak to był kolejny tydzień objadania się włącznie z burgerami, hotdogami. Niestety. Nie rozumiem siebie. Wiem, że sięgając po mięso przyczyniam się do cierpienia zwierząt i nie chcę tego, a mimo to smak mięsa sprawia mi przyjemność.

Jak się okazało tydzień zakończony w niedzielę urodzinami synów które wyprawiała ich mama. Tak sobie myślę, że może jadłem jeszcze w tym tygodniu żeby na tej uroczystości spróbować torta jakiego zrobiła moja córka? Gdybym się oczyścił być może szkoda by mi było znów obciążać ciało . A tak jadłem przy wszystkich bez żadnego skrępowania co pomyślą. Widzą, jak propaguję bretarianizm i mimo tego czułem się swobodnie.  W końcu fajny luz, swoboda emocjonalna. Na szczęście jak się okazało to było pożegnanie z jedzeniem- przynajmniej w perspektywie przyszłego tygodnia.

TYDZIEŃ 12-18.12.16 POWRÓT DO SOKOWANIA I DNI NA SUCHO

No proszę, cały tydzień bez wysiłku minął bez jedzenia. Co więcej, na zmianę z dniami suchymi. W dni treningowe czyli  PN, ŚR, CZ- trzy razy dziennie picie delikatnych soków. We  WT, CZ,  SB dni suche i to nawet w sobotę podczas służby. Tak, w dni suche jestem osłabiony, spowolniony ale mogę funkcjonować. Ponadto wystarczy jedno napicie się następnego dnia i energia wraca. Po każdym dniu suchym robiłem lewatywę wspomaganą piciem czegoś, co wspomaga wypróżnienie. W moim przypadku to woda po ogórkach kiszonych, potem soki owocowe (gruszka, śliwka) ze sporą ilością ksylitolu i oleju kokosowego. Pędzi jak licho a ile syfu wypływa?! Wystarczyło 10dni objadania się! Jeżeli chodzi o sen  to niestety 4 godziny już nie wystarczają, a nawet mam wrażenie, że więcej potrzebowałem bo oprócz 8 godzin snu w nocy także muliło mnie na drzemki w ciągu dnia. Być może jednak to efekt wysiłku do jakiego zmuszam ciało czyszcząc jelita. Tęsknię do tych 4 godzin.

PODSUMOWANIE LISTOPADA-MIESIĄCA SOKOWANIA

Najcenniejsze, co osiągnąłem na koniec listopada, to świadomość, że możliwość życia bez konieczności jedzenia i to w pełnym zdrowiu, radości, wdzięczności przy mega energii i wzrastającej sile fizycznej, tylko pijąc rozcieńczane i klarowane soki w ilości trzy razy dziennie po ok. 0,5l stała się faktem. Moim celem było życie zupełnie bez konieczności jedzenia i picia ale zważywszy, że jeszcze dwa lata temu byłem osobą wpychającą w siebie dosłownie wszystko i bez zahamowani ilościowych, uważam, że to i tak ogromna zmiana.

Ponadto korzystając z wiedzy zdobytej na kursach NLP i hipnoterapeutycznych, robiąc z picia systematyczny, stały i powtarzalny codzienny rytuał potwierdziłem pogląd, że jesteśmy istotami nawykowymi. Większość naszych decyzji i działań to wynik nawyków tylko przeważnie nieświadomych. Miesiąc na systematycznym sokowaniu co do ilości i czasu pokazał jednak, że zawsze możemy wykształcić w sobie świadome nawyki, które będą wspierały nasze cele i to cele bez względu z jakiego obszaru- nawet z tzw. obszaru duchowości gdzie wydawałoby się, że nie ma miejsca na umysłowe, rozumowe działania. Jest- mamy wspaniałe narzędzie jakim jest rozum i zawsze możemy go wykorzystać do rozwoju w każdej dziedzinie życia czy to fizycznego, emocjonalnego, mentalnego czy duchowego…  Powrót jednak do jedzenia pokazał, że żaden, nawet najbardziej wspierający nawyk raz wykształcony nie jest nam dany na zawsze.  I nawet po ugruntowaniu go, a być może właśnie wtedy kiedy będąc pewni stałości tego nawyku słabnie nasza uważność,  niezbędna jest właśnie szczególna uważność, szczególnie gdy świat na zewnątrz nas w którym przebywamy nie jest wspierający. Co więcej umysł jak tylko po miesiącu znów poczuł połechtanie na podniebieniu znalazł przynajmniej 100 ważnych dla mnie argumentów przemawiających za powrotem do jedzenia, przynajmniej na jakiś czas. Nie mniej w mojej świadomości już na zawsze pozostanie ślad, że życie bez konieczności jedzenia to fakt… 🙂

 

STYCZEŃ 2017

Styczeń zakończony zyskiem i to jakim. Popłakałem się ze szczęścia przepełniony wdzięcznością. Po raz pierwszy od 9ciu lat comiesięcznych niepowodzeń, upadków ale i  upartego podnoszenia się, poczułem jak to jest zakończyć miesiąc zyskiem i to przekraczającym moje miesięczne dochody z pracy etatowej. Świadomość przy tym, że odbyło się to przy ryzyku podejmowanym na jedną transakcję nie przekraczającym 4% kapitału tylko potęguje to uczucie kompetencji. Niesamowity smak realizacji swoich marzeń, celów, nagroda za wytrwałość. Chciałbym by każdy mógł to poczuć i rozkoszować się taką chwilą, kiedy Wszechświat, Bóg czy jak kto chce nazywać to co nie jest nazywalne, nagradza za naszą wytrwałość w kroczeniu drogą SWOICH marzeń. Niesamowita chwila, bez względu na to co przyniesie przyszłość. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że dla tej jednej chwili, dla tego uczucia spełnienia, dla tego jednego miesiąca warto było podążać 9 lat drogą wypełnioną niepowodzeniami,  wyśmiewania przez innych ludzi, także tych których uważało się za najbliższych w pewnych etapach życia. Chciałoby się napisać, że idąc zgodnie ze swoimi marzeniami upadki jakby mniej bolą ale tak nie jest. W chwilach kolejnych niepowodzeń ból jest dotkliwy, w pewnym momencie wytrwałości przychodzi jednak zrozumienie i akceptacja, że jest to nieodłączną częścią podróży. Być może także dzięki tylu upadkom smak podążania do przodu, taki jak ten wynik styczniowy, potęgują piękno i satysfakcję …

Mimo, iż wielokrotnie wyobrażałem sobie tę chwilę, to gdy pojawiła się,  emocje jakie przyniosła są tak silne, że nie potrafię nad nimi zapanować. Ponieważ jednak nie chcę panować nad tymi emocjami, to powinienem na jakiś czas przystanąć, odsunąć od dalszej  wędrówki, aktywności na rynku, podziwiając widoki jakie rozlegają się ze szczytu na który właśnie wszedłem…  Luty to czas ferii z dziećmi na nartach i zaraz potem podróży do Portugalii na kolejny już proces związany z odżywianiem a raczej „niejedzeniem” czyli braterianizmem. Niech więc najbliższy czas będzie głębszym oddechem przed dalszą podróżą pełną kolejnych  niewiadomych… Podróżą, której jednak już nie mogę doczekać się popychany przede wszystkim ciekawością  siebie, pragnieniem dalszego odkrywania siebie co jest największym zyskiem jaki dała mi działalność na rynkach kapitałowych…

Każdy z nas jest wspaniałą krainą pełną takich szczytów i wzniesień z których rozciągają się niesamowite widoki przepełniające serce i duszę pięknym uczuciem wzruszenia, wdzięczności, oczarowania… Trzeba jednak mieć odwagę wyruszyć w kierunku, który podpowiada nam serce a potem być wytrwałym w poszerzaniu granic swojej wytrwałości. Mieć jednak przy tym pokorę by przyznać się do błędów lub mówiąc bardziej pozytywnie- odkryć swoją sprawczość tego co otacza każdego z nas by móc wprowadzać zmiany. Zamienić strach przed nieznanym na ekscytację z możliwości poznawania samego siebie właśnie dzięki temu co nieznane… Polecam <3

103-170301-13-37

DRUGI PROCES: 6 woda/6 nic/6 soki

LUTY 2016

To był czas dalszego , szybkiego zagęszczania pożywienia. Najpierw z pretekstem by wrócić do formy na ferie ale potem nie wyhamowałem więc …Tak, mogę to nazwać efektem Jo-Jo. Zacząłem od tłustych, potem dużo nabiału i produktów mlecznych oraz słodkiego aż w końcu także mięso. Walczyłem, broniłem przed mięsem ale w końcu zaakceptowałem, że widocznie jeszcze nie czas. Ilości jakie wchłaniałem były jednak rekordowe.

MARZEC 2016

Marzec to czas, kiedy ćwicząc systematycznie po trzy razy w tygodniu kalistenikę i dwa razy aikido odzyskałem kondycję i siłę a nawet odczuwam wyraźny wzrost. Moje ciało także wygląda lepiej jak kiedyś. Jest więc fajnie. Jem jednak dużo każdy rodzaj produktów i więcej niż potrzebuję fizycznie. Zwracam jednak uwagę na jakość.

KWIECIEŃ 2016

Tak, w kwietniu już bardzo zaczęło mi uwierać, że nie potrafię zapanować nad tym co jem i ile, tym bardziej, że czułem jak to co wpycham w siebie zaczyna mi się odkładać i waga przekroczyła 75kg (przy 176cm wzrostu)- najwięcej w życiu! Zacząłem to odczuwać mimo systematycznych treningów, mimo których mój organizm nie był w stanie spalić tych ilości.  Być może dlatego pojawiła się też kontuzja okolicy łopatki, kręgosłupa i barku.

Myślałem co mam zrobić by zapanować nad sobą w tej nierównej walce i  gdzieś w połowie miesiąca doznałem olśnienia. Przypomniałem sobie spostrzeżenia, do których sam doszedłem niedawno na drodze łagodzenia tego co jadłem:

„ Nie poprzez walkę dokonują się istotne zmiany naszych niewspierających nawyków ale przez zmianę  ŚWIADOMOŚCI ! „

To było to! Walczyłem sam ze sobą i im więcej wysiłku wkładałem, tym opór był większy dlatego od połowy miesiąca zacząłem znów kształtować swoją świadomość.  Pamiętałem też o  drugim moim spostrzeżeniu, by

 „Chcąc wprowadzić jakąś zmianę podczas kształtowania świadomości wykraczać jak najdalej poza oczekiwany rezultat”

A co może najdalej wyjść  jeżeli chodzi o odżywianie? INEDIA i tak oto znów wróciłem na drogę poszerzania świadomości pranicznej. I pewnie jak to najczęściej w życiu bywa, zupełnie przez „przypadek” trafiłem na fajne materiały, do których wcześniej jakoś nie dotarłem a które wyjaśniły wiele z moich zachowań:

  1. Olga Podorowska. http://breatharian-association.com/?page_id=150 oraz https://www.youtube.com/watch?v=jxjxG_LChg4 inn. Dzięki znajomości j. rosyjskiego na tyle by wyłapać sens tego o czym mówi (jeżeli nie było tłumaczenia na angielski) dopiero teraz usłyszałem wyjaśnienie dlaczego po pierwszym suchym poście pierwsze na co miałem ochotę to fastfoody! Spodobało mi się jej podejście pokazujące, że przejście na braterianizm to nie żadne czary-mary czy medytacyjne hocki-klocki tylko oczyszczone ciało i właściwy oddech. Wciągnęło mnie i od tamtej pory znów zaangażowałem się całym sobą w pogłębianie tej wiedzy.
  2. NULINA https://bretharian-inspiration.org/ lub http://nulina.org/   Ta dziewczyna poprzez swoje wpisy i filmiki dała mi wsparcie, motywację i pozytywną energię. Dziękuję.

Tak więc temat niejedzenia jak bumerang powrócił zaledwie po trzech miesiącach od zakończenia ostatniego procesu. Tym razem jednak tylko w celu zrównoważenia swojej diety na wspierającą bez nieustannej walki jaką prowadziłem sam ze sobą od dłuższego czasu.

Wchodząc jednak na jakąś drogę nie wiemy do końca co znajduje się na jej końcu oraz co nas spotka podczas podróży. Je też nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że pasjonuje mnie ten temat.

„Gdy idziesz w życiu swoją własną drogą zawsze otrzymujesz dokładnie to co masz otrzymać by móc wykonać kolejny krok”

Ja taki dostałem pod koniec miesiąca kiedy natrafiłem na informację, że Mariusz Alin http://mariuszalin.pl/blog/ organizuje 10dniowe seminarium w czasie którego pije się tylko soki lub wodę, są trzy dni suche i co najbardziej mnie interesowało to są trzy dni i trzy noce ciemności- dark roomu. Co więcej- termin pokrywa się dokładnie z czasem mojego zaplanowanego w straży urlopu podczas którego myślałem by wyjechać gdzieś w jakieś miejsce, warsztaty czy coś podobnego, gdzie mógłbym spotkać się z osobami, które podobnie jak ja swoim postrzeganiem wykraczają poza tym co fizyczne i ogólnie akceptowalne. Parę dni wcześniej trafiłem na info, że do tego samego miejsca przyjeżdża Akai i Kamilla poprowadzić również 10dniowe seminarium przejścia. Cena jednak 3000zł była poza moim zasięgiem i od razu zrezygnowałem nie czując tego. Tym razem za cenę 2000zł  Mariusz oferuje także dark room- nie  mogłem się nie zdecydować, były wątpliwości czy i to nie jest za dużo jak na moje możliwości, czy nie odbije się to na wakacjach z dziećmi ale przypomniałem sobie ile już razy Bóg mnie wspierał jeżeli chodzi o finanse w sytuacjach które tego wymagały.  Żeby pokryć koszt zaliczki 400zł musiałem tylko wypłacić pieniądze z mojego rachunku brokerskiego na którym przez ostatnie miesiące znów zaliczyłem stratę, wręcz bankructwo i tak zrobiłem-wpłaciłem od razu, zanim rozum zacząłby wynajdywać jakieś głębsze „ale”.

MAJ 2016   PRZYGOTOWYWANIE CIAŁA DO  WARSZTATÓW „PROCESU WGLĄDU W SIEBIE”

Słowo się rzekło, zaliczkę wpłaciło więc automatycznie pojawiły się chęci jak najlepszego przygotowania do tego procesu mając jednak nową wiedzę zdobytą w ostatnim miesiącu. Oczywiście cały czas dalej oglądałem, słuchałem i czytałem jednak już wiedziałem, że  tym razem chcę lepiej przygotować przede wszystkim ciało fizyczne. Już samo takie pragnienie spowodowało, że walka się skończyła a zaczęła droga pasji. Nie wiem do końca o co chodzi z tym, że zmiana podejścia wewnątrz siebie w jednej chwili powoduje, że to co do tej pory było niemal niemożliwe teraz osiąga się z łatwością ale tak było.

Nie pamiętam dokładnie kolejności eliminowania najcięższych produktów ale chyba zacząłem delikatnie od wszystkiego co zawiera mąkę, której i tak mało jadłem a właściwie to zboża w ogóle.

Tydzień 1 maja (cztery tygodnie przed procesem) to wyeliminowanie zjadanych zwierząt. Pamiętam, że przez ostatnie 3 dni jadłem głównie właśnie mięso. Po pierwsze, żeby pozjadać to co jeszcze zostało ze świnki jaką miałem w zamrażalce a po drugie, żeby się nasycić. Przez trzy dni z rzędu chodziłem na hamburgery- nie jednak do fast fooda,  jakoś nie ciągnęło mnie tam, tylko do fajnej knajpki, jaka powstała niedawno w moim mieście, gdzie podawana jest wołowina dobra jakościowo, od prywatnego rzeźnika. Ostatni jaki zamówiłem był z whiskey. Pyszny. Ponieważ jednak to był już trzeci dzień bardzo mięsny delektowałem się tylko pierwszymi kęsami, resztę jedząc nieco na siłę i od następnego dnia poczułem nawet ulgę, że już nie jem mięsa. Od tamtej pory nie ciągnęło mnie więcej. Fajne uczucie gdy takie produkty odpadają bez zmuszania się, wręcz z ulgą.

Tydzień 2 maja (trzy tygodnie przed procesem) to wyeliminowanie ostatniej z najmocniej trującej grupy- słodyczy które zostawiłem do rozprawienia na deser.  Przypuszczałem, że ze słodyczami będzie gorzej ponieważ uważa się, że są najbardziej uzależniające. Przyjąłem zasadę jak przy mięsie i przez cały tydzień pozwalałem sobie ile wlezie, a trzy ostatnie dni to właściwie jedzenie samych lodów.  Zjadłem przez te trzy dni może z 7litrów przeróżnych lodów, przeważnie najdroższych, na które wcześniej sobie nie pozwalałem. Byłem tak opchany, że nie czułem potrzeby na cokolwiek innego. Powiem szczerze, że jest niesamowita różnica w tych marketowych a takich prawdziwych na śmietanie i bardziej naturalnych składnikach. Opychałem się do bólu nie żałując czerpania z tego przyjemności. Mieszając różne smaki, dodając kakao albo cynamonu czy kawy. Popijając co kęs kawą żeby odświeżać ciągle na nowo poczucie smaku. Trzeciego dnia jednak już czułem przesyt i te ostatnie nie sprawiały mi przyjemności. Jadłem mimo to, żeby zapamiętać te smaki których od następnego dnia miałem przez jakiś nieznany mi czas nie doświadczać.

Tydzień 3 maja (dwa tygodnie przed procesem) na samych owocach, surowych warzywach i jeszcze jajkach. Poza tym zwykły, codzienny rytm dnia. Ani razu nie pojawił się jakiś narkotyczny objaw odstawienia cukru czy chęć jego spożywania.

Tydzień 4 maja- ostatni tydzień przed warsztatami. Tydzień oczyszczania i rozpoczęcie urlopu do 11.06. Zaplanowałem, że od razu wyjadę z zamiarem pojechania w okolice gdzie będzie warsztat- Pieniny z planem bycia samemu, bez zegarka i internetu, bez telefonu. Chciałem zagłębić się maksymalnie w siebie, dać to czego nie dałem podczas pierwszego procesu jaki robiłem. Planowałem przejść na azymut z Piwnicznej przez Pieniny w których jeszcze nie byłem do Tatr-Zakopanego i  stamtąd autobusem lub pociągiem do Bochni na warsztat. Życie jednak pokazało, że coś innego będzie dla mnie lepsze i teraz cieszę się z tego, że bardziej niż kiedyś wsłuchuję się w to co przychodzi i poddaję się temu z akceptacją wyznając, że plany to wynik postrzegającego fragmentarycznie rozumu co jest przydatne w pewnych sytuacjach, a poddanie się temu co przychodzi to odpowiedź na głos Boga który ma wgląd na Wszystko.

Ten tydzień opisywałem już w krótkich notatkach więc przytoczę je z tamtego okresu:

WEEK PN 23.05- ND 29.05.

Tydzień znacznego odosobnienia w tym od dzieci i codziennych obowiązków. Funkcjonowanie bez telefonu i zegarka wsłuchując się w naturalny rytm swojego ciała zgodny z przyrodą, dniem i nocą oraz stanem wewnętrznym.

PN- czas spokoju, tylko owoce. Na warzywa nie mam ochoty więc nie zmuszam się.  Dzisiaj miałem już jechać w góry ale cały czas boli łopatka ( od miesiąca) i nie jestem w stanie założyć plecaka. Czekam gotowy aż ból minie Od dzisiaj olejek oregano, probiotyk w płynie i poranne lewatywy. Wieczorem basen z  Szymonkiem.

WT- Pozwoliłem sobie na obżarstwo truskawkami które właśnie się pojawiły. Cieszę się, że udało mi się jeszcze załapać na polskie truskawki.  Koktajl owocowy na kokosowym mleku z bananami, mango i jabłkiem. Od jutra chcę zawęzić pokarm do jabłek, pomarańczy i grejpfrutów. Rano lewatywa dwa razy z soli i sody wg przepisu Joachima W.  oraz codzienne ćwiczenia oddechowe wg Strelnikowej.

ŚR -Ostatni dzień widzenia dzieci. Tylko jabłka pomarańcze, grejpfrut i trochę oleju kokosowego. Rano lewatywa dwa razy plus wypita szklanka sody z cytryną.

CZ- Nadal ból łopatki uniemożliwia wyjazd więc wyjazd do Smolarni i spacer po tamtejszym parku ok. 10km. Od dzisiaj czas bez zegarka i internetu, czas wejścia w siebie.

PT- Od dzisiaj tylko soki. Szybki marszobieg na boso po lesie ok. 8km. Wieczorem trening brzucha. Rano dwie lewatywy wieczorem olejek oregano 4krople, trochę na siłę.

SB –Sprzątanie domu i pakowanie plecaka. Ramię trochę lepiej ale nadal dużo niepewności co zrobić, jechać czy nie? Samochodem czy pociągiem? Wysiłek umysłowy w szukaniu najlepszego rozwiązania. Łapię się na tym ale nie słyszę intuicji. Akceptacja tego stanu. Decyzja pozostania dopóki nie poczuję kierunku dalszego działania. Plecak spakowany, dom posprzątany. Wieczorem trening brzuch+nogi. Medytacja czakry serca której już dawno nie robiłem i wzruszenie, płacz gdy podczas modlitwy ho’oponopono wewnętrznym widzeniem zobaczyłem  białego gołębia jak siada mi na głowie.

ND –Rano już bez lewatywy. Ostatni dzień soków- od jutra już tylko woda. Dzień na medytacji,  trochę czytania, film Moojiego- wzruszenie, znów łzy. Dwupunkt.  Podczas medytacji w lotosie uczucie silnego mrowienia i pulsacji między oczami oraz w okolicy chorej łopatki. Opalanie, bieganie na boso po lesie podczas burzy. Myśli wybiegają do przodu podniecone  przyszłością w związku z niejedzeniem jakbym już nie jadł. Zauważam to i hamuję je. Wracam do uważności w tu i teraz. Zadanie dla mnie to zachować stan pokory i wdzięczności. W ciągu dnia częste uczucie głodu zaspokojone łyżeczką oleju kokosowego+ trochę ksylitolu.  Mały niepokój pozostał. Decyzja wyjazdu jutro rano i samochodem- tym razem czuję to.

CZAS w PIENINACH

PN 30.05.16  PODRÓŻ I CZAS W SANKTUARIUM  LICHEŃSKIM.

Rano piąta w tym tygodniu lewatywa i mimo, ze nie jem od pięciu dni nadal wylatują jakieś kulki  „czegoś”. Cały dzień silne osłabienie, apatyczność. Jadąc w Pieniny nadłożyłem trasy by zobaczyć Sanktuarium Licheńskie.  Zbliżając się do tego ogromnego budynku nie czułem świętości tego miejsca, podobnie chodząc po jego komnatach. Były jednak pewne perełki które bardzo mocno wpłynęły na mnie.

Pierwsza to boczna kapliczka świętych męczenników z relikwiami Św Kostki. Poczułem wzruszenie i modliłem się bym i ja potrafił usłyszeć wolę Boga i miał odwagę za nią podążać wbrew swoim ludzkim słabościom. Zapadłem w modlitwę.

Potem inspirujące były zdjęcia i obrazy na hallu głównym w podziemiach. Nie wszystkie ale pokazały mi na jak wiele sposobów można służyć innym ludziom a więc i Bogu i Ziemi. Sztuka, nauka, wynalazki, działalność społeczna i humanitarna… Ten przekaz pobudził rozmyślanie jak ja mogę przysłużyć się innym.

Największym doświadczeniem była jednak obecność w małej, stojącej nieco z boku drewnianej, na wzór góralskiej chacie z obrazem Matki Bożej. Już chciałem jechać dalej ale zmęczony usiadłem tam  by odpocząć, ochłodzić od prażącego słońca i poczułem coś wyjątkowego w tym miejscu. Głębokie, przenikliwe wzruszenie obejmujące ciało rozum i całego mnie. Pojawił się obraz Lenki i Adasia, całej jej rodziny. Ukląkłem i modliłem się w ich intencji. Przecież kto bardziej zrozumie cierpiącą z powodu choroby dziecka Matkę jak inna matka która przeżyła śmierć swojego syna?  Płakałem, nie potrafiłem i nawet nie próbowałem powstrzymywać ani łez ani szlochania. Modliłem się za wszystkie Matki w tym za Beatę- moją byłą żonę, prosząc o to co najlepsze dla niej. Dziękowałem i prosiłem pełen wzruszenia jakiego dawno już nie czułem. To było wyjątkowe, tak jakbym został wysłuchany, poczułem coś co wykracza poza umysł i zmysły.  Chciałem być w tym miejscu jak najdłużej więc gdy się trochę uspokoiłem trwałem tak jeszcze w ciszy.

Dzisiaj nie dojechałem oczywiście do celu ale to było bez znaczenia,  to ma być czas bycia tu i teraz gotowym na wszystko co się pojawi.  Pierwszą noc w bagażniku spędziłem na wzgórzu z panoramą na Olkusz-klimatyczne podkrakowskie miasteczko z jednej strony a rozświetlonym obszarem przemysłowego Śląska z drugiej.

Dzisiejszy dzień to słabość narastająca z każdą godziną i myśli jak ja dam radę chodzić po górach? Raczej niepokój. Wypite ok. 1litr wody.

WT 31.05.16  :   ”TRZY KORONY”

Noc w bagażniku mojej xsary nie była za wygodna, wybudzałem się nie mogąc znaleźć sobie miejsca i dopiero rano był najbardziej regenerujący sen. Dzień przy dalszej słabości zaczęty od Strelnikowej ( jak co dzień) i męcząca podróż przez centrum Krakowa. Obserwuję mnóstwo wątpliwości na każdy temat, przed każdym, nawet najmniejszym wyborem typu którędy jechać? Czy zatrzymać się na Jasnej Górze? Zwiedzić Kraków czy nie? Zadzwonić do znajomych z Krakowa czy nie? Proste tematy a ja je w swojej głowie wałkuję myślami godzinami. Męczące to jest.  Gdy łapię się na tym powtarzam, że jeżeli nie wiem co zrobić to znaczy by nic nie robić- czekać na wyraźny sygnał, chęć robienia czegokolwiek. Dopiero wtedy myśli odchodzą do czasu pojawienia się kolejnych wątpliwości o kolejne  głupoty. Jadę w ciszy więc pewnie umysł się nudzi i sam wynajduje sobie takie małe gierki.

W planach dzisiaj miałem wejście na Trzy Korony dłuższą trasą by jak najwięcej być w przyrodzie. Jednak osłabienie było za bardzo odczuwalne i wybrałem trasę najkrótszą ze  Sromowców Niżnych. Dojechałem po południu i właściwie od razu ruszyłem na szlak mimo osłabienia. Duże wątpliwości czy dam radę, jednak szykując się do wyjścia powiedziałem, że zawsze mogę zawrócić i poczułem jakby wzrost energii. Jak się okazało nie musiałem bo po rzeczywiście wielkich problemach na pierwszej połowie drogi, potem jakby coś pękło tak w jednej chwili a mięśnie jakby się przyzwyczajały, dostosowały i do samego końca było tylko lepiej.  Znów mogłem przekonać się ile niepotrzebnego niepokoju ciągnąłem za sobą od samego domu. Po co? Doświadczam i uczę się siebie. Wiem, że takie niepokoje o przyszłość zupełnie nie są potrzebne a mi jedynie pokazują ile obszarów umysłu można jeszcze ulepszyć. Uczenie i doskonalenie siebie nie ma końca.

Widok jaki na mnie czekał po wejściu wynagrodził trud podejścia i był wisienką na rozwojowym torcie początkującego breatherianina.

new

Zejście przyjemne w poczuciu bycia w sobie. Niewspierający głos umysłu wyparował.

Wypite w ciągu całego dnia ok. 2l wody w tym 0,5l gazowanej a cały dzień uważam za bardzo fajny włącznie miejscem na nocleg jakie znalazłem nad samym brzegiem Dunajca. Czuję kłucie z lewej strony brzucha. Dokładnie w momencie gdy wchodziłem po powrocie ze szlaku do auta rozpadało się całkiem solidnie.  Ktoś bardzo mi sprzyja w moje podróży nie tylko po Pieninach ale i tej życiowej. Szukając noclegu odsłuchiwanie kolejnych fragmentów audiobooka Robbinsa „Obudź w sobie olbrzyma” cz IV. Zastanawiam się jednak na ile powinienem stosować poznane techniki (np NLP) by nie zagłuszyły delikatnego głosu w sercu wskazującego kierunek w jakim mamy się udać by wypełnić misję jaką mamy do doświadczenia na Ziemi.

ŚR 01.06.16 SOKOLICA

Dzisiaj przede wszystkim włączyłem na chwilę telefon by zadzwonić do dzieci i złożyć im życzenia na dzień dziecka.

Noc bezsenna, dużo myśli. Po obudzeniu brak chęci wstania więc parę godzin leżenie na polanie i opalanie się.  Nikt mnie nie goni. Opłukanie się w zimnym Dunajcu trochę przywróciło chęci do życia.

Jeżeli chodzi o plan to przemieściłem się do Krościenka nad Dunajcem by stamtąd znów najkrótszą trasą ruszyć na Sokolicę. Nie planowałem tej góry, nawet nie wiedziałem, że taka jest ale wczoraj przewodniczka która wpuszczała na trzy korony polecała ten szczyt i poszedłem za głosem który był na Tak.

Na miejscu jednak znów dobry kwadrans zbierania sił i zastanawiania się czy w ogóle iść. Dużo niepewności przy takiej słabości. Zawsze mogę zawrócić- ta myśl zmobilizowała mnie.  Jedyne co musiałem robić to być uważnym na sygnały swojego ciała i rozróżnić czy wołanie o zawrócenie to rzeczywiście sygnał ciała który należy uszanować czy może jest to tylko strach umysłu który należy zrozumieć a zniknie jak w dniu wczorajszym. Ponieważ nie słyszę głosu intuicji i nie potrafię rozróżnić który sygnał to jej głos a który to strach więc dla bezpieczeństwa ustaliłem przed wejściem, że jeżeli przewrócę się w którymkolwiek momencie będzie to znak do natychmiastowego powrotu.

Sytuacja podobna do wczorajszej. Najpierw strach przed, ciężkość i wątpliwości na początku drogi pod górę ale z kolejnymi krokami słabnące aż w pewnej odległości do celu pewność, że tam dotrę. Myślę, że jest to schemat w wielu aspektach życia.

Oczywiście nie było łatwo, ale częste odpoczynki i konsekwencja tuptania małymi kroczkami w jednosekundowym rytmie z miarowym oddychaniem doprowadziły mnie do celu. Z drugiej strony chyba brak parcia że muszę go osiągnąć z gotowością zawrócenia w każdej chwili też pomagało. Podczas odpoczynków w drodze powrotnej czerpałem radość z odczuwania otoczenia- wiatru, pierwszych wieczornych kropel deszczu, odgłosów burzy gdzieś w oddali.  Rozmyślałem nad stylem życia jaki prowadzę. Teraz płynę z tym co się pojawia gotowy na wszystko. Wcześniej  uparcie dążyłem do celu. Odpowiedź na pytanie jak ja chcę żyć pojawiła się natychmiast. Ani tak ani tak lub zarówno tak jak i tak. Jestem spokojny, szczęśliwy ale mając cele i konsekwentnie do nich dążąc też byłem szczęśliwy nawet jeżeli ich nie osiągałem. Osiągnięcie celu to jakby wisienka na torcie, coś co nie wpływa na sam smak tortu a jedynie go zdobi. Ważne jest by rozpoznać w uważności płynącej z serca kiedy jest etap odpuszczenia i poddaniu się temu co przychodzi z dnia na dzień, ba z chwili na chwilę jak teraz,  a kiedy kierunek jest wyraźny i zaprasza do podjęcia wysiłku w jego stronę. Fajne mam życie.

Dzisiejsza noc, ostatnia przed szkoleniem spędzona w samochodzie na szczycie wyciągu w miejscowości gdzie  będę przez najbliższe dni.  Pragnę jednak już się wykąpać pod prysznicem i położyć w łóżku z pościelą. Od jutra właściwy proces z Mariuszem- odpocznę.

CZ02-ND11 CZERWIEC  PROCES WGLĄDU  „TĘCZOWA DOLINA”

czw 02- dzień organizacyjny. Fajnie było w końcu się wykąpać a mając czas do rozpoczęcia spotkania i będąc pierwszym, dyskretnie wykonałem ostatnie oczyszczanie. Po raz kolejny sporo wyleciało pomimo, że już od od tygodnia nic nie jem.

Na wieczornym spotkaniu organizacyjnym Mariusz od jutra do dni ciemności rekomenduje ciszę, co bardzo mi odpowiada. W ciszy czuję się jak ryba w wodzie jakby było to moje naturalne środowisko. Fajnie.

Pt 03.06. SZÓSTY-OSTATNI DZIEŃ NA WODZIE.  DZIEŃ 1 WARSZTATÓW.

Noc fatalna. W trzyosobowym pokoju mamy chrapacza i budziłem się parę razy gdy zaczynał koncert aż przed 5 rano poszedłem ze śpiworem spać do ogrodu. Obserwuję  emocje i traktuję to jako kolejną możliwość do wglądu w siebie, dlatego jeszcze nie przyjąłem propozycji organizatorki zmiany pokoju.

 Poza spotkaniami w grupie na których dzielimy się tym czego doświadczamy milczymy. Ponieważ dla mnie jest to 6 dzień na samej wodzie od jutra zaczynam 6 dni suchych. Porównując z poprzednim procesem, mimo bycia samemu, mimo sprzyjającego otoczenia i warunków zewnętrznych osłabienie, apatyczność także są odczuwalne. Nie zauważam więc istotnej różnicy z poprzednim okresem tym bardziej, że wtedy pierwszy tydzień był od razu suchy a teraz piłem wodę.

Samopoczucie bardzo słabe, ledwo co się trzymałem, brak sił, wejście na pierwsze piętro z ledwością dlatego po przedobiednim spotkaniu od razu poszedłem spać. Sen natychmiast  zdrowy, regenerujący. Po obudzeniu i rozruszaniu naprzemienny prysznic.  Jakby lepiej, wejście na pobliskie wzniesienie. Do końca dnia fajny poziom energii.

SB04 DRUGI DZIEŃ MILCZENIA I ZAJĘĆ Z MARIUSZEM. PIERWSZY DZIEŃ SUCHY.

 Noc spokojniejsza. Pierwsze wybudzenie szybko bo jeszcze nie zapadł mrok. Potem godziny leżenia z intensywnymi pozytywnymi myślami wybiegającymi w przyszłość praniczną, jak to będzie i w jaki sposób będę mógł się tym dzielić z innymi. Łapanie się że to gra umysłu i wracanie do tu i teraz i tak parę razy. Potem do świtu fajny sen, po przebudzeniu ćwiczenia strelnikowej w ogrodzie i znów sen do 8 rano na Sali do jogi. Przerywana ta noc ale fajna. Rano przeniosłem się jednak do pokoju jednoosobowego. Potrzebuję odosobnienia w tym czasie.

Na przedpołudniowym spotkaniu znów jak mucha w smole wiec potem drzemka. Po południowe spotkanie to wyjście na górę na polanę. Medytacja, i wejście w przestrzeń serca. Nie wszedłem. Ból barku a trochę nie czuję tych technik. Wolę swoje.  Najcenniejsze dla mnie są spotkania w grupie gdzie dzielimy się swoimi doświadczeniami nie tylko z tego procesu ale zebranymi w ciągu całego życia. Tego potrzebowałem chyba najbardziej- wyczuwalnego zrozumienia przepływającego w obie strony. Mimo milczenia poza tymi spotkaniami wyczuwa się fajną energię jaką tworzy cała grupa.

Po powrocie odczuwam wysiłek. Sen. Potem wybudzenie, chwila lektury „Jesteś cudem” z przemyśleniami oraz znów sen. Mimo ładnej pogody jest mi zimno, szczególnie pod wieczór. Brak picia i jedzenia nie przeszkadzają, tylko ten brak siły i ból barko-łopatki.

Fajne są te wspólne spotkania choć gra na bębnie  to nie mój środek wyrazu. Już chciałbym wejść do darkroomu. Ciekawość, choć im bliżej tym czuję jakiś niepokój. Już jutro wieczorem.

ND 05.06 TRZECI DZIEŃ CISZY. DRUGI MÓJ SUCHY.

Dwa spotkania w kręgu z Mariuszem i w końcu z zachodem słońca zanurzenie się na trzy dni w dark roomie.

PN 06.06 PIERWSZY DZIEŃ CIEMNOŚCI. TRZECI MÓJ SUCHY.

O poranku przywitało prześwitujące przez okienne szczeliny słońce. Rozczarowanie, że nie ma całkowitej ciemności, że upływ czasu będzie tak widoczny. Nie pomogły nawet przygotowane opaski na oczy. Ponieważ na Sali było głośno, ktoś się kręcił, wydawał odgłosy, pewne osoby nawet już opuściły dark room inna przyszła to czułem irytację nad którą tym razem nie do końca zapanowałem w obliczu powtarzanych specyficznych dźwięków które działały na mnie jak kapanie kropel wody z kranu gdy próbuje się zasnąć. Odczuwałem irytację do czasu gdy nie uświadomiłem sobie, że te odgłosy są przejawem tego, że komuś jest niewygodnie, ktoś  może nawet cierpi i wtedy poczułem współczucie. Umysł jednak tak intensywnie cały czas pracował, że przestrzeń serca była niedostępna. Będąc w  większość czasu w przestrzeni umysłu zrodziła się myśl by każdy z tych trzech dni przeżyć w intencji moich dzieci poświęcając im uwagę w myślach i sercu.  Dzisiaj był dzień z myślą o mojej córce. Powtarzałem modlitwę ho’oponopono w intencji tego co najlepsze dla niej.

WT 07.06 DRUGI DZIEŃ DARK ROOMU. CZWARTY MÓJ SUCHY.

 Drugi dzień ciemności- to przede wszystkim nauka cierpliwości wobec nudy i dalsza nauka akceptacji odgłosów jak kichania, kaszlania, siorbania wody pitej z kranu i sikania w przyległej toalecie. W takich warunkach przestrzeń serca to jedynie krótkie przebłyski i pod koniec tego dnia chyba pogodziłem się, ze ten mój proces ma na tym polegać- na nauce cierpliwości i akceptacji niewygód fizycznych. Byłem zdominowany przez myśli, planowanie, kalkulowanie itp. Gdy łapałem się na wybieganiu w przyszłość wracałem do tu i teraz, tego co czuję, gdzie jestem ale na chwilę po czym myśli znów pędziły w przyszłość w której np. zrobiłem remont swojego mieszkania i szopki na podwórku.  Dzień poświęcony na modlitwę w intencji syna.

ŚR 08.06 TRZECI DZIEŃ CIEMNOŚCI. PIĄTY MÓJ SUCHY.

…to odlicznie, czekanie na koniec w zmaganiu się z coraz bardziej dokuczającą niewygodą fizyczną. Nie wiem ile osób zostało ale z czternastu może 4. Odgłosy obecności osób na zewnątrz które wyszły wcześniej, coraz częstrze korzystanie z picia i toalety przez pozostałych wzmagały się z każdą chwilą. Dopiero dzisiaj pogodziłem się, że czas tego darkroomu to dla mnie czas kolejnego głębszego oczyszczenia fizycznego. Zrozumiałem, że nasłuchałem się przed wejściem tutaj od innych i miałem oczekiwania nie wiadomo jakich lotów przy aktywacji szyszynki itp. Żadnych takich doświadczeń-po  prostu praca z ciałem i nauka cierpliwości, akceptacji.  Noc to czekanie na pierwsze oznaki świtu- pierwsze odgłosy ptaków, czas się dłużył. Niecierpliwość. Nie mogłem doczekać się końca. Dość często wykonywałem ćwiczenia fizyczne, pompki, jogę, rozruszanie stawów. Niewiele spałem tej ostatniej nocy. Myśli kierowałem ku drugiemu synowi. Obok moich dzieci, codziennie także myśli i modlitwa w stronę pewnego chorego chłopca.

Czw 09.06 PIERWSZY DZIEŃ PICIA.

 Ok. piątej rano odsłonięcie i otworzenie okien, wyjście na zewnątrz po trzech dniach i czterech nocach. W końcu.

Chciałbym powiedzieć, że czegoś doświadczyłem, jakiś wyjątkowych stanów ale nic z tego, to było czysto fizyczne bardzo cieliste i umysłowe bycie w ciemności.  Nie potrafiłem zachować obojętności wobec odgłosów innych uczestników pozostających w Sali które nasilały się z każdą godziną. W trzecim dniu już chyba większość chodziła do łazienki pić wodę czemu towarzyszyły odgłosy siorbania. Potem odgłosy sikania, bekania i inne. To nie była muzyka sprzyjająca zagłębieniu się w przestrzeń serca. Brakowało mi ciszy i ciemności. Było to jednak jakieś inne doświadczenie i niech takie pozostanie. Dziękuję za nie i przepraszam jeżeli nie zrozumiałem swojej nauki jaką miałem w tym czasie odebrać.

Mimo tej fizyczności doświadczeń jakie przeżyłem, po wyjściu potrzebowałem nadal ciszy, odosobnienia i nie rezonowałem z ożywionymi rozmowami, śmiechami w grupie. Cieszyło za to mnie słońce. Co do pierwszego łyku wody po 5ciu i pół dniach nie zrobił na mnie większego ważenia był to bardziej akt symboliczny asymilacji z grupą niż potrzeba ciała.  Zanim dołączyłem do pozostałych zrobiłem test wytrzymałościowy, ćwiczenia jogowe rozciągająco- oddechowe i krótką medytację-bez większych problemów a nawet z  wyraźnie odczuwalną przyjemnością. Czas ciszy się skończył.

Miało teraz być 6 dni tylko na wodzie ale już po paru godzinach gdy po odświeżeniu spotkaliśmy się w grupie, organizatorzy zrobili zmiksowane gęste soki owocowo- warzywne którym się nie oparłem. Myślę, że ze względu chyba bardziej chęci bycia częścią grupy niż z potrzeby pragnienia ciała, żebym nawet w tym środowisku nie był „inny”. Pijąc je nie czułem bym postępował zgodnie ze sobą… konformizm- ale przyjemny.   Po tym sokowym obżarstwie znów drzemka i bardzo długi naprzemienny prysznic. Cały dzień osłabiony bardziej niż dotychczas co wzbudziło niepokojące myśli o sobotniej, za dwa dni służbie w straży- jak to znów będzie, jak tym razem chłopacy odbiorą moje osłabienie.

PT 10-  OSTANI DZIEŃ, ATMOSFERA WYJAZDU, OGNISKO. DRUGI DZIEŃ PICIA.

Słabość, wyciszenie, zmuszanie się do aktywności fizycznej. Długi sen w nocy. Dla asymilacji ze światem zewnętrznym, miastem pojechałem do Bochni  pomóc zrobić zakupy owoców na soki. Przy okazji samemu kupiłem pyszny wyciskany sok z dodatkiem imbiru którego smak kosztowałem po raz pierwszy w życiu, ale ostry, musiałem rozcieńczyć mlekiem kokosowym. Pyszne i już wiedziałem, że nie zrezygnuję z doznań smakowych. Chcę cieszyć się smakami. Wieczór to ognisko i wspólne oglądanie filmu „Bab’Aziz” Piękny- stanowczo mój klimat.

SB11.06 –PORANNE  ZAKOŃCZENIE I CAŁY DZIEŃ POWROTU DO POZNANIA.

Pożegnalne spotkanie w kręgu, nie obyło się bez łez, oraz głęboki pożegnalny koncert Mariusza i Ani. Gong, dzwon, będny… tym razem odleciałem gdzieś w inne wymiary.

Miałem ochotę wracać samemu ale przyjaciółka  właścicieli ośrodka  poprosiła o podwiezienie do Poznania więc wracaliśmy razem. Połowę drogi milczałem ogarniając myśli i będąc jeszcze tam. Nie chciałem jeszcze wracać i to od razu rzucony na głęboką wodę do służby w straży. Dopiero po przystanku nad Baryczą k Ostrowa i drzemce na trawniku oraz obejściu zalewu z ćwiczeniami jakbym trochę oderwał się od tego co było przez ostatnie dni w stronę tego co się działo tu i teraz. Otworzyłem się na Michalinę, mojego pasażera i okazało się, że do samego Poznania była nieustanna fajna wymiana myśli. Z ciekawszych sytuacji jakie mieliśmy to najechanie na bardzo silny pożar samochodu osobowego widząc który zatrzymałem się chcąc udzielić ewentualnej pomocy. Na szczęście wszyscy wyszli, pożar był tak intensywny, ze gaśnic nie było sensu używać więc po opatrzeniu jednego chłopaka pojechaliśmy dalej w chwili gdy przyjechała straż.

Po zostawieniu Michaliny na dworcu poszedłem na sok z wyciskarki- pyszny a potem po dojechaniu na nocleg w straży spacer po pobliskich sklepach sam nie wiedząc dlaczego. Odwiedziłem Biedronkę, lidla, Chatę Polską, patrzyłem na te produkty ale nie miałem ochoty na nic więc wychodziłem z kolejnych bez zakupów by w końcu pójść spać do siebie na jednostkę.

ND 12.06.16 SŁUŻBA W STRAŻY

 Znów parę razy podchodzili do mnie kumple ze zmiany  z wyraźnym zaniepokojeniem na mój wygląd czy ze mną  wszystko ok. A ja czułem się trochę lepiej niż wczoraj choć oczywiście osłabiony w stopniu który nie pozwoliłby mi na wyjazdy do akcji. Dlatego jestem na PA. W ciągu dnia trochę ćwiczeń na wymuszeniu i cały dzień na samej wodzie. Dałem radę.

PN 13.06.16 PIERWSZY DZIEŃ OD TRZECH TYGODNI Z DZIEĆMI

Osłabienie cały dzień. Drzemka w ciągu dnia.  Będąc z dziećmi nie potrafiłem dopasować się jeszcze do ich silnych energii. Nie miałem pojęcia jak podnieść swoją by zająć się Szymonkiem, który wrócił ze szkoły więc niestety musiał się ponudzić do przyjścia Przemcia i Madzi. Potem gry z dziećmi. Uczucie głodu zapite sokiem, pragnienia nie potrafiłem zaspokoić wodą.  Pół litra napoju kokosowego i rozwolnienie. Nie mogąc wykrzesać z siebie szybkości, witalności relacja z dziećmi się osłabia. Nie chcę tego kierunku. Odwożąc dzieci doświadczenie bardzo  agresywnego podejścia do mnie, ze względu na to, co robię. Cały wolny czas przeznaczony na szukanie do kupienia wyciskarki. Wieczorem szybkie spanie ok. 21:30.

Noc- wyraźne sny z przebudzeniami.  Emocje najpierw strachu- ktoś chciał mnie zabić a nad ranem radość, ekscytacja- lewitowałem we śnie ciesząc się.

WT 14.06.16 DZIEŃ 6/6/6 KONIEC PROCESU

PIĘKNY ZRÓWNOWAŻONY DZIEŃ.

Ponieważ dzieci po szkole miały wrócić od razu do siebie, to wykorzystałem dzień by jak najwięcej wsłuchać się w swoje potrzeby co mam nadzieję jest najszybszym sposobem przywracania energii. I tak , przede wszystkim przyzwolenie na sen bez pobudki- spałem do 9tej. Ćwiczenia Strelnikowej i medytacja. Zmuszenie się do 4km spaceru w lesie co mnie rozruszało. Potem trochę internetu gdzie była już relacja z procesu z Mariuszem, natrafiłem też na fajne materiały Nuliny co dodało mi znów energii i zachęciło do popołudniowego treningu ( rytuały tybetańskie, taniec spontaniczny, elementy kalisteniczne na mięśni brzucha i rozciąganie). Dzień na rozcieńczonych sokach pomarańczowym i grejprutowym. Wieczorem znów krótki spacer do lasu, kąpiel przed 23 i książka na dobranoc.

W dzień chwile słabości ale przeplatane największą od dark roomu energią. Myśli chcą biec w przyszłość i pilnuję je by pozostać w chwili obecnej. Wdzięczny za radość „dzisiaj” staram się zachować pokorę.

ŚR 15.06. DZIEŃ Z DZIEĆMI

Proces zakończony. Spędziłem 6 dni na wodzie, potem 6 suchych i znów 6 na sokach. Ponieważ jednak osłabłem do tego stopnia, że siła i energia nie pozwalają mi na bycie w codzienności będę zagęszczał to co zjadam. Nie znajduję innego sposobu na powrót do kondycji pozwalającej wypełniać swoje codzienne obowiązki przede  wszystkim związane z byciem z dziećmi na fajnej energii oraz pełnieniem służb w straży pożarnej, co jest moim głównym i stabilnym źródłem dochodów. Tym razem jednak bez niespełnionych oczekiwań bycia bretherianinem. Po prostu wykonałem jakiś kolejny krok czując, że to moja droga i jestem za te kolejne  doświadczenia wdzięczny.

Wstanie wcześnie, poczułem „głód” który zapiłem szklanką soku. Później miło zaskoczyła mnie córka przychodząc do mnie przed szkołą. Wspólne zakupy truskawek które potem mroziłem na zimę z myślą o robieniu dla dzieci zdrowych lodów.   Z ok. 6 sztuk, które nie nadawały się do zamrożenia wypiłem przefiltrowany sok na mleku kokosowym z ksylitolem i probiotykiem. Pyszny. Drzemka przedobiednia w ogrodzie na słoneczku, potem ćwiczenia (rytuały tybetańskie) po których przyszło pogłębiające się do końca dnia uczucie osłabienia. Silny niepokój.

Spontanicznie decyzja, że dzieci dzisiaj u mnie śpią. Nie wiem ale chyba, żeby podbić energię pojechałem kupić sobie sok na bazie buraka z imbirem i innymi owocami. Był za ostry i gęsty więc w domu rozcieńczałem go i jeszcze filtrowałem przez chusteczkę.  Zasmakował mi, miał być na dwa dni ale wypiłem cały.  To nie było ani pragnienie ani głód. Widzę w tym pragnienie zwiększenia energii by spędzić fajnie czas z dziećmi oraz zaspokojenie mega przyjemności ze smaku. Tak, niesamowita radość z doznań smakowych.  Opiłem się i po chwili słabość, źle się czułem. Do końca dnia tylko woda w tym ok. 0,5l gazowanej żeby beknąć.

Fajna, dojrzała rozmowa z moją 14toletnią córką która jednak chciała na noc wrócić do mamy, a wieczorem dylemat co dać jeść chłopcom na kolację. Czy powinienem dawać im to co mają z domu czyli mięso, biały chleb wiedząc, że to nie ma żadnych wartości? Mam coraz większe „ale” w tej kwestii i źle się czuję. Ponieważ jednak tak odżywiają się będąc „u siebie” i są w wieku kiedy mogą same wybierać co chcą, muszę dostosować się. Umówiliśmy się jednak, że jutro wszystkie będą u mnie spały, zrobimy sobie wieczór meczowy bo gra Polska- Niemcy. Powinna dojechać wyciskarka więc zrobię zdrowe lody owocowe z przeróżnych owoców- głównie ulubionych truskawek.  Żadnych zjadanych zwierząt!

Do snu, jak zawsze gdy są u mnie czytałem chłopcom opowiadanie. Przemko szybko zasnął. Wieczorne bycie razem, pogaduchy i czytanie im do zaśnięcia pomimo, że mają już naście lat to  najpiękniejszy czas…

CZ 16.06.16 FAJNY CZAS Z DZIEĆMI

Dzień rozpoczęty bardzo wcześnie od ćwiczeń Strelnikowej w ogrodzie. Gdy dzieci były w szkole zakupy owoców i potem ich przygotowanie: płukanie w wodzie z octem ( żeby pozbyć się grzybów i pasożytów) a potem w sodzie ( żeby zneutralizować choć w jakimś stopniu pestycydy).  Poczułem trochę zmęczenie więc drzemka w ogrodzie do przyjścia syna. Namówił mnie na pokopanie piłki. Ruchy anemiczne jednak dałem radę. A więc kolejny krok w dobrą stronę. Dzięki Szymonek.  Kolejne godziny to rozwożenie dzieci na ich zajęcia dodatkowe i umówienie się że przyjadę po nie przed meczem. Ponieważ mój dom to obraz którego czasami się wstydzę, pokazujący, że finanse stanowczo nie są moją silną stroną,  dbam by dzieci przynajmniej przychodziły do czystego domu.  A, że po całym dniu w kuchni nie wyglądało za fajnie to wykorzystałem czas bycia samemu na porządki przed przyjazdem dzieci. Ponadto dopadło mnie jednak zmęczenie i chciałem się znów trochę zdrzemnąć. Wystarczyło 15 min resetu by poczuć jak energia wraca.

Lody wyszły pyszne. Najlepsze to zmieszane przeciśnięty banan, truskawka i czarna porzeczka. Pyszne. Dzieci się objadły a ja „wylizywałem” resztki czym też się przepełniłem.  Dzięki dzieciom zmusiłem się do aktywności ogarnięcia wszystkiego. Dziękuję za tę mobilizację bo samemu nie zrobiłbym tego a tak czuję znaczny przyrost energii. Fajnie.

PT 17.06.16 URODZINY KOLEGI.

Kolejny piękny, zrównoważony dzień.

Przebudzenie znów po 4 nad ranem gdy śpiewały już ptaki. Fajna energia i chęć do działania. Nawet padający deszcz pozytywnie nastrajał. Ćwiczenia Strelnikowej i medytacja. Zanim obudziłem rano dzieci sam jeszcze na 30 min się zdrzemnąłem. Potem zdrowe śniadanie ( soczek) i trochę wspólnych gier.

Po odwiezieniu po południu poczułem jednak zmęczenie i… głód. Jednak zamiast go zapić przyjrzałem się temu i zrobiłem godzinny sen bo coś tak mi chodziło po głowie, ze to jednak bardziej zmęczenie. Dobry wybór. Po obudzeniu głód zniknął a  powróciła energia i chęć działania. Rytuały tybetańskie i dużo rozciągania- czułem też, że coś niefajnego siedzi w ciele, jakieś napięcie i chciałem to rozluźnić.

Przygotowując soki na jutro do pracy popijałem bawiąc się smakami by potem zlać wszystko do jednaj butelki. Nie smakowało mi a i tak wypiłem. Za dużo pomieszanych smaków, przesadziłem, a tylko dlatego, że wybierałem owoce które do jutra by się zmarnowały a nie wg potrzeby ciała lub chociażby zachcianki smakowej. Mam naukę, by dużo mniej kupować.

Wieczorem bardzo fajna inpreza urodzinowa nad jeziorem. Pozytywni ludzie, wesoło. Ja zaszalałem i wypiłem ok. 0,5l wody z ogórków kiszonych własnej roboty. Ale miałem ochotę na więcej jednak żeby „głupio” nie wyglądało powstrzymałem się. Smak rewelacyjny. Po dwóch godzinach przebywania głośnym otoczeniu jednak zmęczenie i wróciłem do domu, tym bardziej, że jutro o 5 rano wyjazd na służbę. Po gorącej kąpieli znów powrót energii- Radość.  Ale huśtawka.  Z ciekawości zważyłem się ale bez patrzenia żeby nie sugerować się cyferkami. Zrobiłem zdjęcie i sprawdzę z tygodniowym opóźnieniem. Super dzień. Dziękuję.

SB 18.06 PIERWSZA PO PROCESIE SŁUŻBA W STAŻY

Jadąc do pracy strach, strach, strach jak to będzie, jak znów zareagują inni na mój wychudzony wygląd i anemiczne ruchy. Bałem się i co prawda gdy łapałem na tych myślach upominałem sam siebie by mieć więcej zaufania do Boga.

Jak zwykle wszystko się fajnie ułożyło. Do południa miałem tyle energii by pomóc klarować sprzęt po nocnym pożarze wczorajszej zmiany. Specjalnie wybierałem te cięższe prace, żeby zmusić się do wysiłku i z problemami ale dałem radę. Nie było d-ców więc to kolejna przychylność bo nie musiałem się tłumaczyć ze swojego  wyglądu. Po ćwiczeniach poobiednich na których dwa razy się podciągnąłem odezwała się kontuzja i pojechałem na pogotowie.  Okazało się, że mam naderwany mięsień czworoboczny co oznacza, że znów będę miał wolne od służb dzięki czemu dostałem więcej czasu by dojść do siebie. Wszystko jest takie, jakie ma być a ja do końca służby  jestem poza wyjazdami znów na PA. Jest o.k.

PODSUMOWANIE

Myślę, że na tym należy zakończyć opis tego drugiego procesu. Dalsze dni do 14 lipca (miesiąc) to pozostanie na samych sokach, zwiększanie wysiłku przy wahaniach samopoczucia ale  ze stopniowym odczuwalnym wzrostem swobody ruchów. Niestety, ponieważ ten przyrost energii szedł wolno a we wrześniu zbliżały się coroczne testy sprawnościowe w straży (bieg na 1000m, 50m i podciągnięcia na drążku) oraz w sierpniu wakacje z dziećmi (wyjazd w Alpy) Dodatkowo waga cały czas spadała osiągając ustalony minimalny poziom jaki ustaliłem na 53kg, to ok połowy lipca oprócz soków zacząłem dodatkowo jeść orzechy. Ciało odpowiedziało niemal natychmiast wyraźnym wzrostem wagi oraz energii. Nie czułem głodu ale nie znalazłem innego sposobu na przyspieszenie wzrostu siły i wytrzymałości. Przez dwa kolejne miesiące picia soków i jedzenia jedynie orzechów czułem, że „wracam”. Były to jednak miesiące coraz większego opijania się i objadania. Dopiero w wrześniu, trochę w nagrodę za zaliczenie testów a trochę z ciekawości doświadczenia innego smaku skusiłem się na lody i od tego czasu zaczęło się „przeciąganie liny” od dni opijania się sokami, do parodniowych wybić w stronę czegoś stałego (przeważnie pyszne i już bezmięsne wegeburgery) po czym trzydniowe oczyszczanie i znów jakiś czas na sokach i tak się zapętliłem… Tym razem jednak nie wróciłem  już do jedzenia mięsa ale za to z przejadałem się lodami.

Jest koniec października, a więc mija rok od pierwszego pełnego procesu. Jestem objedzony, przejedzony i czuję potrzebę kolejnego (trzeciego) wejścia w „proces”. Ostatnie miesiące to myśli, czas i uwaga poświęcone jedzeniu. Czasami parenaście godzin na dobę spędzane w kuchni i jestem tym bardzo już zmęczony.  Dodatkowo na co dzień przebywam sam wśród osób zupełnie nie czujących możliwości życia bez jedzenia stałego a więc niewspierających mnie. Spotykam się z niezrozumieniem a czasami z wyśmiewaniem. Jednak w tych najważniejszych miejscach jak praca i rodzina coraz częściej czuję złagodnianie takich reakcji na rzecz neutralności. Dla akceptacji za strony innych mojego odmiennego podejścia do odżywiania potrzeba było trochę więcej czasu, a z mojej strony więcej wytrwałości i mniej parcia na „muszę”, na „już”. Pewnie ma to wpływ na to, że wybija mnie ale  może dzięki temu też, z przyjemnością chodzę do pracy a w rodzinie czuję miłość, szczególnie w relacjach z moimi dziećmi z którymi ponownie mogę aktywnie i energicznie spędzać czas, oraz którym pozostawiam decyzję jak chcą się odżywiać akceptując każdy ich wybór.

Skutek lżejszego odżywiania.

Jakakolwiek  zmiana odżywiania na lżejsze przynosi korzyści. Moje,  od jakiegoś czasu składające się  głównie z soków owocowych i orzechów spowodowało, że z 7 godzin snu wystarcza  może 5. Nie byłem na to przygotowany. Budziłem się  o 3 lub 4 w nocy i nie wiedziałem co z sobą zrobić więc snułem się i sięgałem do jedzenia… to chyba powodowało, że wciągało mnie w dawne koleiny odżywiania wszystkim i wracałem do dłuższego spania. Szybko jednak uczucie dyskomfortu przepełnionym żołądkiem znów kierowało mnie w stronę „przejściowego intensywnego oczyszczania” i coraz dłuższych okresów lekkiego odżywiania samymi sokami i orzechami. Znów potrzeba snu malała.  Po ostatnim takim powrocie wróciłem do muzyki. Usiadłem do pianina i improwizując pozwoliłem prowadzić zastygłym palcom.  W takich okolicznościach nocy nagrałem improwizację do linii melodycznej jaką napisałem jakieś 20lat temu do wiersza B. Leśmiana „Po ciemku”.  <3

…po 4ech M-CACH PRZERWY OD SZKOLENIA DARKA DO KOŃCA ROKU

moja droga odżywiania wykres                                     Wykres przebiegu zmiany odżywiania.

Cztery miesiące totalnie poza rynkiem i inwestowaniem.  Jednak  trochę czując że kończą się zgromadzone wcześniej środki a trochę z większej ilości czasu po tym jak skróciła mi się potrzeba nocnego snu z 7 godzin do 4-5 i mając więcej czasu na aktywność, parę razy zadawałem sobie pytanie czy chcę tu wrócić ale ewidentnie nie czułem tego. Przeznaczyłem ten czas na poszerzanie Świadomoci i utrwalanie nowych przekonań jeżeli chodzi o odżywianie a następnie fizyczną zmianę która wymagała  uważności, zaangażowania i wytrwałości. Nie powiem, ze odbyło się to bez bólu bo środowisko w jakim przebywam oraz stare dziesięcioletnie przyzwyczajenia słodyczo- oraz mięsożercy odzywały się ciągnąc z ogromną siłą. Ponieważ jednak mija trzeci miesiąc bycia przede wszystkim na sokach i orzechach co staje się nowym naturalnym rytmem, oraz w końcu czuję, że wraca energia, waga dzięki czemu mogę odbudowywać siłę przez powrót do treningów kalistenicznych, znów poczułem chęć powrotu do FX. Ponieważ co miesiąc stałym zlecenim wpływało po 100zł mam 320zł by zacząć na mikrolotach.

W połowie listopada totalnie oddając się spontanicznej intuicyjnej decyzji po obejrzeniu darmowego webinaru wykupiłem szkolenie Darka Bartłomiejczaka który przedstawiał swój system. Zdecydowałem się na to ponieważ stosunek ceny za to szkolenie do tego co oferował był rewelacyjny, ponadto na darmowym pilotażowym webinarze zauważyłem dużo zbieżności z systemem skalpingowym Michała i stwierdziłem, że może to być świetne uzupełnienie pozwalające spojrzeć na znany już system Michała z innej perspektywy. Rzeczywiście To był strzał w dziesiątkę! 🙂

Widziałem wcześniej te schematy które przedstawiał Darek tylko nie potrafiłem tego nazwać. Wraz z nazwaniem ich „koroną” jakbym doznał olśnienia- mój umysł potrzebował skonkretyzowania tego co widzę w postaci nazwy. „korona” wpasowała się idealnie. Po szkoleniu wszedłem na rynek realny osiągając znów trzy tygodnie pod rząd zyskowne. Kurcze, to już drugi raz w tym roku osiągnąłem serię systematycznych zysków :). Nigdy  wcześniej nie miałem takiej sytuacji i wraz z kolejnymi zyskownymi tygodniami czułem jak wzrastają emocje. Nie znałem tego wcześniej więc nadal przyglądałem z ciekawością i podnieceniem. Do strat przystosowałem się perfekcyjnie ale systematyczne zyski to coś nowego. Emocje powodowały coraz większe napięcia, pytania w głowie kiedy ta seria się skończy, a z drugiej strony coraz większe poczucie pewności, że w końcu „Mam” Wdzięczność przeplatana wręcz z wewnętrzną arogancją, która pojawiała się mimo iż nie chciałem jej. Widziałem ją ale zauważenie nie spowodowało, że znikała lub choćby malała.  Stopniowo zwiększałem zaangażowanie wykorzystując środki jakie miałem odłożone na rachunku oszczędnościowym i…  właściwie w ostatnich dwóch tygodniach roku,  po tym jak byłem już pewny, że to będzie pierwszy rok zyskowny, wykonując serię „głupich” a więc emocjonalnych zagrań spowodowanych chyba zachłannością, głodem sukcesu, doprowadziłem, że kolejny, dziewiąty już chyba rok znów zakończyłem stratą tym razem wielkości miesięcznych moich dochodów netto z pensji etatowej.  Ta druga seria  trzech tygodni systematycznych zysków spowodowała jednak, że poznałem jak to jest zarabiać, poczułem, że ja też POTRAFIĘ, MOGĘ.

 

Piramida odżywiania

W 2016 roku nastąpiła zmiana ułożenia różnych produktów w propagowanej od lat przez dietetyków i lekarzy, powszechnie uznawanej piramidzie optymalnego odżywiania. Skłoniło mnie to do refleksji jak to możliwe, że to co do tej pory było uważane za optymalne, już takie nie jest?… Zastanowiło jednocześnie jak długo optymalne będzie to, co obecnie jest propagowane? Nie wierząc temu co ogólnie jest propagowane tylko analizując własne doświadczenia oraz to, czym dzielą się osoby które głównie wsłuchują się w rzeczywiste potrzeby swojego ciała zauważam, że  im to co wkładamy do ust bliższe jest postaci w jakiej występuje w naturze i na Ziemi, tym i bliższe dla nas.. Tym mniej obciążające nasze organizmy.

Patrząc na wzloty i upadki w tej mojej podróży związanej z odżywianiem dostrzegam, że zmiana tego czym się karmimy jest to proces wymagający uważności oraz podjęcia wysiłku wychodzenia poza utarte schematy i wieloletnie przyzwyczajenia,  które czasami mogą spowodować cofnięcie się o parę kroków. Wchodząc jednak na tę drogę poszerzania świadomości związanej z odżywianiem czujemy gdzieś wewnętrznie, że to właściwy kierunek i nawet jeżeli coś nas na jakiś czas zawróci, gdzieś wewnętrznie zawsze będziemy czuć przyciąganie ku temu co najlepsze dla naszych ciał.

piramida odżywiania

Biorąc po uwagę wpływ poszczególnych produktów nie na ciało fizyczne ale na emocje i struktury pozafizyczne zmieniłbym kolejność uważając mięso zabijanych zwierząt, a więc zjadanie cierpienia, bólu, strachu tych czujących stworzeń  jako najbardziej obciążające  nas i umieściłbym na samym szczycie tej piramidy… <3

Czas płynie, zbieramy doświadczenia i po dwóch latach  zauważyłem, że w powyższej piramidzie zabrakło elementu, który choć niewidoczny, to mający największy wpływ na całość. Relacji Bogiem Ojcem, której najpełniej można doświadczać tylko przez naszego Pana i Brata- Jezusa Chrystusa.  Nasza relacja z Bogiem jest fundamentem wszystkich innych fundamentów i najważniejszą Mocą, która powinna wskazywać kierunek w jakim będziemy kierować swoje kroki i podejmować wysiłki, w  tym te, związane z odżywianiem.

 

MIEĆ „Takie COŚ”

Fajnie jest mieć ” Takie  Coś” . Czasami siadam do pianina i pozwalam palcom płynąć nie znając kolejnego kroku, kolejnego dźwięku. Nie ma  celu,  jest tylko obecność w tej sekundzie. Różne rzeczy się dzieją, wiele potknięć, nieczystości…  ale to nie ważne,  ważne to co czuje się w środku…  Zaufać, puścić wszystko i dać się unieść z nurtem płynącej rzeki…  tak żyć…  Mam jednak świadomość, że aby dać się unosić,  przez 10 lat, po parę godzin dziennie siadałem sam w pokoju z instrumentem i bardziej lub mniej wytrwale ćwiczyłem, ćwiczyłem, ćwiczyłem..”

Namaste