Archiwum kategorii: Uncategorized

KONIEC SEZONU PIERWSZEGO-TEST DYSTANSU NA SEZON DRUGI 2020.

TEST POSZCZEGÓLNYCH KONKURENCJI ¼ IM- DYSTANSU PRZEWIDZIANEGO NA 2020r: 

I. PŁYWANIE 10 km .VIII. 19 r.

Podsumowaniu pływania poświęciłem cały poprzedni wpis. Mimo wielu wielu technicznych niedociągnięć i tak jest to najprzyjemniejsza i jedyna dyscyplina z ironmanowej trójki, którą mogę obecnie systematycznie ćwiczyć. Być może dlatego jestem w stanie już teraz pokonać pływacki dystans dla pełnego IM, choć pozostałe dwie dyscypliny są na etapie umieralności na dystansie 1/4. 🙂

II. ROWER 50km  13.X.19r.

PRZED: Skoro nie poszło spędzenie ani jednego dnia na poście suchym wracam do treningów.  ( Cały czas interesuje mnie zwiększanie długości pokonywanych dystansów ale przy coraz większym ograniczaniu odżywiania i picia jelitowego, tak by pełnego IM pokonać bez wspomagania jedzeniem i piciem. Cały czas pracuję więc nad pogodzeniem lżejszego, coraz rzadszego odżywiania z coraz większymi wysiłkami.). Jaki więc dzisiaj trening? Bieganie odpada przez ból podeszwy, na basen jestem umówiony wieczorem z synami więc idealna okazja by po raz pierwszy sprawdzić w jakim punkcie wyjścia jestem jeżeli chodzi o etap kolarski ¼, czyli 50km. Tym bardziej, że pogoda piękna- słoneczna złota polska jesień, także rower w końcu prawie sprawny stoi w domu więc z wielką ochotą ruszyłem wybierając trasę z domu do Trzcianki i z powrotem. Wystartowałem też stoper w komórce na aplikacji Endomondo ale w połowie okazało się, że wyłączył się telefon-staruszek, co mu się często zdarza. Na szczęście prawie połowa zdążyła się zapisać więc jest jakiś pogląd. Start godz 14:40, powrót godz 16:40, pokonany dystans wg mapy endomondo 45km. O 17:30 byłem już z synami na basenie.

JAZDA:  Wróciłem, I to jest najważniejsze, ale było kiepsko. Od połowy chwilami rozważałem by zadzwonić po kogoś z samochodem by mnie zebrał z trasy. To jednak nie był dobry pomysł, tak na pierwszy raz 50km, bez żadnego przygotowania i nawet rozgrzewki. A co tam, zacznę pomału i rozgrzeję się po drodze-myślałem w swojej bezmyślności. A więc po kolei.
Pierwsze objawy zaczęły się już ok. 5 kilometra i był to kłujący ból lewego kolana z przodu, od spodu i po zewnętrznej stronie.  Ale żeby już 5 kilometrze!? Co jest grane?- pomyślałem zwiększając kadencję żeby jak najmniej obciążać to kolano, Już wtedy pojawiały się pierwsze myśli by zawrócić, jednak  jechałem dalej- tylko delikatniej. Kolano puszczało ale po chwili ból wracał i tak już na zmianę do końca. Co ciekawe, chyba nie nasilał się wraz z kolejnymi kilometrami.

Do tego bólu, około 15 kilometra zacząłem bardzo mocno czuć kości spojenia łonowego na których opierał się ciężar ciała. Byłem jednak już tak blisko nawrotki, że stwierdziłem, że dam radę i pedałowałem dalej w stronę połowy dystansu. Niestety po paru kolejnych kilometrach ból wzrósł do takiego poziomu, że stwierdziłem, że jednak nie dam rady. W tym jednak momencie było już za późno gdyż byłem za połową drogi, więc i tak wracałem. Teraz zastanawiałem się tylko jak wrócić, by jak najmniej pogłębić urazy. Zacząłem od pierwszej i jedynej przerwy.

Zatrzymując się pojawił się kolejny “problem”- wyprostowanie się i zejście z roweru gdyż plecy odmówiły posłuszeństwa i nie chciały się wypionować, przynajmniej nie od razu. W końcu udało się. Pięć minut postoju i powrót z myślą tylko by dojechać z powrotem tak, by sobie nie zaszkodzić. Pod koniec doszło jeszcze cierpnięcie karku i to chyba był komplet dolegliwości.  Udało się wrócić i jeszcze tylko po zejściu z roweru na podwórku złożyłem się jak harmonijka z papieru. Kolana po prostu ugięły się pod ciężarem ciała, kręgosłup nie musiał, bo był cały czas zgięty, zabolała stopa z urazem i osunąłem się na kolana. Dziwne uczucie braku czucia tego, co robi twoje ciało. Na szczęście to był tylko pierwszy kontakt z ziemią i właściwie zaraz się podniosłem z pełną sprawnością, jakby nigdy nic poza bólem kolana. Gdyby nie ten ból mógłbym spokojnie dalej jechać ponieważ zmęczenia mięśni jakiegoś dużego nie czułem.

PO WYSIŁKU: Szklanka wody, szybki prysznic obiad w postaci 0,7l szejka owocowego I wypad na basen. Choć był czas fanu z dziećmi, to nie wytrzymałem i przepłynąłem sobie parę długości w szybkim tempie kraula. Większość jednak to był fajny czas wygłupów z chłopakami.

WNIOSKI: Ewidentnie na teraz nie jestem przygotowany do dystansu 1/4IM i cieszę się, że rok temu na swój pierwszy start nie zapisałem się, jak chciałem w pierwszej wersji, na ¼ bo bym poległ chyba jeszcze przed skończeniem etapu rowerowego albo skończył ale z trwałym uszczerbkiem dla zdrowia. Ufff. Po dzisiejszym wysiłku najbardziej niepokoi mnie ból kolana bo nie wiem co jest przyczyną I to, że pojawił się tak szybko. Pozostałe do wykorzystania zabiegi fizjo będą więc pod kątem eliminacji tego bólu, a kręgosłup niestety znów musi zejść na drugi plan. Pomimo, że jechałem w adidasach, nie sądzę, żeby miało to wpływ na zwiększenie nasilenia tego bólu, a co najwyżej na wydajność i komfort pedałowania. Wymiana pedałów na zatrzaskowe oraz buty rowerowe traktuję więc jako drugoplanową inwestycję. Pozostałe elementy wiem jak usprawnić więc mnie nie niepokoją. Tyłek- to wymiana siedzonka bo to ma ładnych parę lat, jak nie parenaście, oraz nie jest wyprofilowane pod męską anatomię. Kolarskie gacie z wkładką żelową też powinny pomóc w sprawie tego bólu. Ból karku- to kwestia przyzwyczajenia i wytrenowania. Kręgosłup lędźwiowy skoro dał radę tak bez przygotowania, to jak poćwiczę i jeszcze bardziej rozciągną tylny pas mięśniowy, myślę, że będzie ok. Tylko te kolana. Przydałby się trenażer by systematycznie i stopniowo, pomału się przystosowywać. Póki co mam jednak ważniejsze wydatki jak chociażby wspólne wakacje I ferie z dziećmi, więc nie wchodzi w rachubę. Mimo bólu cieszę się, że zrobiłem ten test, ponieważ po raz pierwszy wiem na czym stoję jeżeli chodzi o dystans 1/4.   Mając póki co dwie dyscypliny z trzech wycięte, okoliczności same wskazują na czym mam się skupić-pływanie, co też robię i w ramach czego w połowie listopada jadę na warsztaty z kraula. Tak więc póki bóle nie miną przynajmniej w codziennym funkcjonowaniu, cały czas basen, basen, basen… Działam więc dalej bezplanowo, albo nawet jeżeli w ramach jakiegoś planu to cały czas gotowy na zmianę tego planu dostosowując go do wskazówek I możliwości ciała, tego fizycznego ale także emocjonalno-duchowego. Cały czas staram się jednak świadomie oddziaływać, kształtować oba te obszary wyrażania siebie.

PO DWÓCH DNIACH chyba doszedł do mnie ogrom pracy jaki jeszcze mam przed sobą. Oszacowałem, też ile pieniędzy musiałbym jeszcze włożyć by zrealizować cel pełnego IM i pierwszy raz poczułem tak silne zniechęcenie, rezygnację. Myśli po co mi to? Czy dam radę? I uczucie, że nie dam. Oglądam filmiki na YT i widzę mistrzów a potem przepaść jaka dzieli mnie od nich. Nie chce mi się, oraz nie chcę wydawać kolejnych pieniędzy na realizację tego celu kosztem jakiś fajnych wakacji z dziećmi. Jeżeli taki miałby być koszt, to nie byłaby dobra i właściwa inwestycja więc czy to oznacza rezygnację?

Myśl „Nie chce mi się”
Na szczęście jak tylko pojawia się myśl „nie chce mi się”, to zapala się także lampka ostrzegawcza by przyjrzeć się tym myślom. Kiedyś usłyszałem, że to właśnie myśl “nie chce mi się” wskazuje (lub bardziej potwierdza)  kierunek, w którym właśnie powinniśmy pójść. Myśl “nie chce mi się” to myśl słabości ludzkiej lub czasami podszept złego ducha by odciągnąć nas, przykryć często poprzedzającą myśl Bożej inspiracji zrobienia czegoś (lub nie zrobienia), powiedzenia (lub zamilknięcia)… Bóg inspiruje nas, zachęca do zrobienia czegoś, co gdy wypełnimy to sprawi, że przybliżymy się do Niego, a Szatan jak tylko szybko może przykrywa tę inspirację przykrywa swoją myślą “nie chce mi się”, którą rozpoznajemy jako własną. Dlatego dzisiaj czując w sobie to zniechęcenie, wręcz całe stado myśli “nie chce mi się” docierających z różnych części mnie, zadałem pytanie nadrzędne, co na to Bóg?  Czy głos, by zrezygnować to wola Boga, czy moja słabość lub podszept Złego ducha? Tym razem rozpoznałem je jako moją słabość. Kolejne pytanie, czy dążenie do zrobienia IM to pragnienie realizacji własnego ego czy jednak była to inspiracja od Boga, a teraz przeżywam jedynie normalną ludzką słabość? W tym wypadku nie wiem, nadal nie wiem. Ja tego pragnienia sobie nie wymyśliłem więc musi być w tym coś z zewnątrz. Nie mam jednak pewności co nie ułatwia sprawy, podejmowania takich a nie innych wyborów. Jest ciężko, od września 2019 mam teraz trudny czas w którym równolegle obrane kierunki nie chcą się pogodzić. Lżejsze odżywianie staje się coraz cięższym, a systematyczne intensywne treningi słabną stając się coraz bardziej niesystematyczne. A powinno być odwrotnie… 🙁

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ 20X  RE-TEST 50KM NA ROWERZE

Dokładnie tydzień temu ledwo co ukończyłem dystans zaplanowanego na przyszły rok 1/4IM. Obolałości tyłka, ból kolana i nadwyrężenie kręgosłupa w krzyżu czułem jeszcze w czwartek co nie napełniało optymizmem. To były dni niepewności, rozważań czy nie jest to przypadkiem znakiem, by zrezygnować z dalszego pokonywania swoich słabości poprzez przygotowania, treningi do pełnego IM. Ponieważ pragnę podążać tylko w zgodzie z wolą Boga cały czas badam drogę, którą podążam, a w tym przypadku nie potrafię rozpoznać czy jest wolą Boga bym dalej pokonywał swoje słabości przez trening, pytam, proszę, modlę się by Bóg w imieniu Jezusa Chrystusa pokazał co powinienem zrobić. Sprawdzam jednocześnie swoje serce, czy rzeczywiście jestem otwarty na usłyszenie Bożej woli I czy w każdej chwili jestem gotowy by zrezygnować. Co teraz czuję myśląc o takiej opcji? Jest poczucie jakiegoś żalu, ale jednocześnie mam przekonanie, że mimo ludzkiego żalu, jestem gotów zostawić to jeżeli usłyszę, że tego chce Bóg. Potrzebuję tylko potwierdzenia i o nie prosiłem. W międzyczasie obolały nadal codziennie chodziłem na basen łącząc trening z wodnymi masażami w ramach fizjoterapii.
Nie wiem jak to się stało, że w niedzielę wsiadłem na rower. Chyba potrzebowałem ruchu a że górna część była zmęczona codziennym pływaniem, stopa nadal doskwierała, więc wykorzystując piękną pogodę stwierdziłem, że przejadę się, sprawdzę po ilu km tym razem zacznie mnie boleć kolano I jak będzie się jechało na żelowej nakładce na siodełko.
Tym razem, zanim ruszyłem, porządnie się rozgrzałem i porozciągałem. Założenie było by utrzymywać stałą kadencję-w okolicy 90 obr/min czyli znacznie wyższą niż ostatnio I utrzymywać ją przy niewielkim wysiłku ( generowanych watach) co miałem osiągnąć poprzez częstsze używanie przerzutek. Totalnie inne założenie niż ostatnio, kiedy nie chcąc używać przerzutek w obawie by się za bardzo nie zużyły, generowane waty były od samego początku dużo większe i nierównomierne, podobne jak zwalniająca kadencja na podjazdach, niemożliwa do utrzymania przy bólu kolana bez schodzenia z przełożeniami. Efekt był jaki był.
Teraz jadąc oczekiwałem bólu kolana, lub przynajmniej dyskomfortu tyłka około 10km I byłem gotowy by wtedy zawrócić ale o dziwo nie było. Nie przyspieszałem, robiłem swoje, czyli skupienie, by utrzymywać stałą kadencję (nie wiem jaką) przy małym nacisku na pedały. O wiele częściej zmieniałem przerzutki. Na początku pojawiło się poczucie żalu, że je eksploatuję ale gdy ból się nie pojawiał to chore nastawienie wyciszyło się i robiłem swoje. Planowałem w połowie przerwę, jednak tak fajnie się czułem, że jechałem dalej obserwując reakcje ciała, czy pojawia się jakiś ból, dyskomfort, gdzie, przy jakim ruchu itd. Pierwszy rzeczywiście był ból lewego kolana (zewnętrzna strona) jednak nie był na tyle wyraźny, bym musiał zmniejszyć nacisk na pedały, a robiąc swoje znikał. Pojawiał się I znikał. Swoboda w porównaniu z zeszył tygodniem była tak zaskakująca, że w okolicy Radolina jadąc pierwszy w życiu raz tamtą drogą zachwycałem się pięknem okolicy- ale tam jest ładnie! Potem w Trzciance, czyli koło 30 km zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Kolejne przyjemne zaskoczenie, że schodząc z siodełka i stając jest ok. Nie złożyłem się, a nawet bez większych problemów wyprostowałem. Było dobrze, nawet bardzo dobrze więc te ostanie 20km coraz mocniej naciskałem na pedały by sprawdzić, kiedy pojawi się ból I w którym miejscu ciała. Byłem pewien, że na prawdę dużo mocniej naciskam utrzymując dotychczasową kadencję, więc dużo szybciej jadę. Patrząc jednak na analizę poszczególnych odcinków nie widać przyspieszenia. Jestem ciekaw co się stało. Wróciłem cały happy i dostałem skrzydeł do dalszego trenowania. Ten przejazd był dla mnie odpowiedzą Boga, by nie rezygnować, że mam dalej iść tą drogą, znów wróciła inspiracja, natchnienie i entuzjazm do jeszcze większego zaangażowania w pokonywaniu swoich słabości, niechęci, lenistwa. Dziękuję CI Panie.


DZIEŃ PO- Nie pamiętam ale chyba było ok, bez jakiś dodatkowych niż te codzienne sygnałów ze strony stawów, kręgosłupa i stopy. Nawet mięśnie nóg nie dawały jakiś oznak zakwasów. Mimo, że mógłbym więc dzisiaj też zrobić jakiś trening, odpuściłem ciesząc się dniem dzisiejszym- tylko rozciąganie oraz przyjemna, gorąca kąpiel wieczorem. Ale fajnie.

III. BIEG 10 km 22X

Od ostatniego testu rowerowego minęły dwa dni, a za trzy dni kończy mi się zwolnienie lekarskie. W stopie jest dużo mniejsze odczuwanie bólu- to już nie jest ból tylko lekki, chwilowo pojawiający się dyskomfort. Stało się to zachętą do kolejnego testu dystansu zaplanowanego na przyszły rok. Tym razem części najbardziej newralgicznej pod względem obciążenia bolących stawów, czyli biegu na 10 km.

ZAŁOŻENIE: Wyjść z domu, zacząć biec możliwie luźno do czasu pojawienia się pierwszego bólu, a potem zadecydować czy wrócić czy szukać sposobu na jego eliminację. Wyciągając wnioski z testu rowerowego, tym razem przed biegiem porządnie się rozgrzałem oraz porozciągałem. Pogoda nadal piękna.

PO WYSIŁKU: Kolejne przemiłe zaskoczenie, że dyskomfortu w chorej stopie zupełnie nie czułem, a kolano dopiero około 7km dało znać, że jest, bez jednak wpływu na tempo czy sposób biegu. Śmieszne, bo gdy pierwszy raz się odezwało, akurat wybiegłem z lasu i przebiegałem koło parkingu szpitalnego, na którym to kątem oka dostrzegłem jakąś całkiem sympatyczną niewiastę. W takich okolicznościach przyrody nie wypadało zwolnić więc bieg jakoś tak sam stał się bardziej sprężysty a klata bardziej wypięta- ot taki jakiś męski atawizm. 🙂

Podsumowując: W trakcie tego biegu wyszło, że co około 2,5 km musiałem na chwilę przejść do marszu żeby uspokoić oddech i dać mięśniom odpocząć- Hurra! Pierwszy raz bardziej bardziej niż stawy i kości czułem zmęczenie mięśni, co mnie bardzo cieszy. Gdy po raz drugi poczułem potrzebę zatrzymania się, tym razem może z dwie minuty poświęciłem na rozciągania i rozluźnianie mięśni. Trzecie zatrzymanie było, gdy wbiegłem ponownie do lasu opuszaczając teren monitorowany przez niewieście spojrzenia. Jak się okazało, było to prawie dokładnie 7,5 km a więc ¾ dystansu. Zerknięcie  na stoper i gdy zobaczenie, że mogę dobiec do 10km przed upływem godziny uruchomiły się jakieś dodatkowy pokłady energii co z kolei zmotywowało do dalszego biegu, z jeszcze większym zaangażowaniem. A wydawało mi się, że nie mam już za dużo sił. Tymczasem z telefonem w ręku, patrząc jak kolejne metry przybliżają mnie do dychy nie poddawałem się choć zadyszka była największa jak dotychczas. Najważniejsze jednak, że nie czułem żadnego bólu w kolanie, stopie ani kręgosłupie, wszystko działo, więc mogłem pozwolić sobie na większy wysiłek- przydusiłem i dałem radę. Nie dość, że zmieściłem się w godzinę, to był to najlepszy czas na 10 km jaki osiągnąłem w życiu. Nie wiem jak to się stało, chciałem tylko „przebiec się” zachowując jak największy luz, zwracając uwagę na sugestie techniczne o których na YT wspomina Yacool, a zrobiłem życiówkę. Nie wiem jak to możliwe, tym bardziej, że od lipca nie biegałem i mam uraz stopy. Kolejne przemiłe zaskoczenie i jakby kolejne potwierdzenie z Góry, że mam nie biadolić, tylko dalej brać się do roboty i iść tą drogą.

Po przekroczeniu dychy oczywiście przeszedłem do marszu. Dopiero teraz, gdy po parudziesięciu metrach odpocząłem i znów totalnie na luzie chciałem pobiec okazało się, że jednak ból lewego kolana jest bardzo silny i  nie pozwolił biec. Niestety znów odezwał się ból prawej stopy i to bardzo silny. Nie popsuło mi to jednak dobrego nastroju i uczucia wdzięczności.

DWA TYGODNIE PO:  Ból stopy utrzymuje się niemal cały czas na stałym poziomie. Zakwasy miałem przez trzy dni- jeszcze w czwartek obawiałem się jak to będzie na piątkowej służbie ale choć służba była intensywna ( ćwiczenia wysokościowe do południa, a wieczorem na dźwigu) to było ok. Nie wiem nawet, czy ten przymus do ruchu nie zadziałał pozytywnie. Sam pewnie nie zmobilizowałbym się jeszcze do pójścia na siłownię. Jedynie co nie podobało mi się, to fakt, że sposób odżywiania rozwalił mi się od dnia biegu niemal całkowicie. Już nie ma okna czasowego, nie jem tylko surowizny tylko coraz większy procent to przetworzone wegańskie potrawy, jak dzisiejsze spaghetti i żurek po godzinie 19-tej. Niestety zacząłem też sięgać po produkty zawierające nabiał, jak chociażby bagietka z masłem czosnkowych. Nie podoba mi się to, ale nie mam obecnie siły i motywacji by skupiać się na utrzymaniu witariańskiego odżywiania. Cofnąłem się i obecnie jestem na odżywianiu w połowie przetworzonymi produktami, a tylko w połowie surowymi. Z tych przetworzonych z 10 procent zawiera nabiał, co mnie najbardziej uwiera (bagietka z masłem czosnkowym, sos czosnkowy do tortilli, niewegańskie drożdżówki). Nie chcę, ale nie mam siły by teraz z tym walczyć. Akceptuję więc ten stan mając nadzieję, że przyjdzie czas powrotu do pracy nad dalszym dążeniem do witarianizmu i dalej. Taki jest sens przygotowań do IM, by połączyć pokonanie dystansu IM bez jedzenia i picia. Chcę naśladować Jezusa więc wiedząc, że On pościł, apostołowie pościli, prorocy pościli, a Mojżesz 80 dni, to i ja czuję takie pragnienie. Chcę przynajmniej raz w życiu, tak jak mój Zbawiciel, przez 40 dni pozostać bez jedzenia i  picia. Chcę tak jak Eliasz , który podczas swojego 40dniowego postu wędrował po pustyni, również w tym czasie być aktywnym, a czego wyrazem ma być ukończenie w okolicfy 30tgo dnia dystansu pełnego IM. Czuję, że poszczenie to droga niesamowitego kształtowania charakteru i panowania nad ciałem do której zachęca nas Bóg, droga pokonywania swoich słabości i wzmacniania chrześcijańskiego ducha w ciele. Patrząc jak silną wiarę mieli pierwsi Apostołowie, prześladowani, uśmiercani, patrząc jak silna jest wiara wśród współcześnie uciskanych chrześcijan, stwierdzam, że ucisk ma ogromny wpływ na wzrost naszej wiary i postawy chrześcijańskiej. Mamy ten przywilej, że obecnie, w Polsce jest dobrobyt, nie ma prześladowań i widzę jak odbija się to na europejskich chrześcijanach, w tym na mnie. Rozleniwienie, brak charakteru, nie widać kierunku  w którym chrześcijanie zmierzają  w tym życiu. Brak wyróżniania się od otaczającego świata. Patrząc na życie większości osób uważających się za chrześcijan, w tym także nowonarodzonych, nie widać żeby wyróżniali się ze świata, a przecież mamy być światłem tego świata. Dlatego nie chcę ulegać temu uśpieniu w  fotelu tego świata i sam uciskam swoją duszewność oraz ciało fizyczne postami. Na razie jednak, jeżeli chodzi o odżywianie, to cofnąłem się i  od jakiegoś czasu bardziej ulegam ludzkim słabościom niż wystawiam na kształtujący ucisk… Nie jest łatwo na ludzki sposób pogodzić zwiększanie wysiłku z ograniczaniem jedzenia. Wiem jednak, że w świecie dobrobytu i braku umiaru we wszelakiej konsumpcji,  idąc nawet wg ludzkich pragnień, a nie Bożego wyraźnego prowadzenia, jest to Boża droga. Bóg dał nam rozum i wolny wybór. Zbyt wielu chrześciajan nie korzysta z nich zasłaniając się oczekiwaniem na Boże prowadzenie. A może Bóg czeka na nasze działanie gotowy, by w razie złego wyboru skorygować nas?

PODSUMOWANIE SEZONU

Pierwszy sezon zamknięty w poczuciu, że jest ok. Może nie posuwam się tak gładko, nie tak szybko jak chciałbym ale postęp następuje we właściwym kierunku i to jest najważniejsze. Zauważam większy postęp w obszarze przygotowania fizycznego, dużo mniejszy w obszarze odżywiania. Jednak i tu był to rok najbliższy jak do tej pory odżywianiu witariańskiemu. Szukając największych hamulców by pójść szybciej i dalej, w minionym roku znajduję: Jeżeli chodzi o treningi to bóle kręgosłupa,  kolana i stopy, skutecznie zniechęcające do systematyczności, zmuszające do wykrzesania samozaparcia by mimo bólu jednej części ciała nie odpuszczać ćwiczeń zdrowych części. Ponieważ oprócz zniechęcania, ból był  jednocześnie czynnikiem odbierającym najwięcej radości i frajdy, dlatego chciałbym, by zima była przede wszystkim pracą nad likwidacją tych dolegliwości. Jeżeli natomiast chodzi o odżywianie to w minionym roku chyba najskuteczniej przyblokował mnie nieregularny sen związany z pracą zmianową dwudziestocztero- godzinną oraz  okres trzech miesięcy, w którym pełniłem inne niż  zwykle i większe obowiązki w pracy  Nieregularny sen to zmniejszenie zdolności bycia uważnym by nie ulegać odmiennym, a wręcz przeciwstawnym do moich celów, tendencjom otoczenia, to osłabienie koncentracji na obranym kierunku. Natomiast konieczność większego zaangażowania się pracę zawodową to dodatkowo przesunięcie koncentracji w kierunku, który nie jest mi po drodze. Dlatego, cieszyłem się, że gdy tylko sytuacja na zmianie stała się kadrowo stabilna, pojawiła się osoba, która mogła przejąć te obowiązki i mogłem wrócić do znacznie mniej wymagającej zaangażowana  funkcji sprzed. Niestety, te trzy miesiące wybiły mnie z utrzymywania uwagi na drodze uszczuplania odżywiania tak skutecznie, że jeszcze teraz, trzy kolejne miesiące później nie potrafię wrócić do witarianizmu, lub przynajmniej stuprocentowego weganizmu. Walczę i co chwilę kick-startuję się mając nadzieję, że w końcu mechanizm znów zaskoczy ale póki co nie nie wróciłem do stanu z pierwszej połowy roku. Jeżeli chodzi o regularny sen, to pracując, gdzie pracuję nie wiem co mogę zrobić by ten obszar był bardziej sprzyjający. Pozostaje mi więc na tyle, na ile to możliwe dbać o sen w obecnym położeniu, a wiem, że mam takie możliwości chociażby jeszcze bardziej ograniczając bezproduktywne czynności. Kwestia  wyraźnego określenia priorytetów (które gdzieś się zamazały) i organizacja dnia pod ich realizację ( co też się rozprężyło). Od jakiegoś czasu pozwalam, by minuty, a czasami nawet godziny z codziennego skarbca czasu, gdzieś przeleciały między palcami…

CO TO ZNACZY BYĆ OSOBĄ?

GŁĘBIA BOŻEGO SŁOWA OBJAWIANA W POJEDYNCZYM WERSECIE.

Od paru tygodni zauważyłem, że nie mogę sięgać do czytania I rozważania Biblii, jakbym miał rodzicielski szlaban. Powód? Nie potrafię podać otrzymanej informacji dalej tak, by przynosiła owoce. Dzieląc się Słowem czuję, że słowa padają na glebę w której cenne Ziarno Życia obumiera, ludzie odrzucają życie. Choć z jednej strony wiem, że przekonywanie nie do mnie należy, nie ja też podlewam i nie ja jestem świadkiem zbieranego plonu, to z drugiej strony badam siebie, czy dzieląc się pewnymi spostrzeżeniami wykonuję wolę Pana a nie przypadkiem własną, a ponieważ często nie mam pewności więc powstrzymuję dzielenie się, tym co poznaję. Być może moim dziełem jest tylko rozrzucać dobre ziarno które sam otrzymuję, które nie jest moje, a jedynie przeze mnie przechodzi.

Kontynuując jednak czytanie i rozważanie Pisma, pewność wiary wzrasta a nie dzieląc się tą pewnością następuje przepełnienie, które jeśli nie jest przekazywane dalej zaczyna wręcz ciążyć do tego stopnia, że pojawia się brak pozwolenia na dalsze pogłębianie zrozumienia. Biblia jest dla mnie takim dobrym ziarnem, a ponieważ nie potrafię jeszcze owocnie rozsiewać tego ziarna to Dobre Słowo staje się ciężarem. Czy to oznacza, że Boże słowo jest ciężarem? Jeżeli tak, to tylko dlatego, że ja jestem jeszcze niewprawnym robotnikiem. Tylko dlatego, że choć już nie raczkuję, już chodzę na dwóch nogach, to jeszcze nie potrafię biec w wyścigu o którym wspomina Paweł Apostoł.

Sobota, Szabat, dzień odpoczynku i szczególnego weselenia się bliskością z Bogiem, Jezusem oraz Duchem Świętym. Osobistego z Nim spotkania I ich doświadczenia. To dzień, w którym staram się z różnym skutkiem oddzielić od spraw tego świata i poświęcać czas oraz uwagę tylko dla Boga, na modlitwę, medytację, spacery z uwielbieniem i wdzięcznością na ustach, duchowe z Nim i w Nim spotkania. Dzisiaj jest właśnie sobota I poza powyższym sposobem spędzania sięgnąłem także do Biblii zaczynając od miejsca, w którym skończyłem ostatnie rozważania:

1KOR6:2-3

Czy nie wiecie, że święci będą sądzić świat? A jeśli świat będzie sądzony przez was, to czy nie jesteście godni osądzać sprawy pomniejsze? Czy nie wiecie, że będziemy sądzić aniołów? A cóż dopiero sprawy doczesne?

Boże jakie twoje słowo jest piękne i głębokie, ile w nim nadziei oraz obietnic dla nas. Pomimo, że znam ten fragment i wielokrotnie go czytałem, to za każdym razem ma do przekazania coś nowego. Pomimo, że dotyczy rozwiązywania sporów między wierzącymi, to między słowami można wyczytać wiele wspaniałych informacji, a informacje te są tak wspaniałe, ze choć chciałem dzisiaj więcej tekstu rozważyć, to moc już tego jednego nie pozwoliła czytać dalej. Dzisiaj wewnętrzne Słowo jeszcze pełniej pokazało i utwierdziło w wiedzy odnośnie naszego losu, naszego stanu po drugiej stronie śmierci, a także potwierdziło pogląd na to kim jestem jako osoba. Został odkryty kolejny rąbek tajemnicy kim jest Bóg Osobowy, który na swoje podobieństwo mnie stworzył a przez to głębsze doświadczenie samego siebie, świadomości tego, kim ja jestem jako święta osoba przeznaczona do życia wiecznego. W tym momencie warto wyraźnie zaznaczyć nawiązując do różnych nurtów duchowości niechrześcijańskiej, że osoba jest kimś więcej niż nawet najczystsza energia. Ponieważ osoba ma uczucia i wolną wolę, jest dużo ponad każdą energią. Osoba tętni życiem i sama może świadomie nadawać kierunek, energia wibruje z różną częstotliwością będąc kierowaną. Myśl jest energią ale nie osoba myśląca w duchu. Rozważanie jednak tego, jakie ma znaczenie odkrycie siebie i traktowanie jak osoby a nie energii to temat na oddzielny wpis.  

Znaczenie poznania siebie.

Chrześcijanin, który rozpoznał kim jest jako osoba stworzona na podobieństwo Stwórcy nie powinien mieć problemów z akceptowaniem śmierci. Po przyjęciu swoim sercem Zbawienia przez śmierć Jezusa, strach przed śmiercią nie powinien mieć dłużej panowania nad wierzącymi. My, wierzący zanurzeni już teraz w śmierci Jezusa przez przyjęcie świadomego chrztu, umarliśmy już teraz razem z Nim dla grzechu, który jest śmiercią. A wynurzając się z wody, na wzór Jego zmartwychwstania, otrzymaliśmy,  jak On, nowe nieśmiertelne życie, czego świadomość już teraz pozwala nam chodzić w wielkiej radości. Chwała Ci Panie, że dokonałeś tego dla nas.

Wgryźmy się więc w werset nr 2 żeby odkryć tajemnicę tego kim jesteśmy jako osoby  i co to znaczy dla chrześcijanina, że nigdy nie umrzemy, a co powinno być wyzwalające od najsilniejszego ludzkiego strachu-przed śmiercią.

Napisane jest tam, że będziemy sądzić świat i aniołów. My, czyli kto i kiedy to będzie miało miejsce?

Sąd aniołów będzie miał miejsce dopiero po wskrzeszeniu nas z martwych, o czym Biblia mówi w innych miejscach.  W tym samym wersecie jest nawiązanie i nakaz byśmy skoro będziemy w przyszłości sądzić sprawy aniołów, tym bardziej  (teraz, czyli w obecnym życiu) nauczyli się rozsądzać sprawy doczesne, a które są pomniejsze.  Wyraźnie więc widać, że jest jakaś niezmienna część w nas, która tak jak funkcjonuje w obecnym życiu przejdzie przez śmierć i będzie trwała dalej, wiecznie. Biblia używa wyrazu Wy, czyli My-i oznacza to właśnie tę część, która w przeciwieństwie do śmiertelnego ciała, już nigdy nie umrze. Jak rozpoznać, jak odnaleźć tę część siebie? Ciało umiera, więc to nie jest ciało, czyli nie może mną być cokolwiek, co jest z nim związane jak np emocje, umysł podświadomość. Kim więc jestem jako osoba stworzona na podobieństwo Boga? Całość rozważanego fragmentu dotyczy sądzenia, osądzania więc chcąc odszukać prawdziwego siebie należy zwrócić uwagę na tę część w nas, która zajmuje się osądzaniem: siebie, innych, wydarzeń z życia, postępowania…

Czy myśl rozumowa jest tym osądzającym, a wiec mną? Ktoś powie, że osądza rozum przy użyciu mózgu, jednak czy rzeczywiści to rozum jest osądzający? Czy jesteśmy rozumem?

Przyglądając się jak bardzo ten rozumowy obszar naszego jestestwa uzależniony jest od zmiennych i chwilowo modnych czynników zewnętrznych, od tego gdzie się urodziliśmy, w jakim społeczeństwie I kulturze mieszkamy, jak wyglądał nasz proces edukacji… wskazuje, że jednak ja nie jestem rozumem. Rozum to jedynie niefizyczny efekt pracy I ukształtowania fizycznego mózgu. Dostrzegam, że ja osądzający jestem poza rozumem, a jedynie wykorzystuję go do rozsądzania. Ponadto skoro zostałem stworzony na podobieństwo Boga, to rozsądzające „Ja” wszystkich ludzi powinno być za sprawą tej wspólnej dla wszystkich ludzi Bożej części, połączone. Rozum nie wykazuje tej stałości i takiego połączenie.

Dopiero przechodząc poza rozum, wyciszając jak stację radiową lub jak nazywał to Budda wygaszając go, możemy dotrzeć znacznie bliżej prawdy o osobie, bliżej poznania tego kim jesteśmy w swojej duchowej, nieśmiertelnej osobie. Biblia w innych wersetach daje więcej wskazówek poszukiwaczom, by znaleźli odpowiedź kim jestem. My jednak skupiamy się tym razem tylko na pokazaniu wartości pojedynczego fragmentu. Rozważając jednak ten pojedynczy fragment należy pamiętać, że dopiero Biblia traktowana jak jedno całe, spójne pismo-od pierwszej księgi Starego Testamentu, do ostatniej Nowego daje właściwe poznanie. Poszukiwacz Prawdy musi spełnić warunek rozważania pojedynczych fragmentów przez pryzmat treści całej Biblii  ponieważ ze względów nazwijmy to bezpieczeństwa, ważne tematy umieszczone są fragmentarycznie w różnych częściach. Dzięki temu z jeden strony chroni to dzieło przed ludzką ingerencją w chęci wymazania ważnych ale niewygodnych fragmentów- chociażby ze względu na uprawianą religię, ale z drugiej strony taki układ treści wymaga włożenia większego wysiłku ze strony poszukiwacza, który dopiero znając i łącząc wszystkie te fragmenty otrzymujemy głębokie zrozumienie rozważanych obszarów. Szukanie odpowiedzi tylko na bazie pojedynczego fragmentu,  jest jak badanie przyrody jednego kontynentu w pragnieniu poznania środowiska całej Ziemi. Poniższe rozważanie jest więc bardziej pokazaniem wartości biblijnej treści niż pełną odpowiedzią na zagadnienie.

Tak więc kontynuując: Inną informacją poza wskazaniem kim jestem jako osoba, a którą możemy odczytać między słowami przytoczonych wersetów jest to, że w duchu tacy, jacy jesteśmy teraz, tacy będziemy także po zmartwychwstaniu. Paweł zwraca się do wierzących jako do tych samych, którzy po zrzuceniu obecnej, cielesnej powłoki oraz zmartwychwstaniu, będą sądzić aniołów, a co wskazuje na ciągłość naszego życia w tej samej duchowej osobie jaką jesteśmy w obecnym ciele . Dla mnie to mega zapowiedź tego, że umierając I po śmierci, cały czas będę mógł obserwować I dalej rozeznawać w trwaniu obecnej świadomości  tego, co się będzie działo wokoło, tylko już bez ciała. Poznam jak to jest z drugiej strony, będę doświadczał zupełnie nowych stanów będąc tą samą osobową świadomością. Przekonam się, że stan obecny, który jest ściśle połączony z ciałem był tylko chwilowym zanurzeniem, a po obumarciu tego co fizyczne wróciłem do Domu. Wow! A jak jeszcze dołączymy zapowiedź z innych miejsc Biblii, że po chwili snu CI, co przyjęli zbawienie przez Jezusa Chrystusa- zostaną przez Niego obudzeni do życia w Tysiącletnim Królestwie I znów wrócą tu na Ziemię, która jednak będzie zupełnie Nową Ziemią, w ciele, które jednak będzie zupełnie nowym ciałem, podobnym do tego, jakie miał Jezus po zmartwychwstaniu, to serce aż wyrywa się by te czasy już nastąpiły i woła Maranatha! Tak Biblia buduje I pogłębia chrześcijańską tożsamość I miłość do naszego Pana- Jezusa Chrystusa, bo to wszystko przez Niego, dla Niego I dzięki Niemu. Chwała, chwała, chwała Panu.

Narzędzia praktyczne do budowania osobistej relacji z Bogiem.

Czy są jakieś narzędzia przydatne do praktycznego budowania osobistej bliskości z Bogiem? Ja takie dostrzegam. Żeby jednak wykorzystywać je świadomie i we właściwy sposób przydatne jest zrozumienie postrzegania Boga objawionego nam Przez dwie osoby: Jezusa Chrystusa oraz Ducha Świętego. 

Miejsce człowieka w Bożym planie zbawienia i prowadzenia.

Skoro już potrafimy rozpoznać tę duchową, Osobową część człowieka która podobna jest Bogu, możemy przyjrzeć się w jakim miejscu Bóg umieścił nas w swoim planie Zbawienia i jak genialny jest to projekt, jak wszechstronnie zostaliśmy otoczeni Bożą opieką. 

Bóg Stwórca objawia nam siebie poprzez poznanie i naszą osobistą relację z dwoma swoimi postaciami: Jezusem i Duchem Świętym, z których każda dla naszego zbawienia, znajduje się w innym miejscu oraz wykonuje różne zadania.

Jezus Chrystus- Syn Człowieczy, Bóg- człowiek poświęcił swoją Boskość i stał się jak my człowiekiem by jako niewinny oddać swoje życie za nas biorąc na siebie każdy nasz grzech. Przyjmując ten dar stajemy się wolni od grzechu i śmierci. Musiał umrzeć ale i zmartwychwstał jak zapowiadali to Boży Prorocy jeszcze długo przed tym, zanim się pojawił na Ziemi. Obecnie znajduje się w przestrzeniach Niebiańskich i czeka ze swoim powrotem by wypełniły się dane nam proroctwa, by jak najwięcej osób miało szansę rozpoznać Go jako Pana Ziemi i być zbawionymi. Nie wraca jeszcze, gdyż jego powrót oznaczać będzie sąd sprawiedliwy i koniec świata znanego w takiej formie w jakiej widzimy go teraz, a początek nowej ery jego rządów w obfitości i pokoju przez 1000 lat. Do tego życia zostaną wskrzeszeni wszyscy wierzący sercem. Ponieważ Jezus znajduje się na zewnątrz nas,  bliskość i osobiste poznanie  Go można umacniać poprzez modlitwę, uwielbienie, dziękczynienie i czytanie z rozważaniem Biblii. Generalnie  przez kierowanie naszej uważności na zewnątrz siebie, ku Jego osobie.  Większość chrześcijan skupia się właśnie na takiej formie, przez co ma fajną relację z osobą Jezusa. Niestety, jeżeli nasza uwaga będzie kierowana tylko na Jezusa, to chrześcijańska wiara nabywa „tylko” duchowego bogactwa doświadczania jego łaski miłosierdzia. Poza duchowo-duszewnymi uniesieniami i intelektualną wiedzą, nadal możemy nie doświadczyć Bożej mocy, co oznacza, że Bóg nie wykorzystuje nas w pełni. Ponadto ograniczając się tylko na zewnętrznym aspekcie Boga łatwo wpaść w gołosłowną i martwą religijność.  Być może właśnie o takich ludziach Jezus wyraził się w Mt 7:21.   

Nie każdy, kto mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto wypełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi tego dnia: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w twoim imieniu i w twoim imieniu nie wypędzaliśmy demonów, i w twoim imieniu nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im oświadczę: Nigdy was nie znałem. Odstąpcie ode mnie wy, którzy czynicie nieprawość.

Duch Święty- Zanim Jezus wniebowstąpił po swoim zmartwychwstaniu, zapowiedział, że musi odejść na jakiś czas gdyż inaczej nie zstąpi na ziemię Duch święty. Jezus musiał wstąpić, żeby nam Go zesłać i teraz jest właśnie czas działania Ducha Świętego który będąc również czującą osobą (a nie energią) ma za zadanie prowadzić nas ku Ojcu, na tyle, na ile pozwolimy mu się prowadzić w rozpoznaniu w Nim Boga prawdziwego. Zgodnie ze słowami Biblii, osoba Ducha została wylana na wszelkie stworzenie, a miejscem jej przebywania jest świątynia naszego ciała, a dokładnie nasze Serce. Tak więc w przeciwieństwie do zewnętrznego miejsca przebywania naszego Pana Jezusa, Duch przebywa wewnątrz nas, w sercu. Z mojej obserwacji wynika, że niestety niewielu chrześcijan rozpoznaje taki podział przez co Duch przebywający w naszych sercach wydaje się zaniedbywany i osamotniony.  Drogą do łączenia się z tą Bożą osobą jest kierowanie uwagi do swojego wnętrza, do naszych duchowych obszarów, do wiecznej Osoby o której pisaliśmy w pierwszej części tego rozważania. Niestety na drodze poznania siebie, znajduje się wiecznie rozbiegany ludzki umysł. Jest to przeważnie największa bariera, którą trzeba wytresować i wyciszyć. Najlepszymi znanymi mi narzędziami którymi możemy się posłużyć by uczynić umysł sobie posłusznym jest medytacja relaksacyjno- oddechowa  lub dwupunkt, które pomagają w modlitwie bez słów w ciszy przestrzeni serca. Być może o takiej właśnie formie modlitwy wspominał Jezus w Mt 6:6-8 Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do swego pokoju, zamknij drzwi i módl się do twego Ojca, który jest w ukryciu, a twój Ojciec, który widzi w ukryciu, odda ci jawnie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; oni bowiem sądzą, że ze względu na swoją wielomówność będą wysłuchani. Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wasz Ojciec wie, czego potrzebujecie, zanim go poprosicie.

Kiedyś szukałem Mocy Ducha Św w znakach i cudach, w uzdrowieniach i nadprzyrodzonych zjawiskach. Odkryłem jednak, ze największą jego Mocą jest łaska współodczuwania miłości Chrystusowej. Nie ma potężniejszej Mocy niż doświadczanie tej miłości na sobie, w sobie i przez siebie.   Teraz patrzę na osoby niewierzące, które medytują i żyją w przestrzeni serca nie znając jednak jeszcze Jezusa. Dostrzegam w nich owoc jego krwi i ubolewam tylko, że nie pozwalają poprowadzić swojej świadomości ku poznaniu Jezusa. Ubolewam, bo choć ich życie wydaje się komfortowe, duchowo wzniosłe to bez rozpoznania, że Miłość ta została wylana na świat oraz w ich serca, za cenę drogocennej krwi Chrystusa, jest życiem w świetle, które jest ciemnością. Osoby takie niestety nie mają pewności  co  stanie się z nimi po śmierci, a nawet jeżeli mają to ich pewność nie ma solidnego fundamentu. Bądźcie ostrożni wobec wszelkich ludzkich nauczycieli. Gdy słyszycie, że ktoś mówi o Bogu, domagajcie się wyjaśnienia na jakiej podstawie Bóg został rozpoznany w ich teorii i weryfikujcie wiarygodność tych źródeł. Biblia mówi wyraźnie, że jest tylko jeden Bóg Stwórca. Jeżeli tak jest,  to wielobóstwo jest kłamstwem.

Tak więc rozpoznając w osobie Jezusa Chrystusa oraz Ducha Świętego, Boży zamysł na nasze zbawienie, a także identyfikując z gąszczu ludzkich obszarów swoją prawdziwą osobę, odkrywamy, w jaki sposób jesteśmy jednocześnie otoczeni przez, oraz  zanurzeni w, Bożej obecności. Będąc tego świadomi zaczynamy poszerzać swoje poznanie Boga zarówno na zewnątrz siebie- w stronę bliskości z żywym Jezusem oraz do wnętrza siebie- w stronę osoby Ducha Chrystusa. Zaczynamy pracować ze swoimi pożądliwościami ciała,  duszy i wyedukowanym wg świata oraz religii, a nie Boga, umysłem. Dążymy, by nie przeszkadzały, by to nie one kierowały naszą osobą, tylko my nimi. Taka zamiana podmiotowości sprawia, że nasz duch staje się coraz bardziej wrażliwy, dzięki czemu zaczynamy doświadczać Bożej obecności oraz rozpoznawać  Boże prowadzenie.  A mając uległe wobec ducha swoje członki, Boża obecność będzie mogła swobodniej poruszać się w nas i przepływać przez nas objawiając w Mocy swoją chwałę .

 

BIBLIJNY POMIAR CZASU I JAKI MA TO WPŁYW NA OKREŚLENIE WIEKU NASZEJ PLANETY.

Rozważania nad wiekiem Ziemi.

 

Powszechna doktryna oparta na interpretacjach faktów pozabiblijnych twierdzi, że:  Ziemia ma miliony lat.

Powszechna doktryna oparta na interpretacji Biblii:  Ziemia ma 6000 lat.

Moja teza na podstawie interpretacji Biblii oraz wydarzeń tam przedstawionych:   Choć człowiek został stworzony około 6 000 lat temu, czwartego dnia kreacji całego wszechświata, nie można wykluczyć, że Ziemia ma miliony lat.

 

CEL ROZWAŻANIA: Pokazanie, że z jednej strony na podstawie Biblii, nie można jednoznacznie określić wieku Ziemi, a z drugiej z łatwością można naukowo podważyć „naukowe” argumenty pozabiblijne przez co spory na ten temat nie mają biblijnych podstaw. Jednocześnie zaznaczam, że uważam się za biblijnie wierzącego chrześcijanina. Wierzę w każde słowo zawarte w Biblii, w każdą sytuację tam opisaną i oddaję swoje życie Jezusowi Chrystusowi jako zbawicielowi wszystkich ludzi którzy w Niego wierzą, jako jedynej drodze do Boga i Życia.  Wbrew powszechnym przekonaniom wśród kreacjonistów, choć także do nich się zaliczam, nie mogę zgodzić się z niebiblijną I niechrześcijańską postawą moich braci I sióstr tak zaciekle spierających się o wiek naszej planety. Nie wiem skąd powstał ten niebiblijnie agresywny trend osób uważających się za biblijnie wierzących, skoro w Piśmie świętym nie ma ani jednej wzmianki, by którykolwiek z proroków starego testamentu, czy apostołów walczyli w obronie teorii wieku Ziemi. Już więc sam fakt tej walki zamiast głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie, o jego miłości jaką nas obdarzył jest niebiblijny.

GENEZA PROBLEMU: Skąd wziął się spór nad wiekiem Ziemi? W Biblii jest napisane, że Bóg stożył świat w 6 dni a siódmego odpoczywał ( Pierwsza księga Starego Testamentu) I to jest informacją, która była pierwsza. Potem, stosunkowo niedawno, naukowcy badając różne procesy i zjawiska geologiczne, antropo, fizyko, chemiczne… I wiele innych, doszli do wniosku w oderwaniu od Biblii, że Ziemia ma miliony, czy nawet miliardy lat. W tym miejscu należy uwzględnić pewien istotny fakt: Należy mieć świadomość, że obie teorie nie wynikają z faktów, bo nikt z badanych nie żył w tamtych czasach, tylko obie teorie powstały z naukowych interpretacji pewnych faktów, wyników doświadczeń i obserwacji lub w przypadku części kreacjonistów z przyjęcia tej tezy na swoją wiarę, bez wgłębienia się w treść Słowa Bożego.

Tak więc od pojawienia się koncepcji ewolucjonizmu zaczyna się wojna, którą postaram się zakończyć podpierając się słowem zawartym w Piśmie Świętym  oraz wynikami doświadczeń naukowych: Ponieważ w Biblii podane są dokładne lata kiedy rodzili się poszczególni potomkowie Adama I Ewy, oraz jak długo żyli, słusznie możemy przyjąć, że wg Pisma Bóg stworzył pierwszych ludzi około 6000 lat temu (teraz jest 2019r). (Skrin z filmu do którego link podaję w dalszej części tekstu)

Wobec powyższego interpretatorzy Biblii stwierdzili, że skoro można na podstawie Biblii określić dokładnie czas od teraz, do stworzenia pierwszych ludzi i wiedząc również, że Bóg stworzył ich w szóstym dniu po rozpoczęciu działa stwarzania Świata, to jest to jednoznaczne, że Ziemia może być starsza co najwyżej o te 5 dni niż pierwsi ludzie, a więc nie może mieć milionów lat. Broniąc takiego toku myślenia wielu biblijnie wierzących chrześcijan weszło w dobrej wierze w trwającą do dziś ten teoretyczno-teologiczno-egzystencjonalny spór  z teorią wielomilionowego wieku Ziemi.

Nauka Świata udowadnia swoją teorię swoimi metodami, a Naukowcy Biblijni udowadniają SWOJĄ teorię Biblią oraz przeprowadzając badania naukowe  skutecznie podważające te teorie ewolucjonizmu, czego przykładem może być chociażby dane z filmu poniżej:  https://www.cda.pl/video/201479171/vfilm 

O ile pozabiblijne argumenty podważające teorię milionowego wieku Ziemi są jak najbardziej merytoryczne i przekonujące, pokazują, że wiele założeń na których opierają się ewolucjoniści jest błędna, o tyle twierdzenie, że Bóg stworzył Wszechświat w ciągu sześciu dwudziestoczterogodzinnych dób nie ma poparcia w Biblii, w każdym razie przy pomocy Biblii równie łatwo można udowodnić, że nasza Planeta może mieć miliony lat.

Czy rzeczywiście przy pomocy Biblii można założyć, że Ziemia ma miliony lat?

Żeby to rozpatrzyć przyjmijmy jako chrześcijanie postawę prawdziwie Biblijną, a więc zamiast kłócić się oderwijmy się na czas tego rozważania od swoich osobistych przywiązań i poszukajmy prawdy Słowa Bożego zawartego w Biblii. Wejdźmy w argumenty naszych opozycjonistów i sprawdźmy własne poglądy  z nastawieniem pragnącym uczciwie i szczerze zbadać czy przy pomocy Biblii da się obronić teorię wielomilionowego wieku Ziemi. W tym celu musimy zacząć od określenia wspólnej bazy tak samo rozumianych kluczowych pojęć takich jak wiek, czas, dzień, doba…

WIEK ZIEMI:  Celem jest ustalenie prawdziwego wieku Ziemi na podstawie Biblii, a więc musimy sobie jasno powiedzieć, jaką przyjmiemy jednostkę czasu, jak będziemy go mierzyć, a skoro chcemy szukać odpowiedzi na fundamencie biblii, to powinniśmy dobrać tę jednostkę wg tego jak Bóg chce byśmy podchodzili do określania upływu czasu.  No I tu zaczyna się myślę, że kluczowe źródło niezrozumienia pomiędzy interpretatorami badań pozabiblijnych I biblijnych. Jedni I I drudzy mówiąc o wieku Ziemi używają liczb wrażanych w latach. Jedni I drudzy przyjmują, że 1 rok to 365 dni, a dzień to 24h I tak dalej… Generalnie jedni I drudzy przyjmują za podstawę określenia wieku Ziemi system zegarowy, dwudziestoczterogodzinny. No I tu leży pies pogrzebany bo o ile w podejściu interpretatorów nauki jest to jak najbardziej dopuszczalne to jednak w przypadku podejścia moich braci I sióstr w wierze niestety nie do końca jest zgodne z Biblią.

Jaki system pomiaru czasu powinien przyjmować chrześcijanin?

Czy znajdziemy w Biblii Boże polecenie, że powinniśmy posługiwać się dwudziestoczterogodzinnym systemem zegarowym? Jeżeli tak, to poproszę podać choć jeden fragment w którym Bóg wskazuje nam, że mamy określać czasy na podstawie systemu zegarowego dwudziestoczterogodzinnego. Czytałem parokrotnie Biblię I nie znajduję takiego. Za to już w pierwszej księdze Biblii, w Rdz 1,14-19 Bóg podaje nam powód, dla którego tworzy Słońce I Księżyc- to one mają określać przepływ czasu:

Rdz 1.13-19 
I nastał wieczór i poranek, dzień trzeci. 
Potem Bóg powiedział: Niech się staną światła na firmamencie nieba, 
by oddzielały dzień od nocy, i niech stanowią znaki, pory roku, dni i lata. 
I niech będą światłami na firmamencie nieba, aby świeciły nad ziemią. 
I tak się stało.
 I Bóg uczynił dwa wielkie światła: światło większe, aby rządziło dniem,
 i światło mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. 
I Bóg umieścił je na firmamencie nieba, aby świeciły nad ziemią; 
I żeby rządziły dniem i nocą, i oddzielały światłość od ciemności.
I Bóg widział, że to było dobre.
 I nastał wieczór i poranek, dzień czwarty.

Co więcej, nawet czasy biblijnych świąt ustalane są na podstawie faz księżyca i pór roku a nie zegarków. Proszę zauważyć, że cotygodniowy Szabat, który również obchodzę jako cudowny, radosny czas duchowego spotkania z naszym Zbawicielem, trwa wg Biblii od piątku zachodu słońca do soboty zachodu słońca, a więc nie na podstawie systemu dwudziestoczterogodzinnego jak ma to miejsce w poganizujących religiach typu chociażby Rzymsko-katolicka, która cotygodniowy pseudo szabat obchodzi w niedzielę od północy do północy. Nie ma to potwierdzenia w Biblii.

Wielu jest nauczycieli wojujących  na rzecz młodego wieku Ziemi i to tylko przypadek, że przepełnieniem czary smutku, po którym zdecydowałem się napisać ten tekst było poniższe nauczanie jednego z nich- Pana Dr Ken Ham, który w swojej działalności poświęca bardzo wiele energii na walkę o sześciotysięczny wiek Ziemi:

https://youtu.be/4dr1sUALWE4

Skonfrontujmy więc tę teorię oraz argumenty Dr.K.H ze Słowem Bożym, czy rzeczywiście mają tam potwierdzenie:

Jak wspomniałem podstawą nieporozumienia jest (moim zdaniem) niebiblijne podejście do pomiaru upływu czasu. Dr Ken H. utrzymuje, że dla Boga, w Biblii 1dzień=24h. Pokazaliśmy już jednak, że w Rdz1.13-19 Bóg wyznaczył Słońce I Księżyc do określania czasu. Prawdą Biblijną jest natomiast twierdzenie Pana KH, że upływ czasu określają ruchy Planet, że to ruchy ciał niebieskich decydują o dniach, miesiącach I latach, plus to, że tygodniowy standard również pochodzi z Biblii na wzór dzieła Stworzenia:

Jeżeli jednak tak jest, to Bóg Ciała Niebieskie stworzył dopiero w dniu czwartym, kiedy na Ziemi były już utworzone wszystkie struktury geologiczne oraz roślinność ale jeszcze przed stworzeniem istot żyjących. Tak więc dopiero od dnia czwartego można przyjąć, że to ruchy planet wyznaczają upływ czasu.  Czy więc nie mogło być tak, że przed stworzeniem Słońca I Księżyca dzień trwał np 5mln wspłczesnych godzin zegarowych ludzkiego standardu pomiaru czasu?

Jednak w 16min i 18sekundzie filmu Pan KH żeby poprzeć swoją teorię nie szuka argumentów w Biblii tylko sięga do autorytetu ludzkiego w osobach żydowskich twórców Słownika Hebrajskiego Baumgartnera, w którym to dzień powiązany jest na stałe z systemem dwudziestoczterogodzinnym. Cz pamiętamy kto wydał na śmierć  Jezusa? Specjaliści, najwięksi żydowscy interpretatorzy Tory. Czy więc argument specjalistów ludzkich jest zawsze zgodny z prawdą?

Biblijny, starożytny system dwudziestoczterogodzinny.

Badając temat czasu ogromnie się zdziwiłem czytając informację, że system godzinowy jednak był stosowany już w starożytności i to przez Żydów. Czy więc Pan KH słusznie zakłada, że Bóg musiał Stworzyć świat w systemie dwudziestoczterogodzinnym? Tak!!! Tak więc tym razem specjaliści od słownika właściwie powiązali na stałe dzień z systemem dwudziestoczterogdzinnym tylko być może Pan KH nie wziął pod uwagę, że godziny starożytne były inaczej wyznaczane niż godziny współczesnego systemu zegarowego.  Przede wszystkim były ściśle związane ze wchodem i zachodem słońca. W systemie tym 1 godzina= 1/12 czasu od wschodu do zachodu słońca, a więc nie miały takiej samej długości trwania w przeciwieństwie do współczesnej godziny złożonej z 60 równiutkich sekund. Myślę, że to zmienia wszystko. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Godzina

 W ujęciu ludzkim jestem tylko zwykłym strażakiem który żadnymi słowami nie potrafi wyrazić wdzięczności Bogu dla Jezusa Chrystusa I respektu wobec Ducha Świętego ale… Biblia nie pozwala mi przyjąć takiego ścisłego łączenia dnia ze współczesnym systemem zegarowym na co znajduję potwierdzenie w Biblii. Czytając w Iz38:7-9 widzimy, że Bóg tam cofnął cień o 10 stopni, a więc  cofając ruch słońca wydłużył dzień o prawie godzinę czyli można powiedzieć, że w pewnym sensie cofnął czas:

 Iz 38:7-8 
A taki będzie znak dla ciebie od PANA, że PAN uczyni to, o czym mówił: 
Oto cofnę cień o dziesięć stopni w stopniach, 
po których przesunął się na zegarze słonecznym Achaza.
 I cofnęło się słońce o dziesięć stopni w tych stopniach, 
po których przesunęło się.  

Jeżeli więc Bóg jest poza czasem:

2 Piotra 3:8
Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno,

że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat,
a tysiąc lat jak jeden dzień. 

Jeżeli  także w Rdz 1:13-19 Pan określa, że to Słońce z Księżyc będą wyznaczać czas i w końcu  jeżeli później w Iz 38:7-8 swobodnie cofa ruch Słońca zaburzając prządek wg współczesnego systemu dwudziestoczterogodzinowego, to czy równie dobrze nie mógł sprawić, że np do potopu doba trwała nie 24 a 244 współczesnych godziny? Skoro Bóg cofnął Słońce, to czy nie mógł zmienić zależności  pomiędzy ruchem Słońca, Księżyca i Ziemi w dłuższej perspektywie czasowej? Ludzie żyli wtedy po 800 lat więc prawdopodobnie Świat nie wyglądał tak samo.

 Być może współczesny system zegarowy w życiu codziennym jest wygodniejszy, bardziej praktyczny niż ten na podstawie Słońca i Księżyca, a być może uważam tak tylko dlatego, że jestem do niego przyzwyczajony.  Weźmy jednak chociażby Żyda mieszkającego na kole podbiegunowym  gdzie dzień polarny może trwać do sześciu miesięcy na samym Biegunie. Jak wówczas miałby mierzyć czas obchodzonych przez siebie świąt które wyznaczają zachody słońca? Nie potrafię na to odpowiedzieć, ale nie wynika to z tego, że Bóg coś przeoczył, tylko z tego, że  ja nie mam pełnej wiedzy, tym bardziej, że nie badałem kwestii świąt pod tym kontem. Musimy jednak pamiętać, że Słońce i Księżyc stworzył Bóg, zegarki współczesnego systemu wymyślili ludzi. Czy możemy więc wynosić to co wymyślili ludzi ponad dzieło Boga?

Czy wobec powyższego posługiwanie się współczesnym systemem zegarowym jest niebiblijne? Tak, ponieważ w tamtych czasach był on zupełnie inaczej ustalany. Czy  w takim razie biblijnie wierzący chrześcijanie powinni zaprzestać się nim posługiwać? Nie wiem. Należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie nie tyle czy znajdujemy wzmiankę o nim w Biblii tylko czy przypadkiem nie jest wbrew Biblii. Jeżeli jest wbrew- to tak-powinniśmy wyrzec się posługiwania nim, jeżeli nie- to nie muszę rezygnować, nawet jeżeli nie ma dla niego bezpośredniego potwierdzenia w Piśmie.  Musimy pamiętać, że Biblia została napisana 2000 lat temu i świat różni się od tamtego. Współcześnie jest wiele sytuacji, których nie znajdziemy w Biblii dlatego ja przyjmuję postawę najpierw szukania potwierdzeń czy coś jest zgodne z Biblią- jeżeli jest, to mam 100% pewności, że pochodzi od Boga, ale jeżeli nie ma takiego potwierdzenia w Piśmie, to zgodnie z tym co powiedział Jezus w J16:12-13  „Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia, ale teraz nie możecie tego znieść.  Lecz gdy przyjdzie on, Duch prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę. Nie będzie bowiem mówił sam od siebie, ale będzie mówił to, co usłyszy, i oznajmi wam przyszłe rzeczy.On mnie uwielbi, bo weźmie z mojego i wam oznajmi.” staram się weryfikować, badać czy postępując w jakiś sposób, przyjmując pewne koncepcje, nie występuję przeciw temu, co zawiera Biblia. Przyznam się, że kwestia z respektowaniem współczesnego systemu godzinowego pojawiła dopiero teraz, podczas pisania i nie potrafię jeszcze odpowiedzieć czy stosowanie przeinaczonego w stosunku do Biblijnego pomiaru czasu nie jest przypadkiem wbrew Słowu, tym bardziej, że niepostrzegalne przeinaczanie Prawdy to specjalność Szatana. Nie wiem…

PODSUMOWANIE:

Wobec powyższych rozważań, czy zanim nie było Słońca I Księżyca Bóg nie mógł  tylko w sobie znany sposób wyznaczać czas dla długości dnia i nocy? Czy mamy prawo narzucać naszemu Stwórcy ludzką koncepcję dwudziestoczterogodzinną i to jeszcze uwspółcześnioną? Ja nie mam takiej odwagi więc bazując na słowie Biblii  całym sercem przyjmuję sześciodniowe dzieło Stworzenia. Jednocześnie powyższe, mam nadzieję oparte na Biblii podejście do upływu czasu pozwala mi nie wykluczać, że Ziemia ma miliony lat. Czy przez to tracę zbawienie? Czy występuję przeciw Biblii? Nie czuję tak, wręcz przeciwnie, zrozumienie czasu w taki sposób pozwala mi nie wchodzić  w zupełnie niepotrzebne spory teologiczne I skupić się na przekazywaniu Miłości Boga, którą okazał nam w osobie jedynego pośrednika do Niego- Jezusa Chrystusa, o którym mówi całe Pismo Starego i Nowego Testamentu.

Chciałbym więc by nas, chrześcijan bardziej łączyła prawdziwa jedność w Duchu świętym poprzez wzajemną miłość a niżeli teologiczne spory jak ten wokół wieku naszej Planety. Jeżeli chcemy naśladować Jezusa Chrystusa I żyć, wypowiadać się zgodnie z Biblią to popatrzmy na to, co głosił, jak postępował sam Jezus, wróćmy jeszcze raz I jeszcze raz do Dziejów Apostolskich I prześledźmy jakie tematy I w jaki sposób działali pierwsi uczniowie Jezusa. Czy zajmowali się wiekiem Ziemi? Ktoś powie nie, bo wtedy nie było jeszcze koncepcji ewolucjonizmu. Pewnie, że nie ale było znacznie gorsze jak chociażby pogańskie wierzenia w bogów i boginie typu Zeus, Atena- to im nadawano tytuły stwórców Ziemi a jak w takich przypadkach reagowali uczniowie mamy przykład chociażby Pawła podczas jego mowy na Aeropagu w Atenach opisany w DzAp17:23. Nie kłóci się z wierzeniami pogan tylko znajduje przestrzeń pomiędzy ich poglądami, w którą można wprowadzić Boga Prawdziwego i Jezusa Chrystusa, po czym to robi.   W dzisiejszych czasach nadal jest jeszcze tyle osób niezbawionych, czy te kłótliwe teoretyzowanie częściej przybliża do Jezusa czy może częściej wprowadza waśnie wśród chrześcijan, a w oczach niewierzących obserwatorów zniechęcenie do Biblii?

Niech Bóg nas wszystkich błogosławi obfitością poznawania siebie i mądrością działania, przez Jezusa Chrystusa i w mocy Ducha  Świętego.  Amen.

NADZIEJA, KTÓRA UMIERA OSTATNIA ORAZ NADZIEJA, KTÓRA NIGDY NIE UMIERA.

NADZIEJA

MĘTNA WODA. Żyjemy w czasach zmaganych przez choroby ciała i psychiki, żyjemy w skażonym na skalę dotychczas niespotykaną, środowisku… Większość z nas zetknęła się z nowotworem w rodzinie lub wśród bliskich osób, a tendencja ta niestety się pogłębia.  ŚWIATEŁKO NADZIEI. Na szczęście, w takim otoczeniu pojawiają się osoby, które przez swoją postawę i działalność pomagają walczyć, pokonywać przeciwności. Osoby te inicjując różne formy wsparcia- od inspirowania zdrowym odżywianiem (czy też niejedzeniem) i trybem życia, przez medytację oddechową, pracę z podświadomością, po załatwianie kosztownych zabiegów medycznych jak chociażby zaawansowaną radioterapia, przeszczepy i skomplikowane operacje – sprawią, że istnieje szansa na przedłużenie życia i/lub poprawę jego jakości. Dla mnie jednak najcenniejszą wartością, którą dają te osoby to nadzieja. Bez względu jaka forma wsparcia jest oferowana, zawsze pierwszym efektem jest nadzieja…na zdrowie, na wyleczenie, na przedłużenie życia, na usprawnienie, na, na, na… Nadzieja umiera ostatnia, przynajmniej tak powinno być i te osoby oprócz namacalnej, fizycznej pomocy zdają się dążyć, by właśnie nadzieja żyła tak długo, jak żyje człowiek. Dziękuję za Was.

Nie mniej patrząc na zaangażowanie wielu z tych osób, aniołów w ludzkich postaciach, dostrzegam pewną pułapkę związaną z krótkowzrocznym patrzeniem na nadzieję. Oferowana pomoc większości z tych aniołów nie wykracza poza śmierć kończąc się wraz z  końcem życia. Wówczas też nawet najwytrwalsza nadzieja umiera. Tak więc śmierć, z którą prędzej czy później ciało każdego z nas będzie musiało się spotkać jest ostatecznym zakresem działalności tych osób.

Chwała Stwórcy, że są takie osoby niosące nadzieję na poprawę życia, jednak znacznie większa chwała Bogu należy się, za to, że dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa nadzieja pokonała barierę śmierci.

 Przyjmując sercem Jezusa a więc uznając uśmiercające nasze grzechy dzieło krzyża, oraz poznając Słowo Boga w Biblii wiemy, że ciało choć umiera to nasz duch po krótkim czasie snu  ponownie zostanie wskrzeszone do nowego, zdrowego ciała byśmy przyobleczeni w nie mogli żyć tu ale już na nowej Ziemi w 1000-letnim królestwie Chrystusa. Co ważne, dzięki łasce Ducha Świętego popartej umysłowym studium Biblijnemu nasza wiara zostaje zamieniona w pewność życia i jest to szlachetną modrością Boga- naszego Stwórcy, poświęcającą i uświęcającą łaską, którą jesteśmy zbawieni już teraz. Dlatego, jeżeli obserwuję anioły w postaci ludzi niosących tylko nadzieję ograniczoną śmiercią ludzkiego ciała, to chciałbym by te kochane osoby, dobrzy Samarytanie  również doświadczyli pewności zbawienia by potem z takim samym zaangażowaniem dzieliły się radością, pewnością życia oraz spokojem związanym z akceptacją śmierci jako początku chwilowego rozstania. Tak, śmierć chrześcijanina nie jest końcem tylko początkiem.

Aniołowanie bez osobistego doświadczenia życia po śmierci jedynie oddala niepokój związany z nią o kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Pewność życia wiecznego które mamy w Jezusie Chrystusie oraz świadomość jak będzie ono wyglądało pokonuje każdą chorobę, ułomność i ostatecznie śmierć, bez względu na to kiedy przychodzi. Chwała Ci Panie. <3

Domyślam się, że w świadomości wielu osób obecnie cierpiących, chorujących, biednych… wystarczające byłoby osiągnięcie jakiejś średniej przeciętnej, która wyznaczana jest przez innych, czyli przez doczesne standardy naszego bliższego lub dalszego otoczenia. Wiele osób myśli że osiągnięcie tak wyznaczonego poziomu dawałoby poczucie komfortu, spokoju, satysfakcji i zadowolenia. Średniej długości życia, średniego standardu zdrowia dla danego wieku, średniej wagi/nadwagi, średnich zarobków itd… Prawda jednak jest taka, że my nie należymy do tego świata a więc powinniśmy kierować się standardami wyznaczanymi przez naszego Stwórcę, a nie ludzi wokoło oraz upadający świat doczesny.

Dwie przeciwstawne siły.

Dlaczego z jednej strony ilościowo coraz więcej ludzi odwraca się od Boga ale z drugiej jakościowo coraz więcej osób czuje mega poruszenie w stronę Boga i potrafi doświadczać niezwykle bliskiej, intymnej z Nim relacji? 

Ponieważ z jednej strony standardy świata doczesnego są cały czas zaniżane i jego rosnąca atrakcyjność wciąga w siebie coraz więcej nieświadomych dzieci świata, a z drugiej strony  dzięki rozlewanej na nas mocy Ducha Świętego standardy wyznaczone przez Boga są coraz bliższe czystej, nieskazitelnej Miłości pobudzając do życia i umożliwiając wzrost coraz więcej dzieci Bożych. Niestety rozłam ten pomiędzy światem a Bogiem będzie do samego ponownego przyjścia Pana Jezusa się pogłębiał powodując coraz większe napięcia i w zależności za którą stroną się opowiemy, taka moc będzie w nas działać uzdatniając do owocowania owocami świata lub Boga. 

Wybór należy do nas. 

Bez względu jak grzeszną mieliśmy  przeszłość, zawsze możemy podjąć decyzję by odwrócić się od niej. Codziennie, wielokrotnie w ciągu dnia przy okazji zwykłych, pojawiających się codziennych okoliczności i wydarzeń wybieramy w którą stronę idziemy- za Jezusem czy za światem. Na szczęście jednak, mimo coraz niżej upadającego świata Duch Chrystusa działa z coraz większą mocą uzdalniając ludzi do podążania za wypełnianiem Bożych a nie światowych norm. Chciałbym zobaczyć wszystkich swoich bliskich i znajomych gdy przyjdzie Dzień Pana i Bóg będzie wskrzeszał nas do nowego życia, byśmy wspólnie żyli w tysiącletnim królestwie Jezusa Chrystusa obcując z naszym Panem, a także razem  ze sobą.  Amen.

Paweł Śliwiak

inedianin.pl

NIEŚWIADOMA STRONA WEGETARIANIZMU ORAZ TEST NA …HOLIZMY.

Ponieważ spotykam wegetarian, którzy piętnują osoby jedzące mięso ale którzy sami jedzą produkty zawierające nabiał i jajka zrobiłem porównanie chowu krów mlecznych ze świniami hodowanymi na mięso, pokazujące najważniejsze etapy w życiu tych zwierząt hodowlanych. Celem jest odpowiedź na pytanie czy więcej zwierzęcego cierpienia znajduje się za jedzeniem mięsa czy może za jedzeniem produktów zawierających mleko. 

 Najpierw skrótowe zestawienie tabelaryczne:

ŚWINIE-cel: mięso.

KROWY-cel: mleko.

ZAPŁODNIENIE

inseminacja

inseminacja

CZĘSTOTLIWOŚĆ ZAPŁADNIANIA

Już 2giego dnia po odsadzeniu prosiąt.

Co 6-7 tygodni po każdym wycieleniu.

LOS DZIECI

Świnia gotowa jest do uboju w wieku ok. 4 miesięcy.

Odłączenie od matki zaraz po wylizaniu. Cielaczki idą do rzeźni na cielęcinę w wieku ok 2 miesięcy, lub w wieku ok 2 lat na wołowinę.

MIEJSCE PRZEBYWANIA

W zamknięciu-chlewnia, sztuczna pasza, sztuczne oświetlenie, ograniczona możliwość poruszanie się zwierzęcia.

W zamknięciu-obora, sztuczna pasza, oświetlenie, ograniczona możliwość poruszanie się zwierzęcia.

KONIEC ŻYCIA

Rzeźnia.

Rzeźnia.

Jak widać życie jednych ani drugich nie różnihod się za bardzo od siebie, no może poza tym, że świnia zanim zostanie zabita porządnie sobie poje, podczas gdy krowa jest przez całe życie dojona. 1:0 na niekorzyść krów.

Nie mogąc znaleźć w necie informacji na temat okresów produkcyjnych, udało mi się skontaktować telefonicznie z osobą hodującą krowy i zadać parę pytań. To co usłyszałem przeraziło mnie. Jeszcze parę lat temu krowy były zapładniane 12 razy zanim traciły wydajność i trafiały do ubojni. Obecnie idą na śmierć po 4-5 ciążach. Hodowca powiedział, że jest to wynik nowoczesnego karmienia paszami które zawierających pełno sztucznych domieszek.Od razu nasunęło mi się pytanie: Jeżeli te pasze o ponad połowę skracają ilość cykli rozrodczych zwierzęcia, to przecież jedząc takie produkty my również wchłaniamy tą chemię, te substancje… Jak myślicie, jak to wpływa na nas i nasze dzieci?

JAKIM KOSZTEM UZYSKUJE SIĘ MLEKO OBECNIE?

1.Inseminacja-sztuczne zapłodnienie krowy, no bo przecież żeby mieć mleko, najpierw trzeba być mamą: https://www.youtube.com/watch?v=Rab2ndyGLLE

2. Oddzielenie maluszka od mamy, żeby nie kradło mleka-tego, na czym zależy człowiekowi:

Ahttp://www.farmer.pl/produkcja-zwierzeca/bydlo-i-mleko/szybkie-odlaczenie- cielat-od-matek,43712.html ;

B. https://www.youtube.com/watch?v=eBUYEbRsTgg

i C. dalsze jego życie na zawsze w oddzieleniu od mamy np w takich cielętnikach.

„https://www.youtube.com/watch?v=wOBJy38xiCU”

Los krowich dzieci wyznacza płeć: Sztucznie karmione jałówki na przyszłe dawczynie mleka lub cielaczki zabijane po około dwóch miesiącach dla cielęciny. Jeżeli cielaczek ma „szczęście”, to może dożyć do 2 lat by jako byczek stać się wołowiną.

3. Gdy jałówki dorosną by mieć swoje dzieci, historia się powtarza: sztuczne zapłodnienie i maksymalnie wydajna eksploatacja zwierzęcia przez jak najdłuższe utrzymywanie laktacji a potem…

4. …Po zmniejszeniu wydajności do progu nieopłacalności trafiają tam, gdzie wcześniej ich dzieci oraz świnie- do rzeźni: https://vimeo.com/182967273 by skończyć tu życie:

https://www.youtube.com/watch?v=_-1xoPP2KV8

https://www.youtube.com/watch?v=BHonVCSlKTY

Tak w skrócie wyglądają kulisy uzyskiwania mleka i cena, jaką muszą zapłacić zwierzęta dla ludzkiej przyjemności jedzenia wszelkich produktów je zawierających. Żaden z tych produktów nie jest jednak nam potrzebny do życia, a służy jedynie ludzkiej przyjemności.

No to może wiedząc już o cierpieniu krów wybrać eko-mleko?

Coraz więcej ludzi, w tym wegetarian wybiera z myślą o zdrowiu ale i losie zwierząt produkty eko. Przeanalizowałem regulacje prawne i niestety, jeżeli chodzi o ekohodowle krów, to „eko” dotyczy przede wszystkim środków używanych do karmienia zwierząt oraz o dobrostanie życia zwierząt. Takie krowy jednak nadal mogą być i przeważnie są sztucznie zapładnianie, często eksploatowane bez zapewnienia wystarczającego okresu regeneracji, ich młode również zaraz po urodzeniu mogą być odstawiane i karmione paszami zgodnymi ze standardem „non-eko”, a gdy już nie będą wydajne, również krowy eko sprzedawane są do rzeźni gdzie kończą życie tak, jak ich siostry non-eko. Tyle w kwestii górnolotnego krowiego „EKO”

Produkt eko nie oznacza humanitarności wobec zwierzęcia,

a bycie humanitarnym nie oznacza uzyskania produktu eko”

Ponieważ więc eko nie oznacza humanitarności a bycie humanitarnym nie oznacza bycia pro-eko więc, żebym ja mógł z czystym sumieniem czerpać radość z sernika czy gofra z bitą śmietaną musiałbym mieć pewność, że użyte mleko pochodziło z eko humanitarnego chowu krowy. Chyba nie ma jeszcze takiego pojęcia ani standardu więc dla mnie oznacza on, że spełnione muszą zostać WSZYSTKIE poniższe warunki, bym z czystym sumieniem mógł i chciał kupować produkty mleczne:

ZASADY EKOHUMANITARNEGO CHOWU KRÓW ORAZ POZYSKIWANIA MLEKA KROWIEGO:

1. ZGODNE Z NATURALNYMI CYKLAMI ROZRODCZYMI ORAZ W PEŁNI                     NATURALNE ZAPŁODNIENIE.

2. POZOSTAWIENIE DZIECKA PRZY MATCE DO CZASU NATURALNEGO                  ODSTAWIENIA GO PRZEZ MATKĘ OD KARMIENIA.

3. POZYSKIWANIE MLEKA TYLKO, GDY MATKA KARMI.                                               OKRESY REGENERACYJNE POMIĘDZY CIĄŻAMI.

4. TYLKO RĘCZNE DOJENIE.

5. EMERYTURA A NIE ŚMIERĆ W UBOJNI.

Ad 1. Żeby krówka dawało mleko, musi mieć dziecko. Więc pierwszym warunkiem jest zapłodnienie naturalne, a nie inseminacja która jest zwykłym gwałtem na zwierzęciu.

Ad 2. Każda „zdrowa” matka odczuwa  silną więź ze swoim dzieckiem i z wzajemnością, bez względu czy jest to człowiek, pies, krowa, kura czy świnia… Dlatego ekohumanitarny chów musi dawać możliwość przebywania matki z dzieckiem do czasu, aż nie dorośnie do wieku, w którym staje się samodzielne i w sposób zgodny z naturą matka sama je odstawia od wymion. W praktyce przemysłowej cielaczki zabierane są od mamy od razu:

Ad 3. Życie zwierząt musi przebiega w naturalnym środowisku, a nie w zamkniętych oborach i chlewniach. Zwierzę powinno wybierać gdzie chce być- czy na polu, czy w budynku z możliwością swobodnego przemieszczania się i dostępem do słońca oraz naturalnego pożywienia.

Ad 3. Pozyskiwanie mleka musi odbywać się tylko od krów, które karmią swoje młode i zostaje przerywane w momencie, kiedy ich młode przestaje pić. Karmiąca krowa ma tyle mleka, że z przyjemnością podzieli się nim z nami- ludźmi, o ile nie będzie odbywało się to kosztem jej praw do życia i gdy to my, kierowani szacunkiem  a nie pragnieniem zysku, będziemy podporządkowywać się pod jej naturalny rytm życia.

Ad 5. Koniec życia. W zamian, za to, że zwierzęta dzieliły się z nami ich własnością, ekohumanitarny chów musi zapewnić im możliwość życia, aż nie umrą ( oczywiście w naturalnych okolicznościach) pomimo, że już nie dają mleka. Czy to w rodzimej zagrodzie, czy w specjalnych oazach “starości” finansowanych przez społeczeństwo pijące I jedzące produkty mleczne. Koszt wliczony w cenę. Dopiero wówczas skóry takich zwierząt mogłyby być wykorzystywane do wyrobu różnych produktów skórzanych, jak buty, paski, kurtki i inne.

JA NA TLE POWYŻSZEGO

Nie znam żadnego gospodarstwa Eko spełniającego również humanitarne wartości, więc oprócz tego, że już od dawna nie jem mięsa, dopóki nie znajdę nabiału pochodzącego z takiego jak opisane powyżej źródło, wybieram weganizm. Fajnie było zjeść sobie serniczka, pączka, lody, czy bitą śmietanę ale trzeba dokonywać wyborów zgodnie z wartościami, wg których chcemy żyć, a moimi naczelnymi wartościami są przede wszystkim sprawiedliwość oraz miłość, która dla mnie nie może istnieć bez  okazywania szacunku. Czy może być coś cenniejszego od szanowania życia i zdrowia nie tylko własnego ale i innych żywych, czujących istot?

Pij mleko, będziesz wielki?

Nie!.

Bądź człowiekiem a nie cielakiem i nie pij zwierzęcego mleka!

Powyższe normy ekohumanitarnego chowu są jednocześnie lekarstwem wobec uchybień, jakie dostrzegam w obecnym sposobie chowu krów i dopóki nie znajdę dostawcy spełniającego wszystkie te warunki, dążę by odżywiać się w 100% wegańsko,a najlepiej surowo czyli wg zasad tzw. vitarianizmu). Ponieważ jednak nie jestem jeszcze (2017/18 r) w stanie całkowicie zrezygnować z mlecznych produktów dlatego żeby choć trochę złagodzić oskarżenia sumienia, jeżeli sięgam po coś zawierającego mleko, to staram się by jednak pochodziło z hodowli eko, traktując to podjadanie jako etap przejściowy w procesie przechodzenia na 100% weganizm i vitarianizm.  A jest to nie lada wyzwanie. Skoro jednak z mięsem w przeciągu roku zmagań dałem radę i już od dwóch lat zupełnie nie jem żadnych zwierząt, to mam nadzieję, że z vitarianizmem będzie podobnie. Z czasem smaki się zmieniają, po okresie przejściowym teraz myśl o zjedzeniu mięsa jest wręcz odpychająca,  więc mam nadzieję, że jak już przejdę ten etap zmagań z nabiałem, to będzie podobnie. Organizm rozpozna, że nie jedzenia nabiału jest korzystniejsze dla niego niż pragnienie smaku i potrzeba ta zniknie, zamieni się w zniechęcenie.

Czy po odzwyczajeniu się od zwierzęcych produktów nigdy już nie zjem, nie wypiję niczego co zawiera mleko? Jestem tylko człowiekiem, mogę czegoś bardzo pragnąć i się starać to osiągać, ale… no właśnie zawsze jest jakieś ludzkie „ale” więc nie wiem. Na razie  myśl o cierpieniu zwierząt sprawia, że choć dawne mleczne smaki jeszcze czasami się odzywają, to jednak pracuję nad panowaniem nad takimi zachciankami i stwierdzam, że w coraz większym stopniu mi się udaje. Nadal jednak muszę cały czas być uważnym by utrzymywać dawne nawyki  pod kontrolą. Taki czas „słabości” mam właśnie od paru tygodni i widząc, że sięganie po nabiał stało się częstsze i co najgorsze wzbudza coraz mniejszą niewygodę, powstał ten artykuł jako jedna z form przypominania, upominania samego siebie na drodze kształtowania pożądanych nawyków.

Póki co kierując się współczuciem wybieram 100% weganizm do którego cały czas świadomie zmierzam coraz bardziej ograniczając i eliminując wszelakie produkty odzwierzęce i cieszę się, że już wiele ich nie zostało (2019r), że zaledwie parę razy w roku sięgam po produkty mleczne, że już w 80-90% podstawą mojego odżywiania są surowe, nieprzetworzone owoce, trochę warzyw i trochę orzechów. Pozostałe 10-20% to wegańskie przetworzone posiłki, przeważnie w formie dania obiadowego serwowanego od czasu do czasu. Produkty odzwierzęce stanowią nie więcej jak 1% wszystkiego co jem i są to przede wszystkim: sos czosnkowy lub składniki słodkich wypieków do kawy. Vitarianizm natomiast wybieram ze względu, że jest to najbardziej korzystny sposób stałego odżywiania dla utrzymania ludzkiego ciała w zdrowiu więc dopóki jestem uzależniony od odżywiania jelitowego staram się wybierać i dążyć do tego, co jest optymalne.

Tutaj prześledziliśmy tylko proces produkcji mleka ale wegetarianie jedzący jajka powinni w podobny sposób prześledzić proces produkcyjny jaj i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Dla mnie fermy drobiarskie do jeszcze okrutniejszy sposób na zarabianie pieniędzy. https://www.cda.pl/video/35908b5

ZAKOŃCZENIE

W tym wpisie poruszyłem tylko kwestię cierpienia zwierząt ale są jeszcze inne negatywne obszary związane ze spożywaniem produktów mlecznych. Jest nim chociażby negatywny wpływ na środowisko, na zanieczyszczenie naszej planety., a jak ogromna jest skala oddziaływania tej gałęzi zdałem sobie sprawę dopiero niedawno, po obejrzeniu poniższego filmu, który m inn. zachęcił do dokończenia i opublikowania powyższego artykułu:

https://www.cda.pl/video/570570a2?fbclid=IwAR2tZpE6ZXcFoWl7zlU87Gp0Ps2cxsHN8HI6YOMFe4RT_aJ_0QR-tjzdXEY

Kolejnym nieporuszanym tu obszarem związanym ze spożywaniem produktów odzwierzęcych, a mlecznych w szczególności, jest ich negatywny wpływ na nasze zdrowie. Temat poruszany chociażby w takim filmie: https://youtu.be/jTMSrQIQNPQ

 W tym artykule jednak, chciałem zająć się tylko odpowiedzią na pytanie o zasadność krytykowania osób jedzących mięso przez wegetarian. Wierzę, że jeżeli takie akty mają miejsce, to wynikają z nieświadomości. Jeżeli natomiast krytykujący mięsożerców wegetarianin, będąc świadomym, że jedząc nabiał również zadaje cierpienie zwierzętom nie widzi w tym nic złego, to wg mnie takie zachowanie jest hipokryzją.

PROSTY TEST NA  nasze HOLIZMY

Często wydaje nam się ,ze jest nam coś niezbędne do życia, podczas gdy ewidentnie ta potrzeba jest wynikiem uzależnienia. Alkoholizm, narkomania, papierosy, cukroholizm, zakupokoholizm, pracoholizm, pornografia, seksoholizm, altruizm… można uzależnić się praktycznie od wszystkiego. Objawem tego jest fakt, że już nie my panujemy nad tym co robimy, tylko przyzwyczajenie panuje nad nami. Każdy holizm jest więc formą zniewolenia naszej woli. Im mniej uzależnień, tym więcej swobody a naszą ludzką naturą jest bycie wolnym od wszystkich holizmów i o taki stan wolności, swobody  panowania nad swoim ciałem powinniśmy zabiegać. Nie chodzi o całkowitą rezygnację tylko o wolność wyboru.

Żeby sprawdzić swój każdy holizm  można przeprowadzić prosty test pokazujący czy jest się uzależnionym- w naszym przypadku od nabiału czy nie. Wystarczy przez 40 dni nie jeść niczego co zawiera mleko. Jeżeli ktoś uważa, że jest ono niezbędne do jego życia, to wystarczy na ten okres znaleźć jakiś roślinny produkt zastępczy zawierający to co taka osoba uważa, że jest niezbędne, żeby mieć pewność, że dostarczamy organizmowi wszystkiego co potrzebuje. Jeżeli wówczas przez 40 dób uda się nie sięgnąć po cokolwiek zawierającego nabiał to możemy stwierdzić, że jesteśmy wolni od nabiało-uzależnienia albo mamy tak silny charakter, że potrafimy nad nim panować. Jeżeli jednak nie wytrzymamy to znaczy, że wpadliśmy w uzależnienie. Żeby wykluczyć, że to, z czego chcemy zrezygnować nie jest naszą rzeczywistą potrzebę ciała, to przed rozpoczęciem testu należy świadomie przeanalizować czy rezygnując z czegoś nie zabierzemy organizmowi jakiegoś elementu, który jest mu potrzebny do prawidłowego funkcjonowania i jeżeli nie jesteśmy pewni, należy na ten okres wprowadzić jakiś zamiennik, suplement. Wówczas, jeżeli w trakcie tych 40 dni ciało i tak domaga się nawyku, oznacza to, że to nie ciało tylko mentalny nałóg domaga się swojej działki.

Tak więc chcąc sprawdzić czy jest się od czegoś uzależnionym:

  1. Wybierz przyzwyczajenie które może być uzależnieniem. Uwaga: Nie każde uzależnienie musi mieć znamiona negatywne, czy szkodliwe (np treningi,  słuchanie muzyki…) jednak i te pozytywne są ograniczające naszą wolność, jeżeli nie potrafimy świadomie zapanować nad nimi. Uwaga2: Jeżeli ktoś już kiedyś dokonał zamiany holizmu negatywnego na jakiś pozytywny to ja nie zachęcam do samodzielnego testowania, ponieważ w ramach kompensacji może obudzić się stary nawyk. Znam osobę, która po wyjściu z alkoholizmu teraz jest uzależniona od pozytywnych aktywności związanych ze sztuką i sportem. Nie odważyłbym się doradzić jej testowania.
  2. Dokładnie przeanalizuj od kątem swojego zdrowia, czy rezygnując na 40 dni z czegoś nie stworzysz zagrożenia dla swojego funkcjonowania, zdrowia lub nawet życia. Jeżeli nie  to ok. Można zacząć. Jeżeli istnieje takie zagrożenie to znajdź suplement, inną aktywność zamienną.  UWAGA: W tym punkcie chodzi o to, bo przed wejściem w okres próby także nasz subiektywny umysł był w 100% pewny, spokojny, że ten test nie jest zagrożeniem dla naszego zdrowia, więc w pewnych próbach trzeba wprowadzić jakiś zamiennik nawet wówczas gdy obiektywnie dla kogoś innego pozbycie się danej aktywności nie byłoby i nie wzbudzałoby poczucia zagrożenia. Nasz subiektywny umysł przed wejściem w test musi być także spokojny, że nic złego się nie stanie, inaczej będzie nas sabotował w trakcie.
  3. Ustal poziomy, syndromy, reakcje organizmu po pojawieniu się których w trakcie testu  bez wahania przerwiesz.  Dla mnie przy postach suchych jest to np spadek wagi poniżej 65kg, ale żeby określić ten poziom musiałem trochę poznać swoje ciało, jego reakcje przekraczając tę granicę.  Jeżeli jeszcze nie znasz swojego organizmu, robisz to pierwszy raz, a nawet jeżeli jest to już kolejny raz to rozważ, by ustalić takie poziomy graniczne w porozumieniu ze swoimi bliskimi. Zaangażuj ich, spraw, by bliskie Ci osoby były częścią twojej drogi poznawania siebie, daj im pewność, że nie zrobisz sobie krzywdy. Być może ustalą zbyt ostrożne i łagodne poziomy ale czy nie lepiej iść wolniej,  wejść niżej  ale w towarzystwie kochających osób, cały czas ciesząc się wspólną drogą?
  4. Powodzenia!
  5. Po teście: Jeżeli uzależnienie okaże się silniejsze niż nasza wola pozostaje podjąć decyzję czy mam pragnienie by to zmienić. Jeżeli tak, to zaczyna się świadoma praca pokonywania swoich słabości,  budowanie charakteru i wręcz siłowania z nałogiem. Głównie jest to wewnętrzna walka dlatego  gdybym miał dać tylko jedną sugestię jak pracować, odrzekłbym 80% uwagi skupić na swoich przekonaniach. Kształtować, zmieniać, urabiać jak plastelinę swoją świadomość poprzez dwukierunkowe oglądanie filmów, czytanie wszelakich artykułów dołączenie do grupy wsparcia,  uczestniczenie w warsztatach… Dla wierzących oczywiście nieodłącznie modlitwa z prośbą o Boże prowadzenie mocą Ducha Świętego i słuchanie tego głosu, który będzie pojawiał się w sercu i nas prowadził.  Dwukierunkowa praca z umysłem polega na tym, że po pierwsze karmimy umysł informacjami jak niekorzystny wpływ ma nasz nałóg na najważniejsze obszary naszego życia- zdrowie, relacje z kochanymi osobami, dziećmi małżonkiem, rodzicami, a z drugiej strony patrzymy w przyszłość  przez ciągłe dostarczanie pozytywnych informacji o korzyściach z pozbycia się danego uzależnienia.  Natomiast 20% to praca z fizycznymi objawami odstawienia narkotyku.  W tym obszarze dla mnie okazały się kluczowe dwa elementy: A-zaakceptowanie potknięć, niepowodzeń, porażek, jak najszybsze pozbieranie się po niepowodzeniu i kontynuowanie procesu.  Zaakceptuj niepowodzenia jako nieodłączny element twojego sukcesu.  Szczególną uwagę należy zwrócić na pierwsze dni oraz te ostanie doby, nawet godziny, bo umysł będzie znajdował dziesiątki całkiem logicznych uzasadnień, że skoro jest już 39 i pół doby więc to tak jakby było 40 i mogę skończyć przed  ustalonym czasem. Nie, 40 to 40, chodzi o trzymanie się zasad jakie sam ustalasz i pokazywanie niepokornemu nałogowi, że to Ty panujesz nad nim. Jeżeli twój holizm wymaga innego okresu to jak najbardziej można ustalić inny okres. Najważniejsze by wytrzymać do samego końca określonego na początku czasu. Nie mniej z mojego doświadczenia 40 dób jest najbardziej miarodajnym okresem. A w przypadku niepowodzenia nie zrażać się, zadawać pytania co poszło nie tak, co mogę i powinienem zmienić, po czym kick-startować się od nowa…  B- Drugą ważną aktywnością w czasie takich testów które już same w sobie są oczyszczające jest systematyczne robienie notatek (najlepiej odręcznie) Pisząc wytwarza się połączenie psycho-somatyczne, ręka-mózg. Opisując daje się czas na ponowne przeżycie i przeanalizowanie zaistniałych sytuacji, napisanie wniosków. Dzięki temu patrzy się z dystansu na to co się działo i przeżywało, a co pozwala dostrzec zupełnie inne, nowe rzeczy, okoliczności ważne dla poznania siebie, zrozumienia i uzdrowienia. Psychologowie sugerują, żeby potem wracać do tych notatek. Ja rzadko kiedy wracam, prawie wcale, nigdy a i tak przekonuję się o pozytywnym znaczeniu takich jednorazowych zapisów subiektywnie istotnych faktów.

Część z powyższych wskazówek można spokojnie odnieść nie tylko do pracy z niechcianymi nawykami ale także do budowania pożądanych, korzystnych nawyków.

Oczywiście pisząc zwracając się w drugiej osobie, tak na prawdę piszę do siebie, o swoich doświadczeniach i błędach. Jak  zawsze zachęcam, by każdy przede wszystkim szukał swojej drogi i pozwolił sobie na wolność podążania zgodnie z własnymi inspiracjami serca.

Na koniec Trochę wegańskiego humoru-link  🙂

Niech tylko ten wesoły akcent nie przysłoni powagi sytuacji i przeżywanego cierpienia wykorzystywanych w hodowli przemysłowej zwierząt. 

Z pozdrowieniami .

Paweł Śliwiak

inedianin.pl

ETAP II: “PŁYWANIE-PEŁNY DYSTANS IRON MAN”

Wg planu sezon 2019 miałem zakończyć we wrześniu biorąc udział oraz pokonując kolejny dystans na skali triathlonowej, czyli tym razem ¼ IM. Jednak jak to bywa plan to jedynie pewne moje założenie, z którego zawsze chcę być gotowy zrezygnować lub raczej zmienić na inny kierunek, jeżeli życie będzie prowadziło inaczej. Uczę się niezwykle ważnej umiejętności odpuszczania, kiedy mam odpuścić I konsekwencji oraz wytrwałości, kiedy nie mam odpuszczać.

Tym razem realizację planu uniemożliwił mi nieustępujący, a wręcz pogłębiający się ból kręgosłupa, przez który cały czas odpada trening biegowy oraz nadal nie naprawiony rower (w chwili pisania to już 2 miesiące jak jest w serwisie!) przez co całkowicie odpadł na ten rok trening etapu kolarskiego. Z trzech dyscyplin mogłem więc doskonalić tylko pływanie. Tak oto pewne okoliczności same wyznaczają takie a nie inne kierunki podejmowania aktywności.

Mogę założyć, że skupienie na pływaniu rozpocząłem od dnia startu w swoim pierwszym wyścigu 1/8 IM, czyli od 07 lipca i był to poziom umiejętności przepłynięcia około 500 m kraulem w 15 min na basenie. (Na zawodach było krócej ponieważ płynęliśmy z nurtem). Dłuższych odległości nie byłem w stanie pokonać inaczej jak żabką ze względu na problemy z oddychaniem, zmęczenie mięśni i krztuszenie się wodą.

Pływanie wiąże się dla mnie z poważnym wyzwaniem pokonywania bariery związanej z zimnem. Ponieważ i niestety dla mnie zimną, nieprzyjemną wodą jest nawet ta latem w jeziorach, więc pierwszym zakupem była pianka 2 mm oraz bojka asekuracyjna by móc komfortowo i bezpiecznie pływać na wodach otwartych a nie w chlorowanym basenie.

Od razu poczułem różnicę, a treningi stały się prawdziwą przyjemnością. Przez półtora miesiąca systematycznie oglądałem i analizowałem filmy instruktrażowe zamieszczane na YT (dziesiątki godzin) oraz pływałem próbując wdrażać to, co widziałem i tak pomału, pomału dystanse, jakie potrafiłem przepłynąć wydłużały się, aż 02 września przepłynąłem kraulem dystans całego IM, czyli 4km.

Co ciekawe, zauważyłem że łatwość płynięcia nie zwiększała się prostoliniowo w czasie, tylko po pierwsze skokowo, a po drugie w pierwszym miesiącu niemal w ogóle nie zaobserwowałem wyraźnej poprawy. Wkurzało mnie to, bo nie wiedziałem co robię nie tak. Dopiero pod koniec miesiąca powtarzania, kombinowania coś zaskoczyło i potem z treningu na trening mogłem pokonywać odległości większe o kilometr. Przyrost skokowy polegał na tym, że ćwicząc w pewnym momencie miałem wrażenie, że zamiast coraz lepiej, jest coraz gorzej. Odpuszczałem wówczas na parę dni by po powrocie stwierdzić, że zaczynam z dużo większym luzem niż przed przerwą. Muszę o tym pamiętać i nie zniechęcać się przy braku poczucia doskonalenia. Ono jest, cały czas postępuje, tylko nie liniowo.

TRENING OPTYMALNY

Płynąc te 4 km, w odniesieniu do zmęczenia organizmu wyraźnie mogłem wyczuć cztery różne etapy treningu. Ponieważ jest to chyba powtarzalny schemat muszę go sobie opisać ku pamięci na przyszłość.

Etap 1. Ciało uczy się koordynacji poprawnego ruchu.

Jest to pierwszy etap treningu właściwego następujący po rozgrzewce ogólnej. Są to pierwsze powtórzenia ruchu, który się ćwiczy. W moim przypadku pełnego stylu pływackiego. Na moim bardzo średnim poziomie jest to etap kiedy pomimo, że staram się ogarnąć ruch mentalnie, wg znanego poprawnego schematu, to nie do końca to wychodzi. Nie potrafię skoordynować prowadzenia rąk z rytmem nógi jeszcze oddechem. Za każdym razem ciało jakby dopiero się uczyło synchronizacji choć zna już ten poprawny ruch. Bardzo się męczę, jestem zniechęcony i taki break dance trwa przez około kilometr. Dopiero potem coś zaskakuje i przechodzę do etapu drugiego.

Etap 2. Ciało załapało ruch, umysł świadomie nim kieruje.

To jest najprzyjemniejszy etap, kiedy mięśnie nie są jeszcze zmęczone, ale już załąpały technicznie ruchy. Na tym etapie jest się najbardziej świadomym całości ciała “Wie prawica co czyni lewica” 😀 a ręka z nogą dają się fajnie prawadzić wg porządanego schematu. Generalnie jest duża świadomość całego ciała, które w miare fajnie, posłusznie daje się prowadzić. Oczywiście niedociągnięcia nadal są ale ponieważ jest się świadomym ich to można pracować nad poprawą szybko korygując. I znów na moim poziomie na tym etapie mogę przpłynąć około kolejnego kilometerka.

Etap 3. Umysł puszcza ciało swobodnie.

Ten etap jest najprzyjemniejszy ze względu na luz jaki się pojawia. Ciało jest już zmęczone a umysł znudzony ciągłym skupianiem się na technicznych aspektach ruchu wię umysł zaczyna sobie wędrować w przyjemne obszary netreningowe. U mnie jest to np wielbienie Boga, rozmyślanie o dzieciach, pojawiają się wtedy jakieś fajne radosne wspomnienia z ostatnich dni, albo rozważam coś nieprzyjemnego co wymaga uwagi. W każdym razie ciało nie kierowane świadomie, a będąc już zmęczone samo zaczyna wybierać najlepszy, najbardziej optymalny ruch dzięki czemu np puszczają przypięcia mięśni, które nie biorą udziału w ruchu a okazuje się, że do tej pory i tak były napięte, inne mięśnie, jak np korpusu z kolei zaczynają się napinać biorąc większy udział stabilizując poziom, przez co ruch staje bardziej płynny. Generalnie pokonuje się metry właściwie nie wiedziąc o tym i trwa to do czasu aż nie zaczną pojawiać się pierwsze objawy ostatniego etapu. Odległościowo przyjemność etapu 3 pozwala pokonać mi kolejny kilomtr -trzeci.

Etap 4. Ciało nie ma już siły wykonywać poleceń umysłu.

No tak. W końcu przychodzi czas, gdy mięśnie zaczynają być zmęczone do tego stopnia, że znów przywołują świadomość ku sobie. Jednak tym razem mimo pełnego skupienia świadomości na zaczynających pojawiać się dodatkowych przyruchach, błędach technicznych, mięśnie odpowiedzialne za poprawny ruch nie są już w stanie wykonywać poprawnych ruchów. Zaczyna się angażowanie dodatkowych mięśni wykoślawiajacych technikę. Myślę, że rozpoznając ten etap, w zależności od charakteru treningu należy go zakończyć lub zmenić ćwiczenia na takie, które nie będą angażować zmęczonych już mięśni. Chyba, że w założeniu jest to trening mający na celu tylko przetestowanie siły lub wyrzymałości granicznych. Jednak takie treningi na których gubi się technikę powinny być sporadycznością.

Ponieważ gdy rozpoznałem początek tego etapu byłem na drugim końcu jeziora, to oczywiście świadomie nie przerwałem. Godząc się na pogorszenie techniki chciałem zrealizować cel pełnego IM i przypuszczając, że może tyo być mój ostatni trening na jeziorze w tym roku, chciałem dopłynąć do tych pełnych 4 km. Sokojnie udało się, zakończyłem mając jeszcze całkiem spory zapas by płynąć dalej, jednak byłoby to niepotrzebne utrwalanie niewłaściwych ruchów. Mając tyle niedociągnięć technicznych to nie jest jeszcze czas na sprawdzanie granic wytrzymałościowych.

WNIOSKI

Z jednej strony jest satysfakcja bo pierwszy raz w życiu udało mi się pokonać taki dystans. Osiągnąłem nieplanowany cel. 🙂 Z drugiej strony oglądając zawody długostystansowe widzę w czasie, w jakim ja pokonałem 4km, zawodnicy przpeływają dystans 10 km! Płyną więc ponad dwa razy szybciej! Pozwala mi to przypuszczać, jak wiele błędów muszę jeszcze popełniać, ile technicznych elementów jest do poprawy. Najważniejsze jednak, że świadomość ta nie jest deprymująca tylko inspirująca, zachęcające do dalszego odkrywania siebie i ulepszania techniki.

Teraz żeby tylko kręgosłup odpuścił, ta stopa doszła do siebie, no i jeszcze rower w końcu został naprawIOny… Jest co robić a najważniejsze, że cały czas są chęci… 😉

TRIATHLON

14.08. 2018 roku to narodziny silnego wewnętrznego pragnienia zrobienia Iron Mana.

Ciekawe pragnienie, tym bardziej, że nie cierpię zimnej wody, bieganie mnie nudzi, a rowerem nie jeżdżę od 20 lat. Ponadto, jakieś 10 lat temu zdiagnozowano u mnie  8mm zwyrodnienie na kręgosłupie, które  jak sugerował neurochirurg najlepiej byłoby zoperować, a na co oczywiście się nie zgodziłem.  Ale cóż,  z pasją, z pragnieniami jest trochę jak z zakochaniem. Nie mam zbyt wiele do gadania w kim i kiedy się zakocham. To po prostu albo przychodzi albo nie. Ja mogę jedynie zdecydować czy wchodzę w to, czy nie. Ja postanowiłem wejść, jednak przy zachowaniu zdrowego rozsądku, o ile można o takowym mówić w przypadku pojawienia się namiętnej pasji lub miłości.

ETAP I: 1/8 IM

07.07.2019 r.

1/8 IRON MAN czyli TRIATHLON ENEA BYDGOSZCZ

Na pierwszy etap sprawdzający bieżące przygotowanie na drodze do celu głównego wybrałem zawody w Bydgoszczy i dystans najkrótszy, czyli 1/8 IM. Po pierwsze blisko, po drugie dużo pozytywnych komentarzy, że to dobre miejsce do rozpoczęcia zabawy lub jak kto woli przygody w triathlon, a po trzecie i najważniejsze- od razu poczułem, że chcę tam pojechać. Świadomość, że zapisaliśmy się razem z kumplem ze straży była dodatkowo motywująca do i cieszyła mnie.

PRZYGOTOWANIA

Właściwie to brak przygotowań typowo pod ten start. Od paru miesięcy kręgosłup nie pozwalał mi  przez dłuższy czas ćwiczyć systematycznie, więc końcówka była bez trenowania. Bazowałem na tym, co wypracowałem w ciągu całego roku. Biegi całkowicie odpadły ze względu na ból, roweru nie miałem ze względu na brak kasy, pozostało tylko pływanie raz, dwa razy w tygodniu. Rower kupiłem tydzień przed ale po przejechaniu paru metrów okazało się, że ma pewne wady i usunięcie ich trwało do ostatniego dnia przed zawodami. W sumie byłem ciekaw jak to będzie usiąść pierwszy raz w życiu na szosówkę i to od razu na zawody, a najlepsze, że po 20-tu latach przerwy w jeżdżeniu rowerem w ogóle. Mimo takich okoliczności, na podstawie wyników z biegania i pływania jakie miałem gdy ćwiczyłem, założyłem, że chciałbym ukończyć całość w półtora godziny. W moim przypadku jednak oprócz polepszania czasów, ważniejszym torem treningowym jest by robić to przy coraz bardziej ograniczanym odżywianiu, w tym piciu. A jeżeli już chodzi o odżywianie, to ponad miesiąc poprzedzający start spędziłem odżywiając się przede wszystkim na surowo, w 100% roślinnie i zachowując zasadę okna czasowego na jedzenie oraz  picie w godzinach od 10 do 18. Poza tymi godzinami nie jadłem i nie piłem. 

START

W dniu poprzedzającym zawody miałem 24 godziny służby w straży i żeby dojechać do Bydgoszczy musiałem się zwolnić. Start miał być o 12 ale wprowadzenie rowerów do strefy zmian kończyło się o 10:30. Udało się dotrzeć, choć gdy w dzień poprzedzający dowiedziałem się, że kumpel rezygnuje i nie jedzie, pojawiły się myśli, by także zrezygnować. Powody miałem mocne- od kręgosłupa do niesprawnego roweru w którym  okazało się, że przerzutka przednia nadal nie działa i jedynie co mogę zrobić, to ustawić na sztywno jedno przełożenie- wybrałem to szybsze. Mimo niepokoju pomieszanego ze zdenerwowaniem na szczęście nie odpuściłem.

Pływanie:

Masakra!!!-po paru ruchach kraulem zacząłem tracić oddech i choć płynęliśmy z delikatnym nurtem wody, czułem jakbym stał w miejscu. Ponadto, choć kanał i nasza trasa miała linię prostą, ja gubiłem orientację i zygzakowałem przez co, gdybym upierał się przy tym stylu, zamiast 500m mógłbym zrobić z 700!. Szybko przeszedłem więc na klasyczny.  Mimo zmiany stylu nadal czułem, że coś jest nie tak, nadal to była walka, jakbym jechał na hamulcu ręcznym- co jest grane?  Płynąc zganiłem to na wiatr który wzbudzał silne fale, do czego nie byłem przyzwyczajony. Gdy jednak dopłynąłem i zacząłem wychodzić z wody ukazał się prawdziwy sprawca mojej ociężałości. Nie lubię zimnej wody, świadomość wskoku i płynięcia w tym kanale zniechęcała mnie, wręcz odrzucała tak bardzo, że nie mając pianki wpadłem na pomysł (nie najlepszy jak się okazało) by ubrać bieliznę termoaktywną i jeszcze wsadzić jej dół w spodenki. Wychodząc z wody wyglądałem jak pinki-łinki wywlekając ze sobą dobre wiaderko wody opasającej okolice brzucha. Po prostu płynąc nabierałem wodę i ciągnąłem ją ze sobą.  Obciach.

Rower:

Fajnie, komfortowo, bez jakiś problemów czy to ze zdrowiem czy z rowerem, bardzo fajnie mi się jechało mimo wyraźnie hamującego wiatru. Ci, co systematycznie starują mówili, że dawno nie jechali w takich warunkach. Dla mnie był to pierwszy raz, więc nie miałem żadnego odniesienia. Na nawrotce ktoś się wywrócił i na chwilę zatrzymałem się żeby sprawdzić, czy nic się nie stało, czy nie potrzeba pomocy medycznej. Potrzebna była, ale już została wezwana i zawodnik który się wywrócił zachęcał zatrzymujących się, by jechali dalej. Wbiegając już z rowerem do hali zmian dostałem karę 1 min za odpięcie paska przy kasku przed odstawieniem roweru. Potraktowałem to jak okazję do dłuższego odpoczynku, choć powiem szczerze, że nie potrzebowałem, czułem się całkiem fajnie i gotowy do ostatniego etapu- biegu.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Bieg:

 Od pierwszych metrów etap walki z bólem kolana. Nie wiedziałem czy dam radę i myśl o przerwaniu często się pojawiała. Wiedząc jednak, że mam dużo rezerwy czasowej by móc ukończyć ten wyścig w określonym przez organizatora limicie nawet idąc, podejmowałem walkę gotowy jednak, by w każdej chwili przejść do marszu. Tym razem kolana- kujący ból kolan- jednego potem drugiego. Duży zapas siły, wytrzymałości, prawie żadnego zmęczenia do którego nie dopuszczał ból ograniczający przemieszczanie się do delikatnego truchtu. Kuśtykając dobiegłem jednak do mety z czasem, 1h 27min. Nawet zmieściłem się w założeniu. 

Cieszę się, że nie zrezygnowałem, bo dzięki ukończeniu tego wyścigu dowiedziałem się w jakim miejscu jestem, jak to wszystko wygląda i poczułem, że przy eliminacji bólów oraz poprawie techniki, spokojnie jeszcze o parenaście minut mogę skrócić ten czas.

Strefa finiszera:

Ponieważ to był pierwszy mój udział w triathlonie nawet nie wiedziałem, że jest coś takiego jak strefa finiszera, czyli zamknięty obszar dla zawodników, którzy przekroczyli linię mety, w której serwowane są różne uprzyjemniacze powysiłkowe. Na dzień dobry otrzymałem zimniaste piwo bezalkoholowe. Wyścig skończony bez wspomagania piciem czy żelami którymi obsługa częstowała zawodników na terasie więc teraz nie odmówiłem sobie tej przyjemności i chyba trzy wchłonąłem jedno za drugim, przegryzając soczystymi arbuzami. Rozpusta. Organizator postarał się nawet o masażystki masujące w tej strefie ale nie załapałem się -kolejka mnie zniechęciła, a ponadto nie czułem takiej potrzeby. Stawów raczej mi nie rozmasowaliby. Za to wejście do przygotowanego basenu ze schłodzoną wodą przyniosło ulgę kolanom.

Siedząc w jednym z tych zbiorników patrzyłem sobie na ludzi którzy cały czas dobiegali do mety, a szczególnej radości dawał mi widok radości, uśmiechu tych zawodników, którzy kończyli wyścig zabierając na ostatnich metrach na ręce swoje dzieci, albo wbiegali na linię mety w rodzinnej grupie, albo po ukończeniu przytulali się z czekającymi bliskimi. O to właśnie chodzi- mieć bliskie relacje z osobami, z którymi możemy dzielić się nie tylko trudnymi chwilami ale także tymi dobrymi. Piękny, budujący widok, który zainspirował mnie by za 5 lat, gdy najmłodsze z moich dzieci ukończy 18 lat, byśmy także razem wzięli udział w takiej imprezie. Urodziło się także pragnienie, by za rok z córką, która będzie miała wtedy już 18 lat wystartować razem. Póki co, oglądając z przyjemnością to dzielenie się innych swoimi czułościami i radością ze zwycięstwa nad samym sobą, poczułem, że sam nie przeżywam żadnego uniesienia. Zachęciło mnie to do przyjrzenia się sobie i refleksji nad tym uczuciem.

PODSUMOWANIE

Cały ten start i uczucie po przekroczeniu linii mety przypomniało mi najważniejszą rzecz jeżeli chodzi o wyznaczanie i realizowanie celów.

Ukończyłem, ok, ale w zrealizowaniu tego celu nie było ani radości ani satysfakcji. Po prostu osiągnąłem plan i nic poza tym, żadnego efektu wow czy coś chociażby przypominającego go. Połączenie uczucia tego niespełnienia ze zrealizowaniem celu pokazało, jak złudna jest droga stawiania i osiągania celów, jeżeli nie towarzyszą jej pewne kluczowe elementy.

Rozpoznałem dwa takie elementy, bez których, przynajmniej jednego z nich, osiągnięcie największego celu mija się z celem. Po pierwsze jest to współdzielenie radości z osiąganych wyników z ważnymi dla nas osobami, a po drugie poczucie, że to, co właśnie osiągnęliśmy wnosi coś korzystnego dla innych. Jeżeli przynajmniej jednego z tych elementów nie będzie na naszej życiowej drodze stawiania sobie celów i ich osiągania, to gdy dotrzemy do tej ostatecznej już linii mety i wejdziemy do ostatecznej strefy finiszera, może okazać się, że  nas sukces stał się porażką. Ponieważ w moim przypadku zabrakło i jednego i drugiego, być może dlatego nie miałem żadnej satysfakcji, ani radości z ukończenia tego dystansu i zrealizowania tego celu. Takie poczucie i rozważania na temat tych zawodów towarzyszyły mi podczas powrotu z Bydgoszczy do domu.

Na szczęście zaraz po tych myślach wprowadzających nieco smutku, pojawiła się myśl pocieszająco-uświadamiająca, że to, co dzisiaj osiągnąłem to nie był przecież mój cel, a jedynie pewien etap na drodze do celu, którym jest pełny IM BJ&BP. Spostrzeżenie to spowodowało, że zrobiło się jakoś jaśniej. Przypomniało, że do osiągania celów dochodzi się wykonując dziesiątki, jak nie setki małych najczęściej niezauważalnych kroków, które znaczenia nabiorą dopiero gdy osiągnie się cel. Nie wiem czy go osiągnę, jeżeli nie, to muszę zaakceptować, że te wszystkie pośrednie osiągnięcia dla nikogo nie będą miały żadnego znaczenia i przejdą w zapomnienie. Jeżeli jednak cel końcowy osiągnę, to mogę przypuszczać, że mój wysiłek wniesie jakąś wartość dla innych i ta świadomość wynagrodzi chwile zwątpienia.

Nie znając więc jaki będzie koniec tej drogi, zadaję sobie pytanie nie o cel tylko właśnie o drogę i kierunek. Co lub kto mnie motywuje, co jest moją prawdziwą, wewnętrzną motywacją? Dlaczego chcę coś osiągnąć? Jakie uczucia towarzyszą podczas codziennego wysiłku związanego z tą drogą – na treningach i w postach? 

Odpowiedź była natychmiastowa, przywracająca uśmiech. Stanowczo codziennym zmaganiom ze swoimi słabościami i wysiłkom fizycznym towarzyszy pozytywna energia, pasja, zadowolenie, satysfakcja, poczucia spełnienia.  Mimo chwilowego smutku mam więc podstawy sądzić, że jest to właściwy kierunek, tym bardziej, że szukając motywacji zwracam się w stronę Boga przez osobę Jezusa Chrystusa. Ponadto zdałem sobie sprawę, że mimo chwilowego uczucia osamotnienia, cały czas czuję ich wsparcie i kierownictwo, któremu staram się jak tylko mogę poddawać, na ile tylko udaje mi się zapanować nad moją ludzką naturą, nad skłonnościami ciała, zmysłów, emocji, zewnętrznych myśli które się pojawią ale ewidentnie nie są moje i działać wbrew takim tam innym ludzkim rozpraszaczom.

Dla mnie prawdziwym sukcesem oraz radością jest możliwość bycia z dziećmi widząc ich uśmiech. To wyjście z córką na kawę, obiad i dojrzała rozmowa w poczuciu szacunku i łagodności,  to wypad z synami na basen lub gra w piłkę…  i choć nie mam dużo takich chwil, to one najbardziej budują moje poczucie spełnienia, to z nich czerpię najwięcej satysfakcji i radości. A zawody sportowe? Pokonywanie kolejnych czasów i dystansów? Bez tego wszystkiego o czym pisałem wcześniej nie mają żadnej wartości, a z tym wszystkim są piękną wartością dodaną do życia. Podobnie jest z relacją z Bogiem, poczuciem że posiada się bliską, fajną relację z Jezusem i Duchem Świętym. Jeżeli nie mamy jej, to jakakolwiek wspaniała relacja z innym człowiekiem nie jest w stanie jej zastąpić. Natomiast mając bliską społeczność ze swoim Stwórcą, każda ludzka relacja staje się wartością dodaną do życia.

Co więc dalej ?

Następny jest w planie dystans 1/4 IM na koniec sezonu, wrzesień.  Jednak po tym starcie wiem, że tylko jeżeli uda mi się wzmocnić i przygotować kolana oraz kręgosłup do takiego wysiłku .  Po tym starcie mogę powiedzieć całe szczęście, że nie wybrałem 1/4 na pierwszy rzut, a co miałem w poważnych zamiarach, gdyż mój organizm nie dałby rady bez uszczerbku dla jego zdrowia, a nie o to chodzi.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

40 DNI ODŻYWIANIA KETO (20.V.-28.VI.2019)

Foto, źródło-internet.

-I-   PLAN

Niespełna tydzień po zakończeniu poprzedniego 40todniowego “eksperymentu” związanego z odżywianiem, podczas treningu biegowego pojawiło i przykleiło się do mnie pojęcie ketozy, o którym parę razy już słyszałem ale jakoś nigdy nie poczułem chęci wprowadzenia takiego sposobu odżywiania w życie. Teraz natomiast wiedziałem, że to jest to! Od dwóch dni jedząc 1 przetworzony posiłek dziennie jestem tak syty, że ciało w naturalny, bezwysiłkowy sposób samo domaga się dłuższej przerwy między ostatnim posiłkiem wczoraj a pierwszym dzisiaj. Dlaczego by nie zrobić z tego jakieś powtarzalnej reguły na postawie której będę mógł znów obserwować reakcje i zależności? Spodobał mi się ten pomysł i zacząłem układać w głowie takie swoje Keto-zasady z zamiarem wprowadzenia ich na 40dni. Ale czad, znów poczułem inspirację i co pierwszy raz się zdarza, na dodatek która pojawiła się tak szybko, bo po 10ciu dniach od skończenia poprzedniego procesu. Oczywiście wchodzę w ten przypływ pomimo, że z poziomu umysłu wydaje mi się, że przyzwolenie na systematyczne jedzenie przetworzone w stosunku do kierunku w stronę 100%wego witarianizmu, to cofnięcie w podróży ku całkowitemu wyzwoleniu z uzależnienia jedzenia czegokolwiek.

W stan ketozy można wprowadzić organizm na dwa sposoby. Pierwszy to spożywanie produktów tłuszczowych, a drugi to tzw post przerywany. Ja,  jako zwolennik postów oczywiście wybrałem tę drugą opcję ze stosunkiem 16h niejedzenia/ 8 jedzenia. 🙂

Zasady:

1. W codziennym ośmiogodzinnym okienku czasowym pomiędzy godzną 10tą a 18tą jem maksymalnie jeden przetworzony, wegański posiłek. Pozostałe produkty to surowe owoce, warzywa oraz soki z nich wyciskane.

2. Okienko zaczynam zawsze płynem- wodą, sokiem lub szejkiem.

Chciałbym jeszcze dodać parę zasad odnośne systematycznych godzin snu, ale w zmianowej pracy strażaka jest to niemożliwe, więc inne zasady odpuszczam. Wydaje mi się, że już na tyle dobrze znam i potrafię wsłuchać się w sygnały jakie daje moje ciało, umysł i emocje, że będę potrafił odpowiednio reagować na bieżąco. Ponieważ nigdy nie szedłem w stronę odżywiania by wprowadzać organizm codziennie w stan ketozy, więc znów wchodzę w coś nowego. Fajnie. 🙂

-II-   REALIZJCA

W Ciągu 40 dni zjadłem 12cie stałych, przetworzonych posiłków, nie licząc prawie codziennej kawy (w większości ekologiczna bezkofeinowa). Świadomie wybrałem taką, ponieważ pijąc już od jakiegoś czasu systematycznie nie byłem pewien, czy nadal robię to tylko dla czerpania radości ze smaku, czy przypadkiem nie jest to już sztuczne doładowywanie się energią kofeiny. Ponieważ jednak ta bezkofeinowa smakuje mi i piję ją z taką samą ochotą jak “normalną” mogłem przekonać się, że rzeczywiście piję dla smaku a nie dla “kopa”.

Głównym celem w tym eksperymencie było jednak przestrzeganie okienka czasowego, tak by ciało regularnie wchodziło w stan ketozy. Patrząc pod tym kątem, trzy razy nie przestrzegałem zasady. Było to podczas imprezy zmianowej, która przypadła na dzień 20 i 21 eksperymentu, kiedy gdy siedzieliśmy przy ognisku wydłużyłem okienko do godz 20-tej zajadając i popijając: 4 piwa bezalkoholowe, chrupki kukurydziano-orzechowe z ketchupem i musztardą, ogórki konserwowe, orzechy prażone, herbatę, tonic, ½ czekolady gorzkiej 🙂 , a w dniu następnym zacząłem jeść od 8 rano, gdy chłopaki zaczęli wstawać na śniadanie- tym razem jednak już surowiznę.  Rewelacyjna impreza. Trzecim dniem odejścia od reguły okna był dzień 30-ty, gdy byłem na spotkaniu na działce u przemiłych znajomych. Otoczony 1000m2 ogrodu pełnego owoców, warzyw i ziół to byłby grzech odmówić, więc tym razem jeszcze przed godziną 22 przeżuwałem domowe truskawki, pomidory itp… 🙂 Poza tymi dwoma przypadkami zasada okna żywieniowego była zachowana.

Więcej nie będę się rozpisywał, ponieważ nie ma o czym. Odżywianie w systemie ketozy nie było żadnym wyzwaniem, a wręcz czułem jak organizm fajnie reagował na taki system, szczególnie gdy ograniczałem jedzenie do posiłków witariańskich (raw=surowych owoców i warzyw). Przykładowe parę dni z dziennika:

DZIEŃ 4 CZ 23.05.19 “BASEN” (obiad 4)

Zadecydowałem i wykupiłem 15 obiadów wegańskich.

Dość długo rozważałem tę decyzję, ponieważ coś mi się wydaje, że i tak powrót do przetworzonego jedzenia nie będzie stały. Czy warto więc wydawać pieniądze? TAK! I nie ze względu na mnie, tylko na moją kochaną córkę. Odkąd odkryłem tę stołówkę staram się zabrać moje dzieci, a szczególnie córkę tu na obiad, gdyż mieszkając z mamą dieta moich dzieci jest bardzo mięsna i mają bardzo mocno wpojone przekonanie, że mięso jest potrzebne by być zdrowym, mieć siłę co oczywiście jest przeciwieństwem prawdy. Mam ogromne pragnienie wykupienia tych obiadów dla niej. Ma 17 lat, ma chłopaka, który pomimo, że uczy się w szkole gastronomicznej, pewnie również nie zna kuchni wegańskiej. Pewnie on także ma podobne przekonania, że jedzenie bez mięsa jest bezpłciowe, bez smaku i mało sycące. Tak- dawno nie czułem takiej inspiracji i tak dawno nie doświadczyłem takiej pewności co do tego, że to co robię jest dokładnie tym co mam robić. Cieszę się na samą myśl, że moje dziecko będzie mogło spróbować czegoś innego, niż to do czego jest przyzwyczajone. Mam nadzieję, że skorzysta z tej okazji, będzie sobie sama zamawiała na dowóz te obiady, a przy tym ponieważ z abonamentu mogę cały czas ja również korzystać, to jeżeli nadal będę miał ochotę na takie jedzenie, to również będę realizował ten abonament. Super!

DZIEŃ 5 PT 24.05.19 “IMPREZA CAŁEJ JEDNOSTKI” (raw)

Dzień na surowo. Czuję, jak ciało odżyło po tych paru posiłkach gotowanych. Czuję, jak surowizna przeczyszcza, wymiata to, co zaczęło zalegać po tych paru posiłkach przetworzonych. TRENING- wieczorem, po kręglach, mimo cały czas dyskomfortu w kręgosłupie wysiłek siłowy, full body building. Godzinka tak na 50% +rozciąganie i rozluźnianie. Jest bardzo ok! Znów normalnie.

DZIEŃ 6 SB 25.05.19 “SŁUŻBA STRAŻ” (raw)

Drugi dzień w odżywianiu keto w wersji raw i Rewelka! Mistrzostwo świata!!!! Myśl, że w poniedziałek mam możliwość wrócić do obiadów wegańskich przetworzonych jest tak bardzo odpychająca, że przyprawia o mdłości. Wiem jednak, że wrócę, że jeszcze nie nastąpiło całkowite przesycenie. Po tym, jak pozytywnie rozwalił mnie wegański sernik chcę przetestować jeszcze parę serwowanych tam dań- np naleśniki i polecany przez znajomych wege żurek. Jestem jednak przekonany, że to tylko chwilowe zatrzymanie. Napięcia i sprzeciw ciała są zbyt stanowcze by na dłużej zmagać się z tą niechęcią. No chyba, że jeżeli dalej będę się przymuszał to organizm znów przyzwyczai się, uzależni i znów chcąc zrezygnować będę musiał powalczyć. Zobaczymy. TRENING-brak. Do popołudnia redagowałem wpis na bloga, a potem wyjazd na interwencję i zrobiła się 21 godzina.

DZIEŃ 7 ND 26.05.19 (raw)

Trzeci dzień na surowym Keto i czuję, jak cały wołam YES! YES!S YES!

DZIEŃ 8 PN 27.05.19 (obiad 5)

Rano tak ogromny przypływ radości, energii, witalności, wdzięczności, siły, chęci działania, że nie wiedząc jak sobie z tym poradzić zacząłem szukać sposobu, by zmniejszyć te uczucie przepełnienia. Szczęście. Do bólu kręgosłupa, który cały czas zauważam już się chyba przyzwyczaiłem więc treningi są coraz bardziej systematyczne i intensywne.

Jedzenie: Przetworzony tylko posiłek w stołówce. Boczniaki z młodą kapustką. Coraz mniej mi jednak podchodzą te potrawy. Jem bez przekonania. Dzisiaj już odpuściłem ziemniaki i z zupy makaron wypijając tylko płyn. Obserwuję i cieszę się z tego jak niechętnie reaguję bez najmniejszego przymuszania. TRENING: Basen- test dystansu 500m na 70% mocy max. Niestety przerwa wyraźnie wpłynęła na pogorszenie techniki. Konieczność powrotu do ćwiczeń chwytu wody i synchronizacji napędu obydwu rąk.

DZIEŃ 9 wt 28.05.19 “SŁUŻBA STRAŻ” (raw)

Znów na surowo i najlepsze, że cieszy mnie to. Cieszę się, że mam służbę, bo będąc w domu i mając wykupione obiady na stołówce, pewnie znów zjadłbym przetworzony wege obiad. Zerknąłem na dzisiejsze menu i poczułem, że nic nie jest atrakcyjne. W czwartek zaprosiłem córkę, chcę by Ona korzystała z tych obiadów- taki był cel wykupienia ich. Myślę, że po czwartku już nie będę stałym bywalcem tej stołówki choć od czasu do czasu, gdy pojawi się jakiś ciekawy smak, chciałbym spróbować. Jest fajnie.

Po miesiącu zastępowania d-cy zmiany chyba zaczynam się przyzwyczajać. Dopiero teraz dostrzegam różnicę. Obecny chyba większy wewnętrzny spokój pozwala mi dostrzec ile wewnętrznej nadpobudliwości miałem przez ten pierwszy miesiąc nowej sytuacji. Rozpoznając zaistnienie jakichkolwiek nowych sytuacji wokół nas warto dać sobie na wstrzymanie i nie podejmować ważnych decyzji dopóki to, co nowe nie stanie się znów czymś zwyczajnym.

-III-   WNIOSKI

To jest to!.

Do tego stopnia, że po 40tym dniu nie przerwałem codziennego wchodzenia w stan ketozy, tylko cały czas utrzymywałem okienko żywieniowe od 10-18tej. Niestety jedzenie przetworzone sprawiało, że jednak jadłem coraz więcej i znów zacząłem czuć potrzebę jedzenia przetworzonego. Objawiało się to tym, że z czasem, gdy po paru dniach (jednym dwóch) bycia na raw, jednak coraz bardziej czegoś mi brakowało i coraz częściej, w coraz większych ilościach sięgałem po jedzenie przetworzone wegańskie. Nadal jednak utrzymując regułę okienka 10-18.

Tak było aż do dnia startu w pierwszym triathlonie na odcinku 1/8 IM, czyli do 07.07.2019r. Dwa dni po starcie uległem jakieś chwili. Pojawiły się jagodzianki, a myśl o nich, wspomnienie smaku sprzed roku i pragnienie były tak silne, że pozwoliłem sobie na powrót do przeszłości. Niestety oznacza to, że wróciłem pierwszy raz od ponad pół roku znów do jedzenia zawierającego produkty odzwierzęce, gdyż bułki zawierają pewnie jajka lub mleko, lub jedno i drugie. Nie podoba mi się to, nie czuję się z tym fajnie ale uzależnienie chyba wróciło gdyż już od trzech dni pozwalam sobie na te słodkości. Czuję jak głos sprzeciwu jest coraz słabszy, świadomość cierpienia zwierząt już mnie tak nie dotyka, czyżbym stał się mniej wrażliwy? Czuję też, że chcę to przerwać, ale nie mogę. W miniony weekend był festiwal witariada na który planowałem jechać razem z córką, gdy jednak zrezygnowała, to i nie pojechałem. Mając ograniczony budżet wybierałem kupno pianki do pływania.

A ten festiwal miał być takim moim kick starterem do kolejnego ekspymentu, tym razem 40dni 100% witariańskiego keto z jeszcze o dwie godziny krótszym okienkiem żywieniowym, czyli od 12:00 do 18:00. Wiedząc o tym, pozwoliłem sobie na jagodzionkowe rozluźnienie.  Na Witariadę jednak nie dojechałem i teraz, choć od dwóch dni coraz bardziej zbliżam się do godziny 12 z rozpoczęciem jedzenia, to jeżeli chodzi o surowość, to jeszcze nie poszło i cały czas zmagam się by znów wstrzelić się w tylko w surowe jedzenie. Przydałby się jakiś bodziec zewnętrzny, tylko impuls na start bo potem już idzie. Witariada byłaby idealna.  Chcę, nawet bardzo, codziennie zaczynam dzień z planem bycia tylko na surowo ale… no właśnie nadal ulegam jagodzionkowo-drożdżówkowym niezdrowym przyjemnościom. Eh, Wystarczyły cztery dni by przywołać uzależnienie od przetworzonych potraw i cukru. Jak łatwo nadszarpnąć to, co z taką pracowitością budujemy.

Nie mniej wiem, że to tylko chwila, że czując się z jednej strony tak nie fajnie, jak teraz się czuję a z drugiej pamiętając jak się czuję bez tych cukrowo-ciastkowych i przetworzonych zamienników prawdziwego jedzenia, w końcu odrzucę i te wegetariańskie “ogłupiacze” i znów będę się cieszył świadomością coraz bardziej surowego odżywiania.

Cel jaki zakorzenił się teraz to: 40dni na 100% wege-raw z oknem żywieniowym pomiędzy godziną 12 a 18 i jednym stałym witariańskim posiłkiem dziennie. Czuję, że to jest dobre, na pewno nie komfortowe, wymagające podjęcia wysiłku pracy ze sobą ale dzięki czemu strefa komfortu znów zostanie poszerzona i co najważniejsze w łagodny, bezpieczny dla mojego organizmu sposób.