Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

NIEŚWIADOMA STRONA WEGETARIANIZMU ORAZ TEST NA …HOLIZMY.

Ponieważ spotykam wegetarian, którzy piętnują osoby jedzące mięso ale którzy sami jedzą produkty zawierające nabiał i jajka zrobiłem porównanie chowu krów mlecznych ze świniami hodowanymi na mięso, pokazujące najważniejsze etapy w życiu tych zwierząt hodowlanych. Celem jest odpowiedź na pytanie czy więcej zwierzęcego cierpienia znajduje się za jedzeniem mięsa czy może za jedzeniem produktów zawierających mleko. 

 Najpierw skrótowe zestawienie tabelaryczne:

ŚWINIE-cel: mięso.

KROWY-cel: mleko.

ZAPŁODNIENIE

inseminacja

inseminacja

CZĘSTOTLIWOŚĆ ZAPŁADNIANIA

Już 2giego dnia po odsadzeniu prosiąt.

Co 6-7 tygodni po każdym wycieleniu.

LOS DZIECI

Świnia gotowa jest do uboju w wieku ok. 4 miesięcy.

Odłączenie od matki zaraz po wylizaniu. Cielaczki idą do rzeźni na cielęcinę w wieku ok 2 miesięcy, lub w wieku ok 2 lat na wołowinę.

MIEJSCE PRZEBYWANIA

W zamknięciu-chlewnia, sztuczna pasza, sztuczne oświetlenie, ograniczona możliwość poruszanie się zwierzęcia.

W zamknięciu-obora, sztuczna pasza, oświetlenie, ograniczona możliwość poruszanie się zwierzęcia.

KONIEC ŻYCIA

Rzeźnia.

Rzeźnia.

Jak widać życie jednych ani drugich nie różni się za bardzo od siebie, no może poza tym, że świnia zanim zostanie zabita porządnie sobie poje, podczas gdy krowa jest przez całe życie dojona. 1:0 na niekorzyść krów.

Nie mogąc znaleźć w necie informacji na temat okresów produkcyjnych, udało mi się skontaktować telefonicznie z osobą hodującą krowy i zadać parę pytań. To co usłyszałem przeraziło mnie. Jeszcze parę lat temu krowy były zapładniane 12 razy zanim traciły wydajność i trafiały do ubojni. Obecnie idą na śmierć po 4-5 ciążach. Hodowca powiedział, że jest to wynik nowoczesnego karmienia paszami zawierającymi pełno sztucznych domieszek powodujących, że z jednej strony zwierzę daje więcej mleka, ale w znacznie młodszym wieku spada jego wydajność co oznacza skazanie go na śmierć. Od razu nasunęło mi się pytanie: Jeżeli te pasze o ponad połowę skracają ilość cykli rozrodczych zwierzęcia, to przecież jedząc takie produkty my również wchłaniamy tą chemię, te substancje… Jak myślicie, jak to wpływa na nas i nasze dzieci?

JAKIM KOSZTEM UZYSKUJE SIĘ MLEKO OBECNIE?

1.Inseminacja-sztuczne zapłodnienie krowy, no bo przecież żeby mieć mleko, najpierw trzeba być mamą. Zwróćcie uwagę na reakcję tego zwierzęcia: https://www.youtube.com/watch?v=Rab2ndyGLLE

2. Oddzielenie maluszka od mamy, żeby nie kradło mleka-tego, na czym zależy człowiekowi:

A. https://www.youtube.com/watch?v=eBUYEbRsTgg

B. dalsze jego życie na zawsze w oddzieleniu od mamy np w takich cielętnikach.

„https://www.youtube.com/watch?v=wOBJy38xiCU”

Los krowich dzieci wyznacza płeć: Sztucznie karmione jałówki na przyszłe dawczynie mleka lub cielaczki zabijane po około dwóch miesiącach dla cielęciny. Jeżeli cielaczek ma „szczęście”, to może dożyć do 2 lat by jako byczek stać się wołowiną.

3. Gdy jałówki dorosną by mieć swoje dzieci, historia się powtarza: sztuczne zapłodnienie i maksymalnie wydajna eksploatacja zwierzęcia przez jak najdłuższe utrzymywanie laktacji a potem…

4. …Po zmniejszeniu wydajności do progu nieopłacalności trafiają tam, gdzie wcześniej ich dzieci oraz świnie- do rzeźni: https://vimeo.com/182967273 by skończyć tu życie:

https://www.youtube.com/watch?v=_-1xoPP2KV8

https://www.youtube.com/watch?v=BHonVCSlKTY

Tak w skrócie wyglądają kulisy uzyskiwania mleka i cena, jaką muszą zapłacić zwierzęta dla ludzkiej przyjemności jedzenia wszelkich produktów je zawierających. Żaden z tych produktów nie jest jednak nam potrzebny do życia, a służy jedynie ludzkiej przyjemności.

No to może wiedząc już o cierpieniu krów wybrać eko-mleko?

Coraz więcej ludzi, w tym wegetarian wybiera z myślą o zdrowiu ale i losie zwierząt produkty eko. Przeanalizowałem regulacje prawne i niestety, jeżeli chodzi o ekohodowle krów, to „eko” dotyczy przede wszystkim środków używanych do karmienia zwierząt oraz o dobrostanie życia zwierząt. Takie krowy jednak nadal mogą być i przeważnie są sztucznie zapładnianie, często eksploatowane bez zapewnienia wystarczającego okresu regeneracji, ich młode również zaraz po urodzeniu mogą być odstawiane i karmione paszami zgodnymi ze standardem „non-eko”, a gdy już nie będą wydajne, również krowy eko sprzedawane są do rzeźni gdzie kończą życie tak, jak ich siostry non-eko. Tyle w kwestii górnolotnego krowiego „EKO”

Produkt eko nie oznacza humanitarności wobec zwierzęcia,

a bycie humanitarnym nie oznacza uzyskania produktu eko”

Ponieważ więc eko nie oznacza humanitarności a bycie humanitarnym nie oznacza bycia pro-eko więc, żebym ja mógł z czystym sumieniem czerpać radość z sernika czy gofra z bitą śmietaną musiałbym mieć pewność, że użyte mleko pochodziło z eko humanitarnego chowu krowy. Chyba nie ma jeszcze takiego pojęcia ani standardu więc dla mnie oznacza on, że spełnione muszą zostać WSZYSTKIE poniższe warunki, bym z czystym sumieniem mógł i chciał kupować produkty mleczne:

ZASADY EKOHUMANITARNEGO CHOWU KRÓW ORAZ POZYSKIWANIA MLEKA KROWIEGO:

1. ZGODNE Z NATURALNYMI CYKLAMI ROZRODCZYMI ORAZ W PEŁNI                     NATURALNE ZAPŁODNIENIE.

2. POZOSTAWIENIE DZIECKA PRZY MATCE DO CZASU NATURALNEGO                  ODSTAWIENIA GO PRZEZ MATKĘ OD KARMIENIA.

3. POZYSKIWANIE MLEKA TYLKO, GDY MATKA KARMI.                                               OKRESY REGENERACYJNE POMIĘDZY CIĄŻAMI.

4. TYLKO RĘCZNE DOJENIE.

5. EMERYTURA A NIE ŚMIERĆ W UBOJNI.

Ad 1. Żeby krówka dawało mleko, musi mieć dziecko. Więc pierwszym warunkiem jest zapłodnienie naturalne, a nie inseminacja która jest zwykłym gwałtem na zwierzęciu.

Ad 2. Każda „zdrowa” matka odczuwa  silną więź ze swoim dzieckiem i z wzajemnością, bez względu czy jest to człowiek, pies, krowa, kura czy świnia… Dlatego ekohumanitarny chów musi dawać możliwość przebywania matki z dzieckiem do czasu, aż nie dorośnie do wieku, w którym staje się samodzielne i w sposób zgodny z naturą matka sama je odstawia od wymion. W praktyce przemysłowej cielaczki zabierane są od mamy od razu:

Ad 3. Życie zwierząt musi przebiegać w naturalnym środowisku, a nie w zamkniętych oborach i chlewniach. Zwierzę powinno wybierać gdzie chce być- czy na polu, czy w budynku z możliwością swobodnego przemieszczania się i dostępem do słońca oraz naturalnego pożywienia.

Ad 3. Pozyskiwanie mleka musi odbywać się tylko od krów, które karmią swoje młode i zostaje przerywane w momencie, kiedy ich młode przestaje pić. Karmiąca krowa ma tyle mleka, że z przyjemnością podzieli się nim z nami- ludźmi, o ile nie będzie odbywało się to kosztem jej praw do życia i gdy to my, kierowani szacunkiem  a nie pragnieniem zysku, będziemy podporządkowywać się pod jej naturalny rytm życia.

Ad 5. Koniec życia. W zamian, za to, że zwierzęta dzieliły się z nami ich własnością, ekohumanitarny chów musi zapewnić im możliwość życia, aż nie umrą ( oczywiście w naturalnych okolicznościach) pomimo, że już nie dają mleka. Czy to w rodzimej zagrodzie, czy w specjalnych oazach “starości” finansowanych przez społeczeństwo pijące I jedzące produkty mleczne. Koszt wliczony w cenę. Dopiero wówczas skóry takich zwierząt mogłyby być wykorzystywane do wyrobu różnych produktów skórzanych, jak buty, paski, kurtki i inne.

JA NA TLE POWYŻSZEGO

Nie znam żadnego gospodarstwa Eko spełniającego również humanitarne wartości, więc oprócz tego, że już od dawna nie jem mięsa, dopóki nie znajdę nabiału pochodzącego z takiego jak opisane powyżej źródło, wybieram weganizm. Fajnie było zjeść sobie serniczka, pączka, lody, czy bitą śmietanę ale trzeba dokonywać wyborów zgodnie z wartościami, wg których chcemy żyć, a moimi naczelnymi wartościami są przede wszystkim sprawiedliwość oraz miłość, która dla mnie nie może istnieć bez  okazywania szacunku. Czy może być coś cenniejszego od szanowania życia i zdrowia nie tylko własnego ale i innych żywych, czujących istot?

Pij mleko, będziesz wielki? 
Nie!.
Jesteś człowiekiem a nie cielakiem.
 Nie pij zwierzęcego mleka a będziesz zdrowszy!  
Przyczynisz się też, do ograniczenia cierpienia zwierząt!
Tak samo czujących istot jak Ty.

Powyższe normy ekohumanitarnego chowu są jednocześnie lekarstwem wobec uchybień, jakie dostrzegam w obecnym sposobie chowu krów i dopóki nie znajdę dostawcy spełniającego wszystkie te warunki, dążę by odżywiać się w 100% wegańsko,a najlepiej surowo czyli wg zasad tzw. vitarianizmu). Ponieważ jednak nie jestem jeszcze (2017/18 r) w stanie całkowicie zrezygnować z mlecznych produktów dlatego żeby choć trochę złagodzić oskarżenia sumienia, jeżeli sięgam po coś zawierającego mleko, to staram się by jednak pochodziło z hodowli eko, traktując to podjadanie jako etap przejściowy w procesie przechodzenia na 100% weganizm i vitarianizm.  A jest to nie lada wyzwanie. Skoro jednak z mięsem w przeciągu roku zmagań dałem radę i już od dwóch lat zupełnie nie jem żadnych zwierząt, to mam nadzieję, że z vitarianizmem będzie podobnie. Z czasem smaki się zmieniają, po okresie przejściowym teraz myśl o zjedzeniu mięsa jest wręcz odpychająca,  więc mam nadzieję, że jak już przejdę ten etap zmagań z nabiałem, to będzie podobnie. Organizm rozpozna, że nie jedzenia nabiału jest korzystniejsze dla niego niż pragnienie smaku i potrzeba ta zniknie, zamieni się w zniechęcenie.

Czy po odzwyczajeniu się od zwierzęcych produktów nigdy już nie zjem, nie wypiję niczego co zawiera mleko? Jestem tylko człowiekiem, mogę czegoś bardzo pragnąć i się starać to osiągać, ale… no właśnie zawsze jest jakieś ludzkie „ale” więc nie wiem. Na razie  myśl o cierpieniu zwierząt sprawia, że choć dawne mleczne smaki jeszcze czasami się odzywają, to jednak pracuję nad panowaniem nad takimi zachciankami i stwierdzam, że w coraz większym stopniu mi się udaje. Nadal jednak muszę cały czas być uważnym by utrzymywać dawne nawyki  pod kontrolą. Taki czas „słabości” mam właśnie od paru tygodni i widząc, że sięganie po nabiał stało się częstsze i co najgorsze wzbudza coraz mniejszą niewygodę, powstał ten artykuł jako jedna z form przypominania, upominania samego siebie na drodze kształtowania pożądanych nawyków.

Póki co cieszę się, że na drodze do odżywiania w 100% roślinnie, niewiele już zostało tych pochodzących od zwierząt (2019r), że zaledwie parę razy w roku sięgam po produkty mleczne, że już w 80-90% podstawą mojego odżywiania są surowe, nieprzetworzone owoce, trochę warzyw i trochę orzechów. Pozostałe 10-20% to wegańskie przetworzone posiłki, przeważnie w formie dania obiadowego serwowanego od czasu do czasu. Produkty odzwierzęce stanowią nie więcej jak 1% wszystkiego co jem i są to przede wszystkim: sos czosnkowy lub składniki słodkich wypieków (drożdżówka, pączek…) po które sięgam pijąc kawę. Vitarianizm natomiast wybieram ze względu, że jest to najbardziej korzystny sposób stałego odżywiania dla utrzymania ludzkiego ciała w zdrowiu więc dopóki jestem uzależniony od odżywiania jelitowego staram się wybierać i dążyć do tego, co jest optymalne.

Tutaj prześledziliśmy tylko proces produkcji mleka ale wegetarianie jedzący jajka powinni w podobny sposób prześledzić proces produkcyjny jaj i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Dla mnie fermy drobiarskie do jeszcze okrutniejszy sposób na zarabianie pieniędzy. https://www.cda.pl/video/35908b5

ZAKOŃCZENIE

W tym wpisie poruszyłem tylko kwestię cierpienia zwierząt ale są jeszcze inne negatywne obszary związane ze spożywaniem produktów mlecznych. Jest nim chociażby negatywny wpływ na środowisko, na zanieczyszczenie naszej planety, a jak ogromna jest skala oddziaływania tej gałęzi zdałem sobie sprawę dopiero niedawno, po obejrzeniu poniższego filmu, który między innymi zachęcił mnie do dokończenia i opublikowania powyższego artykułu:

https://www.cda.pl/video/570570a2?fbclid=IwAR2tZpE6ZXcFoWl7zlU87Gp0Ps2cxsHN8HI6YOMFe4RT_aJ_0QR-tjzdXEY

Kolejnym nieporuszanym tu obszarem związanym ze spożywaniem produktów odzwierzęcych, a mlecznych w szczególności, jest ich negatywny wpływ na nasze zdrowie. Temat poruszany chociażby w takim filmie: https://youtu.be/jTMSrQIQNPQ

 W tym artykule jednak, chciałem zająć się tylko odpowiedzią na pytanie czy wegetarianie mają prawo uważać się za lepszych i krytykować osoby jedzące mięso. Wierzę, że jeżeli takie akty mają miejsce, to wynikają z nieświadomości. Jeżeli natomiast krytykujący mięsożerców wegetarianin, będąc świadomym, że jedząc nabiał również zadaje cierpienie zwierzętom nie widzi w tym nic złego, to wg mnie takie zachowanie jest hipokryzją…

PROSTY TEST NA  nasze HOLIZMY

Często wydaje nam się, że jest nam coś niezbędne do życia, podczas gdy ewidentnie ta potrzeba jest wynikiem uzależnienia. Alkoholizm, narkomania, nikotynizm, cukroholizm, nabiałoholizm, zakupokoholizm, pracoholizm, pornografia, seksoholizm, altruizm… można uzależnić się praktycznie od wszystkiego. Objawem uzależnienia jest fakt, że już nie my panujemy nad tym co robimy, tylko przyzwyczajenie panuje nad nami. Każdy holizm jest więc formą zniewolenia naszej woli. Im mniej uzależnień, tym więcej swobody, a naszą ludzką naturą jest bycie wolnym od wszystkich holizmów i o taki stan wolności, swobody  panowania nad swoim ciałem powinniśmy zabiegać. Nie chodzi o całkowitą rezygnację tylko o wolność wyboru. Robię to, ponieważ chcę, mam taką ochotę a nie muszę. 

Poruszając temat uzależnień należy zdać sobie sprawę z istoty rozgraniczenia tego co jest rzeczywistą potrzebą naszego ciała (RPC) od tego co wydaje nam się taką potrzebą, a w rzeczywistości jest jedynie usprawiedliwieniem naszych nabytych holizmów.  Niestety wiele z tego co uważamy za RCP, za sprawą powszechnie powielanych informacji, szczególnie w mediach mainstreamowych, tak naprawdę jest holizmami dzięki którym niewielka grupa ludzi może się bogacić i nie wynika to z jakiejś teorii spiskowej tylko przeważnie z nieświadomości.

Żeby więc sprawdzić swój każdy holizm  można przeprowadzić prosty test pokazujący czy jest się uzależnionym  (w naszym przypadku od nabiału) czy nie. Wystarczy przez 40 dni nie jeść niczego co zawiera mleko. Jeżeli ktoś uważa, że jest ono niezbędne do jego życia, to wystarczy na ten okres znaleźć jakiś roślinny produkt zastępczy zawierający to co taka osoba uważa, że jest niezbędne, żeby mieć pewność, że dostarczamy organizmowi wszystkiego co potrzebuje. Jeżeli wówczas przez 40 dób uda się nie sięgnąć po cokolwiek zawierającego nabiał to możemy stwierdzić, że jesteśmy wolni od nabiało-uzależnienia albo mamy tak silny charakter, że potrafimy nad nim panować. Jeżeli jednak nie wytrzymamy to znaczy, że trwamy w odbierającym nam wolność wyboru uzależnieniu. Żeby wykluczyć czy to, z czego chcemy zrezygnować nie jest (na ten czas) naszą rzeczywistą potrzebą ciała, to przed rozpoczęciem testu należy świadomie przeanalizować czy rezygnując z czegoś nie zabierzemy organizmowi jakiegoś elementu, który (wg naszej świadomości) jest mu potrzebny do prawidłowego funkcjonowania. Jeżeli nie jesteśmy pewni, należy na ten okres wprowadzić jakiś zamiennik, suplement. Wówczas, jeżeli w trakcie tych 40 dni ciało i tak domaga się nawyku, oznacza to, że to nie ciało tylko mentalny nałóg domaga się swojej działki.

Tak więc chcąc sprawdzić czy jest się od czegoś uzależnionym:

  1. Wybierz przyzwyczajenie które może być uzależnieniem. Uwaga: Nie każde uzależnienie musi mieć znamiona negatywne, czy szkodliwe (np treningi,  słuchanie muzyki…) jednak i te pozytywne są ograniczające naszą wolność jeżeli nie potrafimy świadomie zapanować nad nimi. Uwaga 2: Jeżeli ktoś już kiedyś dokonał zamiany holizmu negatywnego na jakiś pozytywny, to ja nie zachęcam do samodzielnego testowania, ponieważ w ramach kompensacji może obudzić się stary nawyk. Znam osobę, która po wyjściu z alkoholizmu teraz jest uzależniona od pozytywnych aktywności związanych ze sztuką i sportem. Nie odważyłbym się doradzić jej testowania tych nowych aktywności.
  2. Dokładnie przeanalizuj od kątem swojego zdrowia, czy rezygnując na 40 dni z czegoś nie stworzysz zagrożenia dla swojego funkcjonowania, zdrowia lub nawet życia. Jeżeli nie  to ok. Można zacząć. Jeżeli istnieje takie zagrożenie to znajdź suplement, inną aktywność zamienną.  UWAGA: W tym punkcie chodzi o to, bo przed wejściem w okres próby także nasz subiektywny umysł był w 100% pewny, spokojny, że ten test nie jest zagrożeniem dla naszego zdrowia. W pewnych więc próbach trzeba wprowadzić jakiś zamiennik nawet wówczas, gdy obiektywnie dla kogoś innego pozbycie się danej aktywności nie byłoby i nie wzbudzałoby poczucia zagrożenia. Nasz subiektywny umysł przed wejściem w test musi być uspokojony, że nic złego się nie stanie, inaczej będzie nas sabotował w trakcie. (I tak będzie, więc po co dawać mu dodatkową pożywkę.)
  3. Ustal poziomy, syndromy, reakcje organizmu po pojawieniu się których w trakcie testu  bez wahania przerwiesz.  Dla mnie przy postach suchych jest to np. spadek wagi poniżej 65kg, ale żeby określić ten poziom musiałem trochę poznać swoje ciało, jego reakcje przekraczając tę granicę.  Jeżeli jeszcze nie znasz swojego organizmu, robisz to pierwszy raz, a nawet jeżeli jest to już kolejny raz to rozważ, by ustalić takie poziomy graniczne w porozumieniu ze swoimi bliskimi. Zaangażuj ich, spraw, by bliskie Ci osoby były częścią twojej drogi poznawania siebie, daj im pewność, że nie zrobisz sobie krzywdy. Być może ustalą zbyt ostrożne i łagodne poziomy ale czy nie lepiej iść wolniej,  wejść niżej  ale w towarzystwie kochających osób, cały czas ciesząc się wspólną drogą?
  4. Powodzenia!
  5. Po teście: Jeżeli uzależnienie okaże się silniejsze niż nasza wola pozostaje podjąć decyzję czy mam pragnienie by to zmienić. Jeżeli tak, to zaczyna się świadoma praca pokonywania swoich słabości,  budowanie charakteru i wręcz siłowania z nałogiem. Głównie jest to wewnętrzna walka dlatego,  gdybym miał dać tylko jedną sugestię jak pracować, odrzekłbym 80% uwagi skupić na swoich przekonaniach. Kształtować, zmieniać, urabiać jak plastelinę swoją świadomość poprzez dwukierunkowe oglądanie filmów, czytanie wszelakich artykułów dołączenie do grupy wsparcia,  uczestniczenie w warsztatach… Dla wierzących oczywiście nieodłącznie modlitwa z prośbą o Boże prowadzenie mocą Ducha Świętego i słuchanie tego głosu, który będzie pojawiał się w sercu i nas prowadził.  Dwukierunkowa praca z umysłem polega na tym, że po pierwsze karmimy umysł informacjami jak niekorzystny wpływ ma nasz nałóg na najważniejsze obszary naszego życia- zdrowie, relacje z kochanymi osobami, dziećmi małżonkiem, rodzicami, a z drugiej strony patrzymy w przyszłość  przez ciągłe dostarczanie pozytywnych informacji o korzyściach z pozbycia się danego uzależnienia.  Natomiast 20% to praca z fizycznymi objawami odstawienia narkotyku.  W tym obszarze dla mnie okazały się kluczowe dwa elementy: A-zaakceptowanie potknięć, niepowodzeń, porażek, jak najszybsze pozbieranie się po niepowodzeniu i kontynuowanie procesu.  Zaakceptuj niepowodzenia jako nieodłączny element twojego sukcesu.  Szczególną uwagę należy zwrócić na pierwsze dni oraz te ostanie doby, nawet godziny, bo umysł będzie znajdował dziesiątki całkiem logicznych uzasadnień, że skoro jest już 39 i pół doby więc to tak jakby było 40 i mogę skończyć przed  ustalonym czasem. Nie, 40 to 40, chodzi o trzymanie się zasad jakie sam ustalasz i pokazywanie niepokornemu nałogowi, że to Ty panujesz nad nim. Jeżeli twój holizm wymaga innego okresu to jak najbardziej można ustalić inny okres. Najważniejsze by wytrzymać do samego końca określonego na początku czasu. Nie mniej z mojego doświadczenia 40 dób jest najbardziej miarodajnym okresem. A w przypadku niepowodzenia nie zrażać się, zadawać pytania co poszło nie tak, co mogę i powinienem zmienić, po czym kick-startować się od nowa…  B- Drugą ważną aktywnością w czasie takich testów które już same w sobie są oczyszczające jest systematyczne robienie notatek (najlepiej odręcznie) Pisząc wytwarza się połączenie psycho-somatyczne, ręka-mózg-emocja. Opisując daje się czas na ponowne przeżycie i przeanalizowanie zaistniałych sytuacji, napisanie wniosków. Dzięki temu patrzy się z dystansu na to co się działo i przeżywało, a co pozwala dostrzec zupełnie inne, nowe rzeczy, okoliczności ważne dla poznania siebie, zrozumienia i uzdrowienia. Psychologowie sugerują, żeby potem wracać do tych notatek. Ja rzadko kiedy wracam, prawie wcale, nigdy a i tak przekonuję się o pozytywnym znaczeniu takich jednorazowych zapisów subiektywnie istotnych faktów.

Część z powyższych wskazówek można spokojnie odnieść nie tylko do pracy z niechcianymi nawykami ale także do budowania pożądanych, korzystnych nawyków.

Oczywiście pisząc powyższe wskazówki i używając formy drugiej osoby, tak na prawdę piszę do siebie, o swoich doświadczeniach i błędach. Jak  zawsze zachęcam, by każdy przede wszystkim szukał swojej drogi i pozwolił sobie na wolność podążania zgodnie z własnymi inspiracjami serca.

Na koniec Trochę wegańskiego humoru-link  🙂

Niech tylko ten wesoły akcent nie przysłoni powagi sytuacji i przeżywanego cierpienia wykorzystywanych w hodowli przemysłowej zwierząt. 

Z pozdrowieniami .

Paweł Śliwiak

inedianin.pl

ETAP II: “PŁYWANIE-PEŁNY DYSTANS IRON MAN”

Wg planu sezon 2019 miałem zakończyć we wrześniu biorąc udział oraz pokonując kolejny dystans na skali triathlonowej, czyli tym razem ¼ IM. Jednak jak to bywa plan to jedynie pewne moje założenie, z którego zawsze chcę być gotowy zrezygnować lub raczej zmienić na inny kierunek, jeżeli życie będzie prowadziło inaczej. Uczę się niezwykle ważnej umiejętności odpuszczania, kiedy mam odpuścić I konsekwencji oraz wytrwałości, kiedy nie mam odpuszczać.

Tym razem realizację planu uniemożliwił mi nieustępujący, a wręcz pogłębiający się ból kręgosłupa, przez który cały czas odpada trening biegowy oraz nadal nie naprawiony rower (w chwili pisania to już 2 miesiące jak jest w serwisie!) przez co całkowicie odpadł na ten rok trening etapu kolarskiego. Z trzech dyscyplin mogłem więc doskonalić tylko pływanie. Tak oto pewne okoliczności same wyznaczają takie a nie inne kierunki podejmowania aktywności.

Mogę założyć, że skupienie na pływaniu rozpocząłem od dnia startu w swoim pierwszym wyścigu 1/8 IM, czyli od 07 lipca i był to poziom umiejętności przepłynięcia około 500 m kraulem w 15 min na basenie. (Na zawodach było krócej ponieważ płynęliśmy z nurtem). Dłuższych odległości nie byłem w stanie pokonać inaczej jak żabką ze względu na problemy z oddychaniem, zmęczenie mięśni i krztuszenie się wodą.

Pływanie wiąże się dla mnie z poważnym wyzwaniem pokonywania bariery związanej z zimnem. Ponieważ i niestety dla mnie zimną, nieprzyjemną wodą jest nawet ta latem w jeziorach, więc pierwszym zakupem była pianka 2 mm oraz bojka asekuracyjna by móc komfortowo i bezpiecznie pływać na wodach otwartych a nie w chlorowanym basenie.

Od razu poczułem różnicę, a treningi stały się prawdziwą przyjemnością. Przez półtora miesiąca systematycznie oglądałem i analizowałem filmy instruktrażowe zamieszczane na YT (dziesiątki godzin) oraz pływałem próbując wdrażać to, co widziałem i tak pomału, pomału dystanse, jakie potrafiłem przepłynąć wydłużały się, aż 02 września przepłynąłem kraulem dystans całego IM, czyli 4km.

Co ciekawe, zauważyłem że łatwość płynięcia nie zwiększała się prostoliniowo w czasie, tylko po pierwsze skokowo, a po drugie w pierwszym miesiącu niemal w ogóle nie zaobserwowałem wyraźnej poprawy. Wkurzało mnie to, bo nie wiedziałem co robię nie tak. Dopiero pod koniec miesiąca powtarzania, kombinowania coś zaskoczyło i potem z treningu na trening mogłem pokonywać odległości większe o kilometr. Przyrost skokowy polegał na tym, że ćwicząc w pewnym momencie miałem wrażenie, że zamiast coraz lepiej, jest coraz gorzej. Odpuszczałem wówczas na parę dni by po powrocie stwierdzić, że zaczynam z dużo większym luzem niż przed przerwą. Muszę o tym pamiętać i nie zniechęcać się przy braku poczucia doskonalenia. Ono jest, cały czas postępuje, tylko nie liniowo.

TRENING OPTYMALNY

Płynąc te 4 km, w odniesieniu do zmęczenia organizmu wyraźnie mogłem wyczuć cztery różne etapy treningu. Ponieważ jest to chyba powtarzalny schemat muszę go sobie opisać ku pamięci na przyszłość.

Etap 1. Ciało uczy się koordynacji poprawnego ruchu.

Jest to pierwszy etap treningu właściwego następujący po rozgrzewce ogólnej. Są to pierwsze powtórzenia ruchu, który się ćwiczy. W moim przypadku pełnego stylu pływackiego. Na moim bardzo średnim poziomie jest to etap kiedy pomimo, że staram się ogarnąć ruch mentalnie, wg znanego poprawnego schematu, to nie do końca to wychodzi. Nie potrafię skoordynować prowadzenia rąk z rytmem nógi jeszcze oddechem. Za każdym razem ciało jakby dopiero się uczyło synchronizacji choć zna już ten poprawny ruch. Bardzo się męczę, jestem zniechęcony i taki break dance trwa przez około kilometr. Dopiero potem coś zaskakuje i przechodzę do etapu drugiego.

Etap 2. Ciało załapało ruch, umysł świadomie nim kieruje.

To jest najprzyjemniejszy etap, kiedy mięśnie nie są jeszcze zmęczone, ale już załąpały technicznie ruchy. Na tym etapie jest się najbardziej świadomym całości ciała “Wie prawica co czyni lewica” 😀 a ręka z nogą dają się fajnie prawadzić wg porządanego schematu. Generalnie jest duża świadomość całego ciała, które w miare fajnie, posłusznie daje się prowadzić. Oczywiście niedociągnięcia nadal są ale ponieważ jest się świadomym ich to można pracować nad poprawą szybko korygując. I znów na moim poziomie na tym etapie mogę przpłynąć około kolejnego kilometerka.

Etap 3. Umysł puszcza ciało swobodnie.

Ten etap jest najprzyjemniejszy ze względu na luz jaki się pojawia. Ciało jest już zmęczone a umysł znudzony ciągłym skupianiem się na technicznych aspektach ruchu wię umysł zaczyna sobie wędrować w przyjemne obszary netreningowe. U mnie jest to np wielbienie Boga, rozmyślanie o dzieciach, pojawiają się wtedy jakieś fajne radosne wspomnienia z ostatnich dni, albo rozważam coś nieprzyjemnego co wymaga uwagi. W każdym razie ciało nie kierowane świadomie, a będąc już zmęczone samo zaczyna wybierać najlepszy, najbardziej optymalny ruch dzięki czemu np puszczają przypięcia mięśni, które nie biorą udziału w ruchu a okazuje się, że do tej pory i tak były napięte, inne mięśnie, jak np korpusu z kolei zaczynają się napinać biorąc większy udział stabilizując poziom, przez co ruch staje bardziej płynny. Generalnie pokonuje się metry właściwie nie wiedziąc o tym i trwa to do czasu aż nie zaczną pojawiać się pierwsze objawy ostatniego etapu. Odległościowo przyjemność etapu 3 pozwala pokonać mi kolejny kilomtr -trzeci.

Etap 4. Ciało nie ma już siły wykonywać poleceń umysłu.

No tak. W końcu przychodzi czas, gdy mięśnie zaczynają być zmęczone do tego stopnia, że znów przywołują świadomość ku sobie. Jednak tym razem mimo pełnego skupienia świadomości na zaczynających pojawiać się dodatkowych przyruchach, błędach technicznych, mięśnie odpowiedzialne za poprawny ruch nie są już w stanie wykonywać poprawnych ruchów. Zaczyna się angażowanie dodatkowych mięśni wykoślawiajacych technikę. Myślę, że rozpoznając ten etap, w zależności od charakteru treningu należy go zakończyć lub zmenić ćwiczenia na takie, które nie będą angażować zmęczonych już mięśni. Chyba, że w założeniu jest to trening mający na celu tylko przetestowanie siły lub wyrzymałości granicznych. Jednak takie treningi na których gubi się technikę powinny być sporadycznością.

Ponieważ gdy rozpoznałem początek tego etapu byłem na drugim końcu jeziora, to oczywiście świadomie nie przerwałem. Godząc się na pogorszenie techniki chciałem zrealizować cel pełnego IM i przypuszczając, że może tyo być mój ostatni trening na jeziorze w tym roku, chciałem dopłynąć do tych pełnych 4 km. Sokojnie udało się, zakończyłem mając jeszcze całkiem spory zapas by płynąć dalej, jednak byłoby to niepotrzebne utrwalanie niewłaściwych ruchów. Mając tyle niedociągnięć technicznych to nie jest jeszcze czas na sprawdzanie granic wytrzymałościowych.

WNIOSKI

Z jednej strony jest satysfakcja bo pierwszy raz w życiu udało mi się pokonać taki dystans. Osiągnąłem nieplanowany cel. 🙂 Z drugiej strony oglądając zawody długostystansowe widzę w czasie, w jakim ja pokonałem 4km, zawodnicy przpeływają dystans 10 km! Płyną więc ponad dwa razy szybciej! Pozwala mi to przypuszczać, jak wiele błędów muszę jeszcze popełniać, ile technicznych elementów jest do poprawy. Najważniejsze jednak, że świadomość ta nie jest deprymująca tylko inspirująca, zachęcające do dalszego odkrywania siebie i ulepszania techniki.

Teraz żeby tylko kręgosłup odpuścił, ta stopa doszła do siebie, no i jeszcze rower w końcu został naprawIOny… Jest co robić a najważniejsze, że cały czas są chęci… 😉

TRIATHLON

14.08. 2018 roku to narodziny silnego wewnętrznego pragnienia zrobienia Iron Mana.

Ciekawe pragnienie, tym bardziej, że nie cierpię zimnej wody, bieganie mnie nudzi, a rowerem nie jeżdżę od 20 lat. Ponadto, jakieś 10 lat temu zdiagnozowano u mnie  8mm zwyrodnienie na kręgosłupie, które  jak sugerował neurochirurg najlepiej byłoby zoperować, a na co oczywiście się nie zgodziłem.  Ale cóż,  z pasją, z pragnieniami jest trochę jak z zakochaniem. Nie mam zbyt wiele do gadania w kim i kiedy się zakocham. To po prostu albo przychodzi albo nie. Ja mogę jedynie zdecydować czy wchodzę w to, czy nie. Ja postanowiłem wejść, jednak przy zachowaniu zdrowego rozsądku, o ile można o takowym mówić w przypadku pojawienia się namiętnej pasji lub miłości.

ETAP I: 1/8 IM

07.07.2019 r.

1/8 IRON MAN czyli TRIATHLON ENEA BYDGOSZCZ

Na pierwszy etap sprawdzający bieżące przygotowanie na drodze do celu głównego wybrałem zawody w Bydgoszczy i dystans najkrótszy, czyli 1/8 IM. Po pierwsze blisko, po drugie dużo pozytywnych komentarzy, że to dobre miejsce do rozpoczęcia zabawy lub jak kto woli przygody w triathlon, a po trzecie i najważniejsze- od razu poczułem, że chcę tam pojechać. Świadomość, że zapisaliśmy się razem z kumplem ze straży była dodatkowo motywująca do i cieszyła mnie.

PRZYGOTOWANIA

Właściwie to brak przygotowań typowo pod ten start. Od paru miesięcy kręgosłup nie pozwalał mi  przez dłuższy czas ćwiczyć systematycznie, więc końcówka była bez trenowania. Bazowałem na tym, co wypracowałem w ciągu całego roku. Biegi całkowicie odpadły ze względu na ból, roweru nie miałem ze względu na brak kasy, pozostało tylko pływanie raz, dwa razy w tygodniu. Rower kupiłem tydzień przed ale po przejechaniu paru metrów okazało się, że ma pewne wady i usunięcie ich trwało do ostatniego dnia przed zawodami. W sumie byłem ciekaw jak to będzie usiąść pierwszy raz w życiu na szosówkę i to od razu na zawody, a najlepsze, że po 20-tu latach przerwy w jeżdżeniu rowerem w ogóle. Mimo takich okoliczności, na podstawie wyników z biegania i pływania jakie miałem gdy ćwiczyłem, założyłem, że chciałbym ukończyć całość w półtora godziny. W moim przypadku jednak oprócz polepszania czasów, ważniejszym torem treningowym jest by robić to przy coraz bardziej ograniczanym odżywianiu, w tym piciu. A jeżeli już chodzi o odżywianie, to ponad miesiąc poprzedzający start spędziłem odżywiając się przede wszystkim na surowo, w 100% roślinnie i zachowując zasadę okna czasowego na jedzenie oraz  picie w godzinach od 10 do 18. Poza tymi godzinami nie jadłem i nie piłem. 

START

W dniu poprzedzającym zawody miałem 24 godziny służby w straży i żeby dojechać do Bydgoszczy musiałem się zwolnić. Start miał być o 12 ale wprowadzenie rowerów do strefy zmian kończyło się o 10:30. Udało się dotrzeć, choć gdy w dzień poprzedzający dowiedziałem się, że kumpel rezygnuje i nie jedzie, pojawiły się myśli, by także zrezygnować. Powody miałem mocne- od kręgosłupa do niesprawnego roweru w którym  okazało się, że przerzutka przednia nadal nie działa i jedynie co mogę zrobić, to ustawić na sztywno jedno przełożenie- wybrałem to szybsze. Mimo niepokoju pomieszanego ze zdenerwowaniem na szczęście nie odpuściłem.

Pływanie:

Masakra!!!-po paru ruchach kraulem zacząłem tracić oddech i choć płynęliśmy z delikatnym nurtem wody, czułem jakbym stał w miejscu. Ponadto, choć kanał i nasza trasa miała linię prostą, ja gubiłem orientację i zygzakowałem przez co, gdybym upierał się przy tym stylu, zamiast 500m mógłbym zrobić z 700!. Szybko przeszedłem więc na klasyczny.  Mimo zmiany stylu nadal czułem, że coś jest nie tak, nadal to była walka, jakbym jechał na hamulcu ręcznym- co jest grane?  Płynąc zganiłem to na wiatr który wzbudzał silne fale, do czego nie byłem przyzwyczajony. Gdy jednak dopłynąłem i zacząłem wychodzić z wody ukazał się prawdziwy sprawca mojej ociężałości. Nie lubię zimnej wody, świadomość wskoku i płynięcia w tym kanale zniechęcała mnie, wręcz odrzucała tak bardzo, że nie mając pianki wpadłem na pomysł (nie najlepszy jak się okazało) by ubrać bieliznę termoaktywną i jeszcze wsadzić jej dół w spodenki. Wychodząc z wody wyglądałem jak pinki-łinki wywlekając ze sobą dobre wiaderko wody opasającej okolice brzucha. Po prostu płynąc nabierałem wodę i ciągnąłem ją ze sobą.  Obciach.

Rower:

Fajnie, komfortowo, bez jakiś problemów czy to ze zdrowiem czy z rowerem, bardzo fajnie mi się jechało mimo wyraźnie hamującego wiatru. Ci, co systematycznie starują mówili, że dawno nie jechali w takich warunkach. Dla mnie był to pierwszy raz, więc nie miałem żadnego odniesienia. Na nawrotce ktoś się wywrócił i na chwilę zatrzymałem się żeby sprawdzić, czy nic się nie stało, czy nie potrzeba pomocy medycznej. Potrzebna była, ale już została wezwana i zawodnik który się wywrócił zachęcał zatrzymujących się, by jechali dalej. Wbiegając już z rowerem do hali zmian dostałem karę 1 min za odpięcie paska przy kasku przed odstawieniem roweru. Potraktowałem to jak okazję do dłuższego odpoczynku, choć powiem szczerze, że nie potrzebowałem, czułem się całkiem fajnie i gotowy do ostatniego etapu- biegu.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Bieg:

 Od pierwszych metrów etap walki z bólem kolana. Nie wiedziałem czy dam radę i myśl o przerwaniu często się pojawiała. Wiedząc jednak, że mam dużo rezerwy czasowej by móc ukończyć ten wyścig w określonym przez organizatora limicie nawet idąc, podejmowałem walkę gotowy jednak, by w każdej chwili przejść do marszu. Tym razem kolana- kujący ból kolan- jednego potem drugiego. Duży zapas siły, wytrzymałości, prawie żadnego zmęczenia do którego nie dopuszczał ból ograniczający przemieszczanie się do delikatnego truchtu. Kuśtykając dobiegłem jednak do mety z czasem, 1h 27min. Nawet zmieściłem się w założeniu. 

Cieszę się, że nie zrezygnowałem, bo dzięki ukończeniu tego wyścigu dowiedziałem się w jakim miejscu jestem, jak to wszystko wygląda i poczułem, że przy eliminacji bólów oraz poprawie techniki, spokojnie jeszcze o parenaście minut mogę skrócić ten czas.

Strefa finiszera:

Ponieważ to był pierwszy mój udział w triathlonie nawet nie wiedziałem, że jest coś takiego jak strefa finiszera, czyli zamknięty obszar dla zawodników, którzy przekroczyli linię mety, w której serwowane są różne uprzyjemniacze powysiłkowe. Na dzień dobry otrzymałem zimniaste piwo bezalkoholowe. Wyścig skończony bez wspomagania piciem czy żelami którymi obsługa częstowała zawodników na terasie więc teraz nie odmówiłem sobie tej przyjemności i chyba trzy wchłonąłem jedno za drugim, przegryzając soczystymi arbuzami. Rozpusta. Organizator postarał się nawet o masażystki masujące w tej strefie ale nie załapałem się -kolejka mnie zniechęciła, a ponadto nie czułem takiej potrzeby. Stawów raczej mi nie rozmasowaliby. Za to wejście do przygotowanego basenu ze schłodzoną wodą przyniosło ulgę kolanom.

Siedząc w jednym z tych zbiorników patrzyłem sobie na ludzi którzy cały czas dobiegali do mety, a szczególnej radości dawał mi widok radości, uśmiechu tych zawodników, którzy kończyli wyścig zabierając na ostatnich metrach na ręce swoje dzieci, albo wbiegali na linię mety w rodzinnej grupie, albo po ukończeniu przytulali się z czekającymi bliskimi. O to właśnie chodzi- mieć bliskie relacje z osobami, z którymi możemy dzielić się nie tylko trudnymi chwilami ale także tymi dobrymi. Piękny, budujący widok, który zainspirował mnie by za 5 lat, gdy najmłodsze z moich dzieci ukończy 18 lat, byśmy także razem wzięli udział w takiej imprezie. Urodziło się także pragnienie, by za rok z córką, która będzie miała wtedy już 18 lat wystartować razem. Póki co, oglądając z przyjemnością to dzielenie się innych swoimi czułościami i radością ze zwycięstwa nad samym sobą, poczułem, że sam nie przeżywam żadnego uniesienia. Zachęciło mnie to do przyjrzenia się sobie i refleksji nad tym uczuciem.

PODSUMOWANIE

Cały ten start i uczucie po przekroczeniu linii mety przypomniało mi najważniejszą rzecz jeżeli chodzi o wyznaczanie i realizowanie celów.

Ukończyłem, ok, ale w zrealizowaniu tego celu nie było ani radości ani satysfakcji. Po prostu osiągnąłem plan i nic poza tym, żadnego efektu wow czy coś chociażby przypominającego go. Połączenie uczucia tego niespełnienia ze zrealizowaniem celu pokazało, jak złudna jest droga stawiania i osiągania celów, jeżeli nie towarzyszą jej pewne kluczowe elementy.

Rozpoznałem dwa takie elementy, bez których, przynajmniej jednego z nich, osiągnięcie największego celu mija się z celem. Po pierwsze jest to współdzielenie radości z osiąganych wyników z ważnymi dla nas osobami, a po drugie poczucie, że to, co właśnie osiągnęliśmy wnosi coś korzystnego dla innych. Jeżeli przynajmniej jednego z tych elementów nie będzie na naszej życiowej drodze stawiania sobie celów i ich osiągania, to gdy dotrzemy do tej ostatecznej już linii mety i wejdziemy do ostatecznej strefy finiszera, może okazać się, że  nas sukces stał się porażką. Ponieważ w moim przypadku zabrakło i jednego i drugiego, być może dlatego nie miałem żadnej satysfakcji, ani radości z ukończenia tego dystansu i zrealizowania tego celu. Takie poczucie i rozważania na temat tych zawodów towarzyszyły mi podczas powrotu z Bydgoszczy do domu.

Na szczęście zaraz po tych myślach wprowadzających nieco smutku, pojawiła się myśl pocieszająco-uświadamiająca, że to, co dzisiaj osiągnąłem to nie był przecież mój cel, a jedynie pewien etap na drodze do celu, którym jest pełny IM BJ&BP. Spostrzeżenie to spowodowało, że zrobiło się jakoś jaśniej. Przypomniało, że do osiągania celów dochodzi się wykonując dziesiątki, jak nie setki małych najczęściej niezauważalnych kroków, które znaczenia nabiorą dopiero gdy osiągnie się cel. Nie wiem czy go osiągnę, jeżeli nie, to muszę zaakceptować, że te wszystkie pośrednie osiągnięcia dla nikogo nie będą miały żadnego znaczenia i przejdą w zapomnienie. Jeżeli jednak cel końcowy osiągnę, to mogę przypuszczać, że mój wysiłek wniesie jakąś wartość dla innych i ta świadomość wynagrodzi chwile zwątpienia.

Nie znając więc jaki będzie koniec tej drogi, zadaję sobie pytanie nie o cel tylko właśnie o drogę i kierunek. Co lub kto mnie motywuje, co jest moją prawdziwą, wewnętrzną motywacją? Dlaczego chcę coś osiągnąć? Jakie uczucia towarzyszą podczas codziennego wysiłku związanego z tą drogą – na treningach i w postach? 

Odpowiedź była natychmiastowa, przywracająca uśmiech. Stanowczo codziennym zmaganiom ze swoimi słabościami i wysiłkom fizycznym towarzyszy pozytywna energia, pasja, zadowolenie, satysfakcja, poczucia spełnienia.  Mimo chwilowego smutku mam więc podstawy sądzić, że jest to właściwy kierunek, tym bardziej, że szukając motywacji zwracam się w stronę Boga przez osobę Jezusa Chrystusa. Ponadto zdałem sobie sprawę, że mimo chwilowego uczucia osamotnienia, cały czas czuję ich wsparcie i kierownictwo, któremu staram się jak tylko mogę poddawać, na ile tylko udaje mi się zapanować nad moją ludzką naturą, nad skłonnościami ciała, zmysłów, emocji, zewnętrznych myśli które się pojawią ale ewidentnie nie są moje i działać wbrew takim tam innym ludzkim rozpraszaczom.

Dla mnie prawdziwym sukcesem oraz radością jest możliwość bycia z dziećmi widząc ich uśmiech. To wyjście z córką na kawę, obiad i dojrzała rozmowa w poczuciu szacunku i łagodności,  to wypad z synami na basen lub gra w piłkę…  i choć nie mam dużo takich chwil, to one najbardziej budują moje poczucie spełnienia, to z nich czerpię najwięcej satysfakcji i radości. A zawody sportowe? Pokonywanie kolejnych czasów i dystansów? Bez tego wszystkiego o czym pisałem wcześniej nie mają żadnej wartości, a z tym wszystkim są piękną wartością dodaną do życia. Podobnie jest z relacją z Bogiem, poczuciem że posiada się bliską, fajną relację z Jezusem i Duchem Świętym. Jeżeli nie mamy jej, to jakakolwiek wspaniała relacja z innym człowiekiem nie jest w stanie jej zastąpić. Natomiast mając bliską społeczność ze swoim Stwórcą, każda ludzka relacja staje się wartością dodaną do życia.

Co więc dalej ?

Następny jest w planie dystans 1/4 IM na koniec sezonu, wrzesień.  Jednak po tym starcie wiem, że tylko jeżeli uda mi się wzmocnić i przygotować kolana oraz kręgosłup do takiego wysiłku .  Po tym starcie mogę powiedzieć całe szczęście, że nie wybrałem 1/4 na pierwszy rzut, a co miałem w poważnych zamiarach, gdyż mój organizm nie dałby rady bez uszczerbku dla jego zdrowia, a nie o to chodzi.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

40 DNI ODŻYWIANIA KETO (20.V.-28.VI.2019)

Foto, źródło-internet.

-I-   PLAN

Niespełna tydzień po zakończeniu poprzedniego 40todniowego “eksperymentu” związanego z odżywianiem, podczas treningu biegowego pojawiło i przykleiło się do mnie pojęcie ketozy, o którym parę razy już słyszałem ale jakoś nigdy nie poczułem chęci wprowadzenia takiego sposobu odżywiania w życie. Teraz natomiast wiedziałem, że to jest to! Od dwóch dni jedząc 1 przetworzony posiłek dziennie jestem tak syty, że ciało w naturalny, bezwysiłkowy sposób samo domaga się dłuższej przerwy między ostatnim posiłkiem wczoraj a pierwszym dzisiaj. Dlaczego by nie zrobić z tego jakieś powtarzalnej reguły na postawie której będę mógł znów obserwować reakcje i zależności? Spodobał mi się ten pomysł i zacząłem układać w głowie takie swoje Keto-zasady z zamiarem wprowadzenia ich na 40dni. Ale czad, znów poczułem inspirację i co pierwszy raz się zdarza, na dodatek która pojawiła się tak szybko, bo po 10ciu dniach od skończenia poprzedniego procesu. Oczywiście wchodzę w ten przypływ pomimo, że z poziomu umysłu wydaje mi się, że przyzwolenie na systematyczne jedzenie przetworzone w stosunku do kierunku w stronę 100%wego witarianizmu, to cofnięcie w podróży ku całkowitemu wyzwoleniu z uzależnienia jedzenia czegokolwiek.

W stan ketozy można wprowadzić organizm na dwa sposoby. Pierwszy to spożywanie produktów tłuszczowych, a drugi to tzw post przerywany. Ja,  jako zwolennik postów oczywiście wybrałem tę drugą opcję ze stosunkiem 16h niejedzenia/ 8 jedzenia. 🙂

Zasady:

1. W codziennym ośmiogodzinnym okienku czasowym pomiędzy godzną 10tą a 18tą jem maksymalnie jeden przetworzony, wegański posiłek. Pozostałe produkty to surowe owoce, warzywa oraz soki z nich wyciskane.

2. Okienko zaczynam zawsze płynem- wodą, sokiem lub szejkiem.

Chciałbym jeszcze dodać parę zasad odnośne systematycznych godzin snu, ale w zmianowej pracy strażaka jest to niemożliwe, więc inne zasady odpuszczam. Wydaje mi się, że już na tyle dobrze znam i potrafię wsłuchać się w sygnały jakie daje moje ciało, umysł i emocje, że będę potrafił odpowiednio reagować na bieżąco. Ponieważ nigdy nie szedłem w stronę odżywiania by wprowadzać organizm codziennie w stan ketozy, więc znów wchodzę w coś nowego. Fajnie. 🙂

-II-   REALIZACJA

W Ciągu 40 dni zjadłem 12cie stałych, przetworzonych posiłków, nie licząc prawie codziennej kawy (w większości ekologiczna bezkofeinowa). Świadomie wybrałem taką, ponieważ pijąc już od jakiegoś czasu systematycznie nie byłem pewien, czy nadal robię to tylko dla czerpania radości ze smaku, czy przypadkiem nie jest to już sztuczne doładowywanie się energią kofeiny. Ponieważ jednak ta bezkofeinowa smakuje mi i piję ją z taką samą ochotą jak “normalną” mogłem przekonać się, że rzeczywiście piję dla smaku a nie dla “kopa”.

Głównym celem w tym eksperymencie było jednak przestrzeganie okienka czasowego, tak by ciało regularnie wchodziło w stan ketozy. Patrząc pod tym kątem, trzy razy nie przestrzegałem zasady. Było to podczas imprezy zmianowej, która przypadła na dzień 20 i 21 eksperymentu, kiedy gdy siedzieliśmy przy ognisku wydłużyłem okienko do godz 20-tej zajadając i popijając: 4 piwa bezalkoholowe, chrupki kukurydziano-orzechowe z ketchupem i musztardą, ogórki konserwowe, orzechy prażone, herbatę, tonic, ½ czekolady gorzkiej 🙂 , a w dniu następnym zacząłem jeść od 8 rano, gdy chłopaki zaczęli wstawać na śniadanie- tym razem jednak już surowiznę.  Rewelacyjna impreza. Trzecim dniem odejścia od reguły okna był dzień 30-ty, gdy byłem na spotkaniu na działce u przemiłych znajomych. Otoczony 1000m2 ogrodu pełnego owoców, warzyw i ziół to byłby grzech odmówić, więc tym razem jeszcze przed godziną 22 przeżuwałem domowe truskawki, pomidory itp… 🙂 Poza tymi dwoma przypadkami zasada okna żywieniowego była zachowana.

Więcej nie będę się rozpisywał, ponieważ nie ma o czym. Odżywianie w systemie ketozy nie było żadnym wyzwaniem, a wręcz czułem jak organizm fajnie reagował na taki system, szczególnie gdy ograniczałem jedzenie do posiłków witariańskich (raw=surowych owoców i warzyw). Przykładowe parę dni z dziennika:

DZIEŃ 4 CZ 23.05.19 “BASEN” (obiad 4)

Zadecydowałem i wykupiłem 15 obiadów wegańskich.

Dość długo rozważałem tę decyzję, ponieważ coś mi się wydaje, że i tak powrót do przetworzonego jedzenia nie będzie stały. Czy warto więc wydawać pieniądze? TAK! I nie ze względu na mnie, tylko na moją kochaną córkę. Odkąd odkryłem tę stołówkę staram się zabrać tu na obiad moje dzieci, a szczególnie córkę, gdyż mieszkając z mamą dieta moich dzieci jest bardzo mięsna i mają bardzo mocno wpojone przekonanie, że mięso jest potrzebne by być zdrowym, mieć siłę co oczywiście nie jest prawdą a tylko nawykowym przekonaniem. Mam ogromne pragnienie wykupienia tych obiadów dla niej. Ma 17 lat, ma chłopaka, który pomimo, że uczy się w szkole gastronomicznej, pewnie również nie zna kuchni wegańskiej. Pewnie on także ma podobne przekonania, że jedzenie bez mięsa jest bezpłciowe, bez smaku i mało sycące. Tak- dawno nie czułem takiej inspiracji i tak dawno nie doświadczyłem takiej pewności co do tego, że to co robię jest dokładnie tym co mam robić. Cieszę się na samą myśl, że moje dziecko będzie mogło spróbować czegoś innego, niż to do czego jest przyzwyczajone. Mam nadzieję, że skorzysta z tej okazji i będzie sobie sama zamawiała na dowóz te obiady, a przy tym, ponieważ z abonamentu mogę ja również mogę cały czas korzystać, to jeżeli nadal będę miał ochotę na takie jedzenie, to także będę realizował ten abonament. Super układ!

DZIEŃ 5 PT 24.05.19 “IMPREZA CAŁEJ JEDNOSTKI” (raw)

Dzień na surowo. Czuję, jak ciało odżyło po tych paru posiłkach gotowanych. Czuję, jak surowizna przeczyszcza, wymiata to, co zaczęło zalegać po tych paru posiłkach przetworzonych. TRENING- wieczorem, po kręglach, mimo cały czas dyskomfortu w kręgosłupie wysiłek siłowy, full body building. Godzinka tak na 50% +rozciąganie i rozluźnianie. Jest bardzo ok! Znów normalnie.

DZIEŃ 6 SB 25.05.19 “SŁUŻBA STRAŻ” (raw)

Drugi dzień w odżywianiu keto w wersji raw i Rewelka! Mistrzostwo świata!!!! Myśl, że w poniedziałek mam możliwość wrócić do obiadów wegańskich przetworzonych jest tak bardzo odpychająca, że przyprawia o mdłości. Wiem jednak, że wrócę, że jeszcze nie nastąpiło całkowite przesycenie. Po tym, jak pozytywnie rozwalił mnie wegański sernik chcę przetestować jeszcze parę serwowanych tam dań- np naleśniki i polecany przez znajomych wege żurek. Jestem jednak przekonany, że to tylko chwilowe zatrzymanie. Napięcia i sprzeciw ciała są zbyt stanowcze by na dłużej zmagać się z tą niechęcią. No chyba, że jeżeli dalej będę się przymuszał to organizm znów przyzwyczai się, uzależni i znów chcąc zrezygnować będę musiał powalczyć. Zobaczymy. TRENING-brak. Do popołudnia redagowałem wpis na bloga, a potem wyjazd na interwencję i zrobiła się 21 godzina.

DZIEŃ 7 ND 26.05.19 (raw)

Trzeci dzień na surowym Keto i czuję, jak cały wołam YES! YES! YES!

DZIEŃ 8 PN 27.05.19 (obiad 5)

Rano tak ogromny przypływ radości, energii, witalności, wdzięczności, siły, chęci działania, że nie wiedząc jak sobie z tym poradzić zacząłem szukać sposobu, by zmniejszyć te uczucie przepełnienia. Szczęście. Do bólu kręgosłupa, który cały czas zauważam już się chyba przyzwyczaiłem więc treningi są coraz bardziej systematyczne i intensywne.

Jedzenie: Przetworzony tylko posiłek w stołówce. Boczniaki z młodą kapustką. Coraz mniej mi jednak podchodzą te potrawy. Jem bez przekonania. Dzisiaj już odpuściłem ziemniaki i makaron z zupy, wypijając tylko płyn. Obserwuję i cieszę się z tego jak niechętnie reaguję bez najmniejszego przymuszania. TRENING: Basen- test dystansu 500m na 70% mocy max. Niestety przerwa wyraźnie wpłynęła na pogorszenie techniki. Konieczność powrotu do ćwiczeń chwytu wody i synchronizacji napędu obydwu rąk.

DZIEŃ 9 wt 28.05.19 “SŁUŻBA STRAŻ” (raw)

Znów na surowo i najlepsze, że cieszy mnie to. Cieszę się, że mam służbę, bo będąc w domu i mając wykupione obiady na stołówce, pewnie znów zjadłbym tam przetworzony wege obiad. Zerknąłem na dzisiejsze menu i poczułem, że nic nie jest atrakcyjne. W czwartek zaprosiłem córkę, chcę by w końcu i Ona korzystała z tych obiadów- taki był cel wykupienia ich. Myślę, że po czwartku już nie będę stałym bywalcem tej stołówki, choć od czasu do czasu, gdy pojawi się jakiś ciekawy smak, z przyjemnością skosztuję go. Jest fajnie.

Po miesiącu zastępowania d-cy zmiany chyba zaczynam się przyzwyczajać. Dopiero teraz dostrzegam różnicę. Obecny, chyba większy wewnętrzny spokój pozwala mi dostrzec ile wewnętrznej nadpobudliwości miałem przez ten pierwszy miesiąc nowej sytuacji. Rozpoznając zaistnienie jakichkolwiek nowych sytuacji wokół nas warto dać sobie na wstrzymanie i nie podejmować ważnych decyzji dopóki to, co nowe nie stanie się znów czymś zwyczajnym.

-III-   WNIOSKI

To jest to!.

Do tego stopnia, że po 40tym dniu nie przerwałem codziennego wchodzenia w stan ketozy, tylko cały czas utrzymywałem okienko żywieniowe od 10-18tej. Niestety jedzenie przetworzone sprawiało, że jednak jadłem coraz więcej i znów zacząłem czuć potrzebę jedzenia przetworzonego. Objawiało się to tym, że z czasem, gdy po paru dniach  bycia na odżywianiu samym surowym, jednak coraz bardziej czegoś mi brakowało i coraz częściej, w coraz większych ilościach sięgałem po jedzenie przetworzone wegańskie. Nadal jednak utrzymując regułę okienka 10-18.

Tak było przez ponad miesiąc, aż do dnia startu w pierwszym triathlonie na odcinku 1/8 IM, czyli do 07.07.2019r. Dwa dni po starcie uległem jakieś chwili. Pojawiły się jagodzianki, a myśl o nich, wspomnienie smaku sprzed roku i pragnienie były tak silne, że pozwoliłem sobie na powrót do przeszłości. Niestety oznacza to, że wróciłem pierwszy raz od ponad pół roku znów do jedzenia zawierającego produkty odzwierzęce (bułki zawierają pewnie jajka lub mleko, lub jedno i drugie). Nie podoba mi się to, nie czuję się z tym fajnie ale uzależnienie chyba wróciło gdyż już od trzech dni pozwalam sobie na te słodkości. Niestety czuję jak głos sprzeciwu jest coraz słabszy, świadomość cierpienia zwierząt już mnie tak nie dotyka, czyżbym stał się mniej wrażliwy? Czuję też, że chcę to przerwać, ale nie mogę. W miniony weekend był festiwal witariada na który planowałem jechać razem z córką, gdy jednak zrezygnowała, to i ja nie pojechałem. Mając ograniczony budżet wybierałem za te niewydane pieniądze kupno pianki do pływania.

A ten festiwal miał być takim moim kick starterem do kolejnego eksperymentu, tym razem 40dni 100% witariańskiego keto z jeszcze o dwie godziny krótszym okienkiem żywieniowym, czyli od 12:00 do 18:00. Być może wiedząc o tym, pozwoliłem sobie na jagodziankowe rozluźnienie.  Na Witariadę jednak nie dojechałem i teraz, choć od dwóch dni coraz bardziej zbliżam się do godziny 12 z rozpoczęciem jedzenia, to jeżeli chodzi o surowość, to jeszcze nie poszło i cały czas zmagam się by znów wstrzelić się w tylko w surowe jedzenie. Przydałby się jakiś bodziec zewnętrzny, tylko impuls na start bo potem już idzie. Witariada byłaby idealna.  Chcę, nawet bardzo, codziennie zaczynam dzień z planem bycia tylko na surowo ale… no właśnie nadal ulegam jagodzionkowo-drożdżówkowym niezdrowym przyjemnościom. Eh, Wystarczyły cztery dni by przywołać uzależnienie od przetworzonych potraw i cukru. Jak łatwo nadszarpnąć to, co z taką pracowitością budujemy.

Nie mniej wiem, że to tylko chwila, że czując się z jednej strony tak nie fajnie, jak teraz się czuję a z drugiej pamiętając jak się czuję bez tych cukrowo-ciastkowych i przetworzonych zamienników prawdziwego jedzenia, w końcu odrzucę i te wegetariańskie “ogłupiacze” i znów będę się cieszył świadomością coraz bardziej surowego odżywiania.

Cel jaki zakorzenił się teraz to: 40dni na 100% wege-raw z oknem żywieniowym pomiędzy godziną 12 a 18 i jednym stałym witariańskim posiłkiem dziennie uzupełnianym sokami i szejkami. Czuję, że to jest dobre, na pewno nie komfortowe, wymagające podjęcia wysiłku pracy ze sobą ale dzięki czemu strefa komfortu znów zostanie poszerzona i co najważniejsze w łagodny, bezpieczny dla mojego organizmu sposób.

2019.IV. „40 DNI w SCHEMACIE 2-1-0-1-…”

Ostatni „eksperyment” z odżywianiem miał miejsce w listopadzie i polegał na spędzeniu 30 dni w powtarzalnym schemacie: 10-ciu trzydniowych bloków 2-1-0- (2-dzień jedzenia, 1-dzień tylko picia i 0- dzień bez jedzenia i bez picia BJ&BP). Po skończeniu tego schematu doszedłem do wniosku, że najbardziej przeszkadzające było zbyt szybkie (z dnia na dzień), przejście z 0 na 2. czyli po 32 godzinach BJ&BP od razu do jedzenia stałego. Powodowało to nieprzyjemne reakcje ze strony układu trawiennego i samopoczucia. Stwierdziłem wtedy, że fajnie byłoby pomiędzy te dwa skrajne dni wpleść jeszcze jeden pośredni dzień samego picia. Tak więc nie minęło pół roku i właśnie jestem tydzień po skończeniu 40 dni w takim schemacie.

OD XII.2018r DO III.2019r.

Po skończeniu listopadowego schematu dałem sobie czas na całkowitą swobodę w kwestii odżywiania. Przez pierwsze dni powtórzyłem jeszcze dwa razy trzydniowy pattern 2-1-0- nie mając ochoty wracać do codziennego odżywiania. Potem jednak stopniowo, coraz bardziej zagęszczałem i zwiększałem ilość zjadanych potraw- wszystkie jednak nadal w obszarze odżywiania wegańskiego- niestety przetworzonego. Grudniowe święta związane są z rodzinnymi spotkaniami wykorzystałem do odkrywania nowych wegańskich smaków, wśród których największą frajdę dało mi znalezienie przepisu na majonez pochłaniany w tamtych dniach łyżkami. W końcu mogłem w pełni cieszyć się smakiem tortilli nie rezygnując ze smaku nabiałowego sosu czosnkowego. Zupełnie nowym odkryciem, aczkolwiek powiązanym z majonezem, które na jakiś czas mnie przywiązało była sałatka warzywna. Taka zwykła, którą pamiętam z czasów, gdy robiła ją jeszcze moja mama. Pewnie właśnie to przyjemne wspomnienie sprawiło, że w sumie nie chcąc już dłużej jeść przetworzonych potraw i tak robiłem ją i zajadałem się czerpiąc z tego przyjemność.

Powrót do większych ilości przetworzonego jedzenia sprawił jednak, że potem znów przez ponad dwa miesiące nie potrafiłem mimo takiego pragnienia i postanowienia zacząć odżywiać się na surowo. Mówiłem: Od Nowego roku, ale nie poszło. Potem stwierdziłem, że no dobra, są ferie, jadę z dziećmi na narty, więc odpuszczę ale po feriach wejdę na raw-food. Nie poszło. Nie poszło, nie poszło….i tak do końca lutego. Gdybym miał opisać emocje jakie towarzyszyły tej przepychance- to z jednej strony akceptacja, świadomość, że jest to normalny etap niepowodzeń i przyzwolenie na nie ale z drugiej strony wkurzenie, że nie potrafię jako świadoma osoba tak od razu wprowadzić w życie swoich świadomych postanowień. Wkurzenie, że podczas zmian przyzwyczajeń nadal jest ten czas wewnętrznego tarcia. Oczywiście domyślam się dlaczego muszę przejść przez to doświadczenie- ze względu na naukę pokory o której jeszcze tak często zapominam oraz naukę wytrwałości. Niepowodzenia, upadki i konieczność wstawania jeżeli chce się iść dalej, bardzo kształtują te dwie cechy wobec wszystkich płaszczyzn życia, wobec sytuacji które nas spotykają i wobec różnych reakcji innych ludzi, z którymi wchodzimy w codzienne relacje.

RAW FOOD WEGE 🙂

Nie pamiętam jak i dlaczego. Chyba po prostu przebrała się miarka gdyż organizm źle znosił gotowane, pieczone produkty i ewidentnie miał już dość obciążania go przetworzonym jedzeniem. Bardzo fajnie natomiast już wtedy reagował na posiłki suroworoślinne. W końcu, gdzieś nastąpił przesyt i od początku marca to co jadłem było w 100% surową roślinnością. Pisząc to w kwietniu, czyli po miesiącu od przejścia na raw.,  nie czułem by była to jakaś chwilowa dieta, tylko ugruntowany nowy nawyk i przyjąłem, że dokonał się kolejny kroczek w stronę lżejszego odżywiania.

Przejście nastąpiło w jednej chwili, pod wpływem zmiany myślenia. Pojawił się bodziec zewnętrzny, a właściwe dwa, które trafiły na podatny grunt wewnętrznego, mentalnego przygotowania i wydały owoc w postaci bezwysiłkowej zmiany dotychczasowego nawyku.

Impuls pierwszy, to poniższe memo:

Jeżeli przestałem jeść mięso, a potem nabiał, żeby przeze mnie nie musiały cierpieć zwierzęta, to gdy otrzymuję informację, że do produkcji piwa, w tym pewnie także bezalkoholowego, które jest to moim ulubionym napojem, również mogą być używane składniki pochodzące z zabitych zwierząt, to chyba powinienem zrezygnować i z tej przyjemności. Niestety. Na szczęście przy świadomości cierpienia, zmiana znów dokonuje się samoistnie i od wewnątrz. Nie od razu, jeszcze czasami piję ale ponieważ każdej kupowanej butelce towarzyszy zniechęcająca świadomość, to ilość i sporadyczność są coraz mniejsze. mam takie przekonanie, że pragnąc zmienić jakikolwiek niekorzystny nawyk kluczem jest właśnie świadome wyrobienie w sobie zniechęcającej świadomości przy jednoczesnym budowaniu pozytywnych przekonań na temat tego, co zyskamy zmieniając niechciane przyzwyczajenie. Gdy taka świadomość zostaje wykształcona sprawy zaczynają dziać się same i nałogi odpadają bez walki z nimi. Nie przyspieszam więc, pozwalam, by pragnienie wygasło samo zachowując jednak pełną świadomość tego co robię i tego, że robiąc to postępuję niekonsekwentnie w stosunku do głoszonych i propagowanych wartości. Ktoś mógłby zarzucić mi bycie hipokrytą, jednak znając swoją słabość przyznaję się do niej dzięki czemu mam poczucie bycia uczciwym w tym co czuję, co mówię i do czego zachęcam innych w stosunku do tego, jak sam postępuję. Hipokryta to osoba, która mówi jedno ale po kryjomu postępuje wbrew temu co mówi.

Z tym piwem to był potem taki numer, że coś nie dawało mi spokoju. Wydawało mi się, że przy takiej zmianie świadomości, za długo przebiega odstawienie tego produktu. W końcu coś mnie tknęło i zadzwoniłem do browarów  z których pochodzą moje ulubione. Poprosiłem o rozmowę z kierownikami produkcji i dowiedziałem się, że do żadnego z tych moich ulubionych nie są wykorzystywane żadne produkty zwierzęce. Ucieszyłem się, bo to oznacza, że mogę dalej czerpać radość z coraz bardziej dopracowywanych smaków, coraz większej liczby różnych naturalnych piw bezalkoholowych.

Drugim wezwaniem, by zrobić kolejne „coś” w stronę zmiany odżywania na surowe, były rozważane w obecnym czasie fragmenty Biblii w połączeniu ze słyszanymi chrześcijańskimi naukami zachęcającymi do dalszej pracy nad sobą.

A, że dla mnie najlepszą formą pracy nad sobą (na ten czas) jest zrywanie dotychczasowych przyzwyczajeń związanych z odżywianiem, przy jednoczesnym podnoszeniu kondycji i tężyzny fizycznej, to tak znienacka rozpocząłem kolejny okres mojej duszewno-fizycznej siłowni, którą tym razem był post jakościowy w postaci surowojedzenia.

Choć jeszcze ne w 100%, bo z płynów nadal cieszę się delikatną kawą z ekspresu, a ze stałych przetworzonych produktów zostało jeszcze masło orzechowe, które uwielbiam i nie chcę tego jeszcze zmieniać, to wystarczyło te 80-90% surowości w codziennym odżywianiu, by poczuć jak fajny ma to wpływ na mój organizm, samopoczucie i w ogóle. Bardzo cieszę się, że choć często (bo codziennie), zadaję sobie pytanie na co mam ochotę- może wegeburgera? Może tortillę?… To jednak nie, przez miesiąc nic z przetworzonych potraw nie wzbudziło mojego pożądania- tylko roślinna surowizna. 🙂

I właśnie czując taką swobodę, po około miesiącu, z dnia na dzień wszedłem w kolejny system żywieniowy. Może nie z dnia na dzień, bo przez jakiś poprzedzający czas czułem, że jeszcze coś więcej narasta i dojrzewa. Nie miałem pojęcia tylko co to będzie. Czując takie narastanie, cokolwiek miałoby się wydarzyć oddawałem to  Bogu. Gdy się spotykaliśmy wyrażałem pragnienie, że cokolwiek przyjdzie, jeżeli będzie to od Niego, ja chcę podążyć wg tej inspiracji.

SYSTEM 2-1-0-1-...

W końcu stało się i któregoś zwykłego poniedziałku wiedziałem, że coś się zaczęło, nie bardzo tylko jeszcze wiedząc co. Czy to nowy schemat 2-1-0-1, o którym myślałem parę miesięcy temu, czy może jakieś 10 dni na sucho. Choć w świadomości mam biblijną cyfrę 40 oznaczającą przejście jakiejś ważnej próby i chciałbym z nią powiązać to co robię, to nie miałem pojęcia, czy „jutro” nie osłabnę i nie wrócę, tym bardziej, że nie pałam entuzjazmem wchodząc w ten wstępnie ustalony system. Myśl o osłabieniu w dniu suchym zniechęca, jest niewygodna i przepycha się ze wspierającą myślą, że przecież ta niewygoda z czasem stosowania jakiegoś systemu jest coraz mniej odczuwalna, a czasem nawet całkiem zanika odsłaniając jakieś nowe, fajne obszary poznania.

Zauważyłem że często to, do czego nawołuje nas ten wewnętrzny głos, który ewidentnie nie jest mną, jest niewygodne. A wierząc, że jest to jakaś forma komunikacji Boga, jeżeli tylko ta droga nie przeciwstawia się naukom Biblii, staram się iść zgodnie z nim, nawet jeżeli znajdują się za pójściem w tę stronę jakieś niewygody. Posty i wstrzemięźliwość są jak najbardziej Biblijne, wiec jestem i podążam i mam nadzieję, że tym razem bardziej wytrwale.

Przeglądam codzienne notatki z tego okresu i w sumie stwierdzam, że dzielenie się nimi byłoby tylko powtarzaniem tego co już było. Wątpliwości, niepewność szczególnie w pierwszych dniach, potem przyzwyczajenie i w ostatnich dniach, gdy już wiedziałem, że dam radę test wytrwałości. Skracam więc zapisy.

BLOK I 31.03-03.04.19r

DZIEŃ 1-JEDZENIE    „RODZINNA UROCZYSTOŚĆ”

Pozostałem przy surowym odżywianiu, a że w otoczeniu krewnych 100% je mięso, więc moja konsumpcja ograniczyła się do 3 łyżek surówki i powyjadania roślinnych ozdób z potraw zwierzęcych. Mega wewnętrzny spokój i komfort. Myślę, że rodzina już zaakceptowała, to że nie jem jak wszyscy.  Widzą jednak, że normalnie, zdrowo wyglądam i mam fajną witalność więc czemu mieliby nie zaakceptować?-Tym bardziej, że nikogo do niczego już nie przekonuję, a tematu jedzenia nawet nie poruszam dopóki ktoś sam nie zapyta. Po prostu robię swoje i cieszę się.

Trening: Wieczorem techniczny trening biegowy ok 8km.

DZIEŃ 2-PICIE   „STRAŻ SŁUŻBA- DUŻO WYJAZDÓW”

Pierwszy dzień na sokach, jeszcze gęstych, jeszcze zjadłem garść orzechów pod wieczór. To nie był jednak fajny dzień i lekka służba. Dużo wyjazdów, w tym reanimacja zakończona zgonem 34 letniego mężczyzny, którego żona właśnie miała rodzić. Coraz młodsi ludzie umierają na zawały, zatory, wylewy. Coraz rzadziej jednak się dziwię, skoro coraz młodsze osoby zaniedbują swoje zdrowie do tego stopnia, że otyłość nie pozwala im normalnie funkcjonować. Jest coraz więcej otyłych ludzi, więc chorują i umierają w coraz młodszym wieku. Nałóg obżarstwa, śmieciowe produkty, brak ruchu to przyjaciele chorób i śmierci.

Z drugiej strony inna interwencja: Wyważanie drzwi do mieszkania, w którym znaleźliśmy skrajnie wycieńczonych staruszków. Dziadziuś zasłabł w toalecie podczas wypróżniania, przewrócił się i tak leżał na podłodze przez dobre dwa dni. Odwodniony, wychudzony. Babcina niepoczytalna, zatopiona głęboko tylko w swoim świecie… Coraz częściej spotykamy się z podobnymi sytuacjami starszych ludzi pozostawionych samych sobie, w coraz bardziej postępującej niedołężności. Brak kontaktu z rodziną- cena pogoni za dobrobytem i niezależnością. Przykro patrzeć, co robimy z ludzkością i światem. Widząc ten destrukcyjny trend, tylko świadomość pewności przyszłej zmiany i odrodzenia nas oraz tego świata w Królestwie Chrystusa, pozwala mi zachować spokój ducha.

Trening: Choć miałem w planie trening siłowy, odpuściłem. Zupełnie nie miałem ochoty. Jutro dzień na sucho, ciekawe, czy wskoczy.

DZIEŃ 3- BJ&BP   „PIERWSZY DZIEŃ NA SUCHO”

Kurcze, sądziłem, że po wczorajszej służbie będzie walka by wytrzymać d końca dzisiejszego dnia na sucho, ale nie, nie ciągnęło ani do jedzenia, ani picia. Jedynie po powrocie z pracy, do samego przyjścia dzieci ze szkoły odsypiałem około 3 godzin. Oczywiście spowolnienie i brak ochoty na jakąkolwiek aktywność fizyczną było, ale samopoczucie wewnątrz do samego końca dnia bez tragedii. Ciało fizyczne znacznie bardziej odczuwało ten dzień postu suchego, niż sfera mentalna. Nawet na spotkaniu społeczności chrześcijańskiej, przez dwie godziny żywo dyskutowałem o tym, „Co to znaczy, że my, ludzie jesteśmy osobami i co to znaczy, że Duch Święty jest osobą?”

Jutro picie, więc oczekuję wyraźnego wzrostu energii i ochoty na trening. Planuję basen i dalsze szlifowanie techniki kraula.

DZIEŃ 4-PICIE          „BARDZO ZMIENNIE, NIE FAJNIE”

Nie rozumiem, budzę się w nocy po 6 godzinach snu ale nie mam najmniejszej ochoty, ani mocy by wstać więc dosypiam kolejne godziny. Dzisiaj np. były to 3 dodatkowe godziny. Dlaczego więc się wybudzam w środku nocy? Nie wiem.

Z planów treningowych nic nie wyszło. Bardzo wyraźne osłabienie całej obręczy barkowej. Mimo picia powiedziałbym, że chwilami jeszcze gorzej się czułem jak wczoraj. Taka reakcja, czyli brak wzrostu energii, totalnie mnie zaskoczyła. Próbowałem zmusić się do jakiegoś ruchu ale jedyne na co było mnie stać, to 5 km spacer na boso po lesie. Modlitwa, oddech, świadoma uważność, rozpierająca fala uczucia wdzięczności, miłości odczuwana fizycznie w całym ciele.

Po powrocie jednak jeszcze wyraźniejszy zjazd niż przed spacerem. Nie opijałem się, nie miałem ochoty na jedzenie, nie pojawiła się żadna forma kompulsji, co miało miejsce wcześnie kończąc choć jeden dzień postu suchego. Nic, tylko ta utrzymująca się słabość. Nie podoba mi się, tym bardziej, że byłem pewien natychmiastowego i wyraźnego powrotu energii, witalności i siły wraz z pierwszym piciem, a tu taka niemiła niespodzianka.

Poczucie, że ten proces oddala mnie od przygotowań do Iron Mena. Poszukuję odpowiedzi na pytanie czy jest to właściwa droga, a jeżeli tak, to co jest dla Boga ważniejsze- żebym polepszał kondycję, wytrzymałość, co oznacza, że musiałbym wrócić do systematycznego jedzenia stałego, czy raczej, żebym skupił się na tym procesie, jeszcze bardziej rozluźniającym relację z jedzeniem. Nie wiem, nie zmieniam więc działania, kontynuuję zachowując uważność by wysłyszeć prowadzenie, jeżeli się pojawi.

BLOK I PODSUMOWANIE.

Po pierwszym bloku waga 69 kg, a więc przez 4 dni spadek o 3kg. Nie czuję się fajnie. Najchętniej przerwałbym.

Nieregularny sen

Wraz z wejściem w odżywianie surowe, bardzo szybko zauważyłem, że zmienił mi się sen nocny. Stał się bardzo niestabilny. Zacząłem budzić się o 3 w nocy i mimo starań nie potrafiłem zasnąć np. do 7, tylko po to, by potem jednak zasnąć i albo przespać do 10 albo po godzinie i tak musieć wstawać. Cały kolejny dzień po takiej nocy jest „rozwalony”, a w szczególności zniechęca do treningów. Po prostu od popołudnia jestem senny i nie mam ani ochoty, ani siły na ruch. Szukając sposobu by to wyrównać założyłem, że muszę tak przystosować ciało, by wstawać codziennie o 5 rano (jest to godzina, o której co trzeci dzień muszę wstać, by dojechać 100 km do pracy). Ponadto założyłem, że nie chcę odsypiać w dzień a mimo to mieć ochotę by zrobić fajny, codzienny trening w ramach przygotowania do IM. Po tygodniu takiego wstawania jednak poddałem się i obecnie nieregularny sen to najbardziej niekorzystny element codziennego życia przy odżywianiu surowym. Tak, znajduję zależność przerywanego i nieregularnego snu z przejściem na odżywianie surowe gdyż nie jest ono jeszcze ugruntowane. Pewnie nadal na poziomie narządów wewnętrznych detoksykacja nie zakończyła się i uwalniane są jakieś świństwa zaburzające cykl dzienno-nocny. Nie mam jednak już siły by godziny snu regulować pod siebie, więc póki co zostawiam i postaram dostosować siebie pod nowe godziny snu. Zobaczymy.

W tym pierwszym bloku, widząc jak piękny zaczyna się świt, dwukrotnie poszedłem na spacer do lasu. Zachwyt nad tym jak budzi się do nowego dnia przyroda.

BLOK II 04.04-07.04.19r

DZIEŃ 5-JEDZENIE

Święto-Kupiłem wegański placek owocowy i mogłem razem z synami pocieszyć się wspólnym spędzeniem czasu przy stole. Był to pierwszy od miesiąca mączny produkt. Jedząc jeszcze wegańsko, bardzo mi smakował ale dzisiaj nie bardzo. Teraz ewidentnie łakocie zrobione z surowych owoców, daktyli, bakalii sprawiają mi o wiele więcej przyjemności niż słodkości mączne i pieczone. Zjadając byłem ciekaw, jak zareaguje mój organizm, czy po zjedzeniu tego kawałka będę chciał jeszcze?  Jednak nie, zupełnie nie ciągnęło mnie po więcej. Jest git.

W sklepie eko, w którym kupiłem ciasto pierwszy raz dojrzałem majonez wege i dołożyłem do zakupów chcąc porównać smak z tym, który ja kiedyś robiłem. Wg składników był z oleju tłoczonego na zimno więc można powiedzieć, że produkt surowy. Smak rewelacyjny, ale analizując potem w necie składniki okazało się, że ma konserwant chemiczny. Wiedząc o tym straciłem ochotę i najlepiej gdybym go wywalił. Niestety odezwał się nawyk zjadania by się nie zmarnowało, co oznacza robienie z ciała śmietnika. Sporo go zjadłem, więc wzbudziło to pragnienie i łańcuszek sięgania po kolejne produkty, jak np na gazowany napój typu tonic z chininą, którego normalnie nie piję. Taka głupota dzisiejszego dnia.

Nową reakcją jest też, że rano nadal nie wróciła energia mimo, że wczoraj piłem.  A dzisiaj mimo, że jest dzień jedzenia i tak od rana nie miałem też ochoty na nic stałego, więc do popołudnia poprzestałem na szejkach.

Trening: Teoretycznie dzień jedzenia powinien dać poczucie największej energii Nie miałem jednak ochoty się ruszyć, więc żeby nie zmarnować tego dnia musiałem zmusić się do pójścia na basen i zrobienia treningu mając nadzieję, że wymuszony ruch przywróci mnie do życia. Ledwo co przepłynąłem z 600 m i to w odcinkach po 50 m. Fatalnie. Brak synchronizacji. Oddech, ręce, tułów, nogi tańczyły każde sobie, mega zmęczenie. Po pół godzinie odpuściłem jednak i resztę czasu spędziłem w części rekreacyjnej. Dopiero wieczorem zrobiło się tak jakoś swobodniej więc na koniec dnia poszedłem jeszcze na 5 km spaceru na boso po lesie.

DZIEŃ 6-PICIE  „W KOŃCU NORMALNY TRENING”

Trening: Od wstania fajnie więc do południa znów basen z ochotą na przetestowanie dystansu jaki będę miał na lipcowych zawodach przy zachowaniu jak największego luzu. Dzisiaj bez zwracania uwagi na technikę. Miłe zaskoczenie: Po przepłynięciu bez odczuwania zmęczenia 500 m.  pokonałem drugie 500, tak więc w pół godziny pękł kilometr. Fajnie!  Mega podbudowanie i zachęta do dalszej pracy.

Energetycznie cały dzień fajnie. Niefajne natomiast uczucie głodu, którego nie potrafiłem się pozbyć pijąc tylko wyciskane soki. Co do soków, to nie jestem w stanie pić bez rozcieńczenia wodą- są zbyt mocne więc każdy mieszam w połowie z wodą. Wieczorem jednak chcąc pozbyć się wspomnianego uczucia głodu, wypiłem pomidorowy zmieszany z sokiem z kiszonej kapusty i czosnkiem ale bez rozcieńczania wodą. Chyba trochę pomogło.

Wieczorem wyraźne zmęczenie i senność do tego stopnia, że nie miałem ochoty spotkać się z dobrym znajomym. Wybrałem kąpiel i spanie. Szkoda, bo nie często jest okazja do takich spotkań.

Czując głód i myśląc o jutrzejszym dniu na sucho mam myśli o rezygnacji. Pytania po co mi to? Przecież nie mam ochoty… Nadal jednak trwam, do jutra.

Brak pewności co jest dla mnie ważniejszej: Systematyczne, intensywne przygotowania do IM, budowanie siły mięśniowej, czy zbliżanie się do czterdziestodniowego postu bez jedzenia i picia, którego doświadczył Jezus i inni prorocy. Nie wiem, nie mam pewności w którą stronę kierować swoje ludzkie wysiłki. Obydwa kierunki równie mocno mnie inspirują, tylko że na obecnym etapie mojej świadomości są to dwa kierunki odbiegające od siebie co najmniej pod kątem 90 stopni. Wiem, że gdzieś tam dalej one znów się zbiegają w jedną szeroką i wygodną drogę ale obecnie wybierając jeden, oddalam się od drugiego. Przeskakuję więc trochę tu, trochę tam i badam serce szukając wskazówek by iść drogą Boga. Eh. Niby post jest bliższy nauczaniom Jezusa, ale budowanie sprawnego ciała porusza serce i nie sprzeciwia się naukom Biblii. Mam więc takie pragnienie by łączyć obydwie inspiracje co staram się robić, dopóki nie zostanie mi przedstawiony jakiś jeden konkretny cel. Nie staram się już zrozumieć Bożego plany, ponieważ Bóg ma tak niesamowite pomysły by wykorzystywać nas dla Jego dzieła, że to, co na pierwszy rzut oka dla religijnych ludzi wygląda na totalnie nie związane z wypełnianiem Bożej Drogi, może okazać się właśnie posłuszeństwem na podstawie osobistego prowadzenia przed Ducha Świętego wg poruszeń serca.  Muszę ufać, że będę potrafił wychwycić Boże poruszenie gdy On zechce mnie poprowadzić w innym kierunku, że powie do mnie tak wyraźnie, jak do uczniów Jezusa, gdy Duch Święty zabronił im pojechać na Daleki Wschód i głosić Ewangelię. Póki co, mimo niepewności dalej robię swoje.

DZIEŃ 7-POST SUCHY  „ZNÓW KRĘGOSŁUP”

Od obudzenia do południa całkiem fajnie- swoboda i bez osłabienia. Poszliśmy z synem na drzwi otwarte do jednej ze szkół średnich i tam bez powodu, po prostu idąc korytarzem gdy nabrałem powietrza żeby coś mu powiedzieć poczułem ukłucie  w kręgosłupie. Myślałem, że zemdleję. Zastygłem i tak chwilę trwałem zanim mogłem drgnąć i nawet powoli wypuścić powietrze z płuc. Dobrze, że stało się to wdechu. 🙂 Jutro służba więc do końca dnia starałem się to jakoś rozmasować, porozciągać by rano móc jechać do pracy. Niestety jednak nie czułem żadnej poprawy.

Nie dość, że od powrotu do domu osłabienie dnia suchego bardzo wyraźne i bardzo szybko narastało, to jeszcze ten ból, który nie znikał pomimo ćwiczeń fizjoterapeutycznych. Tak kiepsko, że dzisiaj to już bardzo poważnie zastanawiałem się nad przerwaniem tego systemu, oraz by od razu zacząć pić i wrócić do codziennego jedzenia surowego, jak przed procesem. Nie wiem dlaczego nie wróciłem. Być może pamiętając z poprzednich podobnych postów i różnych procesów, że zawsze były chwile słabości, wątpliwości nie chcę podejmować zbyt pochopnej decyzji. Być może ból jest jeszcze za mały i być może za krótko trwa. Bywało gorzej, więc może te wcześniejsze doświadczenia sprawiają, że czekam- do jutra, do kolejnego nowego dnia.

Trening: Oczywiście mowy nie było o gdzieś tam planowanym dwugodzinnym ciągłym truchcie, bez przerwy, na boso, po leśnych dróżkach. Zostawiam ten wytrzymałościowy test na lepsze czasy.

DZIEŃ 8-PICIE SOKÓW

Akceptacja bez konieczności zrozumienia.

W nocy wybudzenie jak zwykle ok 3 rano, ból nie był mniejszy.

W straży jest tak, że gdy ktoś nie przychodzi na służbę, wzywana z wolnego jest inna osoba. Jesteśmy kumplami i chyba nikt nie chce burzyć innym weekendowych planów. Szukałem odpowiedzi, czy mimo bólu mam iść do pracy ale znów nie słyszałem odpowiedzi. Zadecydowałem więc samemu, że zostaję w domu. Dlaczego to opisuję? Ze względu na to, co stało się potem.

Jak tylko podjąłem ostateczną decyzję i poinformowałem dowódcę, że mnie nie będzie, w tej samej chwili ból zaczął ustępować. Nie cały od razu, ale od razu zaczęło wracać coraz bardziej swobodne poruszanie. Poprawa wyczuwalna była od razu.

Takie zdarzenia jak wczorajsze, kiedy dzieje się coś nieprzyjemnego i niby bez wyraźnej przyczyny, a potem brak zmiany do czasu podjęcia decyzji, po podjęciu której nieprzyjemne doświadczenie znika, są dla mnie informacją, że mimo osobistych chęci i pragnień bycia dobry kumplem, po prostu miałem dzisiaj nie być w pracy. Nie wiem dlaczego i być może nigdy się nie dowiem, ale tak podchodzę do takich sytuacji. W ogóle, we wszystkich spotykających mnie nieprzyjemnych doświadczeniach staram się zauważyć jakiś przekaz, staram się nie oceniać przez pryzmat swoich nieprzyjemnych, niewygodnych odczuć, tylko szukać w tym informacji, a w sercu podpowiedzi co do działania jakie mam podjąć. W takich sytuacjach dostrzegam sposób naszej interakcji z różnego rodzaju istotami duchowymi.

Trening: Brak. Od ok 14 już bardzo fajnie się czułem i nawet pojawiła się myśl o jakimś delikatnym treningu, jednak ze względu na nadal odczuwany dyskomfort zamieniłem trening na spacer 7 km nad jeziorem podczas zachodu słońca. Już w trakcie przyszło osłabienie a także pojawił się głód, więc po powrocie najbardziej do tej pory gęsty szejk z połowy avokado, czosnku i łyżki masła orzechowego w rozcieńczeniu z wodą. Głód minął ale odczuwalne osłabienie pozostało do końca dnia, szczególnie mięśni obręczy barkowej. Tak więc mimo samopoczucia w ciągu dnia na poziomi +3/5, dzień kończę na osłabieniu -1/5. Nie paraliżuje, pozwala na normalne funkcjonowanie, ale nie na intensywną aktywność fizyczną. Kolejny dzień bez treningu, co odbiera mi trochę radości z życia.

Brak pewności Bożego prowadzenia.

Zdałem sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu, może paru tygodni, nie słyszę głosu Boga. Czy ma to związek, z tym, że mniej więcej w tym czasie zmieniłem kierunek skupiania swojej uwagi z Biblii do serca? Z wpatrywania się w Jezusa siedząceo po prawicy Ojca, do szukaniem relacji z Duchem Świętym poprzez medytacyjne wyciszanie umysłu i wnikanie w siebie? Jeżeli tak, to myślę, że tylko dlatego, iż po ponad roku niemedytowania wyciszenie umysłu przestało być takie naturalne jak kiedyś gdy medytacja i świadome oddychanie było systematycznym elementem dnia. Bez trenowania umysł znów rozpasał się. To, co było łatwe w osiąganiu i naturalne przestało takie być i teraz żeby wyciszenie znów przychodziło z łatwością, umysł wymaga ponownego zapanowania nad nim.

Mimo, że o medytacji nie ma ani słowa w Biblii, to Paweł pisze jednak o konieczności brania w niewolę swoich członków. Umysł jest jednym z takich członków przynależnych do ciała, wiec cały czas mam wewnętrzne przekonanie, że stan medytacyjnego wyciszania umysłu, który pozwala lepiej słyszeć głos serca, w którym mieszka przecież Duch Chrystusowy, jest budujący bliskość z Bogiem prawdziwym. Ważne tylko, by kierując uwagę do wewnątrz siebie, by wyciszając umysł w medytacji, nie zaniedbać żadnej z pozostałych Osób Boga trójosobowego, a co ja chyba zrobiłem. Tak, jak wyciszenie umysłu sprzyja uwrażliwianiu się na głos i poruszenia Ducha Świętego, tak czytanie i rozważanie Biblii pozwala zbliżać się do Osoby Jezusa, który zasiadając teraz po prawicy swego Boga Ojca jest pośrednikiem dla naszych myśli kierowanych do Ojca. Zaniedbywanie lub brak osobistej relacji z którąkolwiek z trzech osób jednego Boga oznacza zaniedbywanie lub brak poznania Boga. Modlitwa, rozważanie Biblii i medytacja wyciszająca, w moim doświadczeniu, te trzy, jeżeli staną się codziennością, bardzo uwrażliwią nas na głos Boga Żywego.

BLOK II PODSUMOWANIE    „WĄTPLIWOŚCI”

Nie wiem co mógłbym napisać. Nadal nie jest fajnie. Najbardziej przeszkadza to osłabienie uniemożliwiające przygotowanie do IM. Skończyło się dopiero drugie powtórzenie i nie wiem, czy dam radę wytrwać w tym systemie kolejne bloki. Nie czuję natchnienia, inspiracji. Nadal nie wiem co jest ważniejsze IM, czy poszczenie, czy może coś innego. Choć pytam i proszę Boga, by podpowiedział, to nie czuję żadnej inspiracji więc nie bardzo wiem co robić. Badam swoją relację z postem i treningami, czy nie przywiązuję się do nich, czy nie podchodzę zbyt osobiście, co oznaczałoby, że zapanowało nad Drogą moje ego a nie Bóg. Mam nadzieję, że moja ocena jest szczera.

Po trzech latach od nawrócenia poczułem, że jeżeli chodzi o głoszenie Dobrej Nowiny o Jezusie i jego Królestwie, moje działania nie przynoszą dojrzałych owoców. Smutno mi, bo sam otrzymałem łaskę poznania  wszystkich trzech osób Boga i chcąc dzielić się tym szczęściem z innymi, do tak niewielu docieram. To co robię nie zbliża innych do Jezusa, nie wzbudza w innych wdzięczności za to co On dla nas zrobił i nie zapala pragnienia przyjęcia od Niego łaski zmartwychwstania do nowego życia. Zastanowiłem się więc, czy przypadkiem do tej pory nie działałem wykorzystując własną siłę duszewno-intelektualną zamiast w pokorze dbając o posłuszeństwo, pozwalać wiać wiatrowi Mocy DŚ. Zostałem zmuszony do przyznania się, że najprawdopodobniej tak właśnie postępuję. Nie szukam Mocy Osoby Ducha Świętego mieszkającego w sercu, tylko działam własną ludzką siłą. Przyznałem się, że ja swoimi siłami więcej już nie zrobię, jednocześnie widząc z jaką potęgą działa DŚ przez innych ludzi, chyba po raz pierwszy zapragnąłem tego w swoim uczniostwie. I znów badam tylko, czy moje pragnienie dyktowane jest szczerą intencją służenia Bogu, dla Jego chwały i ku zbawieniu innych,  czy przypadkiem  nie dla jakiś swoich pobudek. Tak łatwo przychodzi utrata pokory.

BLOK III 08.04-11.04.19r

DZIEŃ 9- JEDZENIE   „KAWA Z CÓRKĄ ” oraz  „TEST 2H CIĄGŁEGO BIEGU”

Ale numer! Jakie miłe zaskoczenie! Wczoraj czarne myśli a dzisiaj zmiana o 180* pod każdym względem. Rano jeszcze tak sobie, choć dużo lepiej, niż w dzień jedzenia bloku nr 1. Podobnie dzisiaj, nie od razu miałem ochotę na stałe jedzenie więc rano tylko sok. Pierwszy posiłek stały po godz 11. Sporo przetworzonych produktów, z których najdziwniejszy to miód. Ochota była jednak tak wielka, że kupiłem i w ciągu całego dnia zjadłem objętość jednej konkretnej łyżki. Oprócz tego, z przetworzonych produktów to masło orzechowe, pół tabliczki czekolady, i 0,3l lodów wegańskich do kawy.

To, co spowodowało takie doładowanie to chyba jednak nie jedzenie, tylko spotkanie i fajnie spędzony czas na rozmowie przy kawie z córką. Tak, ewidentnie po tym nastąpiła zmiana tak wyraźna, że po południu zrobiłem w końcu porządny trening. Zastanawiałem się pomiędzy siłowym treningiem, którego już chyba od miesiąca nie rozbiłem, a biegiem. Wygrał bieg i chęć zrobienie testu sprawdzającego jak zachowa się organizm zmuszając go do ciągłego biegu przez 2 godz. Bez pośpiechu, trucht ale z dbaniem o jak największe rozluźnienie ciała i poprawną technikę. To, tak już pod dłuższy dystans triathlonowy. Biegłem na boso.

No i niestety ciało zareagowało bardzo kiepsko. Już po drugim kilometrze zaczęło odzywać się lewe kolano i z każdym kolejnym było tylko gorzej, coraz częściej musiałem zatrzymywać się i rozciągać, masować, rozluźniać. Do tego stopnia, że po ok 8km (godzinie ruchu) więcej szedłem niż biegłem. Od 10km dodatkowo bardzo mocno odezwało się jakieś kłucie w mięśniach chyba pośladkowych i to nawet podczas marszu. Tak więc siły miałem dużo, energii i chęci także, zupełnie nie czułe zmęczenia ale wspomniane bóle nie pozwoliły korzystać z zapasu mocy.

„Nasze ciało jest tak sprawne, jak sprawna jest najsłabsza jego część”

Szukam przyczyn i sposobów by to wyeliminować. Kolano to najprawdopodobniej z powodu dużo słabszej lewej nogi ( różnica w masie mięśniowej z prawą to 2 kg), tak więc duży nacisk treningowy muszę położyć na wyrównanie tej dysproporcji. Zwróciłem dzisiaj uwagę, że rzeczywiście inaczej na odbiciu pracuje lewa noga niż prawa. Ból mięścnia pośladkowego to wydaje mi się, że nic poważnego- kwestia rozbicia i rozciągnięcia. Po prostu to był pierwszy taki wysiłek więc miał prawo się zmęczyć i dać o tym znać.

Nie mogę uwierzyć, że tak fajnie minął ból w kręgosłupie piersiowym. Dwa dni temu, nie mogłem chodzić, wczoraj nie poszedłem do pracy, dzisiaj byłem u lekarza po zwolnienia, a po obiedzie już biegałem. Pięknie!

Dzień kończę bardzo pozytywnie nastawiony i ciekawy czy jutro będę miał zakwasy. W zależności od kondycji chciałbym jutro zrobić trening na basenie ale zobaczymy.

NOC

Chciałem zamienić pisanie na nagrywanie ale nie poszło. Myśli, które tak łatwo przychodzą w głowie, gdy mają przejść przez gardło, plączą się i znikają. Zastanawiam się, czy nie jest to odpowiednia dla mnie forma wyrazu, czy może ta nieumiejętność zamiany myśli na słowa wypowiadane nie wynika tylko z tego, że nigdy tego nie robiłem, wiec czuję się nienaturalnie mówiąc. Może gdybym poćwiczył to z praktyką słowa także wychodziłyby z łatwością? Na razie zostawiam zmianę i pozostaję przy pisaniu, a jedynie to kontynuuję naukę bezwzrokowego pisania by budząc się w nocy, kiedy przychodzi najwięcej odpowiedzi, móc je zapisać nie męcząc oczu.

DZIEŃ 10-PICIE SOKÓW        „NORMALNIE”

Zadowolenie i nawet zdziwienie, że nie pojawiają się żadne zakwasy po tych wczorajszych dwóch godzinach marszobiegu, tym bardziej, że w trakcie wysiłku tak bardzo bolało mnie kolano i pośladki. Czyżby rolowanie się sprawdziło?

Na jaki trening, jaką aktywność fizyczną dzisiaj miałbym ochotę? Takie pytanie zadaję sobie codziennie. Basen, ale taki spokojny, bardziej Fun niż trening, a że jak fun to najlepszy z dziećmi, więc odciągnąłem ich zapewne od kompa i poszliśmy do aquaparku. Ja zrobiłem ok 400 m różnych ćwiczeń na technikę kraula i potem czas z dziećmi. Bardzo przyjemnie.

Zacząłem dzień od klarowanych soków, ale na pierwsze poczucie głodu zagęściłem do szejków i tak już do końca dnia. Zagęszczenie polega na miksowaniu avokado lub dodaniu łychy masła orzechowego od soku. Pomaga. Głód znika i mogę dalej fajnie spędzać czas utrzymując witalność, energię taką jaką lubię.

DZIEŃ 11-DZIEŃ BJ&BP (BezJedzenia i BezPicia)

A jednak zakwasy łydek, pośladków dzisiaj się pojawiły. Dodatkowo dyskomfort w kręgosłupie. Dlatego dzień zaczęty intensywnym rolowaniem i rozciąganiem. Pomimo ochoty jeszcze na jakiś siłowy trening, odpuściłem nie chcąc przesadzić. Niech najpierw złagodnieją objawy po ostatnim wysiłku Cieszę się, że nie bolą kolana i zauważam poprawę siły i zakresu ruchu tej słabszej, lewej nogi. Chyba mniej strzela w kolanie. Przyglądając się jak ćwiczę zauważam jednak, że gdzieś podświadomie, pewnie w obawie przed ukłuciem, nadal mniej obciążać to lewe kolano. Mam nadzieję, że z dalszą pracą swoboda i siła będą coraz większe i przede wszystkim bardziej wyrównane.

Wieczór- od popołudnia znów spowolnienie, burczenie w brzuchu i dość silny głód. Spoko, nie jest tragicznie ale na takiej energii to nie chciałbym żyć na stałe. Być może dlatego pytania po co mi ten dzień bez jedzenia i picia? Czy to coś daje, coś buduje pod powierzchnię nieprzyjemnych doznań? Nie wiem ale mam taką nadzieję. A może wystarczyłoby bycie na samych sokach na przemian z jedzeniem surowym? Miałbym cały czas fajną energię i siły na treningi. Czy to nie wystarczyłoby, żeby iść cały czas w kierunku coraz lżejszego odżywiania? Czy organizm i tak z czasem nie zachęciłby do jakiegoś kolejnego etapu coraz lżejszego i rzadszego jedzenia? Jednak chcę te 40 dni wytrzymać. Chcę zobaczyć jak moje ciało tym razem będzie reagowało na tę nową sytuację, nowego schematu żywienia. Czy obecny brak siły i energii w dniu suchym to tylko przejściowe i przed końcem X-tego bloku minie, czy też nie? Takie tam rozważania trzeciego dnia suchego… Fajnie, że mam dzieci i mogę z nimi spędzać czas, bo każde spotkanie z nimi poprawia mi humor i dodaje energii.

NOC: Cały czas trudno powiedzieć ile przysypiam w nocy, ponieważ jest to przerywany sen. Dzisiaj np choć spałem od 22 do 4 rano, to budziłem się o 23, 24 i 03. Nie wiem dlaczego, na szczęście są to krótkie wybudzenia, po których szybko zasypiam (tak mi się przynajmniej wydaje). Nie znalazłem pomysłu jak, więc poddałem się, by to jakoś unormować w jeden ciągły sen i chyba coraz bardziej ja przyzwyczajam się ponieważ już tak nie przeszkadza jak na początku.

DZIEŃ 12- DZIEŃ SOKOWANIA 

Dzisiaj z kolei w tym nocno-mocno porannym czasie poszedłem na 5km spacer do lasu. Po przebudzeniu czułem się świetnie. Nawet zdziwiony, że ani nie miałem ochoty pić, ani nie było suchość w ustach, ani żadnego osłabienia w mięśniach, tak wyraźnego niemal przez cały wczorajszy dzień. Śpiew ptaków za oknem dodatkowo mobilizował, by coś zrobić. Dzisiaj był to właśnie spacerek przeplatany przebieżkami wyrównującymi obciążanie lewej nogi i stabilizację bioder. Z domu wychodziłem gdy było jeszcze ciemno, a wróciłem za jasnego. Przyjemne, jeszcze mroźne powietrze i nawet temp 4st fajnie orzeźwiała. Właśnie czegoś takiego oczekuję. To jest stan, w którym chcę przebywać. Radość, energia, chęć do życia, wdzięczność, zachwyt, wolność… Patrząc na otaczający mnie las czułem, że moje widzenie jest jakieś inne, ostrzejsze. To, na co patrzę jakby jaśniało w jakiejś poświacie. Jednocześnie miałem takie wrażenie, że kiedyś już doświadczyłem podobnego widzenia. Przeszukałem zasoby pamięci i zahaczyłem o pewien jednorazowy incydent sprzed paru lat. Nie będę wspominał co to było, ponieważ tamto nie było moim naturalnym stanem. Tamto pojawiło się po wsparciu zewnętrzną substancją więc absolutnie nie jest to droga, którą ktokolwiek powinien podążać. Szukanie czegokolwiek w zewnętrznych substancjach prędzej czy później doprowadza do uzależnienia się i odsuwa od możliwości takiego prawdziwego poznania siebie, dotarcia do swojej głębi bycia osobą w postaci człowieka. Nie polecam. Polecam za to świadomą pracę ze sobą poprzez naukę bycia coraz bardziej uważnym na to co się myśli, na emocje, które się odczuwa, bo te dwa aspekty wewnętrznych doświadczeń chyba najbardziej pozwalają nam dotrzeć do samych siebie, do tego kim jesteśmy, a to z kolei poprawia nasze słyszenie Boga.

Ale żeby nie było, gdy ktoś już dotrze do swojego Ja i się zachwyci tym stanem bycia świadomym swej samoświadomości bez udziału świadomości, niech nie pomyśli przypadkiem, że to Bóg, lub co gorsze, niech nie zacznie traktować siebie jak Boga, ponieważ ten stan jest na prawdę jeszcze bardzo daleki od poznania Bożej Miłości.

Potrzeba pokory by zachować neutralność zachwytu, który towarzyszy pierwszemu spotkaniu ze samym sobą.

Źródłem tej pokory jest świadomość Miłości naszego wspaniałego zbawiciela- Jezusa Chrystusa. Ja też uległem zachwytowi. Na szczęście Jezus pozwolił mi poczuć przez ułamek sekundy swoją obecność i jego Miłość, którą nas darzy. Miłość mającą zupełnie inną głębię niż to medytacyjne uczucie towarzyszące dotarciu do swojej samoświadomości. W spotkaniu z Bogiem osobowym spływa na nas tak czysta i przejmująca Miłość, że rozjaśnia w nas i sprawia, że wypływa na powierzchnię wszelka nasza ciemność i nawet szarość, a co prowadzi każdego do głębokiej skruchy. Na szczęście Bóg prawdziwy, który także jest osobą, nie zostawia nas zasmuconymi poczuciem swojej grzeszności, gdyż w tej samej chwili daje możliwość przyjęcia SERCEM ofiary Jezusa, która zabiera od nas całą tę nieczystość. Dzięki temu, że Pan przelał swoją krew w naszym imieniu, przyjmując ją teraz na siebie, zostajemy oczyszczeni i zaproszeni do bliskiej relacji z Bogiem Jedynym i Prawdziwym przez przemianę serca i napełnienie nas jego Świętym Duchem. Nie ma to związku z żadną religią, ani rytuałami, po prostu trzeba otworzyć się na Miłość Jezusa. Jeżeli ktoś tego nie doświadcza, to trzeba wyrazić taką chęć, gotowość otwarcia się na Boga Żywego, Osobowego, Prawdziwego Jedynego. Tylko tyle i aż tyle.

TRENING- mega, ale żeby zmusić się do wyjścia na basen świadomie skorzystałem z dopalacza w postaci kawy. Zazwyczaj tego nie robię ale dzisiaj czułem, że jest to dobre.

Co do treningu, to rewelka mi się pływało. Mam takie poczucie, że czas zmienić charakter treningu pływackiego. Do tej pory skupiałem się na poprawnej technice, ale na obecnym poziomie jej opanowania, chyba wystarczy by spokojnie przepłynąć 1/8 a nawet 1/4 Iron Mena. Teraz większą korzyścią będzie złapanie jak największego luzu, by woda była moim sprzymierzeńcem a nie przestrzenią z którą się zmagam, jak jest jeszcze teraz. Luz! Po prostu trzeba teraz wypływać kilometry ze skupieniem uwagi na tym aspekcie i będzie git.

WAGA- Wieczorem jak w każdy czwarty dzień bloku zważyłem się i… trochę się zaniepokoiłem ponieważ waga spadła do 67, czyli o kolejny kilogram w dół. To już w sumie 4 kg mniej od punktu wyjścia! Na razie nie czuję jakiś negatywnych objawów ale nie podoba mi się to. Zastanawiam się tylko nad przyczyną, czy to sposób odżywiania wg tego systemu, czy może jest jeszcze jakiś inny powód. Spadek następuje w sumie od jakiegoś już czasu, więc może to zmiana rodzaju wysiłku? Zupełnie odpuściłem ćwiczenia siłowe, czyli zwiękaszajace masę mięśniową (kalistenika) na rzecz wytrzymałościowych (bieg, pływanie). Mięśnie więc się kurczą dostosowując do obecnego wysiłku. Chciałbym, by to było przyczyną. Nie mniej granicę mam cały czas ustawioną na 75 kg i gdy przez dwa ważenia moja waga spadnie poniżej tej granicy, nawet jeżeli nie będę wyczuwał negatywnych objawów, to przerywam i wracam do codziennego odżywiania stałego. Póki co to był bardzo fajny dzień.

BLOK IV 12.04-15.04.19r

DZIEŃ13- DZIEŃ JEDZENIA „TEST BIEGOWY POD TRIATHLON”

Dużo zmarnowanego czasu na wybór blendera by za jak najmniej wybrać jak najlepszą jakość. Dostrzeżenie tego uświadomiło mi, że nadal bardzo mocno absorbują mnie sprawy mało ważne, nadal wydając pieniądze kieruję się jakimś poczuciem niedostatku.

Jak zwykle pytanie, czy to jest właściwy dzień na trening i jeżeli tak, to jaki.

Jeżeli chodzi o jedzenie, to kolejny dzień jedzenia, w którym od rana nie miałem ochoty na nic stałego więc do wczesnego popołudnia tylko na sokach i szejkach. W końcu jednak pojawił się smak, który usatysfakcjonowałem całkiem obfitym, surowym posiłkiem.

„To, że wege nie oznacza, że zdrowe”

Kupiłem lody wegańskie, ale w domu głos wewnątrz mówił by nie jeść ich. Kurcze, o co chodzi? Powalczyłem trochę i słuchając tego głos jednak wywaliłem. W tym samym czasie zadzwonił telefon, więc te lody sobie topniały, a ja o nich zapomniałem. Potem poszedłem na trening ponownego testu dwóch godzin ciągłego, spokojnego biegu. W porównaniu z biegiem sprzed czerech dni tym razem mega swoboda i brak nieprzyjemnych reakcji ze strony kolana czy kręgosłupa. Frajda!

Co do lodów w kibelku, to dopiero po powrocie zauważyłem, że nadal tam są i co otworzyło mi oczy, w niewiele zmienionej konsystencji. Co oni tam dodają?! Czy lody nie powinny topnieć? Jedząc je, ta maź oblepiłaby tylko jelita. Po raz kolejny została mi zwrócona uwaga na to, że nawet jedzenie wegańskie wcale nie musi oznaczać zdrowego i że zawsze należy zachowywać czujność i pogłębiać świadomość. Dopiero teraz zrozumiałem i cieszę się, że byłem posłuszny wywalając je.

DZIEŃ 14- DZIEŃ PICIA „SŁUŻBA”

Dzień totalnie wybił z rytmu w jakim byłem od początku stosowania tego schematu. Najpierw manewry do wczesnego popołudnia, potem ogarnianie sprzętu przeplatane z wyjazdami. Od ok 16 bardzo mocno dawała się w kość senność. Próbowałem przetrzymać do wieczora, ale noc na pierwszym wyjazdowym wozie to bardzo duże prawdopodobieństwo braku możliwości zdrzemnięcia się. Nie chciałem ryzykować, więc jak tylko nadarzyła się chwila wolnego to uzupełniłem potrzebę snu. Wcześniej wiedząc, że nie mam takiej możliwości wspomogłem się kawą. Nie lubię wykorzystywać takiego wspomagania jeżeli ewidentnie wiem z czego wynika deficyt. Wiem, że jest to tylko doraźne „leczenie” skutku, a nie przyczyny dysfunkcji. Dopuszczam jednak takie radzenie sobie z niesprzyjającymi okolicznościami zewnętrznymi, jednocześnie zastanawiając się co mógłbym zrobić, by w przyszłości nie dopuszczać do podobnych sytuacji. Niestety, po dwóch tygodniach zmuszania się do codziennego wstawania o 5 rano, próba uregulowania stałych godzin snu nie udała się, więc na razie nadal nie mam pomysłu co dalej. Zostawiam to wiedząc, że z czasem wskazówka co dalej z tym zrobić się pojawi, a póki co akceptuję środki zaradcze tymczasowe. 🙂

Trening: Niewyspanie, więc odpada. Widząc jak ważne jest systematyczne rozbijanie mięśni i powięzi szczególnie po intensywnych wysiłkach byłem na 100% pewien, że dzisiaj także będę rolował i rozbijał te najbardziej blokujące ruch mięśnie ale przy takim poczuciu niewyspania nie miałem ochoty nawet nawet na taką aktywność. Jutro drugi dzień od biegu, więc dzień kiedy ból powysiłkowy jest największy. Zobaczymy. Dzisiaj natomiast choć czuję nogi, to bardzo się cieszę, że nie pojawiają się żadne bóle w stawach. Ból mięśni jest zdrowy, ból stawów nie.

Miał być dzień na płynach, ale jeszcze wieczorem zjadłem 1 banana i 2 daktyle. Ponadto połowa dzisiejszych płynów to szejki ze zmiksowanych a nie wyciśniętych owoców. To tak jakbym jadł, tylko zamiast gryźć, wstępnie miksuję ale do żołądka jednak trafiają także części stałe więc kwestia „Jem” czy „piję” może być dyskusyjna. Z niesurowych produktów to dwie łyżki masła orzechowego dodanego do szejku, piwo bezalkoholowe pasteryzowane, kawa z owsianym mlekiem UHT. Mimo tego, że są to produkty na pewno wege, to jednak „raw” już nie do końca, to jednak dobrze się czuję sięgając po nie. Pozwalam sobie na pewną swobodę i luzik w trzymaniu się schematu. Byle by tylko mieć uwagę czy taka swoboda nie ciągnie coraz bardziej w niepożądaną stronę, a jeżeli tak, to rozpoznać rzeczywistą potrzebę. Na razie nie mam zauważam takiej tendencji.

Jutro dzień suchy i powiem, że mimo niewyspania, mimo niepewności jak minie noc, mimo większej ilości szejkow w stosunku do wypitych płynów klarowanych, mam wiele spokoju i takiego poczucia akceptacji wszystkiego co się wydarzy w stosunku do jutrzejszego dnia.

DZIEŃ 15- DZIEŃ BJ&BP    „DZIEŃ ODPOCZYNKU PO SŁUŻBIE”

Po wstaniu znów nie było zakwasów ani innych dolegliwości poza coraz bardziej narastającym pragnieniem snu. Dlatego po powrocie od razu sen, i to 1,5h. Pomogło, chęć do życia i energia wróciły. Mogłem zrobić porządne rozwałkowywanie i rozciąganie mięśni. Z innej aktywności spokojny spacer w lesie.

„CZAS PŁACZU I ŻAŁOŚCI”

Smutekl, żal, przykrość, łzy. Tak blisko mam w sercu osoby, które miałem okazję spotkać na swojej drodze rozwoju duchowego zanim poznałem Jezusa. Tak wyraźnie widzę, jak Duch Święty dotyka moich niechrześcijańskich przyjaciół ale Zły wykrada to zniechęcając religijnymi kłamstwami lub czasami  jakaś część nich samych nie pozwala dostrzec prawdy o Chrystusie. Niestety nie przyjmując zbawienia przez wiarę, odbierają sobie możliwość wskrzeszenia do życia w Tysiącletnim Królestwie na Nowej Ziemi.

Tymczasem dzień chyli się ku końcowi i towarzyszy temu ogromna radość z kondycji. Mimo bycia na sucho, mimo wczorajszej dość ciężkiej służby i nieprzespanej nocy cały dzień minął bez osłabienia czy innych negatywnych objawów, które pojawiały się w trzech wcześniejszych blokach czterodniowych. Osad na zębach i nieświeże uczucie w ustach to najbardziej nieprzyjemny dzisiejszy objaw niepicia. Żadnych myśli by przerwać, wręcz przeciwnie, myśli jaki następny mógłbym wykonać krok. Co prawda po kąpieli jednak przyszło wyraźne osłabienie, ale to już było przed samym zaśnięciem, więc przyjąłem je ze spokojem.

NOC: W końcu fajny, „normalny” sen. Normalny, czyli ciągły, bez dziwnych wybudzeń, poza telefonem o 23ciej, kiedy zadzwonił syn. Jednak mimo tego, bardzo szybko znowu zasnąłem. Rano obudzenie na budzik a nie samemu- to także mnie ucieszyło i po tak przespanej nocy wstałem z przyjemnością, a  gdyby nie chęć i obietnica zawiezienia syna na egzamin, pewnie pospałbym jeszcze trochę.

DZIEŃ 16 PICIE.

Po pierwszym piciu wody z sokiem z połowy grejpfruta wyraźne zamulenie i zjazd energetyczny. Zauważam jednak, że często tak reaguje organizm na pierwsze picie po dniu suchym wiec spokój. 20 minut poleżenia w zupełności pomogło. Potem jak zwykle do pierwszego wypróżnienia (jest to nieustalona reguła) tylko rozcieńczone i klarowane soki, piwo B.A i kawa. Następnie trening- basen i dopiero po nim, od ok 17tej szejki.

TRENING-nie chciało mi się, mięśnie nóg nadal nie zregenerowały się do końca, miałem więc wymówkę, by jeszcze dzisiaj odpuścić. Z drugiej strony coraz bardziej czuję słabość, mniej siły w rękach i widzę, jak ubywa masy mięśniowej, którą budowałem zanim nie zmieniłem charakteru treningów. Nie podoba mi się to, więc ponieważ nie znajduję przyczyny osłabienia górnych partii w przetrenowaniu, zmusiłem się do wyjścia na basen pomagając kawą. Trening techniczny, wysiłek tak na 40% po czym relaksik w części rekreacyjnej -:). Konkretny wysiłek zostawiam sobie na jutro. Stanowczo dla zachowania równowagi brakuje mi wysiłku siłowego dlatego od dawna chcę wrócić do systematycznej kalisteniki ale ciągle coś mi przeszkadza. Mam nadzieję, że jutro nie będzie aż tyle wyjazdów, by znów stały się przeszkodą. Analizując treningi widzę, że  co prawda wytrzymałość i kondycja  wzrosły ale jednak dla mnie jeżeli jest to kosztem spadku siły i nawet objętości masy mięśniowej, to traktuję to jako brak równowagi w harmonijnym dbaniu o całość. Czas więc na kolejne zmiany i zacząć zmuszać się do innego wysiłku- mniej powtórzeń, wolniejsze ruchy przy większych obciążeniach, a myślę, że  będzie dobrze.

BLOK IV PODSUMOWANIE NAJLEPSZY

Brak myśli by przerwać, niewielki spadek samopoczucia i spowolnienie ruchów ciała w dzień suchy. Nie wiem, co jeszcze mogę napisać. Ostatnia noc, to pierwszy od paru tygodni fajny, ciągły sen. Na razie była to jedna noc więc nie mogę powiedzieć, że w tej kwestii nastąpiła już zmiana na dłużej. Jedyne co mi się nie podoba, to cały czas, coraz bardziej postępujący spadek siły i masy mięśniowej, szczególnie ramion. Generalnie ok.

PISANE później.

BLOK V DNI 17-20 

DZIEŃ 17 -JEDZENIE SŁUŻBA STRAŻ

Dzień, kiedy jadłem dużo za dużo. Przyczyny:

1.Pozytywne emocje. Dawno nie miałem tak fajnej możliwości, by opowiadać o zbawieniu przez Jezusa, że gdy pojawiło w obliczu pewnej sytuacji, to bardzo to przeżyłem. Mając poczucie, że słowa trafiają na podatną glebę gotową do przyjęcia zbawienia, dziękowałem Bogu. Jednak tak pozytywne emocje sprawiają, że oddałem się nadmiernemu jedzeniu. Bardzo się cieszę, że mimo przyzwolenia na wszystko, jeżeli chodzi o jakość, nadal chęć nie wychodziła poza roślinne produkty. 

2. Niewyspanie. Niestety noc poprzedzająca znów była przerywana, a służba nie pozwoliła na regenerację. Do południa było jeszcze znośnie ale po południu senność była bardzo wyraźna i tak spowalniająca, że starałem się tylko przetrwać do końca służby.  Czyli pomimo planu i pragnienia znów nie udało się zrobić treningu siłowego. Nawet, gdy po drugiej kawie, na chwilę pojawiła się myśl i chęć na trening, to miałem świadomość, że organizm nie jest wypoczęty i ta chęć to tylko pobudzenie po kawie. To nie był dzień na wysiłek- znów odpuściłem mając na uwadze przede wszstkykim zdrowie.

Dzień był tak pomieszany, że wieczorkiem wypiłem jeszcze jedną kawę, która w połączeniu z obfitym jedzeniem spowodowały, że gdy przyszła pora nocna, cały czas byłe pobudzony i nie miałem ochoty na odpoczynek. Dopiero ok 01 w nocy znów poczułem senność. Nie lubię takich dni. Totalnie rozwalone. Czyli przespana fajnie noc pomiędzy 14 a 15 dniem okazała się wydarzeniem jednorazowym, a nie powrotem do zdrowego, ciągłego snu. Szkoda. Pozytywna emocja i niewyspanie- w tym więc upatruję dzisiejsze nadmierne jedzenie.

DZIEŃ 18- PICIE  „ODSYPIANIE”

Półtora godziny zdrowej drzemki przed południem po powrocie ze służby sprawiło, że wróciłem do żywych i choć nadal musiałem nieco zmusić się do treningu, to gdy udało się podjąć wewnętrzną decyzję i wyjść z domu, okazało się, że znów był to bardzo fajny, intensywny i techniczny trening na basenie. Dzisiaj przede wszystkim pracowałem nad chwytem wody.

DZIEŃ 19- BJ&BP     „NIC SZCZEGÓŁNEGO”

Oczywiście czułem osłabienie, ale znów chyba mniejsze niż ostatnio. Dzień minął  spokojnie, na dużo wolniejszej energii niż normalnie. Gdy wczesnego popołudnia zmusiłem się do intensywnego rolowania i rozciągania, odżyłem i chyba to utrzymało mnie na nogach. Dopiero wieczorem większe zakupy a więc przemieszczanie się pomiędzy różnymi sklepami wyraźnie przygasiło chęć do życia. To był jednak już czas na sen, więc z przyjemnością, bez prysznica i pościeli zasnąłem pod śpiworem.

NOC 19/20 FAJNA 7 godzin ciągłego snu wystarczyło, by o 5 rano z ochotą wstać do pracy.

DZIEŃ 20-PICIE „SŁUŻBA”

Pierwsze picie po dniu suchym, to picie rozcieńczonego klarowanego soku tak małymi łyczkami, że mam poczucie picia bardziej śliny o smaku pitego owocu, która zaczyna wtedy intensywnie się wydzielać, niż tego soku. W ten sposób przez 2 godziny podróży wypiłem 0,7l płynu. (Nie licząc śliny. 🙂 )

Znów mogłem podzielić się fragmentem z Biblii, który w ostanich dniach rozważania Psalmów bardzo mnie poruszył i zamieściłem go na FB: Ty, Panie Jezu ofiarowując swoje życie na krzyżu wyzwoliłeś nas z sideł, a zmartwychwstając i wlewając w nasze serca swojego Świętego Ducha łamiesz wszelkie klatki. Tylko dzięki Tobie na zawsze jesteśmy wolni. Chwała CI Boże żywy, jedyny prawdziwy.

Dzisiaj jednak najbardziej cieszę się z tego, że w końcu zrobiłem trening siłowy. Oczywiście, po ponad trzytygodniowej przerwie czuję wyraźny spadek siły. Dlatego tęsknię za zdrowym, ciągłym snem co umożliwi odpowiednie trenowanie. Jak pokazał dzisiejszy dzień, 7 godzin snu wystarczy. Nawet nie czułem potrzeby na dodatkową drzemkę w ciągu dnia.

Jeżeli chodzi o odżywianie, to po dniu suchym piję tyle, na ile mam ochotę i dzisiaj np było to ok 3l płynów w postaci soków i potem szejków do których blenduję np ziarna słonecznika lub trochę masła orzechowego. Jest godz 21 i bardzo fajnie się czuję.

BOŻA ŁASKA ŻYCIA W OBFITOŚCI. Musiałem się upomnieć ponieważ w ostatnich dniach zacząłem martwić się o pieniądze, zapominając, że gdy kroczy się drogami Boga, to On, bez naszej troski, daje nam wszystko czego potrzebujemy. Zapomniałem, że przecież od wielu lat otrzymuję od Niego tyle ile jestem w stanie przyjąć, a jeżeli zdarza się, że przestaję odczuwać obfitość to tylko ze względu na moje ograniczenia i niewłaściwe patrzenie.

PISANE 29 DNIA:

BLOK VI OKRES ŚWIĄT WIELKANOCNYCH

DNI 21-24

Trzy noce pod rząd spałem bez wybudzania. Siedem godzin takiego snu pozwalało potem fajnie spędzać dzień bez konieczności drzemki. Ucieszyłem się, że w końcu przyszło znormalizowanie i że w końcu będę mógł zagospodarowywać efektywnie czas w ciągu dnia. W bloku VI dzień BJ&BP znów wypadał, gdy miałem służbę. Oczywiście spowolnienie pojawiło się, jednak nie przeszkodziło w popołudniowym, całkiem fajnym treningu siłowym. Jest to już drugi taki trening więc chyba wracam do kalisteniki. Siła w stosunku do czasu sprzed paru tygodni, gdy ćwiczyłem regularnie jest kiepska i tak np. z ledwością wytrzymałem trzy serie stania na rękach po 1 min w oparciu stopami o ścianę. Ciekawe, że udało się zrobić cztery serie po 8 siłowych podciągnięć na drążku, a więc mniej więcej tyle, co w czasie, gdy ćwiczyłem. Teraz ważę jednak ok 5 kg mniej, więc być może dlatego utrzymała się ta sama ilość powtórzeń. Wiem, że dla większości ćwiczących siłowo są to śmieszne ilości powtórzeń. Robię jednak tyle ile robię. 🙂 Dzień po służbie, czyli w ostatni dzień bloku pojawił się silny ból kręgosłupa.

ŚWIĘTA- nie obchodziłem w żaden sposób. Szkoda, że nie zorganizowałem się, by przed nimi porozmawiać z dziećmi i wyjaśnić im dlaczego nie obchodzę „zajączka”. Myślę, że cała trójka już jest na tyle dojrzała, by móc im powiedzieć, że tradycja katolicka bardzo odbiega od Drogi Biblijnej, którą ja pragnę chodzić. Myślę, że są już gotowi, by przyjąć mój wybór ze zrozumieniem. Niedzielny czas poświęciłem na modlitwie, rozmyślaniu o Bogu, Jezusie i Duchu Świętym podczas długiego spaceru na boso w lesie. Czasami odzywał się smutek, że tak rzadko spędzam czas ze wszystkimi dziećmi razem. Najpierw relacja z Córką się osłabiła, a teraz dostrzegam, że wraz z usamodzielnianiem się synów, my także zaczynamy widywać się coraz rzadziej i krócej, przez co nasza bliska, fajna relacja chyba także słabnie. Miłość nigdy nie osłabnie, ale relacja, jeżeli o nią się nie dba bardzo szybko. Nie mieszkając na co dzień z dziećmi, zdaję sobie sprawę, że jest to cena, którą płacę za brak cierpliwości, który wykazałem podejmując decyzję o rozwodzie. Nie wiem, czy teraz podjąłbym inną decyzję ale myślę, że tak, że dzięki świadomości i docenieniu tego, jak poświęcił się dla mnie Jezus, inaczej patrzę na ludzi. Myślę, że jeszcze bardziej, jeszcze dłużej próbowałbym zbudować rodzinę, w której wszyscy czuliby się szczęśliwi.

BLOK VII

DNI 25-28

Przez całe cztery dni ból. Częste rozmasowywania, wałkowania i uciski tzw punktów spustowych. Ból miejscowy przy nacisku, ale potem wyraźna poprawa rozluźnienia w kręgosłupie. Ewidentnie pomagało.

Znów szukam przyczyny pojawienia się tego bólu i znajduję wiele, różnych:

  1. Przewianie- po dwóch godzInach jazdy samochodem po służbie do domu, wysiadłem w krótkim rękawku nie zwracając uwagi, że mimo słońca jest silny, zimny wiatr. Potem odpadła osłona miski olejowej silnika, więc leżałem na ziemi naprawiając ją- wysiłek, rozgrzanie, dziwne pozycje i znów wystawienie na wiatr.

  2. Trening siłowy- powrót do ćwiczeń siłowych to zupełnie inne obciążenie dla kręgosłupa i myślę, że to również mogło wpłynąć na osłabienie.

  3. Spadek wagi prawie do poziomu ustalonej dolnej granicy po przekroczeniu której mam przestać kontynuować schemat i wrócić do dawnego odżywiania. Co prawda jest to na razie 66 kg i to na zakończenie dnia suchego postu ale i tak, 1 kg do ustalonej granicy wzbudza czujność. Teraz rozumiem skąd uczucie napięcia skóry całej twarzy. Jeżeli twarz tak się napięła, to być może i plecy, mięśnie przykręgosłupowe spowodowały większy nacisk na kręgi i wystąpienie bólu. Kojarzę, że chyba parę razy wcześniej, gdy waga spadała również pojawiał się ból kręgosłupa. Nie jest więc to tylko pojedynczy przypadek, tylko jakaś reguła, że szybki spadek wagi może powodować bóle.

  4. Element emocjonalny. Zachorował dowódca zmiany, na której jestem i jako najstarszy zastępuję go. Pojawiły się więc zupełnie nowe okoliczności zewnętrzne w których się znalazłem. Do tej pory gdy kończyłem służbę wracałem do domu i nie myślałem o straży. Teraz czuję odpowiedzialność za to jak wygląda na zmianie. Organizacja szkoleń, wypełnianie dokumentów, zapewnienie ludzi na każdą służbę, wyjaśnianie różnych pojawiających się sytuacji. Przejmuję się trochę, a czas po służbie przestał być tylko moim prywatnym czasem i zaczęły wdzierać się do niego sprawy zawodowe.

Blok zaczyna dzień jedzenia i w tym bloku sięgnąłem pierwszy raz od ponad miesiąca  po przetworzone wegańskie stałe jedzenie. Był to hot-dog i kebab z ciecierzycy. Zanim zdecydowałem się odejść od surowizny widziałem, że coś jest nie tak, że od początku dnia jedzenia, pomimo, że jem więcej niż zwykle surowizny i tak nie mogę zajeść nawet orzechami i avokado. Żołądek mam pełny, nawet za bardzo, ale cały czas czuję potrzebę na coś i jest to coś przetworzonego. Ponieważ podobne uczucie było już w poprzednim bloku, ale jednak myśl o jedzeniu przetworzonych była bardziej odpychająca niż to pragnienie, wtedy jakość przetrwałem ten dzień jedząc więcej orzechów i szejki z avokado. Tym razem jednak chęć na burgera była jeszcze silniejsza i atrakcyjna do samego końca. Idąc, kupując i jedząc sprawiała przyjemność, zadowalając to :pragnienie”. Znów więc introspekcja co spowodowało, że odszedłem od raw-food:

  1. Nowa sytuacja zewnętrzna której jeszcze nie znam i dopiero się uczę. Emocje związane z zastępowaniem d-cy zmiany

  2. Spadek wagi. Jedząc jeszcze nie wiedziałem ile ważę, bo zważyłem się dopiero trzeciego dnia tego bloku. Ale najwyraźniej mój organizm osiągnął poziom dla niego graniczny i nie podoba mu się to. Podświadomie, naturalnie domaga się więc by trochę oddalić się od tego stanu.

  3. Ból kręgosłupa. Dyskomfort fizyczny. I to bardzo silny, bardzo ograniczający nawet normalne funkcjonowanie na pewno osłabił moją uważność, a nie będąc przed tym postem jeszcze całkiem ugruntowanym na poziomie odżywiania surowego, spowodowało to powrót do tego, co było już ugruntowane, czyli przetworzonych produktów wege.

Myślę, że są to wystarczająco silne powody, by uznać je za źródło odejścia od jedzonka surowego. Co czuję w związku z tym? Absolutnie żadnych negatywnych emocji. Cały czas stawiam siebie, swoje ciało w nowych, nieznanych jeszcze okolicznościach, a czasami to ja jestem w nich stawiany więc jedynie co czuję , to ciekawość w obserwowaniu siebie. Wchodząc na nowe obszary musimy mieć akceptację dla wszystkiego co będzie się wydarzało. Obserwować, poznawać, uczyć i jedynie starać się reagować na to, co się wydarza w możliwie najlepszy dla nas sposób.

Ostatniego dnia bloku jednak poczułem poprawę od tego stopnia, że mogłem sobie zrobić 5 kilometrowy spacerek po lesie nie musząc iść niedołężnie zgiętym w biodrach. Potrzebowałem więc 3 pełnych dni rozciągania, masowania, ugniatania, rozluźniania, by poczuć poprawę. Mniej więcej właśnie tyle potrzebuję gdy pojawia się taki ból. Bez lekarstw, bez środków przeciwbólowych, tylko fizjoterapia. Nie uznaję lekarstw przeciwbólowych ponieważ nie leczą przyczyny, tylko łagodzą objaw. O ile ból jest do wytrzymania wolę go czuć bo zmusza do ostrożności, większej uwagi i dbania o siebie, a także pokory. Tym razem problemem największym wyzwaniem była niemożność wzięcia zwolnienia lekarskiego i konieczność pełnienie służby w takim stanie. Nie było to mądre dla mojego zdrowia, ale biorąc L4 zostałby ściągnięty kumpel, któremu bardzo zależało na wolnym w tym dniu. Na szczęście mamy tak fajne relacje na zmianie, że inni dowódcy pełniący w tym dniu służbę zgodzili się w razie wyjazdu pojechać za mnie, a wieczorem ból był na tyle znośny, że w nocy już mogłem ja jeździć.

BLOK VIII

DZIEŃ 29-JEDZENIE „SŁUŻBA STRAŻ”

Niestety znów przetworzone jedzenie: mały słoiczek smalcu wege i tortilla z wędzonym Tofu i surówkami. Tym razem ból kręgosłupa nie był powodem, bo czułem się dużo swobodniej, Nadal boli, ale już nie paraliżuje. Pozostało więc zwrócenie uwagi na nową sytuację w pracy, która wzbudza emocje (pozytywne) oraz spadek wagi. Może jeszcze brak regularnego snu, bo po tych trzech fajnie przespanych nocach, teraz znów wrócił nie dający wypoczynku sen przerywany.

DZIEŃ 30- PICIE „SPOTKANIE Z SYNAMI”

Koniec strajku nauczycieli to powrót dzieci do szkoły, więc po tygodniu przerwy, gdy kończą zajęcia znów codziennie wpadają do mnie. Tęskniłem.  Mogłem oczywiście spotykać się gdy nie chodzili do szkoły, ból jednak nie pozwoliłby aktywnie z nimi spędzić czasu, więc nie zabiegałem o nasze spotkania.

DZIEŃ 31-BJ&BP „DZIEŃ BEZPŁCIOWY”

To już VIII blok, a nadal podczas dnia postu całkowitego czuję wyraźne osłabienie, senność, spowolnienie. Muszę się przyznać, że nie chce mi się już dłużej ciągnąć tego schematu. Często rozważam co jest powodem, że ciało się nie przyzwyczaja, że osłabienie nie staje się coraz mniejsze z każdym blokiem. Jakie przyczyny pojawiają się w głowie?

  1. W dniu poprzedzającym dzień niepicia, zamiast pić coraz delikatniejsze, bardziej klarowne płyny, tym razem do końca pochłaniam szejki. To, co nie zostaje do następnego dnia wypłukane, zalega więc i w dniu BJ&BP zmusza układ trawienny do zwiększonej pracy niż byłby pusty, żeby przepychać te stałe elementy i je wydalić. Brak wody dodatkowo zagęszcza, więc raczej nie pomaga w tym procesie przesuwania.

  2. Zapętlenie przyczynowo skutkowe: spadek wagi naciąga skórę, ta napina mięśnie, które bardziej naciskają na układ kostny powodując ból w najsłabszych ogniwach- czyli u mnie kręgosłup lędźwiowo-krzyżowy. Ból zniechęca do aktywności fizycznej, a ta sprawia, że wolniej krąży krew, jest niższe ciśnienie, wolniej następuje usuwanie złogów które najsilniej wywalane są właśnie gdy nie dostarczamy organizmowi wody. Zwiększenie złogów to pogorszenie samopoczucia, osłabienie, niechęć na ruch…

DZIEŃ 32-PICIE „SŁUŻBA W STRAŻY” 

Nadal kręgosłup. Szczególnie rano co powoduje, że ociągam się z wstaniem. Trwam więc starając się w tym czasie pracować z myślami wyciszając je, lub rozważając  to, co się pojawia, gdyż czas zaraz po przebudzeniu, to czas, kiedy możemy znaleźć najwięcej odpowiedzi. Nie jest to moim wyborem, wolałbym wstać i spędzać czas aktywnie, ale nie mogąc, próbuję odnaleźć się w tej słabości. Widząc jak Duch Św. Działa przez innych, modlę się by dalej prowadził ich na żniwo, dla zbawiania jak najwięcej dusz nie znających jeszcze osobiście Jezusa.

Pojawił się ustalony objaw, po zauważeniu którego powinienem przerwać aktualny schemat. Jest to uczucie wyraźnego zasysania okolicy oczu, a od paru dni jeszcze bardziej wyraźne napięcie, naciągnięcie skóry na twarzy. Zważyłem się i nadal 66 kg na koniec dnia suchego, czyli tak jak cztery dni temu zatrzymała się 1 kg nad ustalonym minimum. Osłabienie wyraźne przez cały dzień choć nie tragiczne, treningu znów nie zrobiłem poza bardzo delikatnym rozciąganiem. Mimo picia, do końca dnia nie zniknęło nieprzyjemne napięcie na twarzy. Wklęsłe policzki, wyszczuplenie twarzy-nie podoba mi się. Mając takie objawy normalnie bez wahania przerwałbym. Ponieważ jednak dzisiaj kończy się już VIII blok i do końca planu zostały tylko dwa powtórzenia chcę potraktować te ostanie dwie zmiany jako bardziej intensywny trening, postną siłownię. Jeżeli chodzi o ogólną kondycję to cały czas mogę wypełniać codzienne obowiązki. Głównym przeszkadzaczem jest ból kręgosłupa a nie odżywianie,  więc nie przerywam. Chcę też sprawdzić hipotezę, że ból pleców wynika ze spadku wagi. Mam wrażenie, że nasila się w dniu suchym, kiedy waga jest najniższa i łagodnieje z każdym dniem wracania do picia.  Jeżeli w tych dwóch ostatnich blokach zauważę tę prawidłowość potwierdzi się moje spostrzeżenie. Jest to ważne, ponieważ potwierdzenie zmusi mnie do podniesienia dolnej granicy wagi tak, by móc nawet podczas postów suchych cały czas ćwiczyć bez powodowania kontuzji.

POZYTYWY: Pomimo dwóch dni wystawiania się na słońce nie pojawiły się plamy łupieży pstrego na plecach, a jedynie pozostały na jednej ręce ale bez jakiegoś wyraźnego zaostrzenia. Bardzo się cieszę, bo oznacza to, że organizm cały czas oczyszcza się i już prawie oczyścił. Długo to trwało, bo prawie dwa lata, ale bez użycia żadnych medykamentów poza dosypywania szczypty boraksu do pitej kranówy i kąpieli ze sporadycznym dodawaniem trochę tiosiarczanu sodu. Myślę jednak, że najwięcej do zdrowienia przyczynił się surowy sposób odżywiania (w 90%), systematyczne treningi i systematyczne poszczenie.

Niepokoi mnie następny dzień suchy, gdyż będzie to służba na której będę dowódcą pierwszego wozu wyjazdowego. Muszę zachować szczególną uwagę, by w razie konieczności przerwać.

BLOK IX

DZIEŃ 33-JEDZENIE

Nadal brak treningu to najbardziej zniechęcająca rzecz. Nie potrafię powiedzieć czy wynika to z tego systemu, czy przez ból kręgosłupa, czy może wypadłem z rytmu i plecy oraz schemat to tylko wymówki. Nie wiem, nie jest jednak fajnie i w tym dniu zapisałem, że cieszę się, że to już przedostatni blok-jeszcze tylko 2.

Pozytywnie natomiast się zaskoczyłem, gdy pomimo otwartości na wszystko do jedzenia, znów już sama myśl o przetworzonych potrawach jest odpychająca. Ani burger, ani tortilla. Przyjąłem tę reakcję z radością i absolutnie nie zmuszałem się, choć były i takie przelotne pomysły.

Po kręglach z chłopakami zabrałem ich na lody i nawet kupiłem sobie sorbet truskawkowy z produkcji lodów naturalnych, który kiedyś bardzo lubiłem. Poczucie smaku, stopnia przyprawienia, słodkości wraz ze zwiększaniem jedzenia surowego zmienia się jednak. Smaki stają się dużo bardziej wyraziste przy dużo mniejszej ich intensywności wobec czego lód okazał się tak słodki, że nie smakował mi i oddałem dzieciom, ku ich nieukrywanemu zadowoleniu. Dzień jedzenia minął na jednym posiłku stałym, a reszta to soki i szejki. Fajnie.

DZIEŃ 34-PICIE „BEZCZYNNOŚĆ ZABIJA”

Analizując wieczorem dzień przyłapałem się, że najwyraźniejszą wymówką dla nie ćwiczenia chyba jest “nie chce mi się”. A najgorsze jest to, że nie chce mi się zmotywować do chcenia.

Inną przyczyną zabijającej bezczynności jest pragnienie podążania przede wszystkim wg woli Boga. Chcę, widzę ile jest do wykonania pracy wokoło, jak niewiele czasu zostało, ale nie czuję prowadzenia, nie bardzo wiem co mam robić więc czekam na jakąś inspirację, a przeciągające się oczekiwanie to nic innego jak bezczynność, ospałość, lenistwo. Choć większość czasu kieruję uwagę w stronę Boga modląc się, czytając i rozważając Biblię, słuchając nauczań innych, to jednak czuję jak czas, dni przelatują między palcami bez podążania w jakimś wyraźnym kierunku. Męczę się nie mając pewności, czy wykonuję pracę dla Boga, dla jego chwały którą jest zbawienie jak największej liczby dusz.

Najmilszą niespodzianką dnia było to, że zabierając znów dzisiaj synów na kręgle,  córka poszła z nami. 🙂 W końcu czas z całą trójką moich kochanych dzieci! Brakuje mi takich wspólnych spotkań. Wykorzystałem to, by bez wchodzenia w szczegóły, krótko wyjaśnić dlaczego nie obchodzę tak jak one, świąt wielkanocnych. Chyba zrozumiały i zaakceptowały.

Nasz wspólny czas, jak zwykle doładował mnie i jeszcze wieczorem poszedłem na 5 km leśny spacer.

DZIEŃ 35-POST SUCHY „STRAŻ FAJNIE” (jak na dzień BJ&BP)

Chyba najlepszy dzień pod względem samopoczucia i kondycji ze wszystkich suchych od początku tego schematu. Oczywiście osłabienie było co najbardziej jest odczuwane w spadku siły, jednak jeżeli chodzi o takie normalne funkcjonowanie to było do tego stopnia fajnie, że po raz pierwszy tak wyraźnie utwierdziłem się w przekonaniu, że to utrzymujący się ból w plecach a nie niejedzenie i niepicie jest głównym powodem osłabienia. Dlatego pod wieczór zrobiłem bardzo delikatne, tak na ok 15% mocy 45 minutowe rozwałkowywanie i rozciąganie na siłowni.

W nocy dwie interwencje ale też było spoko.

DZIEŃ 36-PICIE  ale „BEZ SZAŁU”

Pierwsze picie, jeszcze w pracy i bardzo wyraźnie, już po paru minutach dosłownie mnie ścięło. Czułem jak ten pierwszy rozcieńczony sok grejpfrutowy znów na chwilę odłączył mi zasilanie. Czasami organizm na pierwsze picie reaguje jakby dostał dopalacza ale czasami jest taki zjazd. Przy drugim piciu wody z bananem +druga połówka grejpfruta, jednak już jest mega doładowanie. Mega jak na dzień poprzedni, bo patrząc na dni “normalnego” odżywiania to i tak cały czas funkcjonuję w osłabieniu.

Spacer w lesie z uwagą przy Bogu I modlitwą- takie osobiste spotkanie.

BÓL FIZYCZNY”

Im dłużej i bardziej boli, tym czuję, że moja wiara umacnia się, tym mam więcej wdzięczności za to, co zrobił Jezus. Jeżeli ja, jako człowiek którego częścią życia jest doświadczanie bólu tak wyraźnie słabnę, tak tracę radość życia przy pojawianiu się różnego rodzaju dyskomfortu, to myśl tego co dokonał Jezus wybierając dla mojego odkupienia doświadczenie ogromnego bólu fizycznego-gdy przez wiele godzin był biczowany do krwi i krzyżowany, bólu emocjonalnego-gdy zanim to nastąpiło i wiedząc o tym, co go czeka już tak bardzo odczuwał ból strachu, a mimo tego i upokarzania go, opluwania wyśmiewania… zachował czystość serca i zniósł to wszystko dla mnie. Czym wobec jego działa jest więc mój ból? Ja jako człowiek fizyczny muszę doświadczać sytuacji związanych z bólem ale On jako Bóg nie musiał. Teraz więc, czując tak wyraźne zniechęcenie, już przy tak znikomym dyskomforcie, uświadamiam sobie co zniósł dla mnie Jezus i akceptuję mój ból wyrażając wdzięczność w jego stronę. Nie neguję nieprzyjemnych doświadczeń własnych, daleki jestem od gloryfikowania ich, ale świadomość Chrystusa pozwala mi je zaakceptować i znosić z pokorą, z jeszcze pełniejszym zrozumieniem i doświadczeniem Boga objawionego w osobie Jezusa Chrystusa. 

BLOK X

DZIEŃ 36- JEDZENIE “WOW”

1.JEDZENIE: Dwa dni temu, jeden z moich znajomych widząc jak często miksuję owoce oraz ilość przywożonej do pracy „zieleniny” stwierdził, że muszę dużo jeść. Kurcze, rzeczywiście patrząc z boku, obserwujący może tak pomyśleć i poczuć zniechęcenie do odżywiania surowego wegańskiego. Prawda jest jednak taka, że nawet teraz, przy odżywianiu surowym w większości jem bo lubię a nie bo muszę czując głód. Tłumaczę tak ale zdaję sobie sprawę, że bez dawania przykładu słowa nie docierają i nie dotykają. Nie jestem jednak jeszcze gotowy, nie czuję takiego pragnienia by ograniczać ilość do poziomu, by zaspokajać tylko rzeczywistą potrzebę ciała. Na ten czas zaspokojenie potrzeby mentalnej jest tak samo ważne jak fizycznej. Robię więc swoje zostawiając obserwatorów z ich przekonaniami.

TRENING: Po południu, po raz pierwszy od 12tu dni poczułem, że nie czuję bólu ani dyskomfortu w plecach. Ale luzik! Jaka radość i od razu przypływ energii. Od razu chęć na porządny wysiłek, aż musiałem świadomie pohamować siebie. Spokojnie, nie szalej. Poobserwuj przez parę dni.

Rozwaga jest dobra w każdej sytuacji bo po paru godzinach jednak znów poczułem, że mam plecy i kręgosłup. Nie mniej ta chwila swobody była wspaniała. Próbuję określić czy poprawa ma związek, z dniami picia i jedzenia i wydaje mi się, że jednak tak. Niepicie nadal wpływa osłabiająco przez co nie mam ochoty na wysiłek, a gdy piję chęć na aktywność pojawia się. Ponieważ tak wyraźna poprawa miała miała miejsce po raz pierwszy, żeby odpowiedzieć musiałbym przynajmniej jeszcze jeden blok (XI) powtórzyć. Rozważam taką opcję przedłużenia. Waga nadal waha się od 66 na koniec dnia suchego do 70kg na koniec dnia jedzenia- tak było przez większość tego schematu. Teraz, na koniec dnia jedzenia zniknęło uczucie napięcia skóry twarzy, a po tym jak tak wyraźnie zmniejszył się ból kręgosłupa od razu wzrosła energia, samopoczucie, uśmiech, chęć dziania.

Schemat ewidentnie nie jest jeszcze ugruntowany. Choć ciało fizyczne jakby zaczynało już przystosowywać się, to w podświadomości czuję, że cały czas wykonywana jest duża praca. Mija 40 dzień i osiągnąłem cel. Chciałbym jednak jeszcze trochę poczekać, zobaczyć co się będzie wydarzało dalej. Czy ciało w końcu zaakceptuje ten schemat i ugruntuje się, a jeżeli tak to po jakim jeszcze czasie? Czy może jednak zostanie przekroczony poziom minimalnej wagi 65kg.

DZIEŃ 37-PICIE “SŁUŻBA W STRAŻY-ZAPIEPRZ”

Dzień obfitujący w wyjazdy (11 interwencji). Sporo sytuacji międzyludzkich, które należało wyjaśnić w ramach naszej zmiany. Choć ewidentnie emocje wyczuwalne były w powietrzu i na ustach niektórych osób, to nie czułem by dotykały mnie osobiście. Chyba przed końcem służby udało się powyjaśniać, znaleźć rozwiązania by podobne sytuacje w przyszłości więcej nie powstawały.

Jak wspomniałem w którymś ze wcześniejszych bloków, przez dwa miesiące nasza zmiana nie będzie miała dowódcy. Jako najstarszy stopniem i stażem pełnię jego obowiązki. Dwa miesiące zupełnie nowych doświadczeń. Z jednej strony fajne wyzwanie, dzięki któremu czuję, że się rozwijam ale z drugiej strony do domu wracam bardziej zmęczony. Analizując powstające sytuacje, czasami mam wrażenie, że  u niektórych chyba włączył jakiś generator testujący mnie na ile i na jakie zachowania nie będę reagował. A, że staram się reagować za każdym razem jak poczuję, że powinienem, to niemal co służbę coś wychodzi. Świadomości załogi, że nie jestem etatowym dowódcą i za dwa miesiące i tak będzie inny, nie działa na moją korzyść. Staram się jednak postępować zgodnie z tym co czuję tak, jakby jutra nie było.   Mimo, że codziennie rano oddaję swoje życie pod prowadzenie DŚ, to gdy pojawiają się takie sytuacje jak dzisiaj, jednak zapominam i w czasie rozwiązywania sporów polegam na sobie. Zapominam i tracę czucie Bożego prowadzenia. Niestety dopiero gdy sytuacja zostaje rozwiązana i znów mam czas tylko dla siebie łapię się na tym i wyrażam żal, bo wiem, że w posłuszeństwie wypełniania woli Boga, wszelkie sytuacje zostają rozwiązane najlepiej. Proszę więc DŚ o cierpliwość w kształtowaniu mnie.

Nie planowałem tego zaczynając ten post, ale dzisiaj wypadł dzień corocznego badania lekarskiego, które muszą wykonać strażacy, by otrzymać zdolność do pracy na kolejny rok. Świetny „zbieg okoliczności? że przypadło to znów akurat w ostatnim bloku, w 37 dniu tego „postu”. Mogę sprawdzić czy i jak wpłynął ten schemat na wyniki, które zamieszczam poniżej:

DZIEŃ 38-POST SUCHY      “ZLEKCEWAŻENIE OSOBY BOGA”

W czasie, mojego spotkanie z Bogiem zadzwonił telefon. Zerknąłem, był to syn i… odebrałem.

Jak tylko to zrobiłem poczułem się fatalnie i oczywiście wiedziałem dlaczego.  Słuchałem syna ale nie potrafiłem skupić się na rozmowie z nim więc nie prowadziliśmy dyskusji. Wysłuchałem jednak z uwagą do końca. Potem najzwyklej w świecie rozpłakałem się i opadłem na kolana prosząc Boga o wybaczenie. Żal, który czułem był rozdzierający serce. Duch Święty, do którego mówiłem gdy zadzwonił telefon, On jest osobą Boga i On mnie słuchał. Nigdy rozmawiając z kimś, nie odbieram ani nawet nie sprawdzam gdy zadzwoni telefon kto to dzwoni. Nie wiem co się stało teraz, po prostu nie potrafię tego wyjaśnić ale poczułem jak bardzo zlekceważyłem Boga. On mi odpowiadał a ja… odwróciłem się w tym czasie do Niego plecami przenosząc uwagę w stronę dzwoniącego telefonu. Jak ogromny żal ogarnął mnie gdy zdałem sobie sprawę jak się zachowałem. Nie, nie będę tego drążył, mam nadzieję, że Pan patrząc na szczerość serca wybaczy ten akt ludzkiej niedoskonałości.

Ostatni post suchy.Gdy po tak intensywnej służbie wróciłem do domu potrzebowałem zresetowania się, dlatego od razu spacer do lasu. Na wysiłek treningowy nadal nie miałem ochoty. Spotkanie z Bogiem w naturze podczas spaceru na boso po runie leśnym było wszystkim czego potrzebowałem by odciąć się od wczorajszego szybkiego, intensywnego dnia pełnego działania, podejmowania decyzji, łagodzenia “konfliktów”.

Następnie do popołudnia czułem się jakbym nie był na poście suchym. Przez większość czasu zupełnie nie myślałem o tym, nie czując osłabienia zapominałem. Wieczorem jednak, krótko przed 17 gdy szedłem na wywiadówkę do syna, osłabienie bardzo szybko i wyraźnie zaczęło się pojawiać i trzymać do końca dnia. Czując je fizycznie oraz mentalnie, od razu pojawiła się postawa przygaszenia i wycofania. W trakcie wywiadówki, w świadomości pojawiły się słowa Biblii, że właśnie podczas postów nie mamy biadolić nad sobą tylko nacierać głowę oliwą. Starałem się wykrzesać jakieś objawy radości chociażby przez uśmiech, ale nie czując tego wewnątrz, myślę, że nie było to uczciwe i zaniechałem. Pozwoliłem sobie na czas przygaszenia także w towarzystwie. Ta chęć udawania radości wynikała z tego, że w gronie rodziców były osoby, które znają mnie tylko z wpisów na FB, więc znają moje doświadczenia z Bogiem, wpisy, w których wychwalam i zachęcam do osobistej z Nim relacji dzieląc się prawdą jak budująca i wyzwalająca jest. Widząc mnie więc w takim przygaszonym stanie i nie wiedząc, że od 40 dni poszczę nie widzą korelacji tego co piszę z tym jak dzisiaj wyglądam.

Drugą płaszczyzną, którą poruszam w swoich wpisach jest propagowanie odżywiania wegańskiego, ze szczególnym mówieniem jak dobroczynne dla naszego zdrowia jest surowe odżywianie roślinne. Jeżeli więc ktoś nie wiedząc, że poszczę widzi mnie przygaszonego, to może stwierdzić, że coś tu nie gra, że kłamię a przez to zniechęcić się do czegoś wartościowego. Tak właśnie patrząc na zachowania księży, wielu zniechęciło się do Jezusa i Drogi chrześcijańskiej.

Do końca dnia pozwoliłem sobie na odczuwanie osłabienia i nie udawałem tryskającej na zewnątrz radości, której nie miałem. Szczęście tak, jestem mega szczęśliwy, ale czas postu nie zawsze jest radosny. Przedkładam bycie autentycznym ponad martwienie się żeby ktoś nie wyciągnął fałszywego wniosku patrząc na mnie. Bóg najbardziej ceni autentyczność, wiec może dlatego tak często powtarza, byśmy nie oceniali nikogo oraz, że On patrzy na nas nie oczyma cielesnymi, na to co związane z przemijającym ciałem, tylko przenika nas swoimi oczami duchowymi patrząc na nasze duchowe serce.

Dzisiaj rano, po powrocie z pracy zważyłem się i moja waga była poniżej ustalonej dolnej granicy bezpieczeństwa. Powinienem przerwać. Ponieważ jednak, a co mnie dziwiło, nie czułem ani osłabienia, ani zaciągania oczodołu i skóry na twarzy (a przynajmniej dużo mniejsze niż we wcześniejszych dniach przy wyższej wadze) postanowiłem jeszcze ten ostatni dzień do końca być na sucho. Gdybym przerwał miałbym poczucie, że te 39 poprzedzających dni w jakimś sensie zmarnowałem. Nie czuję zagrożenia dla swojego zdrowia, jest to już ostatni dzień więc zostaję jeszcze te parenaście godzić, a potem i tak będzie dzień picia, później jedzenia więc choć jeszcze w ramach systemu to już i tak zagęszczanie po którym po prostu nie nastąpi kolejny dzień suchy. Wystarczy jednak, że przekroczenie ustalonej granicy minimalnej wagi byłoby w IX bloku, a przerwałbym.

Oj w trakcie dzisiejszego dnia, gdy przyszło osłabienie, pokusa by się napić była bardzo silna, już prawie uległem. Zauważyłem jednak, że gdy pojechałem na zakupy i kupowałem to co mnie najbardziej kusiło, to gdy już to miałem i wróciłem do domu, pragnienie malało lub całkowicie znikało. Bez problemu mogłem nad nim zapanować, tak jakby to nie pragnienie picia czegoś było najważniejsze, tylko pragnienie kupowania. Nie rozkminiłem jeszcze tego mechanizmu ale dzielę się, bo może ktoś u siebie również dostrzeże, że w ramach jednego uzależnienia, które rozpoznajemy na pierwszy rzut oka, jest wiele innych uzależnień których nie rozpoznaliśmy jeszcze, a które również utrudniają proces uwalniania się od tej pierwszej zależności. Może chcąc pozbyć się jakiegoś uzależnienia i rozpoznając szereg innych „pod uzależnień” poprzez świadomy wpływanie na któreś z tych „współuzależnień, łatwiej będzie wyzwolić się z tego najważniejszego dla nas. 

Na koniec dnia waga 64kg. Jeden kg poniżej ustalonej granicy. Kończąc ten dzień, cieszę się, że to już koniec. Na jakiś czas nie chcę już pościć sucho. Nie tęsknię jednak też do wrócenia poza odżywianie wegańskie z przeważającą ilością produktów surowych, najlepiej przeplatanych sokami i szejkami. Czyli moja tęsknota nie wykracza poza sposób odżywiania sprzed procesu. Nie czuję także by miało mnie odbić, miał pojawić się jakiś efekt jo-jo i bym miał w następnych dniach się objadać. Jednak czy tak będzie, czy się nie pojawi? To okaże się dopiero w najbliższych dniach od pojutrza.

DZIEŃ 40 „OSTATNI TEGO SYSTEMU”

To co dla mnie jest WYMÓWKĄ, dla kogoś innego może być INSPIRACJĄ”

„To, czym powstrzymuję swoje działanie nazywając wymówką,

ktoś inny może wykorzystać jako inspirację do działania”.

Tylko ja decyduję jak patrzę na to, co mnie spotyka i czego doświadczam.

Dzień 1,2,3 po.

Coraz więcej w ilości. Dużo tłuszczy (olej kokosowy, dużo orzechów i masła orzechowego). Porównując z czasem systemu dużo mniej wody. Waga rośnie około 1kg dziennie. Samopoczucie takie se, bez szału, nadal brak ochoty na treningi.

Dzień 4,5 po…

Włączenie do odżywiania produktów przetworzonych. Nie chciałem, ale gdy ochota na coś przetworzonego nie malała, a więc była coraz wyraźniejsza z czasem, poszedłem za tym głosem pozostając przy wegańskich fast foodach typu tortilla i burger. Pierwszego dnia nie czułem wpływu na samopoczucie- ani grzało ani ziębiło. Drugiego dnia jednak już ewidentnie w końcu poczułem zadowalające zaspokojenie tej potrzeby i jednocześnie znów poczułem tę fajną energię zachęcającą do działania, do ruchu, do treningów. Ze względu na utrzymujący się cały czas dyskomfort w kręgosłupie nadal odpuściłem ograniczając ruch do dynamicznych spacerów i lekkiego rozciągania. Waga wróciła z 64 do 70 kg.

Trzeciego dnia, po zjedzeniu burgera jednak ścięło mnie. Nie wykazałem ostrożności i kupiłem burgera z batata ale w innym miejscu niż zwykle. Jadłem ze smakiem ale gdy po jakimś czasie potem zaczął boleć mnie żołądek, zaczęło odbijać się jakąś spalenizną zajarzyłem, że przecież już kiedyś kupując w tym miejscu miałem podobne objawy. Zbagatelizowałem pamięć, że kotlet choć wege nie jest robiony na miejscu tylko przyjeżdża w worku foliowym i co najgorsze zapomniałem, że nie jest on grilowany, tylko smażony na głębokim oleju. Fuj-to było najgorsze- mój żołądek odzwyczaił się już od takiego śmieciowego jedzenia. Tak jedzenie wege, gdy było się już na surowym może oznaczać jedzenie śmieciowe, podczas gdy dla kogoś innego te same potrawy mogą oznaczać jedzeenie zdrowe. Nie fajnie do samego dnia. Piłem i piłem, a potem próbowałem zajeść ten smak spalenizny owocami i szejkami w nadziei, że przepchają je i szybciej zostaną usunięte. Chyba błędna logika bo zamiast ulgi pojawiło się dodatkowo objedzenie, które zabrało cenny czas snu. A może nie? Może błonnik zawarty w surowych owocach i warzywach przyspiesza oczyszczanie?

Dzień 6 po.

Konsekwencja nieostrożności dnia wczorajszego przeszła na dzisiaj dodatkowo w postaci refluksu, więc już w większości same surowe produkty. Energia, waga, siła do treningu już ok, ale nadal nie dotarłem na siłownię. Dzisiaj powstrzymała mnie nieprzespana (5h snu) nocka po wczorajszym późnowieczornym jedzeniu. Nie fajnie. Trzy dni i już mi bardzo przeszkadza to jak odżywiam się. Jem za często, właściwie cały czas przeżuwam, popijam i po prostu zaczyna być to męczące. Dojrzewam by wprowadzić jakieś ograniczenie do trzech posiłków dziennie o stałych godzinach. Nie dojrzałem jednak jeszcze na tyle, by podjąć ostateczną decyzję. Po tych 40dniach systemu wchodzenie w inne ograniczenia to trochę za szybko, chyba miałbym poczucie zniewolenia przez ograniczenia. Myślę, że to, co się dzieje można jednak nazwać efektem jo-jo. Akceptuję go, bo wiem, że gdy ciało osiągnie akceptowalny dla siebie poziom, to „odbicie” skończy się, tylko muszę pamięać, by nie sięgać po takie cholerstwo jak ten smażony w oleju wegekotlet.

Dzień 10 po.

Spontaniczne wejście w nowy proces. Tym razem odżywiania „Keto”

W trzynastym dniu po zakończeniu schematu 2-1-0-1- zorientowałem się, że od trzech dni odżywiam się w sposób zgodny z keto w wersji wegańskiej więc zapadła decyzja, że pociągnę tak świadomie 40 dni. Tym razem czuję, że to jest to i jest fajnie! Zupełnie inaczej niż rozpoczynając opisany powyżej schemat, kiedy jedyne co czułem to niepewność. <3 

KĄKOL W STRUKTURACH RELIGIJNYCH.

BIBLIJNE WYJAŚNIENIE PRZYCZYN SEKSUALNYCH WYNATURZEŃ W STRUKTURACH RELIGIJNYCH, ORAZ JAK KOŚCIOŁY MOGĄ JE WYELIMINOWAĆ.

Czasami gdy chcemy znaleźć coś konkretnego, po drodze odnajdujemy coś zupełnie innego, a co okazuje się, że było właśnie tym, co mieliśmy znaleźć. 

Po raz kolejny sięgając do listu mojego ulubionego apostoła Pawła (ulubionego być może ze względu, że jestem jego imiennikiem, 😉 ale być może bardziej ulubionego ze względu na jego historię życia oraz „kameleonowaty” styl dzielenia się (1Kor 9.19) tym, co było mu samemu dane poznać, doświadczać (Dz 9) , a dzięki czemu potrafił docierać do wielu różnych pogańskich grup wyznaniowych.

Tym razem szukałem odpowiedzi na pytanie jak praktycznie powinienem podchodzić do Prawa Mojżesza (w tym 10 przykazań) skoro w wielu miejscach NT Słowo Boże wyraźnie mówi, że nie podlegamy już nemu, ani tym bardziej nikt przez prawo nie zostanie zbawiony (np.Rz 3.19; Rz7; Rz14;) podczas gdy z drugiej strony Jezus stwierdza, że Prawo nie przeminęło (Mt5). Oczywiście nie ma w tym żadnej sprzeczności i znając całość Słowa Bożego, odpowiedź przychodzi szybko raz, za razem pokazując, że jeżeli zauważamy jakąkolwiek sprzeczność w Biblii, to  przyczyna niezrozumienia zawsze leży po stronie ludzkiej, a nie wynika ona z tego, że Bóg jest  niespójny.

Nie musimy już skupiać się na Dekalogu wyrytym przez samego Boga na kamiennych tablicach, ponieważ przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna wpisał tych 10 swoich słów-przykazań w nasze serca i od tamtej pory nosimy je cały czas w sobie. Dlatego być może kazał Mojżeszowi symbolicznie umieścić tablice w Arce Przymierza, jako obietnicę wlania w nasze serca swojego Ducha. Prawo natomiast spisane w księdze przez Mojżesza zostało złożone obok arki. Prawo Boga jest więc teraz naszym naturalnym Prawem Życia, natomiast pozostałych 614 przepisów zapisanych ręką Mojżesza dotyczyło Narodu Izraelskiego. Teraz więc słuchając swojego serca przez pośrednictwo Jezusa Chrystusa, słuchając upomnień sumienia,  w naturalny sposób wypełniamy wolę Boga, wypełniamy całe Prawo zawarte kiedyś na tablicach i jeszcze dużo więcej.(1 J 2.3)  <3. Musimy jednak zawsze pamiętać, że tak wrażliwe serce mamy tylko dzięki przelanej na krzyżu krwi Jezusa.

Tak więc patrząc na Jezusa i słuchając swojego serca zawsze będziemy wypełniać Boże Prawo, bez konieczności pośrednictwa jakiejkolwiek mega uduchowionej ludzkiej osoby, czy też instytucji religijnej. Tylko „Ja” wpatrzony umysłem w Jezusa, którego postać i nauki przedstawia Biblia, słucham głosu mojego serca, inspiracji i sumienia, przepuszczając to wszystko przez Słowo z Biblii. Postępując w życiu codziennym zgodnie z takim prowadzeniem, mam gwarancję bycia najmilszym dzieckiem Boga Ojca, mojego Stwórcy, do którego cały czas zmierzam. 

A teraz, ta mniej miła część z prośbą o rozważnie poniższych pytań dotyczących  tytułowego tematu, które pojawiły się na podstawie Listu do Rzymian:

  1. Czy opis z Rz 1.23 nie pasuje do relikwii, obrazów Marii- matki Jezusa i innych umarłych już ludzi, jakie znajdują się budynkach współczesnych kościołów?

  2. Czy treści Rz 1.26 nie można odnieść do postępowania niektórych księży współczesnego kościoła katolickiego? A jeżeli tak, to czy Bóg nie wyjaśnia jasno i wyraźnie dlaczego jest tam dzisiaj tyle wynaturzeń na tle seksualnym? (Pomijając jako przyczynę także niebiblijny, nakładany na wszystkich księży, obowiązek zachowania celibatu? (1 Tym 3.1-5; 1 Tym 4.1-4)

  3. Czy w Rz 1.32 Bóg przez Pawła nie uprzedza, że wynaturzenia dotykają także tych, co zgadzają się z tymi co w tym procederze trwają? A jeżeli tak, to czy nie jest to przestrogą dla wiernych takich osób i religii? Dla rodziców, by uważali na swoje dzieci, do kogo i na jakie nauki oddają? Jeżeli dzieje się tragedia wobec dzieci, to zanim zaczniemy obwiniać Boga zadajmy sobie pytanie: Czy jako rodzice, opiekunowie robimy wszystko co powinniśmy robić by do tego nie dopuścić. Czy nie docierają do nas jakieś ostrzegawcze sygnały? Czy to, że nagłaśnia się takie incydenty nie powinno być dla nas ostrzeżeniem, zachętą do zachowania wzmożonej czujności? 

  4. A teraz pytania-wnioski: Jeżeli  ktoś na powyższe trzy pytania odpowie twierdząco, to czy nie występuje korelacja  listu Rz1 z tym co się dzieje we współczesnych wielu religiach?  Czy więc sposobem na wyleczenie współczesnych „uczonych w Piśmie” z seksualnych i innych odstępstw, nie jest zaprzestanie bałwochwalczego oddawania czci przez obrazy, relikwie i martwe sakramenty? Analizując Biblię, żaden z katolickich sakramentów nie jest przeprowadzany wg Słowa Bożego-żaden! Małżeństwo jest najbliżej ale i tam wprowadzono niebiblijne elementy. 🙁  A także czy odejście od ustaleń ludzkiej religijnej tradycji wymuszającej celibat  (Kościół katolicki narzucił go podczas soborów laterańskich w Rzymie w roku 1123 oraz 1139 co miało powstrzymać odpływ majątku przekazywanego w spadkach przez księży swoim dzieciom)  i powrót do zgodnego ze słowem Bożym zawierania związków małżeńskich przez księży, nie uleczy tego środowiska? 

Jednocześnie zaznaczam, że wśród księży jest także wiele wspaniałych, oddanych Jezusowi duszą i ciałem ludzi, którzy tylko w ramach szkolenia jakie odbyli zostali zdoktrynalizowani. Nie polegają już na prowadzeniu przez potężnego, niosącego Bożą Moc Ducha Świętego  działającego w ich sercach, tylko ulegli religijnej tradycji. Nie korygują, nie napominają się  przez Słowo Boże, którym jest Biblia, tylko czytają katechizm encykliki i inne ludzkie przepisy narzucającym im jak mają interpretować Biblię i nauczać innych. 🙁 Rozumiem, że nie jest łatwo wyrwać się z takiego duszewnego więzienia, ale wiedząc o co toczy się gra, jeżeli tylko sumienie ich upomina, muszą iść za głosem Boga Prawdziwego. Niech „tak” będzie „tak” a „nie” będzie „nie” bo co nadto, od złego pochodzi (Mt5. 37). Jeżeli serce nas oskarża, to Bóg jest większy od naszego serca i wie wszystko… (1 Jana 3.18)

Bóg patrzy na każdego z nas indywidualnie. Chce każdego z nas prowadzić w intymnej, osobistej relacji ze sobą. Musimy tylko zapragnąć tego, szukać Jego obecności i Mu na to pozwolić… (J 16.1-15;  1 J 2.27)

Nie jest przyjemną rzeczą odkrywać słabości swojego ciała, jednak dzięki uświadomieniu sobie choroby, można zacząć ją leczyć. A ponieważ społeczność wszystkich chrześcijan, bez względu na religię, jest jednym ciałem duchowym, ponieważ widząc tak wiele słabości, śmiertelnych chorób,  sam odczuwam  niemoc, to mimo zakłopotania piszę o tym licząc przez należenie do tego ciała na uzdrowienie także swoich słabości. 

Z jednej strony chrześcijaństwo obrośnięte tłuszczem, przez co zwyrodniałe, z drugiej strony kościół oddający swe ludzkie życie za wiarę https://www.gpch.pl/filmy.  Strasznie jest rozszarpywane lub sami rozszarpujemy święte Ciało, przez które zostaliśmy zjednoczeni… a najgorsze, że po środku jest cała szara masa letnich dusz…(Znam twoje czyny, że nie jesteś ani zimny ani gorący; życzę ci, obyś był zimny albo gorący! A tak, ponieważ jesteś letni, i ani zimny ani gorący, mam zamiar zwymiotować cię z moich ust. Ap 3.15

Módlmy się o wolność, jedność i duchowe uwolnienie całego kościoła Chrystusowego, wszystkich wierzących a szczególnie tych, co głoszą Dobrą Nowinę. By przepełnieni Mocą Ducha Świętego pozwolili, by Bóg mógł rozlewać Go na innych, a sami, by dając przykład swoim codziennym życiem, przynosili owoc obfity na chwałę nie swoją, tylko Boga. Byśmy byli jednością, jednym odczuwającym się na wzajem, tętniącym życiem Ciałem wypełnionym i połączonym przez krew Jezusa. Niech odkupieńcza krew naszego Pana nie została przelana na darmo. Niech świadomość, że każdy nasz uczynek i nawet zamysł niezgodny z wolą Ducha Św. to zadawanie i pogłębianie ran naszemu Zbawicielowi. Napełnieni jego wiarą i jego miłością pielęgnujmy te dary i  jednoczmy się w duchowym ciele. (Rz 14; 1 Kor 1.9-13, 1 Kor 3.3)

P.S

Katolicyzm, Protestantyzm (dodatkowo podzielony na ok 8 różnych nurtów religijnych),  Prawosławie, Mormoni, Świadkowie Jehowy i jeszcze parę innych… to wszystko są różne religie dzielące jedno chrześcijańskie Ciało. Niestety wielu z ich wiernych swoje dusze ofiarowuje bardziej ludzkim religijnym przewodnikom i doktrynom, niż prowadzeniu przez Ducha Św. Nie chcąc wnosić własnego wkładu do robienia szwajcarskiego sera  z Ciała Chrystusa, widząc, że miłość jaką nam okazał przez krzyż, często zostaje wyparta przez ludzkie religijne ego, nie należę już do żadnej z tych religii, choć jestem częścią każdej z nich. Staram się być chrześcijaninem, który za jedynego swojego zwierzchnika i Bożego pośrednika przyjął Jezusa. Staram się być człowiekiem, który znając swoje ludzkie słabości zabiega o codzienną społeczność z Duchem Św. Staram się pozwalać, by On działał na mnie , we mnie i przeze mnie. Staram się, by nie wywyższyć głosu żadnego innego człowieka ponad Jego głos, … Obserwując swoje potknięcia widzę, jak dużo mam pracy do wykonania. Wdzięczność jednak za łaskę miłosierdzia Jezusa oraz pewność bycia na właściwej drodze warte są doświadczania każdego bólu związanego ze świadomością upadku. Byle szybko się podnosić, skorygować i iść dalej jedyną Drogą Prawdy i Życia.

ODNOWIENIE ŚWIADECTWA WIARY

ODNOWIENIE ŚWIADECTWA WIARY.

Wychowywałem się w rodzinie katolickiej, wiec teoretycznie trochę wiedziałem o Bogu przedstawionym w Biblii. Niestety mimo już 30tu wiosen nadal nie  doświadczałem Go w życiu, ba nawet nie wiedziałem, że jest to możliwe by mieć z Nim osobistą relację. Być może dlatego, mając możliwość decydowania o sobie, odwróciłem się od tej religijnej drogi w stronę większego polegania na samym sobie. Cały czas jednak czując gdzieś w sercu, że Bóg jest, od czasu do czasu zwracałem się do Niego swoimi słowami. Czułem jednak jakbym mówił do powietrza i byłem pewnym, że tak ma być, że jest to normalne.

Poznawane techniki rozwoju osobistego (z NLP na czele) pozwoliły poczuć w jak dużym stopniu możemy polegać i decydować sami o sobie. Dzięki nim i hipnozie porządnie przepracowałem wiele ciemnych zakamarków swojego umysłu, przekonań i emocji, co pozwoliło chyba pierwszy raz w życiu poczuć wewnętrzną spójność i harmonię. Pierwszy raz mogłem poczuć się naprawdę fajnie sam ze sobą, bez względu na to czy jestem sam i bez względu na opinie innych ludzi. Czy jednak mogłem powiedzieć, że poznałem Boga? Nie. To dobre samopoczucie niewiele miało wspólnego z Tym, w którego wierzyłem, że dał mi duszę. Ponadto wewnętrzna spójność nadal nie dała odpowiedzi co się dzieje po śmierci. Czy jest coś dalej a jeżeli tak, to co? Katolickiej koncepcji piekła-nieba-zmartwychwstania, mimo katolickiego wychowania nie rozumiałem i nie czułem, była jak opowieść z krainy baśni na dobranoc, żeby lepiej się zasypiało i miało lepszy sen ale niewiele miała wspólnego z poczuciem rzeczywistości.

Wtedy już zaczął przenikać do mojej świadomości świat energii przedstawiany przez  duchowych nauczycieli jako Miłość uniwersalna, jako przestrzeń serca. Po dziesięcioleciach religijnej teorii, podświadomie wygłodniały również osobistych doświadczeń duchowych, oczywiście poczułem to całym sobą i wszedłem przyjmując te koncepcje  niemal bezkrytycznie. Działy się znaki i cuda- np. na kursie dwupunktu osoba, która mnie zupełnie nie znała, a z którą robiłem ćwiczenie zobaczyła w swojej wizji, że jestem strażakiem, zobaczyła około sześcioletniego chłopca, który na głowie miał dużego guza, ale który-skracając opis -przemienił się w kolorowe kwiaty. Wszystko się zgadzało i choć sam nie potrafiłem tak wniknąć w niewidzialną przestrzeń drugiej osoby, to dla mnie było to oczywiste, że nie było w tym przypadku więc moja pewność, że to jest właściwa droga poznania Boga wzrosła.

Stosując hooponopono oraz wiele innych energetycznych modlitw, medytacji, technik oddechowych, a także już chyba wtedy wchodząc w etap procesów brateriańskich, po krótkim czasie również poczułem miłość, akceptację wszystkich i wszystkiego. Byłem pewien, że teraz znam Boga i mam z nim piękną relację. Chodziłem jakbym nie należał już do tego świata, zanurzony w świecie duchowym odczuwałem totalny spokój, harmonię, akceptację, wdzięczność, Miłość. Nie musiałem już niczego szukać ponieważ wszystko miałem- przede wszystkim doświadczenie Boga. Jedyna koncepcja, z którą cały czas do końca wewnętrznie nie rezonowałem to gdy ktoś uważał, że on sam, jako człowiek jest Bogiem. Nie, ja czułem cały czas Boga jako życiodajną energię w której wszystko jest zanurzone i przez nią przeniknione, ale mimo tego ani ja, ani nic innego poza nią samą nie było tą energią. Choć miałem jej cząstkę, to ona była czymś znacznie potężniejszym niż ja, moje Ja, moja świadomość.

Znajdując się w ciągłym stanie Miłości, nadal wyrażałem wdzięczności w tym samym kierunku- do Boga Stwórcy, tylko teraz odkrytego w postaci energii o najwyższej wibracji, najmocniej odczuwanej podczas medytacji, w której umysł się wyłączał a doznania przejmowało czyste uczucie i jakaś głębsza świadomość Ja, będącego dokładnie w tu i teraz. Było cudnie. Niczego więcej mi nie było potrzeba. Był to ten rodzaj doświadczenia, którego nie można oddać żadnymi słowami, żadną opowieścią serca wychodzącą przez wąskie gardło słów. Jest to jedno z tych uczuć, które żeby „zrozumieć” trzeba doświadczyć …

…Jeżeli ktoś ma takie piękne doświadczenia, to niech sobie wyobrazi, co się dzieje, gdy w takiej nieopisywalnej błogości pojawia się nieoczekiwany gość. Najpierw dostrzegasz go z daleka, czujesz, że coś zaczyna się dziać, a potem w jednej chwili czujesz przejmujące całe twoje ciało i calutką świadomość ciepłe światło. W przebłysku świadomości pojawia się na ułamek milisekundy znana ci postać w której rozpoznajesz Jezusa… W tej samej sekundzie wszystko się zmienia i choć ani światła, ani postaci już nie ma, przenikające uczucie Miłości, które On pozostawia po sobie zostaje i zmienia wszystko. Nic już nie jest takie, jak było przed tym spotkaniem. Jedyne co możesz robić to płakać nad sobą, że byłeś tak zadufany w sobie myśląc, że znasz Boga i wiesz co to Miłość… Wraz z osobistym doświadczeniem miłości Jezusa, odkrywasz, jak niewiele wiesz o tym co to znaczy kochać i bezwarunkowa Miłość. To, co czułem przed tym doświadczeniem było skierowane do własnego wnętrza, na swoje doznania i odczucia. Miłość Jezusa jest w całości skierowana na drugiego człowieka- na mnie, na każdego z nas. Czując to, mogłem tylko zapłakać nad sobą. Wobec Miłości Jezusa poczułem się jak narcystyczny egocentryk zanurzony i pływający w miłości swoich doznań.

To spotkanie było początkiem zmian, całego procesu puszczania starych przyzwyczajeń, koncepcji i przekonań, których, chcąc być uczciwym wobec swojej nowej świadomości, musiałem się oduczyć, a co trwa do tej pory. Ponieważ było i jest to związane z przyznaniem się do pomyłki w rozpoznaniu Boga które miałem,  a o którym tak dużo osób wiedziało, oznaczało to konieczność uwolnienia przywiązania ego do dawnych koncepcji. Mentalnie chyba nadal jeszcze tkwię w niektórych obszarach starego siebie. Ludzkie części ciała, umysłu cały czas trzymają się jeszcze przeszłości. Dobrze rozumiem o czym pisał Paweł Apostoł w swoich listach biblijnych wspominając o konieczności zapierania się starego siebie, a w moim przypadku przede wszystkim starego sposobu myślenia.

Jedną ze zmian, której doświadczyłem po tym spotkaniu, to zmiana nastawienia do Biblii. Wcześniej, ile razy zaczynałem czytać, tyle razy zaledwie po paru minutach zasypiałem totalnie znudzony. Spotkanie z Jezusem zachęciło mnie by jeszcze raz spróbować do niej sięgnąć.  Tym razem jednak, żeby nie być zbyt łatwowiernym i mając przekonanie, że Biblia to pismo nie dość, że baśniowe, to jeszcze totalnie zmienione i przekłamane dla użytku religijnego, zanim zacząłem ją rozważać, sprawdziłem czy i jakie są argumenty tych, którzy mimo wszystko uwierzyli w jej Boże, natchnione pochodzenie. Dopiero potem, znalazłszy sens w tych naukowych, statystycznych, historyczno-archeologicznych dowodów, zacząłem po raz kolejny czytać samodzielnie, zastanawiając się nad znaczeniem dla mojego życia odkrywanych treści które tym razem bardzo mocno poruszały serce. Rozważając Słowo w połączeniu z wewnętrznym poruszeniem i życiowymi doświadczeniami, odkrywana zostaje coraz to głębsza, przeznaczona dla każdego z nas indywidualna tajemnica wiary, do której nie są w stanie dotrzeć ci, co mają zamknięte dla Jezusa serca i umysły i np tak jak ja wcześniej- zasypiają po paru wersetach.  Od spotkania z Jezusem i wejścia na biblijnie-chrześcijańską drogę poznawania Boga, już trzy razy przeczytałem całość, za każdym razem w przekładzie innej „religii” i mimo zauważalnych manipulacji na Słowie, ciągle czuję głód. Różnice tłumaczeń nie mają znaczenia dla Duchowego poznania Prawdy.  Czytając z rozważaniem wiara się umacnia i zapala  pragnienie oddania każdego aspektu swojego życia Jezusowi i jedynemu prawdziwemu Bogu przedstawionemu w Biblii, którego tak długo i w tak wielu różnych miejscach szukałem, do którego nieświadomie się modliłem, a który w końcu odpowiedział.

Takie jest moje świadectwo wiary w Jezusa, jako jedynego pośrednika do Boga…

Na drodze poznawania Prawdy o Bogu można zauważyć, jak osoby, które z różnych względów nie szukają lub nie wyrażają szczerej chęci poznania Boga Prawdziwego, zagłuszają swoją niepełność uciekając albo w obszar intelektu, albo w wyizolowaną przestrzeń serca.

KREACJA  SWOJEGO ŻYCIA

Jest grupa osób, która, żeby skompensować swoje narzucone lub przyjęte wyparcie Boga jako siły sprawczej, ucieka w formy intelektualnego poznania i opanowania technik rozwoju osobistego sprawiających wrażenie, że ma się całkowite panowanie nad swoim życiem, celami, podświadomością.

Z drugiej strony są osoby które całkowicie negują sprawczość samodzielnego wyznaczania i osiągania celów, starając się całkowicie podążać  z nurtem „wszechświata” wg poruszeń ich serc.

Jest także koncepcja energetyczna i wiara, że Bóg jest wszystkim i wszyscy jesteśmy Bogami i na tej podstawie, nie rozumiejąc jeszcze na obecnym poziomie naukowego rozwoju ludzkości wielu „normalnych” mechanizmów energetycznych, część ludzi zaczyna bawić się w kreatorów życia sądząc, że kreują Życie, a niestety, choć w ten sposób życie doczesne rzeczywiście może być kreowane, to Życie się oddala. Osoby korzystające z niezbadanych jeszcze energii i biorąc je za Boga zachowują się jak ludzie żyjący w bardzo odległych czasach, którzy pierwszy raz zobaczyliby obraz 3d z projektora, czy jakiekolwiek oglądane dzisiaj zwykłe multimedium i nie znając jeszcze zasad ich działania, uznaliby tę wizję za Boga.

W Biblijnej chrześcijańskiej koncepcji, jest jeden Bóg, który porusza serce, inspiruje pasją, ale potem zachęca do świadomego, czyli opartego także na rozumowym rozeznaniu, podążania za tym natchnieniem wykazując ludzką wytrwałość, sumienność i pracowitość.

POZNANIE BOGA

TYLKO W SERCU:  Jeżeli chodzi o Prawdę, to kierowanie się samym sercem z negacją umysłowego poznania i doświadczania Boga przeczy samo sobie. Uczenie nawiązywania czucia Miłości uniwersalnej negującej umysł, polega na intelektualnym tłumaczeniu. Prowadzone medytacje opierają się na słowie, które jeżeli nawet wychodzi z serca, to przetwarzane i rozpoznawane jest tylko przez umysł. Nie tylko wychodząc przez nasze usta, ale nawet już na etapie formowania w naszej wewnętrznej przestrzeni każde słowo musi przejść przez wąskie gardło umysłu. Można ograniczać, ale nie sposób całkowicie pozbyć się wewnętrznego słowa myśli, które nawet w głębokiej medytacji pozostaje jako samoświadomość. Jeżeli ktoś zachęca do poznawania Boga poprzez eliminację umysłowego poznania, to najprawdopodobniej wynika to z tego, że sam nie wie jak zaangażować swój umysł w głębsze poznanie Prawdy. Negacja przydatności umysłu jest więc formą kompensacji poczucia niewiedzy jak wykorzystać ten element, który przecież jest integralną częścią każdego człowieka, a więc darem naszego Stwórcy.

ROZUMEM: Druga skrajna grupa uważających, że poznała Boga to intelektualiści (tzw. uczeni w piśmie) skupieni na religijnej wiedzy o Bogu i jeżeli należą do którejś z religii chrześcijańskich, to także skupieni na wiedzy o Jezusie ale  bez wpuszczenia Go do serca. Szczególnie dużo ich jest wśród katolików. Katolickie nauki nadal najczęściej opierają się na szkolnej formie przekazu suchej Biblijnej teorii i to, co najgorsze- zniekształconej przez katechizm religijny oraz encykliki papieskie. W ramach tej organizacji i szkolnych zajęć, często o Bogu (Prawdziwym!) niestety uczą osoby nie mające z Nim osobistej społeczności. Przykre jest to, jak zachęcając od małego do nauki martwych, a niekiedy bałwochwalczych modlitw, czy przyjmowania nic nie wnoszących do duchowego życia sakramentów, uczeni w piśmie stwarzają wrażenie, że ta martwica serca jest normalna. Sami nie będąc przepełnieni prowadzeniem Ducha Świętego, zabijają od małego i zniechęcają do samodzielnego szukania pięknej osobistej relacji z Bogiem i odbierają ludziom możliwość doświadczania Miłości Jezusa Chrystusa w życiu codziennym. Ubolewam, ponieważ są to moi bracia i siostry w wierze…

Tak wiele rzek dzisiaj jest zanieczyszczonych, że koniecznie trzeba rozeznawać skąd wypływa źródło tej, z której chcemy się napić lub już pijemy. I nawet jeżeli źródło naszej wody jest czyste, to  trzeba jeszcze  sprawdzić, czy po drodze ktoś nie wlewa zanieczyszczeń, byśmy pijąc nie ulegli zatruciu.

SERCEM I UMYSŁEM: Boża Prawda odkrywa nas dopiero w połączeniu serca z umysłem. W stanie wrażliwego serca umacnianego przez wnikliwe, intelektualne poznanie. Intelekt jest Ok jeżeli wiemy jak z niego korzystać i w jakim celu używać. Jego podstawowym zadaniem, jakie ma spełnić w naszym życiu jest intelektualne badanie i rozpoznanie Boga Prawdziwego. Musi to iść jednak w parze z żyjącym i wrażliwym sercem. 

Dopiero znając intelektualnie Boga oraz czując relację z Nim w sercu, można bawić się umysłem czerpiąc maksimum frajdy i wykorzystywać go do tworzenia, bycia płodnym, do coraz głębszego naukowego poznawania fizycznych, psychicznych mentalnych mechanizmów funkcjonowania człowieka i innych marności związanych z tym przemijającym ciałem i światem. Dopóki jednak umysł w połączeniu z sercem nie mówią jednym głosem, że znają i doświadczają swojego Stwórcy, należy całą życiową energię poświęcić na intensywne szukanie swego Duchowego Ojca.

 OWOCE CHRZEŚCIJAŃSKIEJ, BIBLIJNEJ ŚWIADOMOŚCI BOGA  czyli ważne cechy poznania i doświadczania Boga:

1.Uczucie wolności od śmierci. Bóg daje pewność tego, co się dzieje z nami, czyli duchową, indywidualną osobą (samoświadomością), którą jesteśmy tak na prawdę, po śmierci ciała i nie jest to wiara, tylko pewność więc choć obawy przed umieraniem mogą pozostać, to znika głęboki podświadomy strach przed śmiercią.

2.Umiejętność wybaczania. Pragnienie wydawania owoców, a więc pozytywne myśli skupione na innych, bez względu na ich nastawienie do nas. Głębokie uczucie braterskiej duchowej miłości, emocjonalnego szacunku oraz fizycznej pomocy nie tylko przyjaciołom, ale przede wszystkim tym, co nam złorzeczą.

3.Szczęście, uczucie wdzięczności i akceptacji bez względu na okoliczności w jakich się znajdujemy, jakie nas spotykają w ramach tej egzystencji. Mając świadomość, że Jezus oddał za nas życie i w jego śmierci my mamy życie, teraz i potem i już na zawsze, z głębi serca czujemy potrzebę by móc się odwdzięczać za jego Miłość i poświęcenie. Chcemy wykonywać wolę Ojca więc staramy się przesuwać swoje ludzkie pożądliwości w cień, pozwalamy by rozpuszczało je światło Jezusa za którym podążamy.

Chrześcijańska świadomość pewności wskrzeszenia z martwych do ponownego życia w 1000-letnim okresie panowania Jezusa na Ziemi, które będzie miało miejsce po jego powrocie, oraz wiedza, że te lata, które nam zostały jeszcze teraz do przeżycia- 120?, nie ważne ile, wobec przywrócenia na nowej Ziemi długości ludzkiego życia sprzed Potopu, ze średnią wynoszącą ok 850lat i to w zdrowiu i sprawności jest wyzwalająca. Dodatkowo świadomość późniejszej Duchowej Wieczności w zjednoczeniu z Bogiem Ojcem jest nieopisywalna żadnymi ludzkimi słowami.

4.Doświadczanie obfitości. Jest to stan wewnętrzny, połączony z odczuwaniem szczęścia i wdzięczności i nie jest zależny od niczego co dotyczy tego życia, czyli nie jest związany z czymkolwiek co jest przemijające. Można mieć wszystkie skarby i pieniądze tego świata, ale gdy nie ma się pewności społeczności ze swoim Tatą (nie chodzi o posiadanie wiedzy o Bogu tylko o osobistą relację), to te ziemskie świecidełka tracą swój blask i wartość. To pewność przyszłego życia sprawia, że już teraz zostajemy przepełnieni  świadomością obfitości i tak się czujemy.  Świadomość przyszłości ma ogromny wpływ na odczuwanie teraźniejszości. Oczywiście, nadal pewne doświadczenia możemy odbierać jako nieprzyjemne- ból, zimno, głód, choroby, agresywne zachowania innych ludzi, czy nawet materialne ubóstwo…  ale mimo tego, wewnętrzne poczucie obfitości pozostaje.  Nieprzyjemne doświadczenia są jak fale na oceanie podczas sztormu- widoczne i odczuwalne tylko na powierzchni podczas, gdy jego głębia, nasz duch, pozostaje spokojna i niezmącona. Biblia  wyraźnie mówi, byśmy  skupili się tylko na wypełnianiu woli Ojca, a On sam będzie nam zapewniał wszystko czego potrzebujemy w tym życiu.  Pomimo, że nadal uczę się puszczać ziemskie troski, to  już mam takie doświadczenia, że angażując coraz mniej uwagi w doczesność, na rzecz skupiania się na Bogu (spotkania tylko z Nim w ciszy, kierowanie myśli w Jego stronę, rozmowa, zadawanie pytań, dziękowanie, modlitwy, czytanie Biblii)  to On sprawia, że i tak w doczesności niczego mi nie brakuje.  Oczywiście, jeżeli kiedyś z Jego woli poczuję inspirację do wkładania wysiłku w budowanie jakiegoś biznesu to pójdę w tę stronę, gdyż pewnie będzie chciał  to wykorzystać  dla swojej chwały. Tak samo, staram się dbać o taką mentalność i  stan umysłu, by w sytuacji, kiedy poczuję, by wszystko zostawić i pójść tam, gdzie On będzie chciał, zrobić to bez ociągania i żalu. 

Jest jeszcze dużo więcej cech wynikających z połączenia intelektualnego poznania Prawdy oraz doświadczania Boga w sercu. Wiele z nich jest bardzo osobistych przeznaczonych dla każdego z osobna, w ramach naszej indywidualnej społeczności z Panem, wrażanej działaniem na nas, w nas i przez nas Ducha Świętego.

To chyba tyle. Takie jest moje świadectwo wiary, znajomości Boga, społeczności z Jezusem i doświadczania Ducha Świętego (O działaniu którego więcej w innych miejscach). 🙂 <3 

2018.XI Schemat „2-1-0”

LISTOPAD 2018 „2-1-0”

Wraz ze zbliżaniem się listopada coraz częściej miałem pytanie, czy w tym roku również chciałbym zrobić jakiś test. Myślałem, by dla porównania z listopadem zeszłego roku, znów zrobić cały miesiąc tylko na sokach, tym bardziej, że po ugruntowaniu się już odżywiania wegańskiego byłem przekonany, że dalsza droga  prowadzić mnie będzie ponownie w kierunku całkowicie surowego jedzenia, potem picia i dalej, tak więc miesiąc sokowania byłby fajnym krokiem zrobionym w tym kierunku. Ponieważ jednak już nie ja wytyczam drogę, tylko powierzam to zadanie Bogu, podczas gdy ja „tylko” skupiam się by dobrze ją rozpoznać i iść tak, jak prowadzi, wszystko może się zdarzyć a więc planowanie i kurczowe trzymanie się własnych planów traci na ważności. 

No i tuż przed początkiem listopada niespodziewanie pojawiła się myśl, by wejść w schemat odżywiania, w którym również już kiedyś przez miesiąc funkcjonowałem (http://www.inedianin.pl/?p=879) Tak więc znów nie zadział się plan głowy, tylko to, co najlepsza chwila sama podsunęła. Rok temu miesiąc na podobnym schemacie zakończył się pogorszeniem kondycji, samopoczucia oraz wzrostem obtłuszczenia trzewi. A jak w tym roku przeszedłem miesiąc jedzenia co trzeci dzień  z dniem bez jedzenia i bez picia pomiędzy? Zapraszam.

Oznaczenie i założenia systemu 2-1-0

„1”-DZIEŃ SAMEGO PICIA (1a-woda; 1b-soki klarowane; 1c-szejki) Od rana do wieczora mijał mi dzień na czerpaniu frajdy z picia samych soków, co było takim pośrednim stanem dającym radość smakowania ale już nie obciążającym tak mocno układu trawiennego przygotowując na dzień bj&bp. Zaplanowałem, że w tym dniu będę biegał, ale nadal kręgosłup się odzywa, więc zamiast tego, niestety dopiero od połowy miesiąca udało mi się wejść w rytm systematycznego chodzenia na basen i szlifowania techniki kraula pod triathlon. W ramach tych treningów cieszyłem się jak Reksio na kawałek szynki, gdy udawało się pokonać 1km, co przychodziło mi jednak dużym wysiłkiem.

„0”– DZIEŃ BEZ JEDZENIA I BEZ PICIA. (bj&bp) Zaczynając liczenie od wieczora, przez ok 34 godziny nic nie jadłem ani nie piłem. Tak to zorganizowałem, że czas ten wypadał kiedy miałem 24godzinną służbę w straży. Wybór taki, ponieważ dzień służby jest najbardziej nieprzewidywalnym dniem, w którym muszę być gotowy, by wykonywać intensywną pracę fizyczną, a także w którym może wystąpić silna presja emocjonalno-psychiczna podczas prowadzenia działań ratowniczo-gaśniczych. A więc dwa najbardziej niesprzyjające czynniki, które dla bardzo wielu osób są wymówką przed podjęciem w swoim życiu jakiejkolwiek formy postu.

Stały pomiar kondycji. Ponieważ w pracy strażaka nie mogę pozwolić sobie na zbyt duże osłabienie, a także żeby mieć jakiś ludzki punkt odniesienia co do swojego stanu, założyłem, że moja kondycja nie może być najgorszą w porównaniu do będących osób na zmianie. Jeżeli miałbym takie poczucie, że jestem najsłabszy, najwolniejszy, miał być to znak, by przerwać ten schemat. Oprócz tego, żeby nie ograniczać się tylko do porównywania z innymi, tylko zauważać zmiany w sobie, postanowiłem, że na każdej służbie w dniu postu suchego będę robił test podciągnięć na drążku oraz trening siłowy.

„2”-DZIEŃ JEDZENIA. (2a-rawfood; 2b-vegańskie; 2c-wegetariańskie. Po tych 34 godz, ok. 8 rano, jednorazowo piłem maks. 0,5l wody z jakimś wyciśniętym klarownym sokiem owocowym lub octem jabłkowym I po odczekaniu ok. 2 godzin przez kolejne 10 godz pozwalałem sobie na czerpanie radości z jedzenia także stałych produktów. Były to przeważnie jeden, lub dwa posiłki wegańskie, a pozostałe tzw raw-food, czyli surowe owoce i warzywa. Mięso, nabiał i produkty mleczne już nie wchodziły w rachubę. Jeżeli chodzi o trening, to ten dzień odpuszczałem i poza spacerami, jakąś aktywnością z dziećmi (np. raz pojechaliśmy park trampolinowy, innym razem pograłem z synem w kosza, byliśmy też na basenie ale nie pod kątem treningu, tylko wygłupów), poza takimi aktywnościami, to był dzień wolny od treningu. Po tym dniu, od następnego rana schemat powtarzałem i tak przez cały listopad.

PRZEBIEG:

Pierwsze 2b-1c-0-2b (31-03.11.18) „Osłabienie”

Pierwsze dwa dni ok, ale w dniu bj&bp, gdzieś od południa wyraźne spowolnienie. Wyjazd późnym wieczorem na pożar poddasza i choć czułem osłabienie w postaci mniejszej energii, nieco wolniejszego poruszania się, to nie odstawałem. Dzień poprzedzający był na gęstych szejkach. Zastanawiam się, czy nie na zbyt gęstych co może powodować zbyt duże obciążenie jelit w dniu suchym, a przez to osłabienie.

Drugie 1b-0-2b (04-06.11.18) „Utrata przytomności”

Druga trójka, ranek dnia bj&bp, po przyjeździe do pracy i wyjściu z samochodu przeciągnąłem się i. poczułem tylko jak robi się ciemno, zaczynam się chwiać i „światło zgasło”. Ocknąłem się leżąc na ziemi, czując dziwne, pojedyncze drgawki całego ciała. Masakra! Pierwsza myśl, że dostałem ataku jakiejś epilepsji, a druga to pytanie, czy to przez fakt, że dzisiaj był dzień bj&bp. Jednak ponieważ był dopiero ranek, godzina, o której nawet jedząc „normalnie” często byłem jeszcze przed pierwszym posiłkiem, więc zupełnie nie połączyłem obecnego sposobu odżywiania z omdleniem. Prędzej to zbyt szybkie wstanie i zbyt mocne przeciągnięcie kręgosłupa, którego zwyrodnienie systematycznie daje o sobie znać, uruchomiło jakiś wyłącznik światła. Gdy upadałem, akurat podjeżdżał na parking kumpel i widząc to, nawet nie zdążył podejść gdyż od razu wstałem i zabierałem z auta swoje rzeczy jakby nic się nie stało. Czułem się normalnie, wypoczęty i z fajną energią. Żadnego osłabienia, tylko w głowie pełno pytań co się stało, włącznie z niepokojem czy nie dzieje się coś neurologicznego. Dopiero, gdy kumpel powiedział, że mam rozwaloną głowę zdziwiłem się, że zupełnie tego nie czułem. Pomimo, że czułem się dobrze, ze względu na wykonywany zawód i bezpieczeństwo pracujących ze mną innych strażaków, z którymi mamy ratować, a nie sami być ratowanymi, podjąłem decyzję, że od razu jadę do szpitala, żeby to zdiagnozować.

Badanie krwi, Ekg nic nie wykazały, Lekarka stwierdziła, że to może zdarzyć się każdemu, więc wróciłem do jednostki i do następnego rana pełniłem normalną służbę dalej bj&bp. W sumie będąc niskociśnieniowcem nie powinienem się dziwić, że coś takiego od czasu do czasu mi się przytrafia, tym bardziej, że moja mama umarła najprawdopodobniej właśnie za sprawą coraz bardziej słabnącego ciśnienia, którego lekarze nie potrafili podnieść. Póki co, mimo dobrego samopoczucia, w głowie jednak do końca dnia jakaś taka ostrożność, niepewność pozostała. Nie przeszkodziło mi  to jednak zrobić po południu normalnego treningu na siłę całego ciała, tak na 60% mocy. Poza bólem w miejscu uderzenie wszystko było git. Test 4*8 podciągnięć wyszedł bez problemów. Samopoczucie rewelacyjne. Jedynie standardowo wieczorem pojawiło się niewielkie osłabienie, nic jednak, co nie pozwalałoby mi wypełniać obowiązków na akcji.

Będąc w szpitalu na badaniach czułem się dobrze, nie biorąc pod uwagę zdołowania koniecznością przebywania w tym chorym miejscu i dlatego, gdy już chcieli mi robić wlewy dożylne z glukozy i elektrolitów, i to bez konsultowania tego ze mną, wyraziłem sprzeciw, co oczywiście spotkało się z dużym zdziwieniem i naleganiem ze strony  personelu, bym jednak zmienił zdanie. Nie chcąc przerywać schematu i nie czując żadnych dolegliwości pozostałem przy swoim. Niestety (a może stety) nie wykazałem już tyle determinacji, by się sprzeciwić podaniu szczepionki przeciw tężcowi, co także zrobili bez zapytania się mnie o pozwolenie. Nie wiem, czy to była bardziej chęć uniknięcia ponownego wejścia w konfrontację z lekarzem, czy bardziej to, że w tym przypadku miałem mieszane uczucia co do odmowy.

Trzecie 1b-0-2b (07-09.11.18)

W dniu „0” do wieczora wszystko ok, bez żadnego poczucia słabości, ok 15 trening siłowy i test, który ze względu na dobre samopoczucie zwiększyłem z 4×8 do 4 serii po 10 podciągnięć. Wyszedł bez większych problemów. Stanie na rękach też trochę lepiej niż ostatnio. Wieczorem jednak słabość odczuwana bardziej niż ostatnio. Myśli nie za fajne, jeżeli wieczorna słabość będzie się powtarzać, to ze względu, że dzień suchy robię na służbie, będę musiał albo przestać, albo zmienić na inny dzień. Na razie jeszcze poczekam i jeszcze jedną służbę spędzę na sucho. Jeżeli coś się będzie działo-wyeliminuję dzień suchy.

Czwarte 1c-0-2b (10-12.11.18)

1c” Kiepsko. Byłem blisko, by przerwać ten schemat i wrócić do jedzenia. Zastanawiam się tylko dlaczego? Czy to, że wczoraj podczas dnia jedzącego jadłem tak ciężkie produkty? (Wegański śniadanio-obiad: dwa rogale Marcińskie, kawałek szarlotki i omlet, czyli choć wszystko wege, to jednak bardzo dużo mąki i przetworzonych warzyw) Czy to mogło spowodować, że w następnym dniu sokowania (czyli dzisiaj) tak często pojawiał się głód, który znika po napiciu się soku ale tylko na chwilę? Do popołudnia było jeszcze ok, ale po grze z synem w kosza, tak od godziny 17tej, czułem naprawdę niesamowity głód powodujący charakterystyczne wewnętrzne rozdrażnienie. Aż wieczorem musiałem przessać w ustach dwie kostki czekolady i wypić ponad dwa litry filtrowanych soków. Dopiero po takiej dawce picia, w końcu znów było znośnie. Jutro służba i dzień suchy- póki co kontynuuję.

0” Wstając o piątej rano i wyjeżdżając przed 6 na służbę, byłem pewien, że przerwę ten schemat i od dzisiaj będę jadł. Przez półtora godziny jazdy, czułem, jak i słabość, i apatyczność i głód są bardzo wyraźne. Myślałem, że może nie jestem wyspany, ale przed chwilą wstałem wiec tę przyczynę odrzuciłem. Dlatego, przede wszystkim ze względu na zbyt odczuwalne osłabienie, które w razie poważniejszej akcji mogłoby mi nie pozwolić efektywnie działać, wracam do jedzenia. Szkoda. Myśli tej towarzyszył jakiś smutek, że jednak to jeszcze nie jest dla mnie nawet co trzeci dzień na sucho. Smutek z niepowodzenia ale jednocześnie ciekawość, czy mimo tego coś się zmieni po tych dwóch tygodniach.

W straży, od razu wkręciłem się w sprawy służbowe co spowodowało, że na chwilę zapomniałem o głodzie i osłabieniu…  W sumie nic nie zrobiłem, więc chyba to konieczność działania wokół codzienności  sprawiła, że czułem jak mam więcej energii i witalności. Nawet jakby więcej niż wczoraj w dniu sokowania. Oczywiście, wobec tak pozytywnej zmiany pozostałem na sucho. Po południu trening siłowy całkiem nieźle, choć podciągnięcia przy czwartej serii musiałem rozbić na 7+ 3. Nie dałem rady 10 w jednej serii. Pozostałe ćwiczenia jednak bez zmian. Od wieczora do 4 rano interwencje i naprawdę nie wiem dlaczego, ale było fajnie- energicznie, żywo, tak jak powinno być. Myślałem tylko, że przez te nocne wyjazdy chyba znów przełożę obiecany synom na jutro wypad na trampoliny. Mogę nie dać rady wrócić 100km do domu, zabrać ich, przyjechać z powrotem do Poznania, a potem jeszcze znów wrócić do domu.

2b” Wracając do domu, rzeczywiści oczy mi się zamykały, ale jak godzinkę odespałem, stwierdziłem, że jest całkiem nieźle, więc dotrzymałem słowa i spędziliśmy bardzo fajny dzień. Poszaleliśmy na parku trampolinowym, zjedliśmy pizze wegańskie i co najważniejsze, podczas podróży miałem możliwość włączyć chłopakom młodzieżowe chrześcijańskie świadectwa relacji z Bogiem- takiej żywej, codziennej, a nie rytualno-religijnej. Smutno mi tylko, że córka znów nie chciała pojechać z nami. Brakuje mi takiej zwykłej, codziennej relacji z nią, bycia częścią jej życia, a  co było bardzo silne między nami,  gdy była dzieckiem. 

Od piątego do dziewiątego 1-0-2

Do końca miesiąca, ostatniego dnia schematu, ani razu nie pojawiło się osłabienie ani wątpliwość.Oprócz treningu siłowego i testu 4×10 podciągnięć w dniu suchym, w końcu wszedłem także w rytm systematycznego chodzenia na basen w dniu sokowania. I żeby nie było- za każdym razem nie chciało mi się i musiałem siebie zmuszać by wyjść z domu, a potem jeszcze wejść do tej zimnej 28-o stopniowej wody, lub by się przebrać i zacząć rozgrzewkę na siłowni. Za każdym razem gdy jednak pokonywałem początkowego lenia „nie chce mi się”, po treningu czułem ogromną satysfakcję i zadowolenie i spełnienie. Kiedyś wyczytałem, że właściwy kierunek, w którym powinniśmy iść w życiu jest dokładnie tam gdzie słyszymy w naszym wewnętrznym głosie „nie chce mi się”. Jeżeli coś takiego rozpoznajemy, to oznacza, że spotkały się właśnie najlepszy czas, miejsce oraz osoba by pokonać to „nie chce mi się” a które próbuje odciągnąć nas od czegoś, co może mieć dla naszego życia dużą wartość. Dasz radę, tylko zrób ten pierwszy krok- tylko jeden z pozwoleniem, że jeżeli nadal będzie opór, to bez żalu wrócisz do dalszego trwania w „nie chce mi się”- przynajmniej do kolejnego razu. Tak sobie mówię.  😉

Dziesiąte 1-0-2

W dziesiątym „1-0-2” pomyślałem, by zrobić test składu masy ciała i porównać z tym sprzed roku, który robiłem po miesiącu bycia w podobnym schemacie żywieniowym. Przy obecnych wydatkach nie chcę jednak wydawać 30 zł na coś, co do czego jestem przekonany że da lepszy wynik niż ostatnio, tym bardziej, że akurat w tym ostatnim tygodniu listopada wypada mi w straży roczny test sprawności fizycznej. Niech jego wynik będzie miarą kondycji ciała. Cieszę się, że test wypadł w najmniej korzystnym dla mnie dniu, bo przed południem, po 34 godzinach bycia na sucho, po wypiciu od rana ok 1l rozcieńczonych soków owocowych, ale jeszcze przed pierwszym stałym posiłkiem. Konkurencje:

1 Podciąganie na drążku. Zatrzymałem się na 27 podciągnięciach ponieważ było to najwyżej punktowane maksimum więc dalszy wysiłek poza satysfakcją nic nie dawał. Przypuszczam, że 35 razy było do zrobienia. Komentarz: Ostatni raz z taką swobodą podciągałem się z 20 lat temu. Ponieważ przed testem nie ćwiczyłem ilościowego maksa, nie ukrywam, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten wynik. Były to jednak dynamiczne podciągnięcia więc myślę, żeby za rok zrobić czysto siłowo.

2 Bieg po kopercie. Wynik 24,7 sek Jest to nowa konkurencja wprowadzona zamiast biegu na 50m. Przyznaję się, że tutaj wykazałem najmniej zaangażowania, bo tak na 70%. Jest to bardzo obciążające kolana i kręgosłup, więc odpuściłem. Wynik w dużym stopniu zależy od dobrania odpowiedniej długości kroków, a że biegłem to po raz pierwszy w życiu, więc było zupełnie bez techniki. Parę sekund jest do urwania.

3 Bip-test. Także nowy sprawdzian zastępujący bieg na 1000m. Wytrzymałem do 8.1 i zszedłem. Tym razem nie mogłem złapać równych oddechów i czułem jak zaczyna mi walić serducho. Wolałem odpuścić pomimo że jeszcze ze trzy długości (tak do 8.4) pewnie dałbym radę przebiec. Musiałbym dać jednak z siebie wszystko i potem znosić zakwasy i być może ból kręgosłupa, a nie widziałem takiej potrzeby.

Myślę, że powyższe wyniki świadczą, że jedzenie co trzeci dzień dodatkowo przedzielane jednodniowymi postami na sucho, jest jak najbardziej wystarczające i wspierające życie na fajnym flow. Dla Boga nie ma żadnych granic, więc chodząc w relacji z Bogiem i w Jego mocy, dla nas również nie powinno być żadnych ograniczeń wobec inspiracji, które zasiewa w naszych sercach jego Święty Duch.  Jeżeli będąc zainspirowanym do pójścia w jakimś budującym, a dla chrześcijan także nie będącym w sprzeczności z Biblią, kierunku czujemy, że nie potrafimy przemóc jakiś ograniczeń, to największą pracą którą trzeba wówczas zrobić jest ogarnięcie siebie tak, by nie hamować nieustającego przepływu pragnącego działać przez nas Bożego Ducha. Wpatrzenie i częste zwracanie się do Boga, świadome pragnienie bycia blisko, słuchania Jego głosu i podążania za nim jest kluczowe.  Ale także nie bez znaczenia jest ochocze podejmowanie wysiłku przez nas. Boża moc najobficiej może działać chyba właśnie wtedy, gdy świadomie współpracujemy z Nim i zachowujemy się nie jak uczniowie ze szkolnej ławki, tylko jak praktykanci szkoleni przez mistrza, by nauczyć się samodzielnego realizowania konkretnych praktycznych zleceń Szefa.

Wiedząc już, że przetestowany system odżywiania się sprawdził  (1. Wzrastała kondycja, wytrzymałość i siła. 2. Waga po zrzuceniu w pierwszym tygodniu 3 kg ustabilizowała się na stałym poziomie: 71 kg na koniec dnia jedzenia, 70 kg na koniec dnia picia i 69 kg na koniec dnia bj&bp), i czując zbliżający się koniec stosowania schematu, ciężko było wytrzymać tę ostatnią dziesiątą trójkę. Mimo plusów, taka powtarzalność jednak na dłuższy czas jest nużąca i nudna więc miałem silne zakusy, żeby zakończyć na dziewiątej zmianie. Wiedziałem jednak, że gdybym przerwał, mimo świadomości, że fizycznie nie jest to problemem, to mentalnie poczułbym jakiś niedosyt, poczucie braku konsekwencji i wytrwałości. Tak więc dotarłem do ostatniej planowanej 10-tej zmiany.

PODSUMOWANIE CAŁOŚCI

-Początek wymagał dużego zaparcia, bo w pierwszej połowie było sporo momentów, w których byłem gotowy zrezygnować, właściwie już podejmowałem decyzję, że przerywam i tylko dlatego że wydarzały się jakieś okoliczności sprawiające, że kiepski stan mijał, ja również rezygnowałem z rezygnacji mówiąc, że poczekam do następnego dnia i wtedy zadecyduję. I tak przetrwałem przez najgorsze pierwsze dwa tygodnie…

+ Za to mam wrażenie, że dużo łatwiej i swobodniej niż rok temu mijały mi dni, szczególnie w drugiej połowie. 

+ Zakończyłem z dużo lepszą kondycją niż za pierwszym razem, co wykazał test roczny sprawności fizycznej w straży.

-Za to bardzo zdziwił mnie brak poprawy w składzie masy ciała. Miałem nie robić tego badania, ale ponieważ nie przewiduję, że jeszcze kiedyś zastosuję taki trzydniowy system, więc jednak zrobiłem. A subiektywnie byłem pewien, że mam mniejsze niż ostatnio obtłuszczenie trzewi i więcej mięśni. W ogóle, ciekawe, że mimo nie jedzenia tłustego nabiału, lodów, śmietan, mimo nie objadania się, skład masy ciała jest prawie identyczny jak ten sprzed roku, kiedy takie zachowania były bardzo częste. Nie potrafię tego wyjaśnić. Czy może to być naturalną, zdrową reakcją organizmu, który w ten sposób gromadzi tłuszcz by chronić narządy wewnętrzne? Musiałbym zobaczyć takie badanie któregoś z braterian. Na jakim poziomie oni mają obtłuszczenie narządów wewnętrznych nie jedząc i nie pijąc w ogóle.

+ Nie objadałem się w dniu jedzenia, a jeżeli nawet jadłem więcej niż potrzebowałem, to bez zachłanności. Myślę, że duży wpływ na tak fajną zmianę miał fakt, że już nie jem nabiału (lody, ciasta, śmietany). Im bliższy surowego jedzenia jest dzień stałych posiłków, tym mniejsze wahania potem (jo-jo) i potrzeba objadania się. Jeżeli nawet zjada się więcej, to i tak surowe jedzenie dużo łatwiej i szybciej wylatuje w dniu picia, co sprawia, że lepiej się czujemy w dniu bj&bp. Ja pozwoliłem sobie na przyjemność jedzenia przetworzonego wegańskiego, co nie było optymalne dla ciała, ale za to najlepsze dla psychiki i emocji. Myślę, że komfort mentalny jest ważniejszy niż optimum fizyczne.

-Gdybym miał wskazać najbardziej negatywnie wpływający element na utrzymanie takiego stylu odżywiania, to z całą pewnością byłby to nieregularny sen. Przed służbą wstawanie przed 5 rano, potem następnego dnia po służbie odsypianie, które szczególnie gdy było po południu powodowało, że szedłem późno w nocy spać. Gdy nie odsypiałem i kładłem się powiedzmy ok 21 to budziłem się przeważnie po 3 w nocy na tyle wyspany, że do rana leżałem i potem znów w dzień od popołudnia czułem już senność… Mimo jednak tych niedogodności związanej ze zmianową pracą dałem radę, rekompensując być może właśnie tym, że w dniu jedzenia jadłem więcej niż potrzebowałem. Mimo tego praca zmianowa i fizyczna, nie okazała się przeszkodą, podobnie jak zajmowanie się domem i dziećmi.

-W świadku duchowości brateriańskiej niechrześcijańskiej jest tendencja do izolowania się od osób zanurzonych całkowicie tylko w egzystencji fizycznej (dobrze zjeść, wypić, zabawić się i zarobić dużo kasy). W czasie tego miesiąca miałem remont dachu więc pojawiały się sytuacje konfliktowe, przez co rzeczywiście czułem pogorszenie samopoczucia w wyniku konieczności konfrontacji z często wulgarnymi osobami, zupełnie nie związanymi z duchowym życiem. Ponadto w listopadzie odbył się w straży strajk, do którego nie dołączyłem, co też spotkało się z nieprzychylnym nastawieniem paru osób, z tych, co strajkowali. Było więc trochę takich (nie)zwykłych, ludzkich nieprzyjemnych sytuacji, które jednak również nie przeszkodziły kontynuować jedzenia i niejedzenia co trzeci dzień.

Myślę, że tak się stało, ponieważ te sytuacje nie wzbudzały we mnie wewnętrznego niepokoju. Mimo doświadczania ich, świadomie kierowałem swoje myśli w stronę Jezusa wyrażając wolę trwania w relacji z Nim i prosząc, by był wyrozumiały wobec moich niepokojów, wątpliwości, samowolnego uciekania myśli w stronę tych przyziemnych, chwilowych komplikacji, które odciągały mnie od skupienia na Bogu i by mimo tych słabości, Bóg był cierpliwy i cały czas prowadził mnie. Chyba tak właśnie działał, gdyż wszystko rozwiązywało się „samo” w chwilach, gdy ja nie potrafiąc zapanować nad uciekającymi intensywnymi myślami i tak nie znajdowałem rozwiązania. Chrześcijaństwo i taka żywa relacja z naszym Tatą-Bogiem, przez pośrednictwo Jezusa jest mega uwalniająca, zupełnie inna niż doświadczanie siebie jako boga lub bogini, co jest charakterystyczne dla niechrześcijańskich: miłości uniwersalnej, przestrzeni serca i innych energii. Tak- powtarzałem to i będę powtarzał za każdym razem, kiedy w moim życiu będą pojawiać się sytuacje pozwalające przekonać się, jak wielkim przywilejem jest być chrześcijaninem mającym relację z Jezusem, który jest źródłem tej miłości, którą czują w swoich sercach energetycy i kwantowcy.

-Największym „niepowodzeniem” jest brak poprawy w wyglądzie skóry. Byłem przekonany, że regularnie poszcząc na sucho co trzeci dzień, jedząc zdrowo wegańsko, po miesiącu będzie widoczne zmniejszenie się plam łupieżu pstrego. A tu żadnej poprawy, tak jakby poszczenie i zmiana odżywiania na bliższe naturalnemu, nie miała wpływu na zdrowie.

06.09.2018
03.08.2018
07.11.2018
01.12.2018

 

 

 

 

 

 

 

 

A tyle się mówi, że wystarczy zdrowo, surowo się odżywiać, uprawiać systematyczną aktywność fizyczną, a organizm sam sobie poradzi z chorobami szybko osiągając homeostazę. W przypadku moich plam na plecach oraz chronicznego bólu kręgosłupa tak się nie stało. Łupież i ból kręgosłupa jak były tak są. Z drugiej strony nie odżywiałem się surowo tylko przetworzonymi potrawami wegańskimi, a więc znacznie bardziej niekorzystnymi dla organizmu niż raw-food więc może nie pozwoliłem na samonaprawę. Teledysk surowe zdrowie 🙂

-Od samego początku stosowania schematu 1-0-2- bardzo nieprzyjemnie odczuwałem przejście po dniu „0” znów na posiłek stały (z 0 od razu na 2 przeskakiwałem zaledwie po wypiciu najczęściej jednego  klarowanego soku lub wody z octem jabłkowym i później  jednego szejka.  Był to zbyt krótki czas na przystosowanie się ciała z niejedzenia na jedzenie stałe, więc jeżeli jeszcze kiedyś najdzie mnie ochota na podobny eksperyment, to nie będzie to -1-0-2-.. tylko czterodniowy schemat -1-0-1-2-… Jestem przekonany, że wstawienie jeszcze jednego dnia sokowania pomiędzy 0 a 2 będzie korzystne, tak jak to, że w schemacie czterodniowym dwa najbardziej skrajne i nadal negatywnie odczuwane dni (w „0”- osłabienie i w „2”- uczucie przepełnienia wieczorem) będą występować rzadziej. Dni samego sokowania i szejkowania były najkorzystniejszym czasem w tym schemacie.

Myślę, że to tyle.

Chciałbym pisać jak najwięcej nie używając pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko wyrażać się jakby wnioski, do których dochodzę były ogólne, ale zdaję sobie sprawę, że to są tylko moje doświadczenia i nikt więcej nie musi doświadczać podobnych zależności. Każda kolejna osoba wchodząca w post, czy decydująca się na bliższe naturalnego odżywianie, sprawia, że świadomość globalna dotycząca odżywiania, zdolności przystosowania do życia bez jedzenia, wzrasta i każdej kolejnej osobie jest łatwiej i szybciej będzie osiągała to, z czym ja się zmagałem, co teraz jeszcze może wymagać zwiększonej uważności i determinacji. Nie chcę więc nikogo spowalniać używając ogólników, tak jak mnie spowolniły swego czasu słyszane teorie, że niejedzenie związane jest z jakimiś „czarami”, medytacjami czy duchowymi procesami i koniecznością odizolowania się od ziemskiego życia społecznego. Używam więc trochę egoistycznej formy „ja” zachęcając każdego do gromadzenia własnych doświadczeń, jednak z zachowywaniem dużo większej rozwagi, niż moja na początku tej drogi uszczuplania odżywiania, kiedy idąc właśnie za takimi ogólnymi teoriami skrajnie wycieńczyłem swój organizm. Przede wszystkim rozwaga i bardziej odkrycie, że większą frajdę daje samo bycie na tej drodze, niż zafiksowanie na jakiś konkretnych celach. Będąc na właściwej drodze, można z przyjemnością obserwować, jak kolejne levele, check-pointy niejako same się „zaliczają”.

Podrzucam jeszcze jedną myśl pod rozwagę:

CZY PYTANIA KTÓRE SOBIE ZADAJEMY MOGĄ OGRANICZAĆ NASZ POTENCJAŁ?

Piszę to w ostatni dzień listopada i w dzień kończący planowany okres stosowania „2-1-0”. Od jutra mógłbym wrócić do „normalnego, codziennego odżywiania, jednak… stało się coś, czego do tej pory, kończąc jakikolwiek z wcześniejszych postów procesów, treningów, jeszcze tak wyraźnie nie czułem. Mimo nadal czucia jakiegoś osłabienia w dniu suchym oraz zbyt gwałtownego przechodzenia z niejedzenia do posiłku stałego mam ochotę kontynuować ten schemat, a sama myśl, że zacząłbym znów jeść codziennie budzi we mnie niechęć i silny sprzeciw. Ciało już na poziomie wyobrażania nie zgadza się na to, nie chce wracać do codziennego wypełniania jelit i myślę, że doświadczenie tej chęci pozostania w schemacie na stałe, może tylko nieco zoptymalizowanym, jest największym owocem miesięcznego „treningu”.  Chyba nie ma jeszcze pragnienia i gotowości do systematycznego powtarzania co trzy dni, dnia bj&bp, ale przeplatanie dni z przewagą jedzenia surowego z dniami picia wydaje się na tę chwilę już najbardziej optymalne.

Konfrontuję to, co czuję, z pytaniem jakie zadają sobie dietetycy, sportowcy i większość „uczonych” zajmujących się odżywianiem- czy powinno się odżywiać trzy, czy pięć razy dziennie?”… Czujecie, jak ograniczające jest stawianie takiego pytania? Już samo tak postawione pytanie zmusza do codziennego odżywiania i nie pozostawia miejsca na wyjście poza codzienne odżywianie. A dlaczego nie zapytać:  Należy jeść co trzeci, czy co piąty dzień, a może raz na tydzień lub raz w miesiącu?… każde pytanie zamknięte ogranicza i jeżeli nawet na obecnym etapie naszego doświadczania jest właściwe, to cały czas należy pamiętać, by nie zamykać się w jego ramach. Dlatego korzystniejsze jest formułowanie pytań jak najbardziej otwartych, jak najdalej wychodzących poza naszą aktualną zdolność funkcjonowania, poznania oraz rozumowania. Lepszym pytaniem od jeść trzy, czy pięć razy dziennie jest pytanie: Co jaki czas powinienem jeść?, Ale jeszcze bardziej otwartym pytaniem będzie: Czy w ogóle muszę jeść? Czy są osoby, które nie jedzą? Jeżeli tak, to co mówią i czy informacje o nich pochodzą z wiarygodnych źródeł?… Co jakiś czas warto robić przegląd wszystkich zadawanych sobie w głowie pytań dotyczących każdego, ważnego dla nas obszaru życia i sprawdzać, czy przypadkiem któreś nie uwięziło nas w jakimś ograniczeniu naszego potencjału i możliwości.

Około pół roku temu pojawiło się pragnienie zrobienia Iron man’a bez jedzenia i picia. Niemożliwe? Szalone? Dopóki sam nie sprawdzę, nie wiem co jest możliwe a co nie. Po prostu pojawił się temat i co jakiś czas zwraca na siebie uwagę.  Jednak jeżeli miałoby to nastąpić, to na pewno nie samą moją siłą, determinacją i poświęceniem, tylko ze wsparciem Bożą mocą.  Na razie, w ramach mojego ludzkiego zaangażowania,  zapisałem się na pierwszy w życiu start w 1/8 IM w lipcu, a pod koniec wakacji  na dystansie 1/4.  Co prawda nie mam jeszcze nawet roweru i na dzisiaj nie widzę możliwości kupna gdyż wolę pojechać z dziećmi na ferie i wakacje, jednak wiem,  że jeżeli podążając za rozbudzoną przez Boga pasją w sercu coś rzeczywiście mamy zrobić, to w odpowiednim czasie środki lub możliwości ich zdobycia znajdują się. Do lipca mam czas, a póki co i tak  najbardziej muszę poprawić kraula oraz technikę biegu tak, by ominąć ból kręgosłupa, no i dalej pracować nad przejściem z odżywiania jelitowego na przysadkowo-szyszynkowe.  Mam więc co robić. 🙂