Archiwum kategorii: Uncategorized

CUDOWNE UZDRAWIANIA W IMIENIU JEZUSA I W MOCY DUCHA ŚWIĘTEGO.

W trakcie pisania i edycji…
Rozważnie na temat aktywności charyzmatycznych grup chrześcijańskich na tle tego, co możemy zaobserwować w Biblii
oraz próba odpowiedzi na pytanie czy oraz w jakich okolicznościach modlitwa o uzdrowienie może być grzechem.

Na wstępie nie związane bezpośrednio z tematem przypomnienie, że Ten (rodz. Męski) Duch Święty w polskiej Biblii to Ta (rodz. żeński) Ruah w języku oryginalnym.  😉 

W chrześcijaństwie jest pewien nurt charyzmatyczny, w którym wierzący naśladując naszego Zbawiciela i pierwszych apostołów wychodzą do ludzi i nakładając na nich ręce próbują uzdrawiać i wypędzać demony poprzez moc imienia Jezus, a motywując swoje postępowanie mówią, że naśladują Jezusa, jak nakazuje Biblia i przytaczają pewne fragmenty z Pisma Świętego, z których wynika, że my, jako wierzący możemy/mamy tak postępować. Najczęściej są to:

Marka 11:22-24 bw ” A Jezus, odpowiadając, rzekł im: Miejcie wiarę w Boga! Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni mu się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam.”
Marka 16:17-18 bt ” Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie.”
Łukasza 9:1-2 bpd ” (Następnie) zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi demonami, a także dla uzdrawiania chorób i posłał ich, by głosili Królestwo Boże i leczyli chorych.”
Łukasza 10:8-9 bt ” Jeśli do jakiegoś miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże.”
Dzieje Apostolskie 4:29-30 bt ” A teraz spójrz, Panie, na ich groźby i daj sługom Twoim głosić słowo Twoje z całą odwagą, gdy Ty wyciągać będziesz swą rękę, aby uzdrawiać i dokonywać znaków i cudów przez imię świętego Sługi Twego, Jezusa.”
Dzieje Apostolskie 5:15-16 bt ” Wynoszono też chorych na ulice i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich. Także z miast sąsiednich zbiegały się wielkie rzesze do Jeruzalem, znosząc chorych i dręczonych przez duchy nieczyste, a wszyscy doznawali uzdrowienia.”
I Jana 5:14-15 bt ” Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą. A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o co Go prosiliśmy.”
Jakuba 5:13-16 bug ” Cierpi ktoś wśród was? Niech się modli. Raduje się ktoś? Niech śpiewa. Choruje ktoś wśród was? Niech przywoła starszych kościoła i niech się modlą nad nim, namaszczając go olejem w imię Pana. A modlitwa wiary uzdrowi chorego i Pan go podźwignie. Jeśli zaś popełnił grzechy, będą mu przebaczone. Wyznawajcie sobie nawzajem upadki i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego.”

Patrząc jednak jak to się odbywa chociażby w Kościołach, z którymi mam łaskę wzrastać, mam wrażenie, że w swojej ludzkiej gorliwości służenia Panu i pomagania innym takie osoby nie wzięły pod uwagę JAK czynił to nasz Mistrz i jego pierwsi uczniowie. Widząc więc pewne odstępstwa od tego, co pokazuje nam Bóg przez biblijne swoje Słowo w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich, z miłością ale i z bólem , dzielę się kolejnymi przemyśleniami, prosząc jednocześnie by jeżeli ktoś z moich braci i sióstr dostrzega jakiś błąd rozumowania, upomniał mnie.

Po pierwsze co możemy zobaczyć w piśmie świętym?

W biblii widzimy, że jeżeli ktoś modlił się w imieniu Jezusa o uzdrowienie, wskrzeszenie z martwych lub wypędzenie demonów z człowieka, to w ostateczności była 100% skuteczność. Jest jeden przykład, gdy apostołowie nie mogli wypędzić demona, co wzbudziło ich wielkie zdziwienie i musiał zainterweniować Jezus (…) jednak w ostateczności i on został uzdrowiony przez Pana. Przykład ten jest dany nam byśmy zrozumieli, że pewien rodzaj demonów wypędza się nie inaczej jak przez post i modlitwę. Dostrzegam także, że we wszystkich przypadkach efekt uzdrowienia był całkowity i natychmiastowy, a nie odwleczony w czasie lub pośredni- nawet gdy było to uzdrowienie na odległość (…)

Jak na tym wzorcowym tle wygląda obecne postępowanie wielu charyzmatycznych kościołów?

Wśród moich braci obserwuję częste nakładanie rąk i wypowiadanie uzdrowieńczych regułek używając w nich autorytetu imienia Jezus na wzór Apostołów. Nie obserwuję jednak efektu jaki miał Jezus i o którym czytam w Dziejach Apostolskich… Zmusiło mnie to do zatrzymania i zastanowienia dlaczego, co jest przyczyną rozbieżności tego co widzę we współczesnym chrześcijaństwie charyzmatycznym z tym co czytam w biblii?…

Dla mnie przyczyna takiego upadłego stanu rzeczy jest jedna. Współcześni charyzmatyczni chrześcijanie działają na bazie swoich duszewnych pragnień zamiast czekać na natchnienie Ducha Świętego. Nawet jeżeli przyświeca im szlachetne pragnienie pomagania innym, cały czas nie zmienia to faktu, że źródłem takiego postępowania jest ich  ludzka duszewność (zawualizowany egocentryzm?) a gdy postanawiamy działać sami z siebie, to ponieważ Ruah jest uprzejmą osobą, wówczas ustępuje nam i pozostaje w cieniu… Nie ma jednak wówczas Jego Mocy a więc efektu. Bóg chce, by wszyscy byli zdrowi, ale nie wszyscy są gotowi by przyjąć bycie zdrowym. Tylko Ruah bada i zna Bożą wolę i wie, kto jest gotowy i można na niego nałożyć ręce z uzdrowieńczą modlitwą w imieniu Jezusa, a na kogo nie należy nakładać. Wie i stara się przekazać to naszemu duchowi.

W kwestii uzdrawiania warto rozróżnić modlitwę uzdrowieńczą, czyli powyżej opisaną od wstawienniczej. Wstawienniczo możemy i powinniśmy modlić się  jak najwięcej o każdego człowieka, w tym o siebie na wzajem. Modlitwa uzdrowieńcza z nałożeniem rąk to modlitwa do której powinniśmy podchodzić tylko pod wyraźnym natchnieniem Ducha Świętego za sprawą którego powinna być w 100%, natychmiastowo skuteczna gdyż uzdrowienie nie wypływa z nas, tylko Boża Moc przepływa przez nas. Natomiast uważam i to odnajduję w Biblii, że w podejmując modlitwę wstawienniczą jak najbardziej możemy to robić z własnej inicjatywy, z pragnienia serca, z uczuć korzystając z danej nam wolnej woli. Efekt jednak nie musi być natychmiastowy, natomiast może sprawić, że Bóg powoła kogoś, kto dopiero zostanie poruszony do modlitwy uzdrowieńczej, wyzwoleńczej i wówczas natychmiastowy efekt będzie na pewno.

OBSERWUJĘ wśród moich braci: nakładanie rąk, modlitwy bez efektu, duszewne próby głośnej artykulacji i wypowiadania modlitwenych zaklęć po których nic się nie dzieje lub co najwyżej gdy osoba nad którą się modlono zostanie zapytana, to z grzeczności odpowie, że tak, jest trochę lepiej. Oczywiście nie ma to żadnego związku z mocą Ducha Świętego tylko wynika z ludzkiego pragnienia pomagania innym, a nie o to chodzi w chrześcijaństwie Duchowe Ciało Chrystusa ma być budowane przez Kościół  w mocy Ruah a nie na ludzkich technikach i uczuciach. Co gorsza byłem świadkiem nieskutecznych modlitw, po których charyzmatycy odpuszczali i ostatecznie danej osobie załatwiali szpital, ośrodek leczący uzależnienia degradując w ten sposób Bożą Moc poniżej ludzkich zabiegów medycznych i terapeutycznych. Nie to widzę w Biblii, nie tak dział nasz Pan i pierwsi Apostołowie. Obserwuję też racjonalizowanie, gdy po modlitwie potrzebujący idzie do szpitala i trafia na na prawdę świetnego lekarza, terapeutę którzy robią swoją robotę sprawiając, że dysfunkcja znika to jest to błędnie przenoszone na zasługę Ducha Świętego. Przyznam się, że nie dostrzegam w Biblii ani jednego przykładu takiego postępowania. W Biblii przykłady są zero-jedynkowe- albo powołanie do modlitwy i efekt całkowitego uzdrowienia, albo brak takiego powołania i wówczas odpuszczenie modlitwy i poleganie na ludzkich metodach, jak pokazane jest w (…) gdzie Paweł nie modli się o uzdrowienie swojego brata w wierze ( Pewnie nie czuł takiego Bożego poruszenia i był mu posłuszny) tylko zaleca lampkę wina na lepsze trawienie. 🙂 Wino może być dla alegorią wszelakich ludzkich metod przywracania homeostazy organizmu ludzkimi metodami, których Biblia nie potępia.

Co więc uważam, że powinni robić uważający się za Ewangelicznych chrześcijanie w obszarze uzdrawiania w imieniu Jezusa? Uważam, że przede wszystkim chodzić bardziej w obecności Bożego Ducha a nie własnych uczuć i pragnień co sprawi, że nauczą się rozpoznawać kiedy i na kogo nakładać ręce. W przypadku braku wyraźnego Bożego poruszenia powinni odpuszczać i pomagać co najwyżej z ludzkiego miłosierdzia lub usłyszeć, że Bóg pragnie by tej osobie udzielono pomocy na sposób ludzki i taką formę pomocy wybrać

Ale gdy jednak ktoś otrzyma poruszenie do nałożenia rąk i modlitwy uzdrowieńczej w imieniu Pana, to zgodnie z Bożą obietnicą powinien być skuteczny, nie odpuszczać dopóki nie będzie całkowitego uzdrowienia. Jeżeli takiego nie ma to może oznaczać, że nadszedł czas na post dla takiego uzdrowiciela, jednak w pierwszej kolejności nie, by uzdrowienie było, tylko by pokutować, by móc w przyszłości lepiej słyszeć głos Boga i wierniej podążać za Nim nie wychodząc przed Ruah. Tak, poszczenie daje wiele błogosławieństw. Oprócz wypędzania tych bardziej upierdliwych demonów, post w naturalny sposób zmusza nas do zachowywania zwiększonej uważności duchowej, zwolnienia, zatrzymania się dzięki czemu zaczynami na powrót lepiej słyszeć wolę Boga, a czasami możemy przekonać się, że usłyszeliśmy Go po raz pierwszy bo wcześniej jedynie wydawało nam się, że Go słyszymy. Innym bardzo budującym błogosławieństwem poszczenia jest to, że są pewne Boże Prawdy, poznanie Bożej głębi, którymi nasz Stwórca dzieli się tylko z poszczącymi. Okresowy post (każdego rodzaju, nie tylko od jedzenia, ale od wszystkiego co jest słabością naszej duszy) sprawia, że wchodzimy w obszar, w którym Bóg może obdarzyć nas i obdarza szczególną łaską poznawania siebie.

Na koniec jeszcze jedna myśl w kwestii uzdrawiania.
Niektórzy charyzmatycy myślą, że blokadą uzdrowień są ich blokady psychiczne, jakieś wewnętrzne obawy które można porównać do strachu przed wystąpieniami publicznymi i dlatego zaczynają pracować na swoją mentalną ( duszewną płaszczyzną). Taki duszewny kierunek można  zaobserwować np chociażby w podnoszeniu głosu podczas modlitwy uzdrowieńczej, co ma wzmocnić autorytet… tylko właśnie kogo autorytet w ten sposób starają się wzmocnić- bardziej swój czy Boga? Czy Ruah w świecie chorób i duchów demonicznych, (bo w tym obszarze trwa walka) potrzebuje takiej ludzkiej-fizycznej formy wzmacniania swojego  autorytetu?…

A czy uzdrawianie w imieniu Jezusa może być aktem grzechu?

Żeby odpowiedzieć na to należałoby poznać Biblijną definicję grzechu. Jest taka chociażby w 1 liście Jana 5:17 gdzie napisane jest, że każde bezprawie jest grzechem. No to teraz idąc dalej należałoby znaleźć Biblijną odpowiedź co stanowi prawo, żeby wiedzieć kiedy je przekraczamy grzesząc.  Podstawowym wyznacznikiem prawa Bożego jest nasze serce, tam mamy zapisane Prawo, a narzędziami pozwalającymi rozpoznać grzech jest oskarżające sumienie i usprawiedliwiające myśli.

Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem,ale czynem i prawdą! (1J3:18)
Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy  i uspokoimy przed Nim nasze serce.                                        A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko.
Umiłowani,  jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga,  i o co prosić będziemy, otrzymamy od Niego, ponieważ zachowujemy Jego przykazania i czynimy to, co się Jemu podoba. Przykazanie zaś Jego jest takie,  abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim; a to, że trwa On w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał.

Dzięki sercu możemy zauważyć w sobie grzech którego dopuszczamy się poprzez przekraczania lub zaniechania różnych aktywności czy to ciała czy umysłu.

DOJRZAŁA ŚWIADOMOŚĆ ŁASKI CHRYSTUSA

Poddałem pod rozważanie pewne własne doświadczenie, które obserwuję u  wielu innych osób, które również przyjęły zbawienie przez krzyż Jezusa.
Chodzi o fakt, że mając świadomość, tego, że Jezus oddał za mnie życie czuję się smutny z tego powodu. Pomimo ogromnej wdzięczności, zamiast radości, częściej żyję w poczuciu wyrzutów sumienia oraz poczuciu bycia niegodnym.
Czy ulegam jakiemuś ludzkiemu psychicznemu mechanizmowi?
Przecież Jezus nie chce mojego smutku tylko pełni radości w byciu wolnym. Przecież dlatego oddał swoje życie dla mnie.  O co kaman?….
Całe poniższe rozważanie wyniknęło po przeczytaniu chyba setny raz znanego mi fragmentu Biblii, kiedy to serce zostało poruszone aż do łez. Sięgając do tych samych fragmentów Pisma Świętego, Bóg  poza ukazywaniem uniwersalnej prawdy dotyczących wszystkich, cały czas potrafi odkryć każdemu z nas to, co najlepsze na dany czas tylko dla nas.

Rz 4.2-5.

Jeśli bowiem Abraham został usprawiedliwiony z uczynków, ma się czym chlubić, ale nie przed Bogiem. Cóż bowiem mówi Pismo? Abraham uwierzył Bogu i zostało mu to poczytane za sprawiedliwość. A temu, kto pracuje, zapłata nie jest uznana za łaskę, ale za należność. Temu zaś, kto nie pracuje, lecz wierzy w tego, który usprawiedliwia bezbożnego, jego wiara zostaje poczytana za sprawiedliwość.

Świadomość, że ja obecnie żyję tylko dlatego, że ktoś inny oddał za mnie życie odbiera mi radość cieszenia się z tego ofiarowanego życia, w tym przede wszystkim doczesnego.
Szukam jakiejś metafory dla tego co przeżywam…
Czuję się tak, jak ktoś, kto był w obozie koncentracyjnym, do którego trafił z przeznaczeniem na śmierć. Żeby jednak dostać się do miejsca stracenia, skazani byli transportowani tam pod strażą oprawców. Ja również, jako potomek Adama byłem w takim transporcie. I wtedy pojawił się ktoś z wolnych ludzi, kto mając świadomość, że prowadzą nas na śmierć, wszedł za mnie w szereg skazańców dzięki czemu ja mogłem odejść wolny. Teraz, choć wojna jeszcze trwa otrzymałem znamię „ułaskawiony przez ofiarę wolnego” dzięki czemu mogę żyć bez strachu, że okupant coś mi zrobi. Patrząc na obszar duchowy, takie są zasady prowadzenia tej  wojny.
Teraz jednak, choć mam znamię by móc w pełni żyć jak wolny człowiek, nie potrafię ponieważ czuję smutek świadomością, że ktoś inny umarł za mnie. Poczucie to jest tym silniejsze, że życie oddała osoba nie musząca tego robić. Osoba, która była wolna a mimo to zdecydowała się wybawić mnie z tego marszu skazańców i sama umrzeć jako całkowicie niewinna.
Jak znalazłem się w tym obozie zagłady? Dawno temu, ktoś z moich rodaków rozpoczął tę wojnę uwikławszy w nią wszystkie kolejne pokolenia.

Teraz więc tak często jestem smutny, ponieważ zatrzymałem się na tym, że Jezus umarł za mnie. Wypełnia mnie smutek, ponieważ mentalnie nadal trwam w umieraniu za mnie niewinnego. I choć teraz fizycznie jestem już daleko od tamtych wydarzeń, psychicznie akt ten jest w moim tu i teraz, a to nie pozwala cieszyć się z życia.

Zapomniałem o bardzo ważnym wydarzeniu, najważniejszym-zmieniającym wszystko, że przecież Jezus choć umarł, to zmartwychwstał i teraz żyje czekając na powrót. Pomimo, że wszedł za mnie w ten szereg straceńców nie został zgładzony. To znaczy fizycznie umarł ale tylko na chwilę, na trzy dni, a co musiało się wydarzyć by wszyscy, którzy odeszli przed Jezusem i są teraz w Szeolu tylko w stanie duchowym, również mogli poznać Prawdę. W swojej postawie, zapominam, że przecież obecnie Jezus żyje już w nowym ciele, które i my otrzymamy, i ma się dobrze.

Widząc smutnych chrześcijan, pomyślałem więc, że jeżeli ktoś już przyjął zbawienie przez dzieło krzyża ale nie potrafi cieszyć się z życia, może to oznaczać, że tak jak ja, nadal żyje przeszłością.  W swoim doświadczeniu chrześcijańskim i życiu codziennym bardziej skupia się na Jezusie umarłym-ukrzyżowanym, zamiast rozejrzeć się i poszukać Jezusa zmarwychwstałego- czyli żywego. On jest tutaj i przez Ducha Świętego pragnie mieć z nami bliską relację, pragnie być częścią naszego życia w codzienności.
Po nawróceniu bardzo cieszyłem się poczuciem, że mam osobistą relację z Jezusem, właśnie przez Ducha Świętego, ale potem skupiłem się i zatrzymałem tylko na świadomości krzyża przez co chyba straciłem tę piękną codzienną relację.
Radość osobistego doświadczenia zbawienia zamieniła się w doświadczenie smutnej wdzięczności. Mam świadomość wolności, wiem co się stało na krzyżu ale wpatrując się w martwego Jezusa, chyba skala tej ofiary przygnębiła mnie, podczas gdy żywy Duch Święty stoi za mną, dotyka w ramię pragnąć powiedzieć, hej, Jam jest, żyję- bądź ze mną, porozmawiajmy, poświęć mi swoją uwagę…
Teraz jest czas Łaski, czas by każdy z nas doświadczał obecności radosnego Ducha Świętego w codzienności a bliskość ta zawsze będzie wydawała piękne owoce.

„Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa*. (Ga 5:22)

Oczywiście krzyż jest kluczowy, bez krzyża nie ma wyrwania z tego pochodu straceńców, ale gdy już otrzyma się Ducha Świętego to przede wszystkim należy się skupić na osobistym Jego doświadczaniu. Przez krzyż się przechodzi i trzeba wracać do krzyża, ale w codzienności żyje się w obecności Ducha Łaski.

Ten wpis jest przede wszystkim dla mnie, bym przepełniony wdzięcznością za rozbudzenie we mnie świadomości chrześcijańskiej, po poznaniu dzieła krzyża i przejściu przez nie, teraz bardziej podążał za życiem zamiast wpatrywać się w śmierć. Pragnę w swojej codzienności Boga żywego, Jezusa Zmartwychwstałego.

Oczywiście są osoby, które na swoim obecnym poziomie wzrostu duchowego bardzo potrzebują by zatrzymać się na ofierze krzyża i pozostać tam tak długo, ile potrzeba by zrozumieć i przede wszystkim przeżyć w swoim sercu ofiarę Jezusa, dzięki czemu ziarenko świadomości zbawienia może zapaść bardzo głęboko nie tylko w naszą świadomość ale przede wszystkim w serce, by ugruntować nas, byśmy mogli później wydawać obfite owoce.
Ja od początku nawrócenia zatrzymałem się i pozostaję przy krzyżu przeżywając go cały czas, a jest to około trzech lat. I dopiero teraz zaczyna budzić się myśl, by pójść dalej i żyć nie tyle w byciu pod krzyżem tylko w doświadczaniu bliskości Boga przez bardzo żywego Ducha Świętego.
Nie mniej, powtórzę, że zrozumienie ofiary Jezusa oraz jej głębokie osobiste przeżycie jest nieodzowne by móc zostać wszczepionym w Chrystusa i potem żyć mając świadomość zbawienia z łaski. Przychodzi jednak czas, kiedy chrześcijańskie życie już nie odbywa się pod krzyżem związanym ze śmiercią tylko w osobistej bliskości z Jezusem zmartwychwstałym który jest życiem.
Głęboka świadomość usprawiedliwiania przez ofiarę Chrystusa pozwala z jednej strony odkryć w sobie jak ważni jesteśmy dla naszego Stwórcy, jak bardzo Mu na nas zależy, a z drugiej uniknąć wejścia w egocentryzm i pychę. W dojrzałym chrześcijaństwie radość bycia oczyszczonym przed obliczem Stwórcy, równoważy świadomość ceny jaka została za to zapłacona, dlatego w zależności od różnych okoliczności życiowych i wewnętrznych poruszeń, chrześcijańska uwaga przenoszona jest  pomiędzy świadomością krzyża a doświadczaniem radości wolnego życia.

PODRÓŻE REINKARNACJYJNE-CZYM NIE SĄ A CZYM SĄ?

Porozważajmy trochę zjawisko reinkarnacji…

Najpierw, dla potrzeb tego wyjaśnienia, ustalmy znaczenie pojęcia reinkarnacja i przyjmijmy za bardzo uogólniony punkt wyjścia, bez wchodzenia w szczegóły, treść z wikipedii:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Reinkarnacja
Czytając jednak tu oraz w innych miejscach wiki o biblijnym chrześcijaństwie, (którego założenia znam najlepiej) widzę, jak bardzo są wyrwane z kontekstu fragmenty z biblii i jak bardzo to zmienia przekaz. Nie traktujmy więc wikipedii jako źródła głębokiej wiedzy, a jedynie poglądowo dla poznania ogólnego zarysu.

Zamieszczę też link do osoby, która zajmuje się badaniem zjawiska tak rozumianej reinkarnacji: https://pl.wikipedia.org/wiki/Brian_Weiss   Można w necie znaleźć sporo z wywiadów z tym Panem i jednym z takich ciekawych jest jego rozmowa z Oprah https://www.youtube.com/watch?v=Xo5GrOUIF2s

Zanim zacznę rozważać jakiś temat, teorię, doktrynę itd mam w zwyczaju uprzednie zbadanie jakie są podstawy danej koncepcji by sprawdzić na ile to, co będę czytał jest wiarygodne. Aby to sprawdzić muszę umieć rozróżnić fakty od interpretacji faktów i w ramach takiego rozróżnienia potrzebuję jak najmocniejszych faktów, a nie ich interpretacji. ( Rozróżnienie faktów od interpretacji ważne jest tak samo podczas przyjmowaniu informacji z zewnątrz jak podczas racjonalizowania duchowych doświadczeń własnych) A więc jakie są faktologiczne podstawy reinkarnacji, które pozwolą nam uznać, że ta koncepcja jest prawdziwa?

Po pierwsze, dla mnie najmocniejszym faktem są osobiste doświadczenia osób, które poddane regresji hipnotycznej cofały się do miejsc, sytuacji z przeszłości oddalonej czasami o kilkadziesiąt lat, a czasami o wiele stuleci. Do widzenia  wydarzeń, osób, o których nigdy nie słyszeli, a które po zbadaniu danych historycznych dały się zweryfikować jako prawdziwie istniejące. Wiarygodności dodaje fakt, że były to wglądy w życie osób nieznanych publicznie, zwykłych ludzi, co zmniejszało możliwość usłyszenia gdzieś o nich przed procesem regresji oraz to, że w pewnym okresie swojej podróży ja również zajmowałem się  hipnoterapią więc wiem na czym polega proces regresji..
Jeżeli natomiast chodzi o zewnętrzne źródła poznania, to argument, że o reinkarnacji możemy przeczytać np w Wedach, starożytnych pismach hinduistycznych, dla mnie nie dodaje wiarygodności ponieważ źródłem tych pism i religii były także osobiste objawienia pojedynczego człowieka, czyli to samo źródło które widzimy współcześnie u regresowanych osób. Inna jest tylko osoba z objawieniem i inny jest tyko sposób w jaki dochodziło się do tych przeżyć- Budda poprzez praktykę medytacyjną a hindusi z bezpośredniego objawienia tej wiedzy pierwszemu guru (channeling?), który później przekazywał swoje poznanie ustnie przez setki lat kolejnym uczniom, aż nie został ten przekaz spisany.
Tak więc dla mnie najmocniejszym i jedynym argumentem, który mógłbym uznać za wiarygodną podstawę przyjęcia tej koncepcji są osobiste doświadczenia duchowych podróży do śladów żyć osób z przeszłości. Swoją drogą pojawiło mi się pytanie, czy znalazłyby się dwie współcześnie żyjące osoby ( w tym samym czasie), które na skutek regresji hipnotycznej przeniosły się w życie którego cechy wskazywałyby, że było to życie jednej i tej samej osoby. Jeżeli tak, to należałoby całkowicie odrzucić te podróże jako cofanie się do swoich poprzednich wcieleń ponieważ oznaczałoby, że jedno wcielenie z przeszłości obecnie jest zreinkarnowane w dwóch różnych osobach, co raczej przeczyłoby zasadom reinkarnacji. Jednak, pomimo, że wydaje się to bardzo prawdopodobne, to nie wiem, nie przeprowadziłem takiego badania. Jeżeli natomiast ktoś spotkał się z takim przypadkiem, to będę wdzięczny za informację.
Mamy więc wyjaśnione czym jest reinkarnacja i jakie, tak rozumiana teoria, ma podstawy wiarygodności. Nadmienię, że jakiś czas temu również przyjąłem je za prawdziwe.

Teraz przejdźmy do spojrzenia na tę teorię z nieco innej perspektywy.

Gdy spotkałem Jezusa i zacząłem zgłębiać Biblię pojawił się zgrzyt poznawczy gdyż to, co czytałem w Biblii podważało tak rozumianą reinkarnację. Uznając Biblię (po uprzednim zbadaniu argumentów potwierdzających jej wiarygodność) za wiarygodną, nie mogłem przyjąć, że to, co ludzie i wikipedia nazywaja reinkarnacją jest prawdą. Choć na początku starałem się jakoś upchać tę koncepcję w moją wiarę chrześcijańską i połączyć z możliwością przyjęcia zbawienia przez Jezusa to jednak im bardziej wnikałem w temat, tym bardziej te dwie koncepcje oddalały się od siebie. Jednym z twierdzeń, które tak przyciąga ludzi do Hinduizmu, Buddyzm, innych nurtów Panteistycznych, jest bardzo wygodna dla ludzkiego umysłu teoria, która nie neguje żadnej innej myśli duchowego poznania, podczas gdy treść Biblii nie daje takiego luziku wskazując jednoznacznie na jedynego prawdziwego Boga i zbawiciela Jezusa, jako Bramę przez którą należy przejść na drodze Prawdy. Jako badacze życia musimy jednak odpowiedzieć sobie czy zależy nam na prawdzie, czy naszej poznawczej wygodzie.

Treść myśli panteistycznych dopuszcza każdą duchową teorię jako Prawdę, podczas gdy treść Biblii wyraźnie stwierdza, że jest jedna duchowa prawda na temat życia i śmierci i stwierdza wyraźnie, że nie ma wielokrotnego ciągu narodzin i umierania. Jest jedno życie a potem śmierć ciała i przejście świadomości w stan snu by za jakiś czas zostać powołanym na pierwsze lub drugie wskrzeszenie z martwych do nowego ciała.
Nie mając jeszcze osobistego wglądu w obszarze zrozumienia reinkarnacji ale mając doświadczenie miłości Jezusa oraz polegając na zbadanych faktach dotyczących wiarygodności źródeł tych obu koncepcji, wobec znacznie większej liczby faktów potwierdzających wiarygodność Biblii, pozostałem wierny zbawieniu przez Jezusa, a więc myśli Biblijnej. Jednocześnie, nie potrafiąc jeszcze wyjaśnić jak jest to możliwe, by ludzie mieli wgląd w swe przeszłe życia prosiłem Boga o jakieś zrozumienie.
Gdy Boga prosimy, On nam odpowiada. Tym razem odpowiedź, która się pojawiła związana była z duchowością świecką, w której wzrastałem bezpośrednio przed nawróceniem na drogę chrześcijańską. Przecudowna niechrześcijańska duchowość oparta na osobistych doświadczeniach koherencji serca, miłości uniwersalnej, przestrzeni serca… Delikatność, wrażliwość, zanurzenie w energii wszechświata, którą się odczuwa całym sercem, ciałem, która jeżeli tylko pozwolimy i będziemy podążać za nią, to poprowadzi nas w przepiękne dla nas miejsca…
W ramach właśnie takiej duchowości nie związanej z żadną religią, tylko opierającą się na własnych doświadczeniach miłości, jest takie pojęcia jak pole świadomości zbiorowej. W założeniu tego panteistycznego światopoglądu duchowego wszyscy jesteśmy połączeni w tym polu, czasami twierdzi się, że wszyscy jesteśmy tą samą energią, jednym i tym samym przejawem świadomości, niektórzy idą jeszcze dalej uważając że wszyscy jesteśmy Bogiem, bogami, boginiami…
Zanim przedstawię czym wobec tego jest zjawisko doświadczania przejawów życia z czasów poprzedzających własne narodziny, muszę przedstawić jak Biblia widzi człowieka i co się z nami dzieje po śmierci.
A więc człowiek składa się z ciała fizycznego, z części duszewnej (emocje, myśli) oraz z od samego początku, w pełni dojrzałego ducha. Te wszystkie części są narzędziami które służą samoświadomości czyli  mnie duchowemu.  O ile nasze ciała i części duszewne są wyraźnie indywidualne i pooddzielane, to za sprawą ducha łączymy się w jednej przestrzeni zbiorowej świadomości, do której trafiają wszystkie nasze uczynki, każde wypowiedziane słowo i niewypowiedziana myśl. Biblia wskazuje, że gdy umieramy następuje oddzielenie ducha życia, który wraca do Boga, od ciała fizycznego, które zamienia się w proch oraz części duszewnej w której znajduje się nasza samoświadomość, a która przechodzi w stan snu i czeka na wskrzeszenie z martwych w nowym ciele.
Biblia wskazuje, że wszyscy zmartwychwstaną i zostaną rozliczani z życia, które przeżyli. Jest więc duchowa przestrzeń, w której muszą znajdować się wszystkie uczynki, myśli, każdej z żyjących kiedykolwiek osób, a które nie znikają wraz ze śmiercią ciała tylko  czekają na ponowne połączenie samoświadomości  z nowym ciałem i spotkanie ze swoim stwórcą- Bogiem. Biblia nazywa to miejsce księgą życia i śmierci a wg mnie praktycznie mogą one znajdować się właśnie w tej przestrzeni, którą duchowość niechrześcijańska nazywa Polem świadomości zbiorowej, a w której jest zapisane życie każdego z nas i to nie tylko tego pokolenia, ale każdego człowieka, jaki się narodził. Dlatego możliwe są takie zjawiska jak telepatia i stąd też wyrosła koncepcja reinkarnacji, która w rzeczywistości nie jest podróżą we własne, poprzednie życia, tylko podróżą naszej świadomości po wszechpokoleniowym polu świadomości zbiorowej i doświadczaniem zapisanych w tym polu myśli oraz przeżyć innych ludzi. Wejścia, wtopienie się w tę przestrzeń świadomości zbiorowej mylnie rozumiana jest jako reinkarnacja. I tu w poznaniu jaka jest PRAWDA znaczenie  ma rozróżnienie pomiędzy tym co jest faktem osobistych wewnętrznych doświadczeń podróży duchowych, a co jedynie interpretacją pewnych doświadczeń. Ponieważ Bóg przez Pismo święte przestrzega przed wchodzeniem w tę przestrzeń np poprzez jakieś seanse spirytystyczne, czy podróże poza ciało, nie robi tego bez powodu, tylko dla naszego dobra. Przysłuchując się świadectwom osób, które uczestniczyły w takich podróżach ale  jednak odwróciły się z tej drogi i przyjęły Jezusa, domyślam się, że przyczyną Bożego ostrzeżenia może być fakt, iż gdzieś na połączeniu tej zbiorowej duchowej przestrzeni z naszą świadomością może być jakaś brama, którą wykorzystują istoty (energie) demoniczne i przez którą mogą oddziaływać na nas.
Podsumowując…
Starałem się rzucić myśl na reinkarnację z nieco innej, Biblijnej perspektywy, która mam nadzieję, że pozwoli poszerzyć rozumienie tego zjawiska. Dzięki temu, że nie neguję doświadczeń osób podróżujących w to pole świadomości zbiorowej, akceptując opinię, że coś takiego istnieje i konfrontując te doświadczenia z ponadczasowym przekazem Pisma Świętego, potrafię używając języka bardziej współczesnego wyjaśnić czym na tle treści Biblijnych są te  ludzkie doświadczenia i jakie mogą wypływać niebezpieczeństwa ze świadomym wchodzeniem w tę przestrzeń.
Jeżeli dla kogoś ma to choć cień sensowności, to warto też uświadomić sobie, że wg Pisma zapis życia każdej osoby (lub używając zamiennego pojęcia- każdej samoświadomości), która zostanie wskrzeszona w nowym ciele dopiero w ramach drugiego zmartwychwstania, będą jawne dla wszystkich innych osób i będą to nie tylko uczynki ale także każda myśl z najgłębszego zakamarka serca i umysłu. W dniu sądu okaże się wobec wszystkich czy usta tych, co teraz deklarują swoją boskość, niewinność, doskonałość rzeczywiście są tak wolne od tego, co podpowiada sumienie. Jeżeli jest w kimś poczucie posiadania jakiejś części, która nie jest czystą miłością, to wobec naszego Stwórcy nie jesteśmy wolni od skazy i nie ma innej drogi do oczyszczenia i wolności niż przyjęcie wspaniałej ofiary Jezusa Chrystusa.

Inaczej wygląda sytuacja osób dostępujących pierwszego zmartwychwstania, czyli tych, którzy już przyjęli w swoich sercach zbawienie przez krzyż Jezusa. Niewinna krew  sprawia, że przed obliczem Ojca wymazuje w nas wszystko, co nie jest miłością dzięki czemu nasze grzechy i martwe uczynki już nie zostaną wspomniane, a co pozwoli na ponowne bezpośrednie połączenie się z Bogiem, z którym może połączyć się tylko to, co jest czystą miłością. Dlatego pierwszą reakcją naszego serca wobec poznania prawdziwej Bożej miłości której ludzkim wcieleniem jest Jezus, jest skrucha, głębokie poczucie żalu po odkryciu ile jest w człowieku grzesznych części wymagających oczyszczenia. Dzięki jednak Chrystusowi odpowiedzią Boga na taką szczerą skruchę jest łaska poczucia Bożego miłosierdzia, przebaczenia i rozpoczęcie nowego życia przepełnionego najgłębszą wdzięcznością. Dlatego chwalę i wywyższam Boga trójosobowego doceniając każdą z Jego osobowych postaci- Ojca i Syna i Ducha Świętego,  Amen.

P.S

W dzisiejszych czasach nie jest problemem zdobycie informacji ale jej natłok. Szczególnie więc ważne, wręcz kluczowe dla poznania prawd wszelkiego rodzaju jest umiejętność rozróżniania faktów od opinii. Myślę, że 90% informacji na podstawie których budujemy swoje światopoglądy, przekonania to opinie, które tylko przybierają pozór faktów. Dla przykładu powyższe wnioski na temat zjawiska nazywanego reinkarnacją, napisałem jakby były faktami- zdania ogólne i twierdzące, jednak pomimo takiej formy to również są jedynie moją opinią zbudowaną na podstawie jakiś faktów i doświadczeń, ale same wnioski nie są faktem. Zawsze należy więc zadawać sobie pytanie, czy to co czytam lub co myślę, że doświadczam to fakty, czy tylko opinie, a jeżeli opinie, to na podstawie jakich faktów powstały. Warto oddzielić z całej informacji fakty od opinii, żeby przypadkiem nie odrzucić wszystkiego i nie wylać dziecka z kąpielą.

KOMU BÓG OBJAWIA SWOJEGO SYNA?

 

Komu Bóg objawia swojego Syna?

Dz.Ap.Rozdział 10 Przykład rzymskiego poganina Korneliusza.

Są osoby, które wierzą, że jest jakaś Siła, Moc, Duch, Energia, która stworzyła nas i świat w którym żyjemy, oraz czują jak oddziaływuje w nas, na nas i w tej przestrzeni. Wielokrotnie rozważałem i prosiłem Boga, by pozwolił mi zrozumieć jak to się dzieje, że jedne osoby otrzymują łaskę poznania zbawiciela w Jezusie, a inne mimo usłyszenia Dobrej Nowiny, mają pozamykane serca. Odpowiedź przyszła gdy po raz wtóry czytałem historię o Korneliuszu z Cezarei.
Korneliusz nie znając jeszcze Jezusa także zdawał sobie sprawę, że jest jakiś Stwórca oraz, że jest potężny (w sumie wszechmogący) więc jak mówi pismo bał się i modlił do niego. Ponadto czynił dobre uczynki wobec innych ludzi tak, że jego jałmużny dotarły przed Boga jako przypomnienie.

„Pobożny i bojący się Boga wraz z całym swoim domem. Dawał on wielkie jałmużny ludowi i zawsze modlił się do Boga” Dz.Ap 10.2 ( Przypominam, to był poganin nie znający jeszcze Jezusa.)

Wiara w Boga i zwracanie się do Boga, zdrowa bojaźń wobec Bożej Potęgi sprawiła, że jego serce było pokorne, a uczynki pełne miłości, miłosierdzia wobec innych ludzi. To sprawiło, że bez głoszenia mu Ewangelii otrzymał łaskę poznania Jezusa Chrystusa i przyjął Go z radością do swojego serca, wraz z całym swoim domem.
Odnosząc się teraz do doświadczenia własnego nawrócenia i poznania Pana, mogę napisać, że to co miałem wspólnego z Korneliuszem to wiara, że jest jakiś stwórca-Bóg, również często zwracałem się do Boga, ponadto również miałem świadomość Bożej potęgi, co powodowało, że byłem przed nim pokorny. Może więc dzięki temu, choć nie byłem takim dobroczyńcą jak Korneliusz, bo nie dawałem jałmużny, a zamiast dobrych uczynków w moim życiu było całkiem sporo tych złych (Często jednak bojaźń przed Bogiem po uświadomieniu sobie złego uczynku doprowadzała mnie do żalu i skruchy.) ja również otrzymałem łaskę rozpoznania Zbawiciela w Jezusie.

Czytając historię Korneliusza i analizując własne doświadczenia chyba rozumiem dlaczego tyle duchowych osób z duchowości niechrześcijańskiej polegających na przestrzeni serca, miłości uniwersalnej odrzucają zbawienie przez Jezusa. Nie dostrzegając, że Bóg jest również osobą, nie mają w sobie pokory przed Nim- Stwórcą Wszechmogącym. Przyjmując, że wszystko jest energią, wielu z nich uważa siebie za bogów, boginie, za chrystusów i to gubi…  Mimo wzniosłości mowy takich osób o miłości, nie ma tam pokornego serca, szczególnie wobec Boga, tylko ukryty, bardzo silny egocentryzm. Będąc samemu na tej drodze nie dostrzegałem, że także mam wgrywany program co jednak dostrzegłem dopiero, gdy odwróciłem się od tego kierunku. Niestety na tle tego, co oferuje świat są to na pierwszy rzut oka piękne programy pełne wzniosłych uczuć i doświadczeń duchowych a także fizycznych co sprawia, że jak się już je przyjmie to bardzo trudno jest je puścić, tak jakby człowiek wszedł w jakiś lukrowany wirtualny świat. Myślę, że przed całkowitym przyjęciem tych lukrowanych programów przestrzeni serca uratowała mnie chyba tylko świadomość wielu własnych niedoskonałości, która budziła mnie co jakiś czas, a co nie pozwalało utożsamiać się z Bogiem i zachęcało, by zachowywać pokorę wobec Boga prawdziwego, którego choć nie znałem jeszcze po imieniu, to którego czułem obecność.
Czy więc to, co czują te osoby nie jest Prawdą? Ależ oczywiście, że jest i życzyłbym, by wszyscy chrześcijanie byli tak wrażliwi duchowo jak osoby płynące z duchem przestrzeni serca. Właśnie ze względu na tę wrażliwość, mało wrażliwe współczesne chrześcijaństwo nie jest dla nich atrakcyjne (Począwszy od traktowania przyrody, zjadania zwierząt do traktowania siebie na wzajem).  Myślę, że moglibyśmy tej wrażliwości uczyć się od osób niewierzących, a skoro Mojżesz z otwartością przyjął rady swojego teścia który także był poganinem, to tym bardziej współcześni chrześcijanie mogą i powinni uczyć się od osób nie znających jeszcze osobiście Jezusa, nie tracąc przy tym swojej bliskiej relacji z naszym Panem i Zbawicielem. Chodzi tylko o to, że na prawdziwe odczuwane uczucia serca, doświadczenia niewierzących, został nałożony na ich umysły program pt miłość uniwersalna, podczas gdy prawdą jest łaska Ducha Świętego. Ktoś powie, a co to za różnica? Ogromna, ponieważ miłość uniwersalna odsuwa od poznania Prawdy, że doświadczenie ducha w sercu jest tylko i wyłącznie dzięki śmierci na krzyżu Jezusa gdyż dopiero jego śmierć pozwoliła by na świat i w nasze serca został wylany On- Duch Święty. A odrzucenie tej prawdy skutkuje odrzuceniem zbawienia. Tak więc mamy bardzo dużo ludzi, którzy prawdziwie czując, błędnie to interpretują a przez to mają zamknięte umysły na Jezusa, a co powoduje, że mogą nie zostać zbawieni i nie będą mogli uczestniczyć w pierwszym wskrzeszeniu z martwych. Być może podczas drugiego wskrzeszenia i sądu uczynkowego przed obliczem Boga nie zostaną wymazani, ale na pewno tracą 1000 lat pięknego życia w przyszłym królestwie Chrystusa a także możliwość życia w pewności zbawienia oraz doświadczania Bożej łaski już teraz.
Mam więc prośbę.
Będąc kiedyś samemu na tej panteistycznej drodze wiem, jak trudno samodzielnie zmienić przekonania, a ponieważ osoby, moi znajomi, którzy cały czas trwają w tamtym programie są szczególnie mi bliskie proszę o modlitwę w ich intencji. Są to wspaniali ludzie o pięknych sercach, tylko z wielu względów zostali wprowadzeni w fałszywe przekonania.
Jak do tego mogło dojść? Patrząc na siebie, mogę domniemać, że niestety dużo złego wniosły i wnoszą przykłady jakie dają osoby głoszące Jezusa ustami ale nie mające go w sercach co sprawia, że takie słowa wiary są martwe i mam tu na myśli szczególnie wszelkie chrześcijańskie struktury religijne z katolicką na czele. Zachowanie zarówno nauczycieli jak i większości tylko religijnie wiernych odpychają, wręcz odrzucają wrażliwych ludzi ze świata świeckiego. A że w świadomości bardzo wielu niewierzących Polaków Jezus= katolicyzm, to połączenie sprawia, że wraz z religijną kąpielą zostaje odrzucone, wylane także dziecko, którym jest nasz Zbawiciel…

Na poziomie ciała oraz myśli nikt z nas nie jest doskonały, wszyscy popełniamy uczynki, których nie chcemy lub nie podążamy za tym, do czego jesteśmy powoływani, mamy myśli, których wstydzimy się… Tylko Bóg jest święty, a tylko to co święte jest w stanie trwać w bezpośredniej Bożej obecności. Wszyscy więc potrzebowaliśmy usprawiedliwienia przed Bogiem z tej naszej „ciemnej” części. Dlatego tak, jak przez jednego człowieka, naszego ludzkiego pra ojca, który odwrócił się od Boga człowiek utracił naturalną świętość i cały czas, pokoleniowo ponosimy tego konsekwencje, tak przez jednego- Jezusa, z woli Boga wszystkim, którzy tylko to przyjmą, świętość zostaje przywrócona. Jezus, bez grzechu został skazany przez ludzi  jako grzesznik byśmy my, grzeszni przez Adama, mogli, gdy przyjdzie czas wrócić i zamieszkać w bezpośredniej jedności z naszym duchowym Stwórcą i Jezusem. Mamy w sobie tę grzeszną część, więc żebyśmy po zrzuceniu ciała i oderwaniu naszej osobowej samoświadomości od duszy,  mogli wrócić i zamieszkać w zjednoczeniu z Bogiem, wszyscy potrzebujemy usprawiedliwienia. Ofiara Jezusa sprawia, że nasza ciemna strona zostaje przykryta jego miłością ofiarowaną na krzyżu. Jedynym zbawieniem jest Jezus, i choć jest On Bożym darem dla wszystkich ludzi, nie wszyscy przyjmują ten dar. Módlmy się więc do Boga o tych, co odrzucają zbawienie, by ich serca stały się wrażliwe na tę najpiękniejszą miłość jaką obdarzył i obdarza nas Jezus Chrystus, oraz o siebie na wzajem by świadectwo naszego codziennego życia- tych, co przyjęli już tę łaskę, było żywe…

POST-RUCH-BÓG czyli życie obok wirusa.

Prawidłowa kolejność to oczywiście Bóg-ruch-post i jest to moja odpowiedź wobec tego co dzieje się obecnie w związku z pandemią koronowirusa. Mój fundament na którym buduję spokój, dystans, oparcie wobec każdego wirusa.

BÓG-Podstawa podstaw. Fundamentem jednak nie jest pewność, że Bóg uchroni mnie przed chorobą, że nie zachoruję ale pewność życia mimo śmierci ciała. To dzięki Jezusowi, jego ofierze za nas i moim przyjęciu łaski zbawienia mam świadomość życia więc  świadomość tego, że prędzej czy później umrę nie paraliżuje, choroba nie wzbudza niekontrolowanych emocji. Obserwuję więc to, co się dzieje z wielkim dystansem i akceptacją wobec tego co może się wydarzyć. Obojętnie czy będę zdrowy, czy zachoruję, czy umrę, dzięki  Jezusowi jestem wolny i gotowy by odejść w każdej chwili,  jeżeli taka będzie wola Boga.  Paweł apostoł w liście do Filipian podzielił się tym, jak umacnia go życie w bliskości i posłuszeństwie Bogu:

Fil. 4:11-13 „…ja bowiem nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem. Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. 

Poza powyższym oparciem w Bogu  czuję powołanie, by także na sposób ludzki dbać  tak jak potrafię o ciało mając nadzieję, że jest to również podążanie za Bożym prowadzeniem. Przypuszczam jednak, że chęć bycia zdrowym w przypadku tych  poniższych ludzkich aktywności jest jedynie Bożym sposobem na wzbudzenie inspiracji do podejmowania wysiłku. Prawdziwym natomiast celem i skarbem jest kształcenie charakteru, tak by nauczyć się panować nad zachciankami ciała, by za jakiś czas było posłuszne przy wykonywaniu zupełnie innych zadań dla Pana. Dlatego dwa pozostałe filary na których buduję w sposób ludzki zdrowie to:

RUCH- systematyczny, całego ciała, dość intensywny- przyspiesza wymianę płynów i natlenowanie całego organizmu, przyspiesza tętno, zwiększa ciśnienie krwi, udrażnia i ułatwia krążenie limfy co pozwala szybciej, efektywniej usuwać to, co nie jest korzystne dla naszego ciała, a w jakiś sposób się tam znalazło.

POST- najlepiej całkowita rezygnacja z całego śmieciowego „jedzenia” tu zaliczam też mięso i nabiał, przede wszystkim pochodzące z przemysłowej produkcji. Zamiast nich, jak najwięcej surowych, nieprzetworzonych owoców, warzyw i orzechów. Dobrze, jeżeli w tym czasie odżywianie opiera się na Diecie IF (Intermitten Fasting) – okresowy post. Czyli odżywiania w wyznaczonym oknie czasowym, tak by pomiędzy ostatnim posiłkiem poprzedzającego dnia i pierwszym kolejnego, było minimum 16 godzin bez jedzenia. Organizm systematycznie nieobciążany koniecznością trawienia, może na bieżąco zająć się oczyszczaniem, naprawianiem. Nie wydaje mi się natomiast by w czasie podwyższonego ryzyka wskazane były wszelkiego rodzaju ekstremalne posty, gdyż nakładałoby się to co wymaga usunięcia na bieżąco, ze złogami które są uwalniane podczas intensywnych postów, a co często dodatkowo powoduje przejściowe osłabienia i nie rzadko wyraźne reakcje ze strony układu odpornościowego. Podobnie gdy organizm już jest wyraźnie osłabiony jakąś chorobą, nie podjąłbym się intensywnego postu. Oczywiście dbanie o jakość odżywiania i umiarkowanie ilościowe zawsze wspiera, dlatego chcąc wrócić do zdrowia najpierw na tym bym się skupił w połączeniu ze stosowaniem dostępnych terapii, także konwencjonalnych jeżeli wymagałaby tego sytuacja. Bo nie chodzi o to jakie metody stosujesz ale jakie towarzyszą Ci uczucia, emocje. Czy masz w sercu pokój.

Czy takie podejście działa? Do tej pory działało- Odkąd zacząłem pościć i dbać o odżywianie, czyli od paru lat ani razu nie zachorowałem na jakąkolwiek chorobę wirusową typu grypa. A odkąd przyjąłem Jezusa, żadna sytuacja nie zmąciła poważnie mojego wewnętrznego spokoju ducha, wewnętrznej radości, wdzięczności i akceptacji.

Z punktu widzenia osoby biblijnie wierzącej patrzę na czas pandemii i innych „kataklizmów” jak na dobry czas dla chrześcijan ponieważ daje możliwość  świadczenia na tle spanikowanego świata nie tylko słowem ale przede wszystkim uczynkami do czego zachęca nas Jezus. Myślę, że jest to czas weryfikacji tego jak blisko jestem Boga, czy rzeczywiście oddałem Jezusowi swoje życie i  codzienność? Czy w obliczu zagrożenia schowam się jak ludzie niewierzący, bojący się śmierci w domu? A może w arogancji egocentryzmu i pewności, że ja nie zachoruję,  nie patrząc na innych będę chodził gdzie mi się podoba łamiąc ustalane zalecenia?  Czy raczej będąc wolnym od strachu przed chorobą i śmiercią będę wychodził ale tylko po to by pomagać chorym, najbardziej potrzebującym, tym, co nie mając wiary, boją się, panikują… Czy rozpoznam do czego powołuje mnie Bóg w tym czasie i tam pójdę? Myślę, że taki czas jak obecnie dla chrześcijan to jest czas przesiewu ziaren od plew. Czas rozpoznania przed samym sobą, w świecie i przez świat tych co wierzą i żyją wiarą, od tych co tylko mówią,  że wierzą… Nie wiem co się wydarzy i kogo w sobie odnajdę…

KONIEC SEZONU PIERWSZEGO-TEST DYSTANSU NA SEZON DRUGI 2020.

TEST POSZCZEGÓLNYCH KONKURENCJI ¼ IM- DYSTANSU PRZEWIDZIANEGO NA 2020r: 

I. PŁYWANIE 10 km .VIII. 19 r.

Podsumowaniu pływania poświęciłem cały poprzedni wpis. Mimo wielu wielu technicznych niedociągnięć i tak jest to najprzyjemniejsza i jedyna dyscyplina z ironmanowej trójki, którą mogę obecnie systematycznie ćwiczyć. Być może dlatego jestem w stanie już teraz pokonać pływacki dystans dla pełnego IM, choć pozostałe dwie dyscypliny są na etapie umieralności na dystansie 1/4. 🙂

II. ROWER 50km  13.X.19r.

PRZED: Skoro nie poszło spędzenie ani jednego dnia na poście suchym wracam do treningów.  ( Cały czas interesuje mnie zwiększanie długości pokonywanych dystansów ale przy coraz większym ograniczaniu odżywiania i picia jelitowego, tak by pełnego IM pokonać bez wspomagania jedzeniem i piciem. Cały czas pracuję więc nad pogodzeniem lżejszego, coraz rzadszego odżywiania z coraz większymi wysiłkami.). Jaki więc dzisiaj trening? Bieganie odpada przez ból podeszwy, na basen jestem umówiony wieczorem z synami więc idealna okazja by po raz pierwszy sprawdzić w jakim punkcie wyjścia jestem jeżeli chodzi o etap kolarski ¼, czyli 50km. Tym bardziej, że pogoda piękna- słoneczna złota polska jesień, także rower w końcu prawie sprawny stoi w domu więc z wielką ochotą ruszyłem wybierając trasę z domu do Trzcianki i z powrotem. Wystartowałem też stoper w komórce na aplikacji Endomondo ale w połowie okazało się, że wyłączył się telefon-staruszek, co mu się często zdarza. Na szczęście prawie połowa zdążyła się zapisać więc jest jakiś pogląd. Start godz 14:40, powrót godz 16:40, pokonany dystans wg mapy endomondo 45km. O 17:30 byłem już z synami na basenie.

JAZDA:  Wróciłem, I to jest najważniejsze, ale było kiepsko. Od połowy chwilami rozważałem by zadzwonić po kogoś z samochodem by mnie zebrał z trasy. To jednak nie był dobry pomysł, tak na pierwszy raz 50km, bez żadnego przygotowania i nawet rozgrzewki. A co tam, zacznę pomału i rozgrzeję się po drodze-myślałem w swojej bezmyślności. A więc po kolei.
Pierwsze objawy zaczęły się już ok. 5 kilometra i był to kłujący ból lewego kolana z przodu, od spodu i po zewnętrznej stronie.  Ale żeby już 5 kilometrze!? Co jest grane?- pomyślałem zwiększając kadencję żeby jak najmniej obciążać to kolano, Już wtedy pojawiały się pierwsze myśli by zawrócić, jednak  jechałem dalej- tylko delikatniej. Kolano puszczało ale po chwili ból wracał i tak już na zmianę do końca. Co ciekawe, chyba nie nasilał się wraz z kolejnymi kilometrami.

Do tego bólu, około 15 kilometra zacząłem bardzo mocno czuć kości spojenia łonowego na których opierał się ciężar ciała. Byłem jednak już tak blisko nawrotki, że stwierdziłem, że dam radę i pedałowałem dalej w stronę połowy dystansu. Niestety po paru kolejnych kilometrach ból wzrósł do takiego poziomu, że stwierdziłem, że jednak nie dam rady. W tym jednak momencie było już za późno gdyż byłem za połową drogi, więc i tak wracałem. Teraz zastanawiałem się tylko jak wrócić, by jak najmniej pogłębić urazy. Zacząłem od pierwszej i jedynej przerwy.

Zatrzymując się pojawił się kolejny “problem”- wyprostowanie się i zejście z roweru gdyż plecy odmówiły posłuszeństwa i nie chciały się wypionować, przynajmniej nie od razu. W końcu udało się. Pięć minut postoju i powrót z myślą tylko by dojechać z powrotem tak, by sobie nie zaszkodzić. Pod koniec doszło jeszcze cierpnięcie karku i to chyba był komplet dolegliwości.  Udało się wrócić i jeszcze tylko po zejściu z roweru na podwórku złożyłem się jak harmonijka z papieru. Kolana po prostu ugięły się pod ciężarem ciała, kręgosłup nie musiał, bo był cały czas zgięty, zabolała stopa z urazem i osunąłem się na kolana. Dziwne uczucie braku czucia tego, co robi twoje ciało. Na szczęście to był tylko pierwszy kontakt z ziemią i właściwie zaraz się podniosłem z pełną sprawnością, jakby nigdy nic poza bólem kolana. Gdyby nie ten ból mógłbym spokojnie dalej jechać ponieważ zmęczenia mięśni jakiegoś dużego nie czułem.

PO WYSIŁKU: Szklanka wody, szybki prysznic obiad w postaci 0,7l szejka owocowego I wypad na basen. Choć był czas fanu z dziećmi, to nie wytrzymałem i przepłynąłem sobie parę długości w szybkim tempie kraula. Większość jednak to był fajny czas wygłupów z chłopakami.

WNIOSKI: Ewidentnie na teraz nie jestem przygotowany do dystansu 1/4IM i cieszę się, że rok temu na swój pierwszy start nie zapisałem się, jak chciałem w pierwszej wersji, na ¼ bo bym poległ chyba jeszcze przed skończeniem etapu rowerowego albo skończył ale z trwałym uszczerbkiem dla zdrowia. Ufff. Po dzisiejszym wysiłku najbardziej niepokoi mnie ból kolana bo nie wiem co jest przyczyną I to, że pojawił się tak szybko. Pozostałe do wykorzystania zabiegi fizjo będą więc pod kątem eliminacji tego bólu, a kręgosłup niestety znów musi zejść na drugi plan. Pomimo, że jechałem w adidasach, nie sądzę, żeby miało to wpływ na zwiększenie nasilenia tego bólu, a co najwyżej na wydajność i komfort pedałowania. Wymiana pedałów na zatrzaskowe oraz buty rowerowe traktuję więc jako drugoplanową inwestycję. Pozostałe elementy wiem jak usprawnić więc mnie nie niepokoją. Tyłek- to wymiana siedzonka bo to ma ładnych parę lat, jak nie parenaście, oraz nie jest wyprofilowane pod męską anatomię. Kolarskie gacie z wkładką żelową też powinny pomóc w sprawie tego bólu. Ból karku- to kwestia przyzwyczajenia i wytrenowania. Kręgosłup lędźwiowy skoro dał radę tak bez przygotowania, to jak poćwiczę i jeszcze bardziej rozciągną tylny pas mięśniowy, myślę, że będzie ok. Tylko te kolana. Przydałby się trenażer by systematycznie i stopniowo, pomału się przystosowywać. Póki co mam jednak ważniejsze wydatki jak chociażby wspólne wakacje I ferie z dziećmi, więc nie wchodzi w rachubę. Mimo bólu cieszę się, że zrobiłem ten test, ponieważ po raz pierwszy wiem na czym stoję jeżeli chodzi o dystans 1/4.   Mając póki co dwie dyscypliny z trzech wycięte, okoliczności same wskazują na czym mam się skupić-pływanie, co też robię i w ramach czego w połowie listopada jadę na warsztaty z kraula. Tak więc póki bóle nie miną przynajmniej w codziennym funkcjonowaniu, cały czas basen, basen, basen… Działam więc dalej bezplanowo, albo nawet jeżeli w ramach jakiegoś planu to cały czas gotowy na zmianę tego planu dostosowując go do wskazówek I możliwości ciała, tego fizycznego ale także emocjonalno-duchowego. Cały czas staram się jednak świadomie oddziaływać, kształtować oba te obszary wyrażania siebie.

PO DWÓCH DNIACH chyba doszedł do mnie ogrom pracy jaki jeszcze mam przed sobą. Oszacowałem, też ile pieniędzy musiałbym jeszcze włożyć by zrealizować cel pełnego IM i pierwszy raz poczułem tak silne zniechęcenie, rezygnację. Myśli po co mi to? Czy dam radę? I uczucie, że nie dam. Oglądam filmiki na YT i widzę mistrzów a potem przepaść jaka dzieli mnie od nich. Nie chce mi się, oraz nie chcę wydawać kolejnych pieniędzy na realizację tego celu kosztem jakiś fajnych wakacji z dziećmi. Jeżeli taki miałby być koszt, to nie byłaby dobra i właściwa inwestycja więc czy to oznacza rezygnację?

Myśl „Nie chce mi się”
Na szczęście jak tylko pojawia się myśl „nie chce mi się”, to zapala się także lampka ostrzegawcza by przyjrzeć się tym myślom. Kiedyś usłyszałem, że to właśnie myśl “nie chce mi się” wskazuje (lub bardziej potwierdza)  kierunek, w którym właśnie powinniśmy pójść. Myśl “nie chce mi się” to myśl słabości ludzkiej lub czasami podszept złego ducha by odciągnąć nas, przykryć często poprzedzającą myśl Bożej inspiracji zrobienia czegoś (lub nie zrobienia), powiedzenia (lub zamilknięcia)… Bóg inspiruje nas, zachęca do zrobienia czegoś, co gdy wypełnimy to sprawi, że przybliżymy się do Niego, a Szatan jak tylko szybko może przykrywa tę inspirację przykrywa swoją myślą “nie chce mi się”, którą rozpoznajemy jako własną. Dlatego dzisiaj czując w sobie to zniechęcenie, wręcz całe stado myśli “nie chce mi się” docierających z różnych części mnie, zadałem pytanie nadrzędne, co na to Bóg?  Czy głos, by zrezygnować to wola Boga, czy moja słabość lub podszept Złego ducha? Tym razem rozpoznałem je jako moją słabość. Kolejne pytanie, czy dążenie do zrobienia IM to pragnienie realizacji własnego ego czy jednak była to inspiracja od Boga, a teraz przeżywam jedynie normalną ludzką słabość? W tym wypadku nie wiem, nadal nie wiem. Ja tego pragnienia sobie nie wymyśliłem więc musi być w tym coś z zewnątrz. Nie mam jednak pewności co nie ułatwia sprawy, podejmowania takich a nie innych wyborów. Jest ciężko, od września 2019 mam teraz trudny czas w którym równolegle obrane kierunki nie chcą się pogodzić. Lżejsze odżywianie staje się coraz cięższym, a systematyczne intensywne treningi słabną stając się coraz bardziej niesystematyczne. A powinno być odwrotnie… 🙁

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ 20X  RE-TEST 50KM NA ROWERZE

Dokładnie tydzień temu ledwo co ukończyłem dystans zaplanowanego na przyszły rok 1/4IM. Obolałości tyłka, ból kolana i nadwyrężenie kręgosłupa w krzyżu czułem jeszcze w czwartek co nie napełniało optymizmem. To były dni niepewności, rozważań czy nie jest to przypadkiem znakiem, by zrezygnować z dalszego pokonywania swoich słabości poprzez przygotowania, treningi do pełnego IM. Ponieważ pragnę podążać tylko w zgodzie z wolą Boga cały czas badam drogę, którą podążam, a w tym przypadku nie potrafię rozpoznać czy jest wolą Boga bym dalej pokonywał swoje słabości przez trening, pytam, proszę, modlę się by Bóg w imieniu Jezusa Chrystusa pokazał co powinienem zrobić. Sprawdzam jednocześnie swoje serce, czy rzeczywiście jestem otwarty na usłyszenie Bożej woli I czy w każdej chwili jestem gotowy by zrezygnować. Co teraz czuję myśląc o takiej opcji? Jest poczucie jakiegoś żalu, ale jednocześnie mam przekonanie, że mimo ludzkiego żalu, jestem gotów zostawić to jeżeli usłyszę, że tego chce Bóg. Potrzebuję tylko potwierdzenia i o nie prosiłem. W międzyczasie obolały nadal codziennie chodziłem na basen łącząc trening z wodnymi masażami w ramach fizjoterapii.
Nie wiem jak to się stało, że w niedzielę wsiadłem na rower. Chyba potrzebowałem ruchu a że górna część była zmęczona codziennym pływaniem, stopa nadal doskwierała, więc wykorzystując piękną pogodę stwierdziłem, że przejadę się, sprawdzę po ilu km tym razem zacznie mnie boleć kolano I jak będzie się jechało na żelowej nakładce na siodełko.
Tym razem, zanim ruszyłem, porządnie się rozgrzałem i porozciągałem. Założenie było by utrzymywać stałą kadencję-w okolicy 90 obr/min czyli znacznie wyższą niż ostatnio I utrzymywać ją przy niewielkim wysiłku ( generowanych watach) co miałem osiągnąć poprzez częstsze używanie przerzutek. Totalnie inne założenie niż ostatnio, kiedy nie chcąc używać przerzutek w obawie by się za bardzo nie zużyły, generowane waty były od samego początku dużo większe i nierównomierne, podobne jak zwalniająca kadencja na podjazdach, niemożliwa do utrzymania przy bólu kolana bez schodzenia z przełożeniami. Efekt był jaki był.
Teraz jadąc oczekiwałem bólu kolana, lub przynajmniej dyskomfortu tyłka około 10km I byłem gotowy by wtedy zawrócić ale o dziwo nie było. Nie przyspieszałem, robiłem swoje, czyli skupienie, by utrzymywać stałą kadencję (nie wiem jaką) przy małym nacisku na pedały. O wiele częściej zmieniałem przerzutki. Na początku pojawiło się poczucie żalu, że je eksploatuję ale gdy ból się nie pojawiał to chore nastawienie wyciszyło się i robiłem swoje. Planowałem w połowie przerwę, jednak tak fajnie się czułem, że jechałem dalej obserwując reakcje ciała, czy pojawia się jakiś ból, dyskomfort, gdzie, przy jakim ruchu itd. Pierwszy rzeczywiście był ból lewego kolana (zewnętrzna strona) jednak nie był na tyle wyraźny, bym musiał zmniejszyć nacisk na pedały, a robiąc swoje znikał. Pojawiał się I znikał. Swoboda w porównaniu z zeszył tygodniem była tak zaskakująca, że w okolicy Radolina jadąc pierwszy w życiu raz tamtą drogą zachwycałem się pięknem okolicy- ale tam jest ładnie! Potem w Trzciance, czyli koło 30 km zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Kolejne przyjemne zaskoczenie, że schodząc z siodełka i stając jest ok. Nie złożyłem się, a nawet bez większych problemów wyprostowałem. Było dobrze, nawet bardzo dobrze więc te ostanie 20km coraz mocniej naciskałem na pedały by sprawdzić, kiedy pojawi się ból I w którym miejscu ciała. Byłem pewien, że na prawdę dużo mocniej naciskam utrzymując dotychczasową kadencję, więc dużo szybciej jadę. Patrząc jednak na analizę poszczególnych odcinków nie widać przyspieszenia. Jestem ciekaw co się stało. Wróciłem cały happy i dostałem skrzydeł do dalszego trenowania. Ten przejazd był dla mnie odpowiedzą Boga, by nie rezygnować, że mam dalej iść tą drogą, znów wróciła inspiracja, natchnienie i entuzjazm do jeszcze większego zaangażowania w pokonywaniu swoich słabości, niechęci, lenistwa. Dziękuję CI Panie.


DZIEŃ PO- Nie pamiętam ale chyba było ok, bez jakiś dodatkowych niż te codzienne sygnałów ze strony stawów, kręgosłupa i stopy. Nawet mięśnie nóg nie dawały jakiś oznak zakwasów. Mimo, że mógłbym więc dzisiaj też zrobić jakiś trening, odpuściłem ciesząc się dniem dzisiejszym- tylko rozciąganie oraz przyjemna, gorąca kąpiel wieczorem. Ale fajnie.

III. BIEG 10 km 22X

Od ostatniego testu rowerowego minęły dwa dni, a za trzy dni kończy mi się zwolnienie lekarskie. W stopie jest dużo mniejsze odczuwanie bólu- to już nie jest ból tylko lekki, chwilowo pojawiający się dyskomfort. Stało się to zachętą do kolejnego testu dystansu zaplanowanego na przyszły rok. Tym razem części najbardziej newralgicznej pod względem obciążenia bolących stawów, czyli biegu na 10 km.

ZAŁOŻENIE: Wyjść z domu, zacząć biec możliwie luźno do czasu pojawienia się pierwszego bólu, a potem zadecydować czy wrócić czy szukać sposobu na jego eliminację. Wyciągając wnioski z testu rowerowego, tym razem przed biegiem porządnie się rozgrzałem oraz porozciągałem. Pogoda nadal piękna.

PO WYSIŁKU: Kolejne przemiłe zaskoczenie, że dyskomfortu w chorej stopie zupełnie nie czułem, a kolano dopiero około 7km dało znać, że jest, bez jednak wpływu na tempo czy sposób biegu. Śmieszne, bo gdy pierwszy raz się odezwało, akurat wybiegłem z lasu i przebiegałem koło parkingu szpitalnego, na którym to kątem oka dostrzegłem jakąś całkiem sympatyczną niewiastę. W takich okolicznościach przyrody nie wypadało zwolnić więc bieg jakoś tak sam stał się bardziej sprężysty a klata bardziej wypięta- ot taki jakiś męski atawizm. 🙂

Podsumowując: W trakcie tego biegu wyszło, że co około 2,5 km musiałem na chwilę przejść do marszu żeby uspokoić oddech i dać mięśniom odpocząć- Hurra! Pierwszy raz bardziej bardziej niż stawy i kości czułem zmęczenie mięśni, co mnie bardzo cieszy. Gdy po raz drugi poczułem potrzebę zatrzymania się, tym razem może z dwie minuty poświęciłem na rozciągania i rozluźnianie mięśni. Trzecie zatrzymanie było, gdy wbiegłem ponownie do lasu opuszaczając teren monitorowany przez niewieście spojrzenia. Jak się okazało, było to prawie dokładnie 7,5 km a więc ¾ dystansu. Zerknięcie  na stoper i gdy zobaczenie, że mogę dobiec do 10km przed upływem godziny uruchomiły się jakieś dodatkowy pokłady energii co z kolei zmotywowało do dalszego biegu, z jeszcze większym zaangażowaniem. A wydawało mi się, że nie mam już za dużo sił. Tymczasem z telefonem w ręku, patrząc jak kolejne metry przybliżają mnie do dychy nie poddawałem się choć zadyszka była największa jak dotychczas. Najważniejsze jednak, że nie czułem żadnego bólu w kolanie, stopie ani kręgosłupie, wszystko działo, więc mogłem pozwolić sobie na większy wysiłek- przydusiłem i dałem radę. Nie dość, że zmieściłem się w godzinę, to był to najlepszy czas na 10 km jaki osiągnąłem w życiu. Nie wiem jak to się stało, chciałem tylko „przebiec się” zachowując jak największy luz, zwracając uwagę na sugestie techniczne o których na YT wspomina Yacool, a zrobiłem życiówkę. Nie wiem jak to możliwe, tym bardziej, że od lipca nie biegałem i mam uraz stopy. Kolejne przemiłe zaskoczenie i jakby kolejne potwierdzenie z Góry, że mam nie biadolić, tylko dalej brać się do roboty i iść tą drogą.

Po przekroczeniu dychy oczywiście przeszedłem do marszu. Dopiero teraz, gdy po parudziesięciu metrach odpocząłem i znów totalnie na luzie chciałem pobiec okazało się, że jednak ból lewego kolana jest bardzo silny i  nie pozwolił biec. Niestety znów odezwał się ból prawej stopy i to bardzo silny. Nie popsuło mi to jednak dobrego nastroju i uczucia wdzięczności.

DWA TYGODNIE PO:  Ból stopy utrzymuje się niemal cały czas na stałym poziomie. Zakwasy miałem przez trzy dni- jeszcze w czwartek obawiałem się jak to będzie na piątkowej służbie ale choć służba była intensywna ( ćwiczenia wysokościowe do południa, a wieczorem na dźwigu) to było ok. Nie wiem nawet, czy ten przymus do ruchu nie zadziałał pozytywnie. Sam pewnie nie zmobilizowałbym się jeszcze do pójścia na siłownię. Jedynie co nie podobało mi się, to fakt, że sposób odżywiania rozwalił mi się od dnia biegu niemal całkowicie. Już nie ma okna czasowego, nie jem tylko surowizny tylko coraz większy procent to przetworzone wegańskie potrawy, jak dzisiejsze spaghetti i żurek po godzinie 19-tej. Niestety zacząłem też sięgać po produkty zawierające nabiał, jak chociażby bagietka z masłem czosnkowych. Nie podoba mi się to, ale nie mam obecnie siły i motywacji by skupiać się na utrzymaniu witariańskiego odżywiania. Cofnąłem się i obecnie jestem na odżywianiu w połowie przetworzonymi produktami, a tylko w połowie surowymi. Z tych przetworzonych z 10 procent zawiera nabiał, co mnie najbardziej uwiera (bagietka z masłem czosnkowym, sos czosnkowy do tortilli, niewegańskie drożdżówki). Nie chcę, ale nie mam siły by teraz z tym walczyć. Akceptuję więc ten stan mając nadzieję, że przyjdzie czas powrotu do pracy nad dalszym dążeniem do witarianizmu i dalej. Taki jest sens przygotowań do IM, by połączyć pokonanie dystansu IM bez jedzenia i picia. Chcę naśladować Jezusa więc wiedząc, że On pościł, apostołowie pościli, prorocy pościli, a Mojżesz 80 dni, to i ja czuję takie pragnienie. Chcę przynajmniej raz w życiu, tak jak mój Zbawiciel, przez 40 dni pozostać bez jedzenia i  picia. Chcę tak jak Eliasz , który podczas swojego 40dniowego postu wędrował po pustyni, również w tym czasie być aktywnym, a czego wyrazem ma być ukończenie w okolicfy 30tgo dnia dystansu pełnego IM. Czuję, że poszczenie to droga niesamowitego kształtowania charakteru i panowania nad ciałem do której zachęca nas Bóg, droga pokonywania swoich słabości i wzmacniania chrześcijańskiego ducha w ciele. Patrząc jak silną wiarę mieli pierwsi Apostołowie, prześladowani, uśmiercani, patrząc jak silna jest wiara wśród współcześnie uciskanych chrześcijan, stwierdzam, że ucisk ma ogromny wpływ na wzrost naszej wiary i postawy chrześcijańskiej. Mamy ten przywilej, że obecnie, w Polsce jest dobrobyt, nie ma prześladowań i widzę jak odbija się to na europejskich chrześcijanach, w tym na mnie. Rozleniwienie, brak charakteru, nie widać kierunku  w którym chrześcijanie zmierzają  w tym życiu. Brak wyróżniania się od otaczającego świata. Patrząc na życie większości osób uważających się za chrześcijan, w tym także nowonarodzonych, nie widać żeby wyróżniali się ze świata, a przecież mamy być światłem tego świata. Dlatego nie chcę ulegać temu uśpieniu w  fotelu tego świata i sam uciskam swoją duszewność oraz ciało fizyczne postami. Na razie jednak, jeżeli chodzi o odżywianie, to cofnąłem się i  od jakiegoś czasu bardziej ulegam ludzkim słabościom niż wystawiam na kształtujący ucisk… Nie jest łatwo na ludzki sposób pogodzić zwiększanie wysiłku z ograniczaniem jedzenia. Wiem jednak, że w świecie dobrobytu i braku umiaru we wszelakiej konsumpcji,  idąc nawet wg ludzkich pragnień, a nie Bożego wyraźnego prowadzenia, jest to Boża droga. Bóg dał nam rozum i wolny wybór. Zbyt wielu chrześciajan nie korzysta z nich zasłaniając się oczekiwaniem na Boże prowadzenie. A może Bóg czeka na nasze działanie gotowy, by w razie złego wyboru skorygować nas?

PODSUMOWANIE SEZONU

Pierwszy sezon zamknięty w poczuciu, że jest ok. Może nie posuwam się tak gładko, nie tak szybko jak chciałbym ale postęp następuje we właściwym kierunku i to jest najważniejsze. Zauważam większy postęp w obszarze przygotowania fizycznego, dużo mniejszy w obszarze odżywiania. Jednak i tu był to rok najbliższy jak do tej pory odżywianiu witariańskiemu. Szukając największych hamulców by pójść szybciej i dalej, w minionym roku znajduję: Jeżeli chodzi o treningi to bóle kręgosłupa,  kolana i stopy, skutecznie zniechęcające do systematyczności, zmuszające do wykrzesania samozaparcia by mimo bólu jednej części ciała nie odpuszczać ćwiczeń zdrowych części. Ponieważ oprócz zniechęcania, ból był  jednocześnie czynnikiem odbierającym najwięcej radości i frajdy, dlatego chciałbym, by zima była przede wszystkim pracą nad likwidacją tych dolegliwości. Jeżeli natomiast chodzi o odżywianie to w minionym roku chyba najskuteczniej przyblokował mnie nieregularny sen związany z pracą zmianową dwudziestocztero- godzinną oraz  okres trzech miesięcy, w którym pełniłem inne niż  zwykle i większe obowiązki w pracy  Nieregularny sen to zmniejszenie zdolności bycia uważnym by nie ulegać odmiennym, a wręcz przeciwstawnym do moich celów, tendencjom otoczenia, to osłabienie koncentracji na obranym kierunku. Natomiast konieczność większego zaangażowania się pracę zawodową to dodatkowo przesunięcie koncentracji w kierunku, który nie jest mi po drodze. Dlatego, cieszyłem się, że gdy tylko sytuacja na zmianie stała się kadrowo stabilna, pojawiła się osoba, która mogła przejąć te obowiązki i mogłem wrócić do znacznie mniej wymagającej zaangażowana  funkcji sprzed. Niestety, te trzy miesiące wybiły mnie z utrzymywania uwagi na drodze uszczuplania odżywiania tak skutecznie, że jeszcze teraz, trzy kolejne miesiące później nie potrafię wrócić do witarianizmu, lub przynajmniej stuprocentowego weganizmu. Walczę i co chwilę kick-startuję się mając nadzieję, że w końcu mechanizm znów zaskoczy ale póki co nie nie wróciłem do stanu z pierwszej połowy roku. Jeżeli chodzi o regularny sen, to pracując, gdzie pracuję nie wiem co mogę zrobić by ten obszar był bardziej sprzyjający. Pozostaje mi więc na tyle, na ile to możliwe dbać o sen w obecnym położeniu, a wiem, że mam takie możliwości chociażby jeszcze bardziej ograniczając bezproduktywne czynności. Kwestia  wyraźnego określenia priorytetów (które gdzieś się zamazały) i organizacja dnia pod ich realizację ( co też się rozprężyło). Od jakiegoś czasu pozwalam, by minuty, a czasami nawet godziny z codziennego skarbca czasu, gdzieś przeleciały między palcami…

CO TO ZNACZY BYĆ OSOBĄ?

GŁĘBIA BOŻEGO SŁOWA OBJAWIANA W POJEDYNCZYM WERSECIE.

Sobota, Szabat, dzień odpoczynku i szczególnego weselenia się bliskością z Bogiem, Jezusem oraz Duchem Świętym. Osobistego z Nim spotkania I ich doświadczenia. To dzień, w którym staram się z różnym skutkiem oddzielić od spraw tego świata i poświęcać czas oraz uwagę tylko dla Boga, na modlitwę, medytację, spacery z uwielbieniem i wdzięcznością na ustach, duchowe z Nim i w Nim spotkania. Dzisiaj jest właśnie sobota I poza powyższym sposobem spędzania sięgnąłem także do Biblii zaczynając od miejsca, w którym skończyłem ostatnie rozważania:

1KOR6:2-3

Czy nie wiecie, że święci będą sądzić świat? A jeśli świat będzie sądzony przez was, to czy nie jesteście godni osądzać sprawy pomniejsze? Czy nie wiecie, że będziemy sądzić aniołów? A cóż dopiero sprawy doczesne?

Boże jakie twoje słowo jest piękne i głębokie, ile w nim nadziei oraz obietnic dla nas. Pomimo, że znam ten fragment i wielokrotnie go czytałem, to za każdym razem ma do przekazania coś nowego. Pomimo, że dotyczy rozwiązywania sporów między wierzącymi, to między słowami można wyczytać wiele wspaniałych informacji. Dzisiaj wewnętrzne Słowo jeszcze pełniej pokazało i utwierdziło w wiedzy odnośnie naszego losu, naszego stanu po drugiej stronie śmierci, a także potwierdziło pogląd na to kim jestem jako osoba. Został odkryty kolejny rąbek tajemnicy kim jest Bóg Osobowy, który na swoje podobieństwo mnie stworzył a przez to głębsze doświadczenie samego siebie, świadomości tego, kim ja jestem jako święta osoba przeznaczona do życia wiecznego. W tym momencie warto wyraźnie zaznaczyć nawiązując do różnych nurtów duchowości niechrześcijańskiej, że osoba jest kimś więcej niż nawet najczystsza energia. Ponieważ osoba ma uczucia i wolną wolę, jest dużo ponad każdą energią. Osoba tętni życiem i sama może świadomie nadawać kierunek, energia wibruje z różną częstotliwością będąc kierowaną. Myśl jest energią ale nie osoba myśląca w duchu. Rozważanie jednak tego, jakie ma znaczenie odkrycie siebie i traktowanie jak osoby a nie energii to temat na oddzielny wpis.  

Znaczenie poznania siebie.

Praktykant Drogi Chrystusa, który rozpoznał kim jest jako osoba stworzona na podobieństwo Stwórcy nie powinien mieć problemów z akceptowaniem śmierci. Po przyjęciu swoim sercem Zbawienia przez śmierć Jezusa, strach przed śmiercią nie powinien mieć dłużej panowania nad wierzącymi. My, wierzący zanurzeni już teraz w śmierci Jezusa przez przyjęcie świadomego chrztu, umarliśmy już teraz razem z Nim dla grzechu, który jest śmiercią. A wynurzając się z wody, na wzór Jego zmartwychwstania, otrzymaliśmy,  jak On, nowe nieśmiertelne życie, czego świadomość już teraz pozwala nam chodzić w wielkiej radości. Chwała Ci Panie, że dokonałeś tego dla nas.

Wgryźmy się więc w werset nr 2 żeby odkryć tajemnicę tego kim jesteśmy jako osoby  i co to znaczy dla ucznia Jezusa, że nigdy nie umrzemy, a co powinno być wyzwalające od najsilniejszego ludzkiego strachu-przed śmiercią.

Napisane jest tam, że będziemy sądzić świat i aniołów. My, czyli kto i kiedy to będzie miało miejsce?

Sąd aniołów będzie miał miejsce dopiero po wskrzeszeniu nas z martwych, o czym Biblia mówi w innych miejscach.  W tym samym wersecie jest nawiązanie i nakaz byśmy skoro będziemy w przyszłości sądzić sprawy aniołów, tym bardziej  (teraz, czyli w obecnym życiu) nauczyli się rozsądzać sprawy doczesne, a które są pomniejsze.  Wyraźnie więc widać, że jest jakaś niezmienna część w nas, która tak jak funkcjonuje w obecnym życiu przejdzie przez śmierć i będzie trwała dalej, wiecznie. Biblia używa wyrazu Wy, czyli My-i oznacza to właśnie tę część, która w przeciwieństwie do śmiertelnego ciała, już nigdy nie umrze. Jak rozpoznać, jak odnaleźć tę część siebie? Ciało umiera, więc to nie jest ciało, czyli nie może mną być cokolwiek, co jest z nim związane jak np emocje, umysł podświadomość. Kim więc jestem jako osoba stworzona na podobieństwo Boga? Całość rozważanego fragmentu dotyczy sądzenia, osądzania więc chcąc odszukać prawdziwego siebie należy zwrócić uwagę na tę część w nas, która zajmuje się osądzaniem: siebie, innych, wydarzeń z życia, postępowania…

Czy myśl rozumowa jest tym osądzającym, a wiec mną? Ktoś powie, że osądza rozum przy użyciu mózgu, jednak czy rzeczywiści to rozum jest osądzający? Czy jesteśmy rozumem?

Przyglądając się jak bardzo ten rozumowy obszar naszego jestestwa uzależniony jest od zmiennych i chwilowo modnych czynników zewnętrznych, od tego gdzie się urodziliśmy, w jakim społeczeństwie I kulturze mieszkamy, jak wyglądał nasz proces edukacji… wskazuje, że jednak ja nie jestem rozumem. Rozum to jedynie niefizyczny efekt pracy I ukształtowania fizycznego mózgu. Dostrzegam, że ja osądzający jestem poza rozumem, a jedynie wykorzystuję go do rozsądzania. Ponadto skoro zostałem stworzony na podobieństwo Boga, to rozsądzające „Ja” wszystkich ludzi powinno być za sprawą tej wspólnej dla wszystkich ludzi Bożej części, połączone. Rozum nie wykazuje tej stałości i takiego połączenie.

Dopiero przechodząc poza rozum, wyciszając jak stację radiową lub jak nazywał to Budda wygaszając go, możemy dotrzeć znacznie bliżej prawdy o osobie, bliżej poznania tego kim jesteśmy w swojej duchowej, nieśmiertelnej osobie. Biblia w innych wersetach daje więcej wskazówek poszukiwaczom, by znaleźli odpowiedź kim jestem. My jednak skupiamy się tym razem tylko na pokazaniu wartości pojedynczego fragmentu. Rozważając jednak ten pojedynczy fragment należy pamiętać, że dopiero Biblia traktowana jak jedno całe, spójne pismo-od pierwszej księgi Starego Testamentu, do ostatniej Nowego daje właściwe poznanie. Poszukiwacz Prawdy musi spełnić warunek rozważania pojedynczych fragmentów przez pryzmat treści całej Biblii  ponieważ ze względów nazwijmy to bezpieczeństwa, ważne tematy umieszczone są fragmentarycznie w różnych częściach. Dzięki temu z jeden strony chroni to dzieło przed ludzką ingerencją w chęci wymazania ważnych ale niewygodnych fragmentów- chociażby ze względu na uprawianą religię, ale z drugiej strony taki układ treści wymaga włożenia większego wysiłku ze strony poszukiwacza, który dopiero znając i łącząc wszystkie te fragmenty otrzymujemy głębokie zrozumienie rozważanych obszarów. Szukanie odpowiedzi tylko na bazie pojedynczego fragmentu,  jest jak badanie przyrody jednego kontynentu w pragnieniu poznania środowiska całej Ziemi. Poniższe rozważanie jest więc bardziej pokazaniem wartości biblijnej treści niż pełną odpowiedzią na zagadnienie.

Tak więc kontynuując: Inną informacją poza wskazaniem kim jestem jako osoba, a którą możemy odczytać między słowami przytoczonych wersetów jest to, że w duchu tacy, jacy jesteśmy teraz, tacy będziemy także po zmartwychwstaniu. Paweł zwraca się do wierzących jako do tych samych, którzy po zrzuceniu obecnej, cielesnej powłoki oraz zmartwychwstaniu, będą sądzić aniołów, a co wskazuje na ciągłość naszego życia w tej samej duchowej osobie jaką jesteśmy w obecnym ciele . Dla mnie to mega zapowiedź tego, że umierając I po śmierci, cały czas będę mógł obserwować I dalej rozeznawać w trwaniu obecnej świadomości  tego, co się będzie działo wokoło, tylko już bez ciała. Poznam jak to jest z drugiej strony, będę doświadczał zupełnie nowych stanów będąc tą samą osobową świadomością. Przekonam się, że stan obecny, który jest ściśle połączony z ciałem był tylko chwilowym zanurzeniem, a po obumarciu tego co fizyczne wróciłem do Domu. Wow! A jak jeszcze dołączymy zapowiedź z innych miejsc Biblii, że po chwili snu CI, co przyjęli zbawienie przez Jezusa Chrystusa- zostaną przez Niego obudzeni do życia w Tysiącletnim Królestwie I znów wrócą tu na Ziemię, która jednak będzie zupełnie Nową Ziemią, w ciele, które jednak będzie zupełnie nowym ciałem, podobnym do tego, jakie miał Jezus po zmartwychwstaniu, to serce aż wyrywa się by te czasy już nastąpiły i woła Maranatha! Tak Biblia buduje I pogłębia chrześcijańską tożsamość I miłość do naszego Pana- Jezusa Chrystusa, bo to wszystko przez Niego, dla Niego I dzięki Niemu. Chwała, chwała, chwała Panu.

Narzędzia praktyczne do budowania osobistej relacji z Bogiem.

Czy są jakieś narzędzia przydatne do praktycznego budowania osobistej bliskości z Bogiem? Ja takie dostrzegam. Żeby jednak wykorzystywać je świadomie i we właściwy sposób przydatne jest zrozumienie postrzegania Boga objawionego nam Przez dwie osoby: Jezusa Chrystusa oraz Ducha Świętego. 

Miejsce człowieka w Bożym planie zbawienia i prowadzenia.

Skoro już potrafimy rozpoznać tę duchową, Osobową część człowieka która podobna jest Bogu, możemy przyjrzeć się w jakim miejscu Bóg umieścił nas w swoim planie Zbawienia i jak genialny jest to projekt, jak wszechstronnie zostaliśmy otoczeni Bożą opieką. 

Bóg Stwórca objawia nam siebie poprzez poznanie i naszą osobistą relację z dwoma swoimi postaciami: Jezusem i Duchem Świętym, z których każda dla naszego zbawienia, znajduje się w innym miejscu oraz wykonuje różne zadania.

Jezus Chrystus- Syn Człowieczy, Bóg w ciele, który poświęcił swoją Boskość i stał się jak my człowiekiem, by będąc niewinnym zostać przez ludzi uznanym za winnego i oddać swoje fizyczne życie, w którym i my się przejawiamy tutaj, a w którym dziedziczymy po Adamie niedoskonałość, by nas wydoskonalić. Przyjmując ten dar stajemy się wolni od grzechu i śmierci. Musiał umrzeć ale i zmartwychwstał jak zapowiadali to Boży Prorocy jeszcze długo przed tym, zanim się pojawił na Ziemi. Obecnie znajduje się w przestrzeniach niebiańskich i czeka ze swoim powrotem by do końca wypełniły się dane nam proroctwa, by jak najwięcej osób miało szansę rozpoznać Go jako Pana Ziemi i być zbawionymi. Nie wraca jeszcze, gdyż jego powrót oznaczać będzie sąd sprawiedliwy i koniec świata znanego w takiej formie w jakiej widzimy go teraz ale jednocześnie początek nowej ery jego rządów w obfitości i pokoju przez 1000 lat. Do tego życia zostaną wskrzeszeni wszyscy wierzący sercem. Ponieważ jednak obecnie fizyczny Jezus znajduje się na zewnątrz nas,  bliskość i osobiste poznanie  Go można umacniać poprzez modlitwę, uwielbienie, dziękczynienie i czytanie z rozważaniem Biblii. Generalnie  przez kierowanie naszej uważności na zewnątrz siebie, ku Jego osobie.  Większość chrześcijan skupia się właśnie na takiej formie, przez co ma fajną relację z żywą osobą Jezusa. Niestety, jeżeli nasza uwaga będzie kierowana tylko na zewnątrz, to chrześcijańska wiara nabywa „tylko” doświadczania łaski miłosierdzia naszego Pana i poza duchowo-duszewnymi uniesieniami oraz intelektualną wiedzą, nadal możemy nie doświadczyć Bożej mocy, co oznacza, że Bóg nie wykorzystuje nas w pełni. Ponadto ograniczając się tylko na zewnętrznym aspekcie Boga łatwo wpaść w gołosłowną i martwą religijność.  Być może właśnie o takich ludziach Jezus wyraził się w Mt 7:21.   

Nie każdy, kto mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto wypełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi tego dnia: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w twoim imieniu i w twoim imieniu nie wypędzaliśmy demonów, i w twoim imieniu nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im oświadczę: Nigdy was nie znałem. Odstąpcie ode mnie wy, którzy czynicie nieprawość.

Duch Święty- Zanim Jezus wniebowstąpił po swoim zmartwychwstaniu, zapowiedział, że musi odejść na jakiś czas gdyż inaczej nie zstąpi na ziemię Duch święty. Jezus musiał wstąpić, żeby nam Go zesłać i teraz jest właśnie czas działania Ducha Świętego który będąc również czującą osobą (a nie energią) ma za zadanie prowadzić nas w woli Boga na tyle, na ile pozwolimy mu się prowadzić. Zgodnie ze słowami Biblii, osoba Ducha została wylana na wszelkie stworzenie, a miejscem jej przebywania jest świątynia naszego ciała, a dokładnie nasze Serce. Tak więc w przeciwieństwie do zewnętrznego miejsca przebywania naszego Pana Jezusa, Duch przebywa wewnątrz nas, w sercu. Z mojej obserwacji wynika, że niestety niewielu chrześcijan rozpoznaje taki podział przez co Duch przebywający w naszych sercach wydaje się zaniedbywany i osamotniony.  Drogą do łączenia się z tą Bożą osobą jest kierowanie uwagi do swojego wnętrza, do naszych duchowych obszarów, do wiecznej Osoby o której pisaliśmy w pierwszej części tego rozważania. Niestety na drodze do poznania siebie, znajduje się rozbiegany ludzki umysł. Jest to przeważnie największa bariera, którą trzeba wychować i wyciszyć. Najlepszymi znanymi mi narzędziami którymi możemy się posłużyć by uczynić umysł sobie posłusznym jest medytacja relaksacyjno- oddechowa oraz medytacje uaktywniające naszą przestrzeni serca, a które oprócz wygaśnięcia umysłu dodatkowo pomagają zagłębić się w modlitwie bez słów, w ciszy przestrzeni serca, podczas której to Ruah Boga do nas mówi a my słuchamy przez odczuwanie.  Być może o takiej właśnie formie modlitwy wspominał Jezus w Mt 6:6-8 Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do swego pokoju, zamknij drzwi i módl się do twego Ojca, który jest w ukryciu, a twój Ojciec, który widzi w ukryciu, odda ci jawnie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; oni bowiem sądzą, że ze względu na swoją wielomówność będą wysłuchani. Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wasz Ojciec wie, czego potrzebujecie, zanim go poprosicie.

Kiedyś szukałem Mocy Ducha Św w znakach i cudach, w uzdrowieniach i nadprzyrodzonych zjawiskach. Odkryłem jednak, ze największą jego Mocą jest łaska współodczuwania miłości Chrystusowej. Nie ma potężniejszej Mocy niż doświadczanie tej miłości na sobie, w sobie i przez siebie.   Teraz patrząc na osoby niewierzące, które medytują i żyją w przestrzeni serca nie znając jednak jeszcze Jezusa, dostrzegam w nich owoc krwi mojego Pana i ubolewam tylko, że nie pozwalają poprowadzić swojej świadomości ku poznaniu Jezusa, źródła doświadczanej miłości. Ubolewam, bo choć ich życie wydaje się komfortowe, duchowo wzniosłe to bez rozpoznania, że Miłość ta została wylana na świat oraz w ich serca, za cenę drogocennej krwi Chrystusa, jest życiem w świetle, które jest ciemnością. Osoby takie niestety nie mają pewności  co  stanie się z nimi po śmierci, a nawet jeżeli mają to ich pewność nie jest zbudowana na solidnym fundamencie. Bądźcie ostrożni wobec wszelkich ludzkich nauczycieli. Gdy słyszycie, że ktoś mówi o Bogu, domagajcie się wyjaśnienia na jakiej podstawie Bóg został rozpoznany w ich teorii i weryfikujcie wiarygodność tych źródeł. Biblia mówi wyraźnie, że jest tylko jeden Bóg Stwórca, a jeżeli Biblia ma podstawy by uważać jej treść za objawioną nam Bożą prawdę, to tak jest i wówczas wielobóstwo jest kłamstwem.

Tak więc rozpoznając w osobie Jezusa Chrystusa oraz Ducha Świętego, Boży zamysł na nasze zbawienie, a także identyfikując z gąszczu ludzkich obszarów swoją prawdziwą osobę, odkrywamy, w jaki sposób jesteśmy jednocześnie otoczeni przez, oraz  zanurzeni w Bożej obecności. Będąc tego świadomi zaczynamy poszerzać swoje poznanie Boga zarówno na zewnątrz siebie- w stronę bliskości z żywym Jezusem oraz do wnętrza siebie- w stronę osoby Ducha Chrystusa. Zaczynamy pracować ze swoimi pożądliwościami ciała,  duszy i wyedukowanym wg świata oraz religii, a nie Boga, umysłem. Dążymy, by nie przeszkadzały, by to nie one kierowały naszą osobą, tylko my nimi. Taka zamiana podmiotowości sprawia, że nasz duch staje się coraz bardziej wrażliwy, dzięki czemu zaczynamy doświadczać Bożej obecności oraz rozpoznawać  Boże prowadzenie.  A mając uległe wobec ducha swoje członki, Boża obecność może swobodniej poruszać się w nas i przepływać przez nas objawiając w Mocy swoją chwałę czego sobie i Tobie życzę z całego serca .

 

BIBLIJNY POMIAR CZASU I JAKI MA TO WPŁYW NA OKREŚLENIE WIEKU NASZEJ PLANETY.

Rozważania nad wiekiem Ziemi.

 

Powszechna doktryna oparta na interpretacjach faktów świeckich twierdzi, że:  Ziemia ma miliony lat.

Powszechna doktryna oparta na interpretacji Biblii:  Ziemia ma 6000 lat.

Moja teza na podstawie interpretacji Biblii oraz wydarzeń tam przedstawionych:   Choć człowiek został stworzony około 6 000 lat temu, czwartego dnia kreacji całego wszechświata, nie można wykluczyć, że Ziemia ma miliony lat.

 

CEL ROZWAŻANIA: Pokazanie, że z jednej strony na podstawie Biblii, nie można jednoznacznie określić wieku Ziemi, a z drugiej z łatwością można naukowo podważyć „naukowe” argumenty pozabiblijne na wielomilionowy wiek ziemi, przez co spory na ten temat nie mają biblijnych podstaw. Jednocześnie zaznaczam, że uważam się za biblijnie wierzącego chrześcijanina. Wbrew powszechnym przekonaniom wśród kreacjonistów, choć także do nich się zaliczam, nie mogę zgodzić się z niebiblijną I niechrześcijańską postawą osób tak zaciekle spierających się o wiek naszej planety. Nie wiem skąd powstał ten agresywny trend osób uważających się za wierzących, zamiast głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie, o jego miłości jaką nas obdarzył.

GENEZA PROBLEMU: Skąd wziął się spór nad wiekiem Ziemi? W Biblii jest napisane, że Bóg stożył świat w 6 dni a siódmego odpoczywał ( Pierwsza księga Starego Testamentu) I to jest informacją, która była pierwsza. Potem, stosunkowo niedawno, naukowcy badając różne procesy i zjawiska geologiczne, antropo, fizyko, chemiczne… I wiele innych, doszli do wniosku w oderwaniu od Biblii, że Ziemia ma miliony, czy nawet miliardy lat. W tym miejscu należy uwzględnić pewien istotny fakt: Należy mieć świadomość, że obie teorie nie wynikają z faktów, bo nikt z badanych nie żył w tamtych czasach, tylko obie teorie powstały z naukowych interpretacji pewnych faktów, wyników doświadczeń i obserwacji lub w przypadku części kreacjonistów z przyjęcia tej tezy za swoją wiarę i to często bez wgłębienia się w treść Słowa Bożego.

Tak więc od pojawienia się koncepcji ewolucjonizmu zaczyna się wojna, którą może trochę, podpierając się słowem zawartym w Piśmie Świętym  oraz wynikami doświadczeń naukowych chciałbym załagodzić: Ponieważ w Biblii podane są dokładne lata kiedy rodzili się poszczególni potomkowie Adama I Ewy, oraz jak długo żyli, słusznie możemy przyjąć, że wg Pisma Bóg stworzył pierwszych ludzi około 6000 lat temu (teraz jest 2019r). (Skrin z filmu do którego link podaję w dalszej części tekstu)

Wobec powyższego interpretatorzy Biblii stwierdzili, że skoro można na podstawie Biblii określić dokładnie czas od teraz, do stworzenia pierwszych ludzi i wiedząc również, że Bóg stworzył ich w szóstym dniu po rozpoczęciu dzieła stwarzania Świata, to jest to jednoznaczne, że Ziemia może być starsza co najwyżej o te 5 dni niż pierwsi ludzie, a więc nie może mieć milionów lat. Broniąc takiego toku myślenia wielu biblijnie wierzących chrześcijan weszło w dobrej wierze w trwającą do dziś ten teoretyczno-teologiczno-egzystencjonalny spór  z teorią wielomilionowego wieku Ziemi.

Nauka Świata udowadnia swoją teorię swoimi metodami, a naukowcy Biblijni udowadniają SWOJĄ teorię Biblią oraz przeprowadzając badania naukowe podważające te teorie ewolucjonizmu, czego przykładem może być chociażby dane z filmu poniżej:  https://www.cda.pl/video/201479171/vfilm lub badanie wieku Ziemi.

O ile pozabiblijne argumenty podważające teorię milionowego wieku Ziemi są jak najbardziej merytoryczne i przekonujące, pokazują, że wiele założeń na których opierają się ewolucjoniści jest błędna, o tyle twierdzenie, że Bóg stworzył Wszechświat w ciągu sześciu dwudziestoczterogodzinnych dób nie ma poparcia w Biblii, w każdym razie przy pomocy Biblii równie łatwo można udowodnić, że nasza Planeta może mieć miliony lat.

Czy rzeczywiście przy pomocy Biblii można założyć, że Ziemia ma miliony lat?

Żeby to rozpatrzyć przyjmijmy jako chrześcijanie postawę prawdziwie Biblijną, a więc zamiast kłócić się oderwijmy się na czas tego rozważania od swoich osobistych przywiązań i poszukajmy prawdy Słowa Bożego zawartego w Biblii. Wejdźmy w argumenty naszych opozycjonistów i sprawdźmy własne poglądy  z nastawieniem pragnącym uczciwie i szczerze zbadać czy przy pomocy Biblii da się obronić teorię wielomilionowego wieku Ziemi. W tym celu musimy zacząć od określenia wspólnej bazy tak samo rozumianych kluczowych pojęć takich jak wiek, czas, dzień, doba…

WIEK ZIEMI:  Celem jest ustalenie prawdziwego wieku Ziemi na podstawie Biblii, a więc musimy sobie jasno powiedzieć, jaką przyjmiemy jednostkę czasu, jak będziemy go mierzyć, a skoro chcemy szukać odpowiedzi na fundamencie biblii, to powinniśmy dobrać tę jednostkę wg tego jak Bóg chce byśmy podchodzili do określania upływu czasu.  No I tu zaczyna się myślę, że kluczowe źródło niezrozumienia pomiędzy interpretatorami badań pozabiblijnych I biblijnych. Jedni I I drudzy mówiąc o wieku Ziemi używają liczb wyrażanych w latach. Jedni I drudzy przyjmują, że 1 rok to 365 dni, a dzień to 24h I tak dalej… Generalnie jedni I drudzy przyjmują za podstawę określenia wieku Ziemi system zegarowy, dwudziestoczterogodzinny. No I tu leży pies pogrzebany bo o ile w podejściu interpretatorów nauki jest to jak najbardziej dopuszczalne to jednak w przypadku podejścia moich braci I sióstr w wierze niestety nie do końca jest zgodne z Biblią.

Jaki system pomiaru czasu powinien przyjmować chrześcijanin?

Proszę podać choć jeden fragment Pisma, w którym Bóg wskazuje nam, że mamy określać czasy na podstawie systemu zegarowego dwudziestoczterogodzinnego. Czytałem parokrotnie Biblię I nie znajduję takiego. Za to już w pierwszej księdze, w Rdz 1,14-19 Bóg podaje nam powód, dla którego tworzy Słońce I Księżyc- to one mają określać przepływ czasu:

Rdz 1.13-19 
I nastał wieczór i poranek, dzień trzeci. 
Potem Bóg powiedział: Niech się staną światła na firmamencie nieba, 
by oddzielały dzień od nocy, i niech stanowią znaki, pory roku, dni i lata. 
I niech będą światłami na firmamencie nieba, aby świeciły nad ziemią. 
I tak się stało.
 I Bóg uczynił dwa wielkie światła: światło większe, aby rządziło dniem,
 i światło mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. 
I Bóg umieścił je na firmamencie nieba, aby świeciły nad ziemią; 
I żeby rządziły dniem i nocą, i oddzielały światłość od ciemności.
I Bóg widział, że to było dobre.
 I nastał wieczór i poranek, dzień czwarty.

Co więcej, nawet czasy biblijnych świąt ustalane są na podstawie faz księżyca i pór roku a nie zegarków. Proszę zauważyć, że cotygodniowy Szabat, który również obchodzę jako cudowny, radosny czas duchowego spotkania z naszym Zbawicielem, trwa wg Biblii od piątku zachodu słońca do soboty zachodu słońca, a więc nie na podstawie systemu dwudziestoczterogodzinnego jak ma to miejsce w religiach typu chociażby Rzymsko-katolicka, która cotygodniowy pseudo szabat obchodzi w niedzielę od północy do północy. Nie ma na to potwierdzenia w Biblii.

Wielu jest nauczycieli wojujących  na rzecz młodego wieku Ziemi i to tylko przypadek, że przepełnieniem czary smutku, po którym zdecydowałem się napisać ten tekst było poniższe nauczanie jednego z nich- Pana Dr Ken Ham, który w swojej działalności poświęca bardzo wiele energii na walkę o sześciotysięczny wiek Ziemi:

https://youtu.be/4dr1sUALWE4

Skonfrontujmy więc tę teorię oraz argumenty Dr.K.H ze Słowem Bożym:

Jak wspomniałem podstawą nieporozumienia jest (moim zdaniem) niebiblijne podejście do pomiaru upływu czasu. Dr Ken H. utrzymuje, że dla Boga, w Biblii 1dzień=24h. Pokazaliśmy już jednak, że w Rdz1.13-19 Bóg wyznaczył Słońce I Księżyc do określania czasu a nie zegarki. Prawdą Biblijną jest natomiast twierdzenie Pana KH, że upływ czasu określają ruchy Planet, że to ruchy ciał niebieskich decydują o dniach, miesiącach I latach, plus to, że tygodniowy standard również pochodzi z Biblii na wzór dzieła Stworzenia:

Pamiętajmy, że Bóg Ciała Niebieskie stworzył dopiero w dniu czwartym, kiedy na Ziemi były już utworzone wszystkie struktury geologiczne oraz roślinność ale jeszcze przed stworzeniem istot żyjących. Tak więc dopiero od dnia czwartego można przyjąć, że to ruchy planet wyznaczają upływ czasu.  Czy więc nie mogło być tak, że przed stworzeniem Słońca I Księżyca dzień trwał np 5mln lat współczesnych godzin zegarowych ludzkiego standardu pomiaru czasu?

Proszę zwrócić uwagę, że w 16min i 18sekundzie filmu Pan KH żeby poprzeć swoją teorię nie szuka argumentów w Biblii tylko sięga do autorytetu ludzkiego w osobach żydowskich twórców Słownika Hebrajskiego Baumgartnera, a w którym to dzień powiązany jest na stałe z systemem dwudziestoczterogodzinnym. Czy pamiętamy kto wydał na śmierć  Jezusa? Specjaliści, najwięksi żydowscy interpretatorzy Tory nie rozpoznali swojego Mesjasza mimo tak wyraźnych tam proroczych zapisów. Czy więc argument specjalistów ludzkich jest zawsze zgodny z prawdą, czy nie mogli i tym razem czegoś przeoczyć?

Biblijny, starożytny system dwudziestoczterogodzinny.

Tak przy okazji określania wieku Ziemi. Badając temat czasu ogromnie się zdziwiłem czytając informację, że system godzinowy jednak był stosowany już w starożytności i to przez Żydów. Czy więc Pan KH słusznie zakłada, że Bóg Stworzył świat mierząc i opisując to w ramach systemu dwudziestoczterogodzinowego? Tak!!!  Tym razem jednak specjaliści żydowscy od słownika właściwie powiązali na stałe dzień z systemem dwudziestoczterogdzinnym, z tym, że należy wziąć pod uwagę, że godziny starożytne były inaczej wyznaczane niż godziny współczesnego systemu zegarowego.  Przede wszystkim były ściśle związane ze wchodem i zachodem słońca. W systemie tym 1 godzina= 1/12 czasu od wschodu do zachodu słońca, a więc nie miały takiej samej długości trwania w przeciwieństwie do współczesnej godziny złożonej z 60 równiutkich sekund. Ponadto pamiętamy, że Słońce (element determinujący 24h upływ czasu) zostało stworzone dopiero dnia czwartego. Myślę, że to zmienia wszystko. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Godzina

 Dlatego mając taką świadomość, mimo powszechnej praktyki wśród większości chrześcijan, Biblia nie pozwala mi przyjąć takiego ścisłego łączenia dnia ze współczesnym systemem zegarowym na co znajduję potwierdzenie w Biblii. Czytając w Iz 38:7-9 widzimy, że Bóg tam cofnął cień o 10 stopni, a więc  cofając ruch Słońca wydłużył dzień o prawie godzinę. Myślę, że ten Boży akt powinien być wystarczającym argumentem dla biblijnie wierzących by przestać się tak bardzo przywiązywać się do współczesnego, zegarowego pomiaru czasu w swoich rozważaniach:

 Iz 38:7-8 
A taki będzie znak dla ciebie od PANA, że PAN uczyni to, o czym mówił: 
Oto cofnę cień o dziesięć stopni w stopniach, 
po których przesunął się na zegarze słonecznym Achaza.
 I cofnęło się słońce o dziesięć stopni w tych stopniach, 
po których przesunęło się.  

Tym bardziej, że Bóg jest poza czasem:

2 Piotra 3:8
Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno,

że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat,
a tysiąc lat jak jeden dzień. 

 Podsumowując, jeżeli w Rdz 1:13-19 Pan określa, że to Słońce z Księżyc będą wyznaczać czas,  jeżeli później w Iz 38:7-8 swobodnie cofa ruch Słońca zaburzając prządek wg współczesnego systemu dwudziestoczterogodzinowego, to czy równie dobrze nie mógł sprawić, że np do potopu doba trwała nie 24 a 244 współczesne godziny? Skoro Bóg cofnął Słońce, to czy nie mógł zmienić zależności  pomiędzy ruchem Słońca, Księżyca i Ziemi w dłuższej perspektywie czasowej? Ludzie żyli wtedy po 800 lat więc prawdopodobnie Świat nie wyglądał tak samo.

 Być może współczesny system zegarowy w życiu codziennym jest wygodniejszy, bardziej praktyczny niż ten na podstawie Słońca i Księżyca, a być może uważam tak tylko dlatego, że jestem do niego przyzwyczajony.  Weźmy jednak chociażby Żyda mieszkającego na kole podbiegunowym  gdzie dzień polarny może trwać do sześciu miesięcy na samym Biegunie. Jak wówczas miałby mierzyć czas obchodzonych przez siebie świąt wyznaczanych przez zachody słońca? Nie potrafię na to odpowiedzieć, ale nie wynika to z tego, że Bóg coś przeoczył, tylko z tego, że  ja nie mam pełnej wiedzy, tym bardziej, że nie badałem kwestii świąt pod tym kontem. Musimy jednak pamiętać, że Słońce i Księżyc stworzył Bóg, zegarki współczesnego systemu wymyślili ludzi. Czy możemy więc wynosić to co wymyślili ludzi ponad dzieło Boga?

Czy wobec powyższego posługiwanie się współczesnym systemem zegarowym jest niebiblijne? Tak, ponieważ w tamtych czasach był on zupełnie inaczej ustalany. Czy  w takim razie biblijnie wierzący chrześcijanie powinni zaprzestać się nim posługiwać? Nie wiem. Należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie nie tyle czy znajdujemy wzmiankę o nim w Biblii tylko czy przypadkiem nie jest wbrew Biblii. Jeżeli jest wbrew, chociażby wywołując kłótnie i spory, to tak- powinniśmy wyrzec się posługiwania nim, ale jeżeli nie- to nie muszę rezygnować, nawet jeżeli nie ma dla niego bezpośredniego potwierdzenia w Piśmie.  Musimy pamiętać, że Biblia została napisana 2000 lat temu i świat różni się od tamtego. Współcześnie jest wiele sytuacji, których nie znajdziemy w Biblii dlatego ja przyjmuję postawę najpierw szukania potwierdzeń czy coś jest zgodne z Biblią- jeżeli jest, to mam 100% pewności, że pochodzi od Boga, ale jeżeli nie ma takiego potwierdzenia w Piśmie, to zgodnie z tym co powiedział Jezus w J16:12-13  „Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia, ale teraz nie możecie tego znieść.  Lecz gdy przyjdzie on, Duch prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę. Nie będzie bowiem mówił sam od siebie, ale będzie mówił to, co usłyszy, i oznajmi wam przyszłe rzeczy.On mnie uwielbi, bo weźmie z mojego i wam oznajmi.” staram się weryfikować, badać czy postępując w jakiś sposób, przyjmując pewne koncepcje, nie występuję przeciw temu, co zawiera Biblia. Przyznam się, że kwestia z respektowaniem współczesnego systemu godzinowego pojawiła dopiero teraz, podczas pisania i nie potrafię jeszcze odpowiedzieć czy stosowanie przeinaczonego w stosunku do Biblijnego pomiaru czasu nie jest przypadkiem wbrew Słowu, tym bardziej, że niepostrzegalne przeinaczanie Prawdy to specjalność Szatana. Nie wiem…

PODSUMOWANIE:

Wobec powyższych rozważań, czy zanim nie było Słońca I Księżyca Bóg nie mógł  tylko w sobie znany sposób wyznaczać czas dla długości dnia i nocy? Czy mamy prawo narzucać naszemu Stwórcy ludzką koncepcję dwudziestoczterogodzinną i to jeszcze uwspółcześnioną? Ja nie mam takiej odwagi więc bazując na słowie Biblii  całym sercem przyjmuję siedmiodniowe dzieło Stworzenia. Jednocześnie powyższe, mam nadzieję oparte na Biblii podejście do upływu czasu pozwala mi przyjmując stworzenie człowieka 6000 lat temu, nie wykluczać, że jednocześnie Ziemia ma miliony lat. Czy przez to tracę zbawienie? Czy występuję przeciw Biblii? Nie czuję tak, wręcz przeciwnie, zrozumienie czasu w taki sposób pozwala mi nie wchodzić  w zupełnie niepotrzebne spory teologiczne I skupić się na przekazywaniu Miłości Boga, którą okazał nam w osobie jedynego pośrednika do Niego- Jezusa Chrystusa, a o którym mówi całe Pismo Starego i Nowego Testamentu.

Chciałbym więc by nas, chrześcijan bardziej łączyła prawdziwa jedność w Duchu świętym poprzez wzajemną miłość a niżeli teologiczne spory jak ten wokół wieku naszej Planety. Jeżeli chcemy naśladować Jezusa Chrystusa I żyć, wypowiadać się zgodnie z Biblią to popatrzmy na to, co głosił, jak postępował sam Jezus, wróćmy jeszcze raz I jeszcze raz do Dziejów Apostolskich I prześledźmy jakie tematy poruszali I w jaki sposób działali pierwsi uczniowie Jezusa. Czy zajmowali się wiekiem Ziemi? Ktoś powie nie, bo wtedy nie było jeszcze koncepcji ewolucjonizmu. Pewnie, że nie ale były znacznie gorsze, jak chociażby pogańskie wierzenia w bogów i boginie typu Zeus, Atena- to im nadawano tytuły stwórców Ziemi a jak w takich przypadkach reagowali uczniowie mamy przykład chociażby Pawła podczas jego mowy na Aeropagu w Atenach opisany w DzAp17:23. Nie kłóci się z wierzeniami pogan tylko znajduje przestrzeń pomiędzy ich poglądami, w którą można wprowadzić Boga Prawdziwego i Jezusa Chrystusa, po czym to robi.   W dzisiejszych czasach nadal jest jeszcze tyle osób niezbawionych. Czy te kłótliwe teoretyzowanie częściej przybliża ludzi do Jezusa, czy może częściej wprowadza waśnie podziały, niezgodę i zniechęcenie? Niezgodę i podziały wśród chrześcijan, a w oczach niewierzących obserwatorów zniechęcenie do Biblii i Jezusa?

Niech Bóg nas wszystkich błogosławi obfitością poznawania siebie i mądrością działania, przez Jezusa Chrystusa i w mocy Ducha  Świętego.  Amen.

NADZIEJA, KTÓRA UMIERA OSTATNIA ORAZ NADZIEJA, KTÓRA NIGDY NIE UMIERA.

NADZIEJA

MĘTNA WODA. Żyjemy w czasach zmaganych przez choroby ciała i psychiki, żyjemy w skażonym na skalę dotychczas niespotykaną, środowisku… Większość z nas zetknęła się z nowotworem w rodzinie lub wśród bliskich osób, a tendencja ta niestety się pogłębia.  ŚWIATEŁKO NADZIEI. Na szczęście, w takim otoczeniu pojawiają się osoby, które przez swoją postawę i działalność pomagają walczyć, pokonywać przeciwności. Osoby te inicjując różne formy wsparcia- od inspirowania zdrowym odżywianiem (czy też niejedzeniem) i trybem życia, przez medytację oddechową, pracę z podświadomością, po załatwianie kosztownych zabiegów medycznych jak chociażby zaawansowaną radioterapia, przeszczepy i skomplikowane operacje – sprawią, że istnieje szansa na przedłużenie życia i/lub poprawę jego jakości. Dla mnie jednak najcenniejszą wartością, którą dają te osoby to nadzieja. Bez względu jaka forma wsparcia jest oferowana, zawsze pierwszym efektem jest nadzieja…na zdrowie, na wyleczenie, na przedłużenie życia, na usprawnienie, na, na, na… Nadzieja umiera ostatnia, przynajmniej tak powinno być i te osoby oprócz namacalnej, fizycznej pomocy zdają się dążyć, by właśnie nadzieja żyła tak długo, jak żyje człowiek. Dziękuję za Was.

Nie mniej patrząc na zaangażowanie wielu z tych osób, aniołów w ludzkich postaciach, dostrzegam pewną pułapkę związaną z krótkowzrocznym patrzeniem na nadzieję. Oferowana pomoc większości z tych aniołów nie wykracza poza śmierć kończąc się wraz z  końcem życia. Wówczas też nawet najwytrwalsza nadzieja umiera. Tak więc śmierć, z którą prędzej czy później ciało każdego z nas będzie musiało się spotkać jest ostatecznym zakresem działalności tych osób.

Chwała Stwórcy, że są takie osoby niosące nadzieję na poprawę życia, jednak znacznie większa chwała Bogu należy się, za to, że dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa nadzieja pokonała barierę śmierci.

 Przyjmując sercem Jezusa a więc uznając uśmiercające nasze grzechy dzieło krzyża, oraz poznając Słowo Boga w Biblii wiemy, że ciało choć umiera to nasz duch po krótkim czasie snu  ponownie zostanie wskrzeszone do nowego, zdrowego ciała byśmy przyobleczeni w nie mogli żyć tu ale już na nowej Ziemi w 1000-letnim królestwie Chrystusa. Co ważne, dzięki łasce Ducha Świętego popartej umysłowym studium Biblijnemu nasza wiara zostaje zamieniona w pewność życia i jest to szlachetną modrością Boga- naszego Stwórcy, poświęcającą i uświęcającą łaską, którą jesteśmy zbawieni już teraz. Dlatego, jeżeli obserwuję anioły w postaci ludzi niosących tylko nadzieję ograniczoną śmiercią ludzkiego ciała, to chciałbym by te kochane osoby, dobrzy Samarytanie  również doświadczyli pewności zbawienia by potem z takim samym zaangażowaniem dzieliły się radością, pewnością życia oraz spokojem związanym z akceptacją śmierci jako początku chwilowego rozstania. Tak, śmierć chrześcijanina nie jest końcem tylko początkiem.

Aniołowanie bez osobistego doświadczenia życia po śmierci jedynie oddala niepokój związany z nią o kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Pewność życia wiecznego które mamy w Jezusie Chrystusie oraz świadomość jak będzie ono wyglądało pokonuje każdą chorobę, ułomność i ostatecznie śmierć, bez względu na to kiedy przychodzi. Chwała Ci Panie. <3

Domyślam się, że w świadomości wielu osób obecnie cierpiących, chorujących, biednych… wystarczające byłoby osiągnięcie jakiejś średniej przeciętnej, która wyznaczana jest przez innych, czyli przez doczesne standardy naszego bliższego lub dalszego otoczenia. Wiele osób myśli że osiągnięcie tak wyznaczonego poziomu dawałoby poczucie komfortu, spokoju, satysfakcji i zadowolenia. Średniej długości życia, średniego standardu zdrowia dla danego wieku, średniej wagi/nadwagi, średnich zarobków itd… Prawda jednak jest taka, że my nie należymy do tego świata a więc powinniśmy kierować się standardami wyznaczanymi przez naszego Stwórcę, a nie ludzi wokoło oraz upadający świat doczesny.

Dwie przeciwstawne siły.

Dlaczego z jednej strony ilościowo coraz więcej ludzi odwraca się od Boga ale z drugiej jakościowo coraz więcej osób czuje mega poruszenie w stronę Boga i potrafi doświadczać niezwykle bliskiej, intymnej z Nim relacji? 

Ponieważ z jednej strony standardy świata doczesnego są cały czas zaniżane i jego rosnąca atrakcyjność wciąga w siebie coraz więcej nieświadomych dzieci świata, a z drugiej strony  dzięki rozlewanej na nas mocy Ducha Świętego standardy wyznaczone przez Boga są coraz bliższe czystej, nieskazitelnej Miłości pobudzając do życia i umożliwiając wzrost coraz więcej dzieci Bożych. Niestety rozłam ten pomiędzy światem a Bogiem będzie do samego ponownego przyjścia Pana Jezusa się pogłębiał powodując coraz większe napięcia i w zależności za którą stroną się opowiemy, taka moc będzie w nas działać uzdatniając do owocowania owocami świata lub Boga. 

Wybór należy do nas. 

Bez względu jak grzeszną mieliśmy  przeszłość, zawsze możemy podjąć decyzję by odwrócić się od niej. Codziennie, wielokrotnie w ciągu dnia przy okazji zwykłych, pojawiających się codziennych okoliczności i wydarzeń wybieramy w którą stronę idziemy- za Jezusem czy za światem. Na szczęście jednak, mimo coraz niżej upadającego świata Duch Chrystusa działa z coraz większą mocą uzdalniając ludzi do podążania za wypełnianiem Bożych a nie światowych norm. Chciałbym zobaczyć wszystkich swoich bliskich i znajomych gdy przyjdzie Dzień Pana i Bóg będzie wskrzeszał nas do nowego życia, byśmy wspólnie żyli w tysiącletnim królestwie Jezusa Chrystusa obcując z naszym Panem, a także razem  ze sobą.  Amen.

Paweł Śliwiak

inedianin.pl